Ernest Skalski: Biedni i bogaci III RP

I.

”Naprzód, marsz!” – pada komenda, po któ­rej pierw­sza i ostat­nia czwórka pod­od­działu jed­no­cze­śnie ruszają w nogę, trzy­ma­jąc szyk. Nato­miast marsz narodu do dobro­bytu nie odbywa się w nogę i na komendę. Co chwila jed­nak, przez cała dwa­dzie­ścia lat od reform Bal­ce­ro­wi­cza – podzię­ko­wa­nia dla pana Leszka ! – ktoś pokrzy­kuje: ”Raz, dwa, trzy, cztery! Lewa! Lewa!”

A wzrost ktoś musi zapo­cząt­ko­wać. Jed­nostki, czy zespoły; ener­giczne, odważne, inno­wa­cyjne, dys­po­nu­jące jakąś wie­dzą, kapi­ta­łem, lepiej usta­wione, czy po pro­stu mające szczę­ście. Suk­ces bowiem nie zawsze jest w stu pro­cen­tach zasługą, podob­nie jak brak powo­dze­nia nie zawsze jest zawiniony.

Pio­nie­rzy stop­niowo oży­wiają gospo­darkę, kreują nowo­cze­sny rynek, stwa­rzają nowe tech­no­lo­gie, pro­dukty, miej­sca pracy i pierwsi zbie­rają owoce. Ryzy­kują i nie­raz prze­gry­wają, ale zwięk­sza­jąca się aktyw­ność gospo­dar­cza wciąga innych. Mora­li­ści spo­łeczni zapewne wole­liby, aby ci przo­dow­nicy poświę­cali się dla ogółu, zado­wa­la­jąc się prze­cięt­nymi docho­dami, dopóki dobro­byt nie ogar­nie innych. Ale to jest prze­cież utopia.

No, a poza tym, ktoś musi zara­biać na dal­sze inwe­sto­wa­nie, czyli musi mieć wię­cej niż na bie­żące potrzeby. Zresztą, nie tylko bogaci, lecz wszy­scy, mający nad­wyżki pie­niężne, inwe­stują. Nie­ko­niecz­nie sta­jąc się przedsiębiorcami.

Inwe­sty­cją jest zakup akcji, obli­ga­cji, a nawet lokata ban­kowa. A poza tym, to nie jest realny socja­lizm. Kon­sump­cja nie jest kulą u nogi gospo­darki, lecz jed­nym z jej moto­rów. A jakby to para­dok­sal­nie nie brzmiało, luk­su­sowa kon­sump­cja jest przy­datna szcze­gól­nie. Pie­niądz na rynku, zarówno w ręku boga­tych i bied­nych, stwa­rza popyt i podaż, lecz postęp finan­sują głów­nie bogaci. Zanim Henry Ford I zdo­był środki, by zmo­to­ry­zo­wać Ame­rykę swym for­dem T, zara­biał na dro­gich samo­cho­dach dla boga­tych. Jesz­cze kilka lat temu tele­fon komór­kowy, zbli­żony roz­mia­rami i wagą do maszyny do pisa­nia, był sym­bo­lem elity, finan­su­ją­cej prace nad spro­wa­dze­niem ”komórki” do małego i uni­wer­sal­nego przed­miotu powszech­nego użytku, dostęp­nego nie­kiedy za zło­tówkę. A teraz szla­chetny sno­bizm napę­dza popyt na samo­chody hybry­dowe, póki co dro­gie i z para­me­trami nie lep­szymi od tradycyjnych.

Wcho­dze­nie po kolei, jed­no­stek, grup spo­łecz­nych, pro­fe­sji i miej­sco­wo­ści, w nową, efek­tywną gospo­darkę powo­duje więc wzrost nie­rów­no­ści w okre­sie przy­spie­szo­nego roz­woju. Być może tym więk­szy, im szyb­szy roz­wój. Ulgę przy­nosi pogląd libe­ra­łów, że tak jak przy­pływ unosi wszyst­kie łodzie; duże i małe, tak wzrost gospo­dar­czy doty­czy każ­dego członka spo­łe­czeń­stwa. To jed­nak zbyt­nie uprosz­cze­nie. Już bar­dziej pasuje ale­go­ria kaskady; spa­da­jąca woda zra­sza kolejno coraz niż­sze stop­nie. A nie­które może pomi­nąć. Nie ma to jed­nak wiele wspól­nego z wizją dra­ma­tycz­nego roz­war­stwie­nia spo­wo­do­wa­nego przez trans­for­ma­cję, które ma sta­wiać nas na pozio­mie trze­ciego świata.

Głos pana G.

Roz­pię­tość docho­dów mie­rzymy przy pomocy wskaź­nika Giniego. Gdyby wszy­scy mieli jed­na­kowe dochody, wyno­siłby on 0, gdyby jeden czło­wiek miał wszyst­kie dochody, a pozo­stali — żad­nych, wskaź­nik by wyniósł 1,0. Posłużmy się więc tym wskaź­ni­kiem, uzu­peł­nio­nym o wiel­kość Pro­duktu Kra­jo­wego Brutto w dola­rach na mieszkańca:

Wskaź­nik Giniego PKB na głowę ( tys. dol. USA, 2008)

  • Pol­ska – 0,35 (2005) 13,8
  • Mek­syk – 0,48 (2006) 14,2
  • Fran­cja – 0,33 (2008) 48,0
  • Hisz­pa­nia – 0,32 (2005) 35,2
  • Wło­chy – 0,32 (2006) 38,7
  • W. Bry­ta­nia – 0,34 (2005) 45,7

Pol­ska, z mniej wię­cej takim pozio­mem PKB na głowę jak Mek­syk, ma roz­pię­tość docho­dów na pozio­mie kilku roz­wi­nię­tych kra­jów Europy. Więc co tu głu­pio gadać o III świecie!

Usta­le­nia Euro­statu, urzędu sta­ty­stycz­nego UE (co prawda, za rok 2004, ale rewo­lu­cji od tego czasu nie było) oba­lają mit o dwóch Pol­skach; garstki boga­czy i spau­pe­ry­zo­wa­nej więk­szo­ści. Dochody 20 pro­cent naj­wy­żej upo­sa­żo­nych gospo­darstw domo­wych były 6,6 razy wyż­sze niż dochody 20 pro­cent naj­ni­żej upo­sa­żo­nych. Pomię­dzy tym dwiema gru­pami znaj­duje się jed­nak jesz­cze 60 pro­cent spo­łe­czeń­stwa. Więc raczej pira­mida docho­dów, a nie izo­lo­wana wyspa bogac­twa w morzu nędzy.

Pięć lat temu Euro­stat badał rów­nież ubó­stwo. Dochód przy­pa­da­jący na doro­słą osobę w gospo­dar­stwach domo­wych wyno­sił wów­czas 13 716 zło­tych rocz­nie. 11 467 zło­tych wynio­sła mediana, – war­tość środ­kowa. Za ubo­gich uznano tych, któ­rych dochody nie prze­kra­czały 60 pro­cent mediany i sta­no­wili oni 21 pro­cent ogółu. Teraz progi są wyż­sze, a więc tak samo liczony pro­cent ubo­gich jest zbli­żony, choć mają oni wię­cej niż kilka lat temu.

Spójrzmy teraz na now­sze dane GUS, za rok 2008. Doty­czą one nie wszyst­kich docho­dów, ale jedy­nie płac. Sporo jed­nakże mówią. 10 pro­cent naj­le­piej wyna­gra­dza­nych pra­cow­ni­ków zara­biało mie­sięcz­nie ponad 5376 zło­tych. 10 pro­cent naj­ni­żej upo­sa­żo­nych – poni­żej 1307 zło­tych. Sto­su­nek zarob­ków naj­wyż­szego decyla do naj­niż­szego wyno­sił 4,11, pod­czas gdy dwa lata wcze­śniej wyniósł 4,36. Wcze­śniej, przez okres trans­for­ma­cji, rósł. Być może pro­ces ten zatrzy­mał się i nawet zaczął się cofać. Być może jest to chwi­lowa prze­rwa. Oży­wie­nie gospo­dar­cze po kry­zy­sie, wdra­ża­nie nowych tech­no­lo­gii, może zwięk­szyć zapo­trze­bo­wa­nie na mene­dże­rów i spe­cja­li­stów i znowu powięk­szyć roz­pię­tość zarobków.

Prze­ciętne wyna­gro­dze­nie wynio­sło rok temu 3232 złote. 65,3 pra­cu­ją­cych mie­ściło się poni­żej tego.1896 zło­tych zło­tych zara­biali prze­cięt­nie zatrud­nieni przy pra­cach pro­stych, wykwa­li­fi­ko­wani pra­cow­nicy – 2674, spe­cja­li­ści – 3979, a kie­row­nicy i wyżsi urzęd­nicy – 7219. Powy­żej 10 tysięcy mie­sięcz­nie zara­biało wów­czas jedy­nie 2,08 proc. zatrud­nio­nych, a kominy prze­kra­cza­jące 50 tysięcy miało 0,02. Czyli kla­syczna pira­mida i w zasa­dzie skala płac odpo­wiada war­to­ści pracy. Warto przy­po­mnieć, że w PRL pro­sty robot­nik zara­biał nie­kiedy wię­cej od spe­cja­li­sty i było to nie­raz przed­sta­wiane jako triumf spra­wie­dli­wo­ści społecznej.

Skoń­czył się rów­nież czas, w któ­rym naj­gor­sza ini­cja­tywa pry­watna przy­no­siła dochody bez porów­na­nia wyż­sze niż naj­lep­szy etat pań­stwowy. Obec­nie dochody olbrzy­miej więk­szo­ści przed­się­bior­ców są porów­ny­walne z pła­cami, a nie­kiedy zna­cząco niż­sze. Szcze­góły nie­kiedy mogą być lepiej znane spo­wied­ni­kom niż urzęd­ni­kom skar­bo­wym, ale wła­sna dzia­łal­ność gospo­dar­cza to nie jest już auto­ma­tycz­nie eldo­rado i obar­czona bywa nie­kiedy więk­szym ryzy­kiem niż praca najemna.

Dane GUS sprzed trans­for­ma­cji były gro­ma­dzone ina­czej, lecz pozwa­lają na jakieś bar­dzo orien­ta­cyjne porów­na­nie. W 1988 roku, ostat­nim peł­nym roku PRL, w 21,2 proc. gospo­darstw domo­wych dochód na osobę nie prze­kra­czał 2000 zło­tych. A w 21,6 proc. gospo­darstw wyno­sił ponad 4400 zło­tych. ( W zale­d­wie 5 proc. gospo­darstw prze­kra­czał 6 tysięcy zło­tych.) W roz­kła­dzie docho­dów cał­ko­wi­tego prze­wrotu więc raczej w III RP nie było.

Nie­które łodzie przytopiło

W ciągu dwu­dzie­sto­le­cia nie­pod­le­głej Pol­ski, demo­kra­tycz­nej i - w zasa­dzie — ryn­ko­wej nastą­pił wielki awans mate­rialny, czy sze­rzej; cywi­li­za­cyjny. Zde­cy­do­wa­nie dłu­żej żyjemy, jeste­śmy zdrowsi, nieco lepiej miesz­kamy, w zde­cy­do­wa­nie lep­szych warun­kach sani­tar­nych. Jeste­śmy spo­łe­czeń­stwem zmo­to­ry­zo­wa­nym, sko­mu­ni­ko­wa­nym ze sobą i ze świa­tem i td. i tp. Odsy­łam do łatwo dostęp­nych danych w Rocz­ni­kach Sta­ty­stycz­nych GUS, żeby tu już nie mno­żyć tabel.

Przed roz­po­czę­ciem trans­for­ma­cji wydaj­ność pracy, a to jest główny czyn­nik roz­woju, wyno­siła w Pol­sce mniej wię­cej 20 pro­cent unij­nej, a obec­nie wynosi już około połowy wydaj­no­ści w Unii. Gonimy, lecz cią­gle nam jesz­cze daleko do bogac­twa euro­pej­skiej czo­łówki, co widać przy porów­na­niu PKB na czło­wieka. Istotne jest to, że po latach wtło­cze­nia w gigan­tyczny komu­ni­styczny falan­ster skoń­czy­li­śmy ten nie­udany eks­pe­ry­ment. Jeste­śmy znowu – i to na dobrym miej­scu w skali glo­bal­nej – w pod­sta­wo­wym nur­cie cywi­li­za­cji z jej pod­sta­wo­wymi pra­wami. A więc i z roz­war­stwie­niem społecznym.

Gene­ral­nie można chyba powie­dzieć, że jest ono racjo­nalne, nawet nieco bar­dziej cywi­li­zo­wane – patrz wyżej na wskaź­nik Giniego – niż wska­zy­wałby osią­gnięty przez Pol­skę poziom roz­woju. Powiem wię­cej. Jest ono racjo­nalne jako wyraz kom­pro­misu mię­dzy wciąż jesz­cze mocno ega­li­tar­nym poczu­ciem spra­wie­dli­wo­ści z jed­nej strony i rachun­kiem eko­no­micz­nym z drugiej.

Na odczu­cia spo­łeczne wpływ miał począt­kowy szok trans­for­ma­cji. Nie­znane od poko­leń zja­wi­sko bez­ro­bo­cia, zamy­ka­nie zakła­dów, upa­dek branż i prze­ta­so­wa­nie spo­łeczne. Bo nie­za­leż­nie od stop­nia roz­war­stwie­nia, nastą­piła degra­da­cja, insty­tu­cji, grup spo­łecz­nych i ludzi. Wbrew potocz­nym poglą­dom daleko nie cała roz­bu­do­wana nomen­kla­tura PRL sko­rzy­stała z trans­for­ma­cji. Ist­niała też ogromna, fak­tycz­nie uprzy­wi­le­jo­wana, grupa sza­fa­rzy wiecz­nie bra­ku­ją­cych dóbr, jak eks­pe­dientki czy maga­zy­nie­rzy. Przy­po­mnijmy sobie jak widzie­li­śmy rze­czy­wi­stość, pro­sząc tak­sów­ka­rza, by jechał tam, dokąd my potrze­bu­jemy, czy umi­zgu­jąc się w skle­pie mię­snym, lub w skła­dzie mate­ria­łów budowlanych…

Nie było bez­ro­bo­cia, bo rezer­wową armię pracy trzy­mano na eta­tach. Pra­cow­nicy z dwiema lewymi rękami byli potrzebni, aby coś jed­nak zro­bili, kiedy trzeba było nad­go­nić plan. Pra­cow­nicy PGR-ów mogli pro­spe­ro­wać, dopóki peere­low­ska gospo­darka mogła do tego dokła­dać. I byli to wszystko ludzie pracy, oka­dzani dema­go­gią spo­łeczną. Po 1989 roku ilość poszko­do­wa­nych mogła się zatem zwięk­szyć na sku­tek pod­nie­sie­nia wymagań.

Sytu­acja tych ludzi na ogół nie była ich winą. Jak się miał prze­sta­wić na nowe warunki pra­cow­nik PGR, zamknięty w socja­li­stycz­nym fol­warku, czy chłopo-robotnik, zajęty osiem­na­ście godzin na dobę. W ogrom­nej ilo­ści przy­pad­ków to ludzie, któ­rym nie dane było sko­rzy­stać z przy­wi­leju póź­nego uro­dze­nia. Co ma ze sobą zro­bić bez­ro­botny inży­nier pod sześć­dzie­siątkę? Jak się czuje korzy­sta­jący przez lata z nale­ży­tego splen­doru wyż­szy ofi­cer, dla któ­rego nie ma miej­sca w nowo­cze­snej struk­tu­rze wojska?

Nie­któ­rzy z tych, któ­rym się w III RP powio­dło, swoje poczu­cie zręcz­no­ści, a nie­kiedy i wyrzu­tów sumie­nia wobec prze­gra­nych, pokry­wają cza­sami postawą ”dobrze im tak”. Mają to być wyłącz­nie ludzie leniwi, nie­do­uczeni, mało ambitni i chcący żyć kosz­tem innych. Innym wyrzuty sumie­nia każą kry­ty­ko­wać nowy porzą­dek. Trze­cia Rzecz­po­spo­lita, podob­nie jak II RP, nie speł­niła bowiem ocze­ki­wań tych, któ­rzy liczyli, że będzie ona kra­jem ogól­nej zgody, powszech­nej uczci­wo­ści, har­mo­nii i spra­wie­dli­wo­ści, rozu­mia­nej jako stan bli­ski rów­no­ści. Czy tak trudno sobie uświa­do­mić, że takiego kraju nie było, nie ma i być nie może?

Mało kto kie­ruje się na co dzień zro­zu­mie­niem histo­rii i jej mecha­ni­zmów. Ludzie oce­niają rze­czy­wi­stość na pod­sta­wie swo­ich doświad­czeń i docie­ra­ją­cej do nich wie­dzy potocz­nej, nie­raz odle­głej od rze­czy­wi­sto­ści. Ale coraz mniej­szą część spo­łe­czeń­stwa sta­no­wią ludzie ukształ­to­wani w real­nym socja­li­zmie, dla któ­rych pozo­staje on punk­tem odnie­sie­nia i dla któ­rych trans­for­ma­cja była prze­wro­tem rów­nież w ich życiu. Sta­no­wią oni już nieco mniej niż połowę doro­słej populacji.

Czas zatem raczej sprzyja odcho­dze­niu od postaw ega­li­tar­nych, ale to ”raczej” jest bar­dzo istot­nym zastrzeżeniem.

II.

Nie o taką Pol­skę! Fak­tycz­nie, wyszła nam inna niż miała być. Czy gor­sza? Przez całe dwa­dzie­ścia lat od reform Bal­ce­ro­wi­cza – podzię­ko­wa­nia dla pana Leszka! – wielu nie jest w sta­nie prze­bo­leć swych nie­speł­nio­nych marzeń.

Byłem pod­czas naro­dzin III RP w 1989 roku i przy jej poczę­ciu, w sierpniu‘80, w Stoczni Gdań­skiej i w Stoczni Szcze­ciń­skiej, gdzie doma­gano się ”socja­li­zmu z ludzką twa­rzą” czy „socja­li­zmu, który da się lubić”. W myśl już wów­czas wyświech­ta­nego hasła: „socja­lizm tak, wypa­cze­nia nie”. Jakby ten ustrój nie był jed­nym wiel­kim wypa­cze­niem w histo­rii cywi­li­za­cji (w tej skali ciąża dzie­wię­cio­let­nia to krótko). Nie­któ­rzy już wów­czas nie mieli żad­nych złu­dzeń co do ustroju, lecz wszy­scy zmu­szeni byli w dal­szym ciągu akcep­to­wać Pol­skę we wła­dzy PZPR i pod wła­dzą Moskwy, a do tego gospo­darkę pań­stwową. Byle z wła­snym związ­kiem zawo­do­wym. Węzłowy pro­blem wów­czas i przez dzie­sięć następ­nych lat stresz­czał się w sło­wach: ”wejdą, nie wejdą”.

Po Okrą­głym Stole i wybo­rach 1989 roku mia­łem mie­szane uczu­cia. Wie­dzia­łem, że mamy z górki, że może już nie wio­sna, lecz lato nasze. I że 13 grud­nia wię­cej nie będzie. Nie bar­dzo jed­nak wie­dzia­łem jak gospo­darka, a wiec i spo­łe­czeń­stwo, prze­żyje socjalne zdo­by­cze Okrą­głego Stołu. Teo­re­tycz­nie to było zmar­twie­nie Onych, ale wia­domo było, że ”rząd się wyżywi”, a naród?

Burz­liwe lato prze­szło jak z bicza strze­lił i już jesie­nią gospo­darka to było nasze zmar­twie­nie. A wkrótce oka­zało się, że nie ma ZSRR, KPZR, RWPG, Paktu War­szaw­skiego, PRL, PZPR, CRZZ. Pol­ska stała się demo­kra­tycz­nym pań­stwem prawa, a gospo­darka w zasa­dzie ryn­kową z domi­nu­ją­cym sek­to­rem pry­wat­nym. Kto w latach osiem­dzie­sią­tych ocze­ki­wał tego „za dni naszych”? Ten suk­ces można porów­nać jedy­nie z odzy­ska­niem nie­pod­le­gło­ści po I woj­nie światowej.

W roku 1918 sytu­acja gospo­dar­cza była gor­sza, wyma­gała odbu­dowy za znisz­czeń wojen­nych, wytrzy­ma­nia kolej­nej wojny, sca­le­nia trzech orga­ni­zmów, lecz nie wyma­gała zmiany ustroju. Wia­domo było co trzeba robić. A w roku 1989, już było wia­domo, że realny socja­lizm oddala się na śmiet­nik histo­rii, ale dys­ku­to­wano, czym go zastą­pić. Koń­czył się w nie­sła­wie jeden eks­pe­ry­ment cywi­li­za­cyjny, który chciano zastą­pić innym. To coś miało bowiem za sobą etos Sierp­nia, sank­cje Okrą­głego Stołu, a tego, że nie miało sensu, wielu nie chciało dostrze­gać. W kraju, ale i na Zacho­dzie, byli tacy, któ­rzy liczyli, że Pol­ska sta­nie się pre­kur­so­rem, kró­li­kiem doświad­czal­nym nowego eks­pe­ry­mentu. Nie­któ­rzy żałują i dziś, że nie wyszło.

Dziki kapi­ta­lizm?

Mamy co mamy. Dla nie­licz­nych — Korwin-Mikke i jemu podobni — to cią­gle jesz­cze socja­lizm w gospo­darce. Wię­cej jest takich, dla któ­rych nasz sys­tem to wil­cze prawa rynku, dziki kapi­ta­lizm, bez­względny mone­ta­ryzm, dyk­ta­tura neo­li­be­ra­li­zmu, zaprze­pasz­cze­nie szans na ”trze­cią drogę”, która co prawda nigdzie nikomu nie wyszła i o któ­rej nie wia­domo jak by miała wyglą­dać, ale Pol­ska zmar­no­wała szansę, aby ją wylan­so­wać w świe­cie. Po czę­ści jed­nak lan­suje, skoro ponad 40 pro­cent budżetu od lat prze­zna­cza się na cele socjalne. Dopła­camy miliardy do defi­cy­to­wych przed­się­biorstw. Do samego tylko gór­nic­twa dopła­ci­li­śmy w ciągu trans­for­ma­cji ponad 50 miliar­dów i żadna przej­ściowa koniunk­tura na węgiel tego nie zwróci. To też wydatki, w grun­cie rze­czy, socjalne.

Tych pie­nię­dzy zabra­kło na drogi, któ­rych stan jesz­cze wciąż ogra­ni­cza gospo­darkę, na wyry­wa­nie dzieci i mło­dzieży z prze­pa­ści cywi­li­za­cyj­nej, na przy­zwo­itą poli­cję i sprawne sądy. Są to też pie­nią­dze, które zosta­wione w gospo­darce, owo­co­wa­łyby więk­sza ilo­ścią miejsc pracy, zwięk­szo­nym pro­duk­tem kra­jo­wym i szyb­szym roz­wo­jem kraju.

Kto zaś korzy­sta? W 2008 roku 7,8 milio­nów eme­ry­tów i ren­ci­stów poza rol­nic­twem otrzy­my­wało świad­cze­nia w śred­niej wyso­ko­ści 1523 zło­tych mie­sięcz­nie. Rocz­nie – ponad 142 miliardy. Śred­nie świad­cze­nie pra­wie pół­tora miliona eme­ry­tów i ren­ci­stów rol­ni­czych wyno­siło 858 zło­tych mie­sięcz­nie, co dawało ponad 15 miliar­dów w roku. Razem – pra­wie 157 miliar­dów. To są naj­więk­sze trans­fery, lecz nie jedyne.

Mamy jesz­cze; zasiłki dla bez­ro­bot­nych, zasiłki przed­eme­ry­talne oraz świad­cze­nia przed­eme­ry­talne, rentę socjalną, pomoc spo­łeczną (pie­niężną i nie­pie­niężną), zasiłki rodzinne, plus osiem jesz­cze innych dodat­ko­wych świad­czeń. Bene­fi­cjan­tów tych trans­fe­rów było w 2008 roku 11,5 milio­nów (nie­wiele wię­cej niż eme­ry­tów i ren­ci­stów) i otrzy­mali oni łącz­nie 18,3 miliardy zło­tych. Fizycz­nie korzy­sta­ją­cych jest mniej, gdyż nie­któ­rzy korzy­stają jed­no­cze­śnie z wię­cej niż jed­nego świad­cze­nia. Ponadto z ubez­pie­czeń spo­łecz­nych wypła­cano zasiłki: cho­ro­bowy, poro­dowy, macie­rzyń­ski, opie­kuń­czy, pogrze­bowy, świad­cze­nia reha­bi­li­ta­cyjne i odszko­do­wa­nia powy­pad­kowe. Uff!

Bied­nych czyli mają­cych dochody poni­żej 60 pro­cent mediany było według Euro­statu 21 pro­cent spo­łe­czeń­stwa. Gdyby jed­nak od cało­ści ich docho­dów odjąć eme­ry­tury i inne trans­fery socjalne, sta­no­wi­liby 51 pro­cent! Z tego zesta­wie­nia wynika, że połowa spo­łe­czeń­stwa jest, za pośred­nic­twem pań­stwa, w jakiejś mie­rze utrzy­my­wana przez drugą połowę.

Czyja krwa­wica?

W Pol­sce, na pra­wie 25 milio­nów ludzi w wieku pro­duk­cyj­nym, pra­cuje 13, 7 mln, czyli nie­całe 55 pro­cent. (W kra­jach Unii prze­waż­nie 65 pro­cent.) To zna­czy, że znacz­nie wię­cej ludzi otrzy­muje jakąś pomoc, niż na nią pra­cuje. Te dwie grupy, w jakichś trud­nych do usta­le­nia czę­ściach, pokry­wają się ze sobą. Przy czym o ile w każ­dym jed­nost­ko­wym przy­padku można stwier­dzić ile kto dostaje z róż­nych tytu­łów, to tylko w przy­bli­że­niu daje się osza­co­wać jaka war­tość dla spo­łe­czeń­stwa ma jego praca, jeśli pra­cuje. Kole­ja­rze uży­wają okre­śle­nia ”siła na haku”. To jest ener­gia, która loko­mo­ty­wie zostaje na cią­gnie­nie pociągu, po ener­gii zuży­tej przez siebie.

Mamy w Pol­sce dwa i pół miliona gospo­darstw rol­nych, z czego jedy­nie 200 tysięcy liczy ponad 15 hek­ta­rów i może pra­co­wać na rynek. Więk­szość rol­ni­ków pro­du­kuje głów­nie lub cał­ko­wi­cie na swoje potrzeby i korzy­sta ze świad­czeń socjalnych.

Sek­tor publiczny zatrud­nia 3,3 mln. pra­cow­ni­ków. Połowę w jed­nost­kach budże­to­wych. W tym jakąś część sta­no­wią urzęd­nicy, któ­rych praca, w ist­nie­ją­cym sys­te­mie, potrzebna jest głów­nie im samym. Druga połowa pra­cuje w przed­się­bior­stwach. Część przy­nosi dochód, do czę­ści się dokłada. W sumie; efek­tyw­ność zna­cząco niż­sza niż w fir­mach prywatnych.

Przed­się­biorcy i pra­cu­jący na wła­sny rachu­nek – poza rol­nic­twem – ok. dwóch milio­nów, to wbrew pozo­rom w znacz­nej czę­ści ludzie z tru­dem utrzy­mu­jący sami sie­bie, czy zgoła fak­tycz­nie nie pro­wa­dzący for­mal­nie zare­je­stro­wa­nej dzia­łal­no­ści. Nie budzi nato­miast wąt­pli­wo­ści sześć i pół miliona zatrud­nio­nych w sek­to­rze pry­wat­nym, który nie ma z czego dopła­cać do pra­cow­ni­ków. A warto przy tym zauwa­żyć, że w utrzy­my­wa­nym przez sek­tor pry­watny sek­to­rze publicz­nym zarobki są wyż­sze o 10 procent.

Można więc chyba orien­ta­cyj­nie zało­żyć, że około ośmiu milio­nów, jedna trze­cia poten­cjal­nie zdol­nych do pracy i mniej niż 60 pro­cent pra­cu­ją­cych to ci, któ­rzy wię­cej wytwa­rzają niż kon­su­mują. Oni utrzy­mują Pol­skę, poka­zu­jąc, że może ist­nieć wyzysk mniej­szo­ści przez więk­szość. I bogat­szych przez bied­niej­szych. A chyba nie tak powinna się wyra­żać spra­wie­dli­wość społeczna.

Ale­xis de Tocqu­eville uwa­żał, że istotą wyzy­sku nie jest roz­miar trans­feru dóbr od bied­nych do boga­tych, lecz to, że ci dru­dzy mogą być boga­tymi, tylko utrzy­mu­jąc sys­tem, w któ­rym biedni muszą nimi pozo­stać. Zarówno wła­ści­ciele feu­dal­nych fol­war­ków, jak i wła­ści­ciele Pol­ski Ludo­wej prak­ty­ko­wali to samo. A więc prawo wła­sno­ści na pra­wie wszystko i mono­pol na dzia­łal­ność gospo­dar­czą w swoim domi­nium. A przy tym wyzy­sku­jący pra­wie zawsze i wszę­dzie sta­no­wili mniej­szość i korzy­sta­jąc z pracy więk­szo­ści zapew­niali sobie o wiele wyż­szy stan­dard życiowy.

Dużo się zmie­niło. Podział, jeśli nie na wyzy­ski­wa­czy i wyzy­ski­wa­nych, to na spon­so­rów i bene­fi­cjen­tów sys­temu nie jest kla­rowny. Ci pierwsi zacho­wują w masie wyż­szy poziom życiowy niż znacz­nie więk­sza liczba obda­ro­wy­wa­nych. Przy tra­dy­cyj­nie więk­szej ilo­ści bied­nych i boga­tych, trzeba się chwilę zasta­no­wić kto na kogo pra­cuje. (Pamię­tam, jak parę lat temu Adam Mich­nik, wywo­dzący się wszak z lewicy, książką swego przy­ja­ciela, skąd­inąd wybit­nego uczo­nego, a w prze­szło­ści jed­nego z czo­ło­wych lide­rów opo­zy­cji, trza­snął o pod­łogę, z krzy­kiem: ” Mózg mu sta­nął na ”Kapi­tale”! Jeśli Niem­czycki – Zbi­gniew – buduje fabrykę w Mła­wie, to widzi w nim wyzy­ski­wa­cza, a nie to, że zapew­nia ludziom godziwą egzystencję”)

Układ ten nie jest pil­no­wany przez eko­no­mów i kar­bo­wych, ani przez peere­low­skie pań­stwo. Wystar­czy sys­tem poli­tyczny demo­kra­tycz­nego pań­stwa, wspo­ma­gany przez ega­li­ta­ryzm większości.

Poli­tyka żywi się biedą

Zachod­nie pań­stwo opie­kuń­cze to pro­dukt trwa­ją­cej dekady bata­lii spo­łecz­nej i poli­tycz­nej. Mię­dzy pracą i kapi­ta­łem, mówiąc sche­ma­tycz­nie. Myśmy nasze bieda welfare state odzie­dzi­czyli po fol­warku zwa­nym PRL, w któ­rym pra­wie wszy­scy, tak czy ina­czej pra­co­wali u dzie­dzica i na dzie­dzica, jakim de facto było apa­rat partyjno-państwowy. A on, po uwa­ża­niu, pła­cił pie­niędzmi — żeto­nami — waż­nymi tylko na tere­nie fol­warku oraz przy­dzie­la­jąc wsze­la­kie świad­cze­nia socjalne. Teraz już mniej­szość pra­cuje na pań­stwo, ale więk­szość nadal ocze­kuje odeń roz­bu­do­wa­nych świad­czeń. Leszek Koła­kow­ski nazy­wał to agre­syw­nym żebrac­twem. Tak czy ina­czej, jest to się­ga­nie do kie­szeni tych ciężko i efek­tyw­nie pracujących.

Wszy­scy bene­fi­cjenci pań­stwa uwa­żają, że im się należy i że dostają za mało w sto­sunku do zasług, nie mówiąc już o potrze­bach. I mają, ponie­kąd, rację. Więk­szość świad­czeń jest bar­dzo mała, nie­kiedy są one gło­dowe, gdy mają sta­no­wić jedyne źró­dło utrzy­ma­nia. Biedne pań­stwo może dać bar­dzo nie­wiele pra­wie 20 milio­nom utrzy­my­wa­nym, z róż­nych, nie­raz mało czy zupeł­nie nie­uza­sad­nio­nych tytu­łów. Ale mało kto, w obli­czu biedy, ośmiela się gło­śno pod­wa­żać te tytuły. Wielu trak­tuje swoją pomyśl­ność jako wyją­tek. W son­da­żach przez lat prze­wa­żała opi­nia dająca się wyra­zić sło­wami: ”Z bożą pomocą jakoś wycho­dzę na swoje, lecz w kraju, panie, upa­dek i bieda”. To nie­raz postawa nawet tych, któ­rzy łożą na poli­tykę społeczną.

Subiek­tywne poczu­cie krzywdy wielu ludzi jest obiek­tyw­nym fak­tem spo­łecz­nym. Zwra­ca­nie więc uwagi na skrzyw­dzo­nych i poni­żo­nych nie­ko­niecz­nie musi być dema­go­gią i popu­li­zmem. Lecz współ­czu­cie, choć nie­odzowne, nie powinno być głów­nym wyznacz­ni­kiem poli­tyki. Jed­nak krót­ko­wzrocz­ność i sob­ko­stwo poli­ty­ków spra­wia, że ci któ­rzy aku­rat nie są u wła­dzy, przy­czer­niają rze­czy­wi­stość, nie licząc się z tym, że wkrótce mogą być za nią odpo­wie­dzialni. Podob­nie postę­pują liczni dzien­ni­ka­rze. Nie­któ­rzy współ­dzia­łają w ten spo­sób z poli­ty­kami, lecz w więk­szo­ści idą na łatwi­znę. Wywa­żona opi­nia, poka­zu­jąca skom­pli­ko­waną rze­czy­wi­stość, trudna jest opi­sie i w odbio­rze. Łatwiej powstają i lepiej są odbie­rane kata­stro­ficzne wizje i potoki suge­styw­nych oskarżeń.

Pochy­lali się już nad słab­szymi spo­łecz­nie (ostat­nio przy­jął się ter­min; wyklu­czeni, cho­ciaż to nie to samo): KPN, PSL, SLD, AWS, Unia Wol­no­ści, Samo­obrona, LPR i PiS. Ale będąc u wła­dzy, każda kolejna par­tia prze­ko­nuje się, że dalej już uso­cjal­niać pań­stwa nie można, choć jak dotąd, każda robiła to przed każ­dymi kolej­nymi wybo­rami. Opor­tu­nizm i strach klasy poli­tycz­nej wystę­puje rów­nież mię­dzy wybo­rami. Kole­ja­rze, pod groźbą wstrzy­ma­nia ruchu, wymu­szają utrzy­my­wa­nie połą­czeń kole­jo­wych, któ­rych ren­tow­ność wynosi przynajmniej….dziesięć pro­cent, choć pono­szone straty znacz­nie prze­kra­czają sumy potrzebne na zastą­pie­nie pocią­gów połą­cze­niami dro­go­wymi. Kla­syczny przy­kład to gór­nic­two, w któ­rym ochrona jed­nego nie­ren­tow­nego miej­sca pracy unie­moż­li­wia powsta­nie kilku innych w innym sek­to­rze. Ich strajk, nawet zimą, można jakoś prze­trzy­mać, ale wła­dza boi się najazdu na War­szawę, połą­czo­nego z roz­róbą. A jak nie gór­nicy, to się poja­wią stoczniowcy.

*

Będą rosły dochody spo­łe­czeń­stwa, będzie wyż­sza mediana docho­dów i zawsze pod kre­ską – sześć­dzie­się­ciu pro­cent jej wyso­ko­ści – pozo­sta­nie jakaś grupa, cho­ciaż nieco lepiej żyjąca niż wcze­śniej. Jeśli przy racjo­nal­nej poli­tyce spo­łecz­nej, umoż­li­wia­ją­cej awans gorzej sytu­owa­nych, zmniej­szy się obszar wyklu­cze­nia i biedy, tym więk­sza będzie fru­stra­cja takiej izo­lo­wa­nej grupy. Popu­li­styczni poli­tycy zawsze będą mieli kogo repre­zen­to­wać. Byłoby dobrze gdyby coraz mniej zna­czyli w poli­tyce. Jest to moż­liwe w per­spek­ty­wie naj­bliż­szych lat, ale – bynaj­mniej nie pewne w dal­szej przy­szło­ści (o czym w kolej­nym tek­ście, któ­rzy z góry pole­cam PT Publiczności).

III.

Przy­kro prze­gry­wać, a już szcze­gól­nie z wyni­kiem pięć do jed­nego. Wpro­wa­dzamy więc huma­ni­tarne zasady; jeden z pię­ciu strze­lo­nych goli odbie­ramy zwy­cięzcy – i tak jego górą – i prze­ka­zu­jemy poko­na­nemu, dla poprawy samo­po­czu­cia. Jak na razie w spo­rcie nikt tego jesz­cze nie pro­po­nuje, lecz w zakre­sie spraw eko­no­micz­nych i spo­łecz­nych – i owszem. W histo­rii myśli socja­li­stycz­nej, czy sze­rzej w wie­lo­wie­ko­wym nur­cie ega­li­tar­nym, jest to zresztą kon­cep­cja bar­dzo umiarkowana.

By nie się­gać do sta­ro­żyt­nych Aten: Marks prze­wi­dy­wał ode­bra­nie wyzy­ski­wa­czom, kla­som posia­da­ją­cym, wła­sno­ści środ­ków pro­duk­cji i prze­ka­za­nie ich wyzy­ski­wa­nym. Lenin ujął to w zgrab­nym haśle:Grab nagra­bione! Udało się je zre­ali­zo­wać na obszer­nych prze­strze­niach globu. W ojczyź­nie autora ”Kapi­tału” tylko w jej wschod­niej czę­ści, NRD. W Repu­blice Fede­ral­nej nato­miast myśl lewi­cowa wyraża się w zróż­ni­co­wa­nym spo­sób. – Przy­zwo­iciej jest spa­lić dom towa­rowy niż go posia­dać – to jedno z haseł lewa­ków z RAF – Frak­cji Armii Czer­wo­nej. Teraz zaś poja­wił się nowy ”Kapi­tał”. Autor, kato­licki arcy­bi­skup Rein­hard Marks (nota bene dłu­go­letni ordy­na­riusz Tre­wiru, gdzie w 1818 roku uro­dził się Karol Marks) nie chce niczego palić, ani cze­go­kol­wiek odbie­rać. Jak infor­muje ”Tygo­dnik Powszechny”, postu­luje on jedy­nie dobrze wyre­gu­lo­waną spo­łeczną gospo­darkę ryn­kową, usta­la­nie ile wol­nego rynku i ile pań­stwa. Czyli wmon­to­wa­nie w gospo­darkę ryn­kową mecha­ni­zmu ogra­ni­cza­ją­cego jej efekty. Zysk jest, według hie­rar­chy, ważny, lecz nie może być jedy­nym kry­te­rium. Liczy się czło­wiek i jego dobro – powta­rzam za Mar­kiem Zają­cem z ”Tygodnika”.

W Pol­sce też było i jest wiele takich pomy­słów. Wyno­to­wa­łem ongiś dwa, moim zda­niem typowe: ”Być może Pol­sce opłaca się być kra­jem bied­niej­szym, za to o mniej­szych róż­ni­cach spo­łecz­nych, niż kra­jem zamoż­niej­szym o bar­dziej zróż­ni­co­wa­nych docho­dach?” – pytał trzy lata temu Andrzej Celiń­ski, wtedy wice­prze­wod­ni­czący SLD. A pro­fe­sor Janusz Rey­kow­ski, psy­cho­log spo­łeczny, pre­cy­zo­wał: ”Jed­nym z pod­sta­wo­wych fila­rów, na któ­rym został oparty cały pro­gram trans­for­ma­cji gospo­dar­czej, było prze­ko­na­nie, że mecha­nizm ryn­kowy jest warun­kiem racjo­nal­no­ści eko­no­micz­nej, ta zaś jest gwa­ran­tem roz­woju kraju….Nasuwa się wszakże wąt­pli­wość – pisał pro­fe­sor – czy racjo­nal­ność eko­no­miczna i pomyśl­ność spo­łeczna zawsze idą w parze? Czy np. nie należy się liczyć z fak­tem, że roz­wój gospo­dar­czy, który polega na wzro­ście wydaj­no­ści pracy, ozna­cza likwi­da­cję nie­ren­tow­nych zakła­dów, co pro­wa­dzi do wyrzu­ca­nia na bruk całych zastę­pów pracujących…”

Cią­gle zatem utrzy­muje się miej­sca pracy w nie­ren­tow­nych zakła­dach pań­stwo­wych, do któ­rych muszą dopła­cać ci, któ­rzy pra­cują efek­tyw­nie. Pochła­nia to środki, któ­rych bra­kuje, by inwe­sto­wać w ren­towne zakłady i takież zatrud­nie­nie tych zagro­żo­nych zwol­nie­niem ”całych zastę­pów pra­cu­ją­cych” Czy ten brak racjo­nal­no­ści eko­no­micz­nej sprzyja ”pomyśl­no­ści spo­łecz­nej”, w któ­rej budow­lańcy i pie­lę­gniarki pra­cują na gór­ni­ków i kolejarzy?

”Socja­li­styczna”, ”spo­łeczna” w praktyce

Ten pierw­szy przy­miot­nik Jacek Fedo­ro­wicz nazy­wał kasu­ją­cym. Doda­nie go do rze­czow­nika zmie­niało zna­cze­nie, tak jak doda­nie do krze­sła przy­miot­nika ”elek­tryczny”. Nato­miast ”spo­łeczny” w gospo­darce nie ozna­cza odwyrtki zna­cze­nia lecz ogra­ni­cze­nie, spo­wol­nie­nie i osłabienie.

”Spo­łeczna gospo­darka ryn­kowa”, przy­wo­łana przez pre­miera Mazo­wiec­kiego exposé 12 wrze­śnia 1989 roku, uzna­wana jest za twór Ludwiga Erhardta, twórcy ”cudu gospo­dar­czego” w Niem­czech Zachod­nich. Mało kto dziś pamięta, że wice­kanc­lerz for­so­wał swą poli­tykę przy zawzię­tym sprze­ci­wie potęż­nej wów­czas SPD, kie­ro­wa­nej przez cha­ry­zma­tycz­nego lidera jakim był Kurt Schu­ma­cher. Kraj był w sta­nie ruiny mate­rial­nej i moral­nej. Nędza spo­łe­czeń­stwa ogromna. Erhard, sze­rzej; rząd z kanc­le­rzem Ade­nau­erem, musiał iść na kom­pro­mis z więk­szo­ścią spo­łe­czeń­stwa i stąd ten dodat­kowy przy­miot­nik. W prak­tyce ozna­czał on roz­bu­do­wany sys­tem gwa­ran­cji socjal­nych. W Niem­czech miał on mocne opar­cie od czasu kanc­le­rza Bismarcka.

Można sądzić, że ten kom­pro­mis dopro­wa­dził do tego, że w 1959 roku, w Bad Godes­berg, socjal­de­mo­kra­cja zaak­cep­to­wała ustrój kapi­ta­li­styczny, acz nie bez pew­nych zastrze­żeń. Już w tym momen­cie Repu­blika Fede­ralna była potęgą gospo­dar­czą, na tle Europy, a poziom życia w niej pora­żał Pola­ków, po lek­kim uchy­le­niu żela­znej kurtyny.

Od tego czasu w głów­nym nur­cie poli­tycz­nym Nie­miec nie ma siły odrzu­ca­ją­cej porzą­dek eko­no­miczny i spo­łeczny. Chyba się opła­ciło. Przez dwa poko­le­nia Niemcy rosły w siłę, a ludzie żyli dostat­niej. Uła­twie­niem było to, że kapi­ta­lizm by tam ustro­jem zasta­nym. Trans­for­ma­cja objęła, po roku 1990, jedy­nie wschod­nie landy, lecz była to inkor­po­ra­cja do wiel­kiego i potęż­nego układu. Na prze­ło­mie wie­ków jed­nakże widać, że układ w dotych­cza­so­wej postaci się wyczer­puje i nie rokuje dobrze na przyszłość.

Dostrzegł to zresztą kanc­lerz Ger­hard Schro­eder, skąd­inąd socjal­de­mo­krata. Stąd Agenda 2010, pro­jekt lekko odso­cjal­nia­ją­cych zmian, na który w roku 2009 można spo­koj­nie mach­nąć ręką.

Nasze podwórko. Jeśli w ciągu dwóch dekad ist­nie­nia III RP ponad 40 pro­cent wydat­ków budże­to­wych prze­zna­cza się na bez­po­śred­nio na cele socjalne, a całość trans­fe­rów socjal­nych jest jesz­cze więk­sza, to trzeba uznać, że zapo­wiedź Tade­usza Mazo­wiec­kiego nie była pustą obiet­nicą. Mamy fak­tycz­nie spo­łeczną gospo­darkę ryn­kową. A jeśli spoj­rzeć na postęp doko­nany w tym cza­sie, to nawet jako prze­ko­nany libe­rał muszę przy­znać, że Pol­sce się opła­ciło. Podob­nie jak Repu­blice Federalnej.

Można się zasta­na­wiać czy osią­gnę­li­by­śmy wię­cej i szyb­ciej, gdyby nie ten socjalny hamu­lec w mecha­ni­zmie ryn­ko­wym. Teo­re­tycz­nie, na pewno tak. Ale może byłoby z nami znacz­nie gorzej, gdyby szok trans­for­ma­cji był jesz­cze więk­szy, jak i wzbu­rze­nie spo­łeczne. I czy w ogóle jaki­kol­wiek demo­kra­tyczny rząd byłby w sta­nie tego doko­nać? Spór to jałowy, bo się go nie da roz­strzy­gnąć. Nato­miast chyba już nie ma sporu na temat tego, że model ten wyczer­puje się. W Niem­czech i innych zachod­nich welfare sta­tes już, a w Pol­sce niebawem.

W kraju, w któ­rym dwóch Mark­sów publi­ko­wało kolejno swoje ”Kapi­tały”, w któ­rym pań­stwo socjalne jest dogma­tem inte­lek­tu­ali­stów, bro­nio­nym przez związki zawo­dowe, poja­wił się filo­zof, Peter Slo­ter­dijk, któ­remu przy­po­mina ono fiskalny pół­so­cja­lizm. Do Pol­ski, z jej trans­fe­rami socjal­nymi, odzie­dzi­czo­nymi po real­nym socja­li­zmie, pasuje to jak najbardziej.

Mało nas do pie­cze­nia chleba

Naj­czę­ściej spo­ty­kana rodzina w Pol­sce to para aktyw­nych zawo­dowo ludzi z jed­nym dziec­kiem. (Wskaź­nik 1,2 uro­dzeń na kobietę w wieku roz­rod­czym) Każde w tej parze ma prze­waż­nie brata lub sio­strę (w ich poko­le­niu było wię­cej uro­dzeń) oraz dwoje rodzi­ców w wieku popro­duk­cyj­nym. Cię­żar ich utrzy­ma­nia, za pośred­nic­twem sys­temu eme­ry­tal­nego i bez­po­śred­nio spo­czywa na ”naszej” parze i jej rodzeń­stwie. Śred­nio; aktywny zawo­dowo czło­wiek pra­cuje na sie­bie oraz utrzy­muje jed­nego rodzica i pół dziecka. Sto­su­nek 1:1,5. Idzie wytrzy­mać. W następ­nym poko­le­niu dzi­siej­sze dziecko — jedy­nak, będąc w wieku pro­duk­cyj­nym będzie, oprócz sie­bie musiało utrzy­mać swoje pół dziecka i, nie mając rodzeń­stwa, dwoje rodzi­ców. Sto­su­nek 1:2,5. Zde­cy­do­wa­nie gorzej.

Rze­czy­wi­stość nie jest aż tak sche­ma­tyczna. W przy­szłym, 2010 roku, w gru­pie przed­pro­duk­cyj­nej, do 15 lat. znaj­dzie się 6,81 mln. osób, w popro­duk­cyj­nej, powy­żej 65 lat – 6,43 mln., a mię­dzy nimi, w pro­duk­cyj­nej – 24,65 mln. W czter­dzie­ści lat póź­niej, odpo­wied­nie liczby, w tej samej kolej­no­ści, wyniosą w milio­nach: 3.49; 11.44 oraz 15.11.

Jeśli przy­jąć, że wiek pro­duk­cyjny wynosi 50 lat, od 15 do 65 lat, to tego czasu star­czy na odcho­wa­nie dziecka i pocho­wa­nie rodzi­ców. Czyli śred­nio, na rok aktyw­no­ści zawo­do­wej przy­pada mniej utrzy­man­ków niżby wyni­kało z tego sche­matu. Poza tym w wieku 15 lat mało kto pra­cuje, ale na eme­ry­turę idzie się u nas prze­waż­nie wcze­śniej niż w wieku 65 lat. Do tego, trzeba uwzględ­nić, że pra­cuje nieco tylko wię­cej niż połowa osób w wieku produkcyjnym.

Rachu­nek się gma­twa, ale tak czy ina­czej demo­gra­fia staje się naj­po­waż­niej­szym wyzwa­niem dla roz­wi­nię­tych i boga­tych świata. A w prze­ci­wień­stwie do groźby kli­ma­tycz­nej, tu raczej nie ma miej­sca na żadną dyskusję.

Eme­ryci to tylko część więk­szego pro­blemu. Ludzi otrzy­mu­ją­cych takie czy inne świad­cze­nia socjalne jest w Pol­sce około 20 milio­nów. Wię­cej niż połowa lud­no­ści.  Część z nich jed­no­cze­śnie pra­cuje, co gma­twa sprawę. ”Około ośmiu milio­nów, jedna trze­cia poten­cjal­nie zdol­nych do pracy i mniej niż 60 pro­cent – cytuję sie­bie – pra­cu­ją­cych to ci, któ­rzy wię­cej wytwa­rzają niż kon­su­mują. Oni utrzy­mują Pol­skę, poka­zu­jąc, że może ist­nieć wyzysk mniej­szo­ści przez więk­szość. I bogat­szych przez bied­niej­szych.”

Nie jeste­śmy odosob­nieni. Slo­ter­dijk pisze o 25 milio­nach pła­cą­cych podatki Niem­ców, utrzy­mu­ją­cych 82-milionową popu­la­cję. U nas pro­por­cje – 8 milio­nów (chyba?) efek­tyw­nie pra­cu­ją­cych na 38-milionową popu­la­cję są jesz­cze bar­dziej dra­styczne. Pod tym wzglę­dem dogna­li­śmy i prze­go­ni­li­śmy RFN.

Dla Slo­ter­dijka – powta­rzam za ”Gazetą Wybor­czą” – pro­blem współ­cze­snego kapi­ta­li­zmu, ina­czej niż za pierw­szego Marksa, to wyzysk pro­duk­cyj­nej czę­ści spo­łe­czeń­stwa przez tych, któ­rych ona utrzymuje.

Łatwo było odróż­nić chłopa od dzie­dzica i robot­nika od fabry­kanta. Były wyraźne bariery, two­rzone przez warunki życia, prawo, oby­czaj. Było więc pole dla arty­ku­ło­wa­nia odręb­nych inte­re­sów i walki – kla­so­wej – o nie. Podział na efek­tyw­nych i nie­efek­tyw­nych, na spon­so­rów i bene­fi­cjen­tów nie jest kla­rowny. Czę­sto prze­biega w rodzi­nie. Rodzina jed­nak coraz rza­dziej bywa jed­nostką pro­duk­cyjną i - zmniej­sza­jąc się –coraz trud­niej socjalną. Kon­flikt bar­dzo powoli staje się instytucjonalnym.

Jak na razie w natar­ciu jest strona, powiedzmy, socjalna. Jej głos domi­nuje w dys­kur­sie publicz­nym, ona sta­nowi więk­szość wybor­ców. Więk­szość tej więk­szo­ści coraz bar­dziej sta­no­wią eme­ryci. Czują się prze­waż­nie pokrzyw­dzeni przez życie i spo­łe­czeń­stwo, a ich hory­zont cza­sowy jest raczej krótki. Będą więc raczej opo­wia­dać się za doraź­nie im sprzy­ja­jącą poli­tyką socjalną. A w miarę i jak ich będzie przy­by­wać będą mieli coraz wię­cej do powie­dze­nia i coraz więk­szy wpływ na polityków.

W listach do redak­cji coraz czę­ściej spo­tyka się gniew przy­mu­so­wych spon­so­rów, lecz są oni zagłu­szani. Nie ma par­tii, umow­nie, podat­ni­ków. Podat­nicy czę­sto emi­grują – nie tylko z Pol­ski do kra­jów mniej socjal­nych, lub cza­sem nawet bar­dziej, jeśli liczą, że tam sko­rzy­stają z socjału na wyż­szym niż u sie­bie pozio­mie. Dla nie­któ­rych ludzi ist­nieje pokusa odpusz­cze­nia sobie wysił­ków, napię­cia w kon­ku­ren­cyj­nym śro­do­wi­sku i pogo­dze­nia się ze sta­tu­tem bene­fi­cjenta systemu.

*

Można zauwa­żyć, że Niemcy nie są bynaj­mniej bied­nym kra­jem, a i w Pol­sce żyje się w końcu nie­zgo­rzej. I być może wydaj­ność pracy jest taka, że pozwala na utrzy­my­wa­nie nie­efek­tyw­nej więk­szo­ści. Jak jed­nak musia­łaby ta wydaj­ność rosnąć, jak musia­łaby ta pro­duk­tywna mniej­szość za….ć, w obli­czu zacho­dzą­cych zmian demo­gra­ficz­nych? Jak przy tym unieść astro­no­miczne koszty walki z glo­bal­nym ocie­ple­niem klimatu?

A do tego musi ona wysłu­chi­wać apeli do jej ”wraż­li­wo­ści spo­łecz­nej”, wezwań do ”pochy­le­nia się nad wyklu­czo­nymi”. I to tak, żeby nie ura­zić ich wraż­li­wo­ści, czyli raczej dzia­ła­jąc za pośred­nic­twem dła­wią­cego i kosz­tow­nego apa­ratu fiskal­nego niż oso­bi­stego miłosierdzia.

Cią­gle też sły­szymy przy­po­mnie­nia, że szla­chet­niej jest ”być” niż ”mieć”, a już szcze­gól­nie wzru­szyło mnie prze­czy­tane nie­dawno stwier­dze­nie, że nie tak ważny jest poziom mate­rialny, jak powszechny dostęp do dobrej opieki zdro­wot­nej. Za co, do jasnej cholery!?

IV.

- Dok­to­rze - zwraca się pacjent do psy­chia­try w sta­rej ame­ry­kań­skiej aneg­do­cie – nie przy­sze­dłem dla­tego, że jak każ­dego stre­suje mnie wojna w Wiet­na­mie, nie­po­koi pro­blem rasowy, przy­gnę­bia demo­ra­li­za­cja mło­dzieży, prze­raża upa­dek miast i prze­stęp­czość, ani dla­tego, że dołuje mnie defi­cyt budże­towy. Przy­sze­dłem bo wymy­śli­łem spo­sób na wszystko !

Mową wariata nazwał kie­dyś Ste­fan Kisie­lew­ski mówie­nie tego co się myśli, bez zwra­ca­nia uwagi na oko­licz­no­ści. I jeśli jakoś z niej korzy­stał pod rzą­dami peere­low­skiej cen­zury, to wolny czło­wiek w wol­nym kraju też może cza­sem cze­goś takiego spróbować.

To ”wszystko”, na co się wymy­śliło spo­sób, składa się z wielu ele­men­tów, bar­dzo ze sobą splą­ta­nych. A skoro od cze­goś trzeba zacząć, więc spró­bujmy od pracy. W ten tylko spo­sób mogę bowiem pod­kre­ślić sza­cu­nek dla pry­matu pracy przed kapi­ta­łem, gdyż poza sferą hasłową nie bar­dzo wia­domo co by to miało zna­czyć w praktyce.

A więc z jed­nej strony – nie ma kto nam opra­co­wy­wać na nasz dobro­byt, skoro pra­cuje nas nie­wiele ponad połowę znaj­du­ją­cych się w wieku pro­duk­cyj­nym, a z tego pra­wie połowa nie­efek­tyw­nie – patrz ”Bogaci i biedni III RP (2)” – skoro mamy naj­młod­szych eme­ry­tów w Euro­pie i naj­bar­dziej scho­ro­wane spo­łe­czeń­stwo, sądząc po ilo­ści rent inwa­lidz­kich. A z dru­giej strony – bra­kuje pracy dla absol­wen­tów, bo mło­dzi za mło­dzi, a także bra­kuje dla 50 +, bo sta­rzy za sta­rzy. (Z mojej pry­wat­nej obser­wa­cji wynika, że mło­dzi sze­fo­wie nie chcą mieć pra­cow­ni­ków star­szych, któ­rych nie­zręcz­nie obsobaczyć)

Napra­sza się jed­nak bar­dziej ogólny wnio­sek; choć nas pra­cuje za mało, to taka gospo­darka jaka jest nie bar­dzo może zatrud­nić – i wypro­du­ko­wać – o wiele wię­cej. Można jed­nak zmie­nić tę gospo­darkę. I to jest ów spo­sób wariata.

15 X 4 = ?

Wpro­wa­dzamy liniowy (wła­ści­wie pro­por­cjo­nalny) poda­tek docho­dowy od osób fizycz­nych — PIT — w wyso­ko­ści 15 pro­cent. Jed­no­lity już poda­tek docho­dowy od przed­się­biorstw — CIT — obni­żamy z 19 do 15 pro­cent. Poda­tek od war­to­ści doda­nej — VAT — ujed­no­li­camy na pozio­mie 15 pro­cent. W ten spo­sób reali­zu­jemy dawny hasłowy postu­lat Plat­formy Oby­wa­tel­skiej — 3 X 15. Lecz to jesz­cze daleko nie wszystko. Do, plus-minus, 15 pro­cent obni­żamy — uwaga! uwaga! — składkę na ZUS oraz fun­dusz pracy. I mamy 15 X 4.

I tutaj wrzask; a z czego będziemy pła­cili eme­ry­tury !? To zro­zu­miałe, lecz gdzie wrzask: co będzie z budże­tem!? Mam i budżet i eme­ry­tury w pamięci i za chwilę do tego wrócimy.

W sys­te­mie 15 X 4 naro­dowi zostaje w ręku masa pie­nię­dzy. Gros tej sumy prze­zna­czy on na kon­sump­cję. I dobrze. To popyt wewnętrzny uchro­nił nas od wpad­nię­cia w kry­zys i on może trwale napę­dzać gospo­darkę. Ale popyt musi się zejść z podażą. Jeśli apa­rat pro­duk­cyjny i sfera usług nie zwięk­szą odpo­wied­nio swych mocy prze­ro­bo­wych, wów­czas nasili się popyt na dobra impor­to­wane i pogor­szy nasz bilans płat­ni­czy. A jeśliby – nie daj Boże – głupi rząd wpro­wa­dził cła ochronne, mie­li­by­śmy infla­cję. Jesz­cze głup­szy wpro­wa­dzałby sztywne ceny i regla­men­ta­cję, two­rząc czarny rynek, spe­ku­la­cję, kartki, talony, asy­gnaty. W tym celu nie trzeba peerelu – rym przy­pad­kowy – pomysł kon­tro­lo­wa­nia marż i cen na arty­kuły spo­żyw­cze mie­li­śmy cał­kiem niedawno.

Mamy jed­nak – było nie było – gospo­darkę w więk­szo­ści ryn­kową i pie­nią­dze pozo­sta­wione na kon­tach poszłyby i na kon­sump­cję i na inwe­sty­cje. Istotne jest tylko ryn­kowe zgra­nie się pro­por­cji tych dwóch stru­mieni i ich syn­chro­ni­za­cja w cza­sie. Jeśli nikt tego nie będzie regu­lo­wał, to wszystko się jakoś dopa­suje. A w tym celu należy przy­wró­cić wol­ność gospo­dar­czą, którą w ostat­nich podry­gach PRL obda­rzył nas rząd Rakow­skiego i Wilczka.

W sta­nie praw­nym, odzie­dzi­czo­nym przez III RP, po Rakow­skim i Wilczku, zezwo­le­nia wyma­gała dzia­łal­ność gospo­dar­cza jedy­nie w czte­rech dzie­dzi­nach. Broń i mate­riały wybu­chowe, następ­nie medy­ka­menty – jedno i dru­gie słusz­nie. Nie wia­domo dla­czego pod­pa­dały pod to ogra­ni­cze­nie rów­nież wyroby jubi­ler­skie. Czwar­tej dzie­dziny nie pamię­tam, ale chyba nie było to tak istotne. Wilcz­kowi jesz­cze dziś kto chce może podzię­ko­wać za tę ustawę. Zmarły nie­dawno Rakow­ski był posta­cią na pewno kon­tro­wer­syjną, lecz ten krok był jego wielką zasługą. Umoż­li­wił szyb­kie i sprawne wyko­rzy­sta­nie zmian ustro­jo­wych III RP, w postaci natych­mia­sto­wej erup­cji przed­się­bior­czo­ści. To ona pozwo­liła nam przejść w miarę obronna ręką przez naj­trud­niej­szy okres transformacji.

To fakt, że obecna kon­sty­tu­cja prze­wi­duje wol­ność gospo­dar­czą, chyba że ustawy…. prze­wi­dują ogra­ni­cze­nia. Bar­dzo czę­sto to prze­wi­dują. Prak­tycz­nie, aktyw­ność gospo­dar­cza pozo­staje w sta­łym zwar­ciu z roz­bu­do­waną przez te ustawy regu­la­cją i z apa­ra­tem urzęd­ni­czym, który z tego stanu korzy­sta. Nie wystar­czy zatem reak­ty­wo­wa­nie ustawy Wilczka, z arty­ku­łem unie­waż­nia­ją­cym wszyst­kie sprzeczne z nią póź­niej­sze akty prawne. Tę ustawę trzeba dosłow­nie, w szcze­gó­łach wpi­sać do kon­sty­tu­cji. I wów­czas wszel­kie ogra­ni­cze­nia będą wyma­gać kon­sty­tu­cyj­nej więk­szo­ści w par­la­men­cie. Czyli będzie ich bar­dzo mało.

Jeśli to zro­bimy będziemy mogli podzię­ko­wać zbęd­nej komi­sji Przy­ja­zne Pań­stwo, bo ono już będzie przyjazne.

A gdy znik­nie cała góra zbęd­nych, a raczej szko­dli­wych, prze­pi­sów, okaże się, że zbędna jest pra­wie cała struk­tura regu­lu­jąca i kon­tro­lu­jąca gospo­darkę. I to stwo­rzy warunki dla sen­sow­nej, bo mery­to­rycz­nej, a nie pro­cen­to­wej, reduk­cji apa­ratu urzęd­ni­czego. Przy­bę­dzie sporo rąk, a raczej głów – do potrzeb­nej kra­jowi pracy, ale ta praca będzie. Bo praw­dziwe pie­nią­dze, praw­dziwa wol­ność gospo­dar­cza powinny zaowo­co­wać wzmo­że­niem inwe­sty­cyj­nym i wzro­stem zatrud­nie­nia. (Tu warto będzie zasto­so­wać metodę, która pro­fe­sor Witold Kie­żun dora­dził ongiś rzą­dowi kana­dyj­skiemu. Zwol­nieni urzęd­nicy dostają kre­dyty pre­fe­ren­cyjne, jeśli w sen­sowny spo­sób wejdą do biz­nesu. Czę­sto jako wspól­nicy, mający tro­chę gro­sza, roze­zna­nie i kon­takty, zdo­byte w okre­sie pracy w administracji)

W warun­kach demo­kra­cji i gospo­darki ryn­ko­wej pań­stwo, (czy sze­rzej: wła­dza publiczna, bo obej­muje to samo­rządy tery­to­rialne) nie ma być przed­się­bior­stwem nasta­wio­nym na mak­sy­ma­li­za­cję zysków. Samo nie wypra­co­wuje środ­ków, któ­rymi zarzą­dza. Wypra­co­wują oby­wa­tele. Tym wię­cej, im wię­cej mają po temu moż­li­wo­ści. I te wła­śnie ma stwo­rzyć wła­dza. Gospo­darka musi się więc pozbyć kuli u nogi, jaką jest w niej nie­wy­dolny sek­tor pań­stwowy, który gene­ruje straty i nie­po­kój spo­łeczny. Trzeba zatem koń­czyć trans­for­ma­cję ustro­jową, koń­cząc prywatyzację.

I jesz­cze jeden waru­nek – euro. Ma być. A więc, gospo­darka bez ryzyka kur­so­wego i kosz­tów wymiany pie­nię­dzy. To uła­twie­nie i przy­śpie­sze­nie obro­tów, zachęta do inwe­sto­wa­nia w Pol­sce dla zagra­nicz­nych pod­mio­tów. Dodat­kowy bodziec.

Niż­sze podatki to zwięk­szona aktyw­ność gospo­dar­cza i, per saldo, wię­cej pie­nię­dzy dla budżetu. Trudno wyli­czyć i zapla­no­wać, ale prak­tyka to potwier­dza. Rów­nież w Pol­sce, po obni­że­niu CIT. Lecz budżet źle znosi zmiany duże i gwał­towne. Obniżka podat­ków – jasne – ocze­ki­wane skutki nastą­pią dopiero po jakimś cza­sie, a na razie dziura. (Pod­wyżka podat­ków też zmniej­sza wpływy – kapi­tał chowa się i ucieka.) Zwięk­sza­nie, i tak już dużego, zadłu­że­nia celem doraź­nego zatka­nia dziury budże­to­wej, byłoby bar­dzo nie­bez­pieczne. Prze­cho­dze­nie do nowego sys­temu trzeba by zatem roz­ło­żyć w cza­sie. Na PIT, CIT i VAT potrzebne by były 3 – 4 lata. I wydaje się to moż­liwe do osią­gnię­cia przy odpo­wied­niej sytu­acji poli­tycz­nej i powro­cie do dobrej koniunk­tury gospo­dar­czej. Oba te warunki mogą wystą­pić praw­do­po­dobne za rok – dwa.

Suum cuique, czyli: ratuj się kto może !

Powy­żej przed­sta­wiony zestaw postu­la­tów nie powi­nien nikogo zaska­ki­wać. Miesz­czą się one w naszym dys­kur­sie publicz­nym i w zapo­wie­dziach poli­ty­ków od kilku lat. Wariac­twem, uza­sad­nia­ją­cym wzy­wa­nie karetki, jest ele­ment, o któ­rym się nie mówi, a może nawet nie myśli. To pięt­na­sto­pro­cen­towa, mniej wię­cej, danina na cele spo­łeczne, a nie jak dzi­siaj pra­wie połowa! I to nie ma być fun­dusz eme­ry­talny! Likwi­du­jemy FUS, ZUS i KRUS!

Ste­fan Brat­kow­ski postu­luje rewin­dy­ka­cję war­to­ści zagra­bio­nych przez pań­stwo (jesz­cze za II RP, za PRL – głów­nie – oraz za III RP) sze­roko rozu­mia­nemu sys­te­mowi eme­ry­tal­nemu. Słuszne to i spra­wie­dliwe, godne, lecz nie zba­wienne.Zagra­bione zostało już zużyte i zmar­no­wane. Pokrzyw­dzeni w więk­szo­ści już ode­szli, ku uldze budżetu i ZUS. Jeśli się nawet zwróci to co zostało, będzie to uła­mek potrzeb, które będą lawi­nowo nara­stać ze wzglę­dów demograficznych .

Wiem, że pla­no­wa­nie burze­nia wszyst­kiego i budo­wa­nia od pod­staw jest łatwiej­szy od mozol­nej łata­niny. Tu jed­nak jeśli nawet umo­ru­sane cygań­skie dzie­ciaki trzeba myć, to trzeba też robić nowe.

A przy takim roz­wią­za­niu pań­stwo prze­staje zbie­rać składki eme­ry­talne i nikogo nie zmu­sza do wpła­ca­nia ich komu­kol­wiek. Nikomu też nie wypłaca eme­ry­tur. A także nie odpo­wiada za wypłatę eme­ry­tur komu­kol­wiek, ani za ich wyso­kość. Tak samo jak nie odpo­wiada bez­po­śred­nio za miesz­ka­nie, samo­chód, ubra­nie i wyży­wie­nie, urlopy poszcze­gól­nych obywateli.

Nie ma więc żad­nego pierw­szego, ani dru­giego filaru. Jest tylko trzeci, dobro­wolny. Na sta­rość można zara­biać i odkła­dać na różne spo­soby, które ist­nieją już w świe­cie, co poka­zuje Ste­fan. Można też sobie odpu­ścić. Nato­miast dla chęt­nych mają być fun­du­sze eme­ry­talne, zobo­wią­zane do bez­piecz­nego inwe­sto­wa­nia, powinny mieć rzą­dowe gwa­ran­cje wypła­cal­no­ści, połą­czone z odpo­wied­nim nadzorem.

Swym służ­bom, cywil­nym i mun­du­ro­wym pań­stwo będzie mogło zapew­nić bar­dzo dogodne: wyso­kie i wcze­sne eme­ry­tury, jeśli uzna, że jest to wska­zane i wykupi odpo­wied­nio dro­gie polisy. Przed­się­bior­stwa mogą, jak dotych­czas, mieć dla swo­ich pra­cow­ni­ków wła­sne sys­temy eme­ry­talne. Na, zasłu­żone skąd­inąd, przy­wi­leje eme­ry­talne gór­ni­ków i innych grup zawo­do­wych nie będzie się zrzu­cać całe spo­łe­czeń­stwo; ma to obcią­żać ich pra­co­daw­ców. Nie budżet pań­stwa, ale ich biz­nes musi mieć wkal­ku­lo­wany ten koszt. I wtedy będziemy wie­dzieli: na ile jest praw­dzi­wie opła­calne takie gór­nic­two węglowe i parę innych przed­się­wzięć. I powinny to być biz­nesy prywatne.

Wła­dza publiczna w demo­kra­cji nie rzą­dzi czło­wie­kiem i nie może mu naka­zać co on ma robić ze swoim życiem, ale też nie może odpo­wia­dać za to co on z nim zrobi. Odpo­wiada za prawo, które czło­wie­kowi ma umoż­li­wiać roz­po­rzą­dza­nie swym losem bez naru­sza­nia prawa innych. Za regu­la­cje, które są w tym celu nie­zbędne oraz za ich prze­strze­ga­nie przez wszyst­kich. Trak­tuje doro­słych ludzi jak doro­słych ludzi. A doro­sły czło­wiek to taki, który odpo­wiada za swój los i los swo­ich bli­skich, szcze­gól­nie dzieci, do czego może być zobo­wią­zany. Odpo­wiada za to co zrobi z tym co zapra­cuje i całym swoim życiem odpo­wiada za to jak nim roz­po­rzą­dzi. Od osią­gnię­cia doj­rza­ło­ści do końca. Nie ma wieku eme­ry­tal­nego. Pra­cu­jemy póki możemy i chcemy. I dopóki komuś opłaca się nas zatrud­niać. Co zaro­bimy to nasze.

W tej sytu­acji kto chce pra­cuje, kto nie chce niech nie pra­cuje. I - jak uczył święty Paweł – niech nie je. Chyba, że ktoś nie­przy­mu­szony zechce go utrzy­my­wać. Tego nie można zabro­nić. Ozna­cza to roz­mon­to­wy­wa­nie obec­nej kon­cep­cji pań­stwa opie­kuń­czego. W bar­dzo istot­nym stop­niu, ale bynaj­mniej nie do końca.

Pyta­nie: czy ktoś, kto zara­bia 1300 zło­tych mie­sięcz­nie i musi utrzy­mać za to sie­bie i swoją rodzinę może zapew­nić sobie godziwą eme­ry­turę i nale­żytą opiekę zdro­wotną? Odpo­wiedź: nie, nie może. Ale powi­nien zara­biać znacz­nie wię­cej, jeśli zostaną speł­nione przed­sta­wione na wstę­pie warunki: bar­dzo niski fiska­lizm i praw­dziwa - pod­kre­ślam – wol­ność gospo­dar­cza w kraju i w skali, przy­naj­mniej, Europy. Tylko w takiej sytu­acji można postu­lo­wać wszystko co wyżej i niżej.

A kto nie może ?

Cywi­li­zo­wane spo­łe­czeń­stwo nie może pozwo­lić, aby w nim czło­wiek umarł z głodu, aby zmarł z braku schro­nie­nia i przy­odziewku, aby nie uzy­skał nie­odzow­nej pomocy medycz­nej w wypadku, czy w cho­ro­bie zagra­ża­ją­cej życiu. (Dzie­siątki umie­ra­ją­cych z mrozu to nie są ludzie, któ­rym odmó­wiono miej­sca w schro­ni­sku) Takie ma być mini­mum mini­mo­rum. I to nie­za­leż­nie od tego kim ten czło­wiek jest. Nawet jeśli sam jest winien temu, że zna­lazł się w takim sta­nie. Lecz to powinna być sytu­acja wyjątkowa.

Współ­cze­sne cywi­li­zo­wane spo­łe­czeń­stwo to ludzie odpo­wie­dzialni za sie­bie i swo­ich bli­skich, za śro­do­wi­sko z któ­rym się soli­da­ry­zują, za war­to­ści, które uznają. Ludzie poje­dyn­czy, w rodzi­nach, w struk­tu­rach, które two­rzą. A te struk­tury to: sto­wa­rzy­sze­nia, związki wyzna­niowe i para­fie, kluby, kor­po­ra­cje, śro­do­wi­ska nie­for­malne. To wresz­cie wła­dza publiczna, czyli samo­rządy wszyst­kich szcze­bli i pań­stwo. I struk­tury mię­dzy­na­ro­dowe, z któ­rych naj­waż­niej­sze jest Unia Euro­pej­ska. Ale w tym wszyst­kim pań­stwo jest, i jesz­cze długo będzie, naj­waż­niej­szym regulatorem.

W tym spo­łe­czeń­stwie, jeśli czło­wiek ma brzmieć dum­nie, to przede wszyst­kim powi­nien sobie radzić sam i należy mu stwo­rzyć po temu warunki – dać wędkę. Jeśli nie daje rady, może liczyć na pomoc bli­skich: rodziny, przy­ja­ciół, kole­gów. Rodzina może być nawet zobli­go­wana do udzie­la­nia pomocy. Dalej powinny się włą­czać różne orga­ni­za­cje – dziś NGO, a wedle daw­nego nazew­nic­twa – spo­łeczne, dys­po­nu­jące swo­imi środ­kami. A także grupy nie­for­malne. W dal­szej kolej­no­ści powinna dopiero wkra­czać wła­dza publiczna, z pie­niędzmi podat­ni­ków, poczy­na­jąc od szcze­bla pod­sta­wo­wego – gminy. Z tym, że wła­dza powinna być zobli­go­wana do poma­ga­nia w okre­ślo­nych warun­kach. Taki chyba powi­nien być modus ope­randi przy­zwo­itego społeczeństwa.

To, oczy­wi­ście, musi kosz­to­wać. I na to powinno pójść te 15 pro­cent podatku – powszech­nego ubez­pie­cze­nia na cele spo­łeczne. Może jeden pro­cent wte, drugi wefte, ale nie połowa każ­dego legal­nego zarobku, czy dwie trze­cie, jeśli pod­li­czyć razem wszyst­kie obecne daniny!

Janina Ochoj­ska, zało­ży­cielka Pol­skiej Akcji Huma­ni­tar­nej, uważa że naszą rosnącą z roku na rok zamoż­ność widać gołym okiem. – Z roku na rok PAH dys­po­nuje coraz więk­szymi fun­du­szami, które otrzy­muje prze­cież od zwy­kłych ludzi. Sta­ty­stycz­nie jest to trudno uchwytne. W latach 2003 –2005 pro­cent doro­słych wyda­ją­cych coś w ramach filan­tro­pii wzrósł z 33,4 do 42,8. W następ­nych dwóch, dobrych gospo­dar­czo latach… zma­lał do 25 pro­cent, by w roku 2008, przy znacz­nych pogor­sze­niu się koniunk­tury pod­nieść się do 28,6. Waha­nia te można róż­nie inter­pre­to­wać. Praw­do­po­dob­nie jest to tylko nie­wielka czę­ści nie­moż­li­wej do osza­co­wa­nia pomocy, jaką ludzie udzie­lają swoim człon­kom rodziny, przy­ja­cio­łom, sąsia­dom, kole­gom, nie­kiedy przy­pad­ko­wym oso­bom. I tak chyba powinno być.

Powyż­szy sys­tem okre­ślany jest jako sub­sy­diarny. Kolejne – wyż­sze? – instan­cje nie zwal­niają innych od dzia­ła­nia i odpo­wie­dzial­no­ści, lecz włą­czają się kiedy tym innym nie star­cza środ­ków i kom­pe­ten­cji.Dwie są dzie­dziny, w któ­rych udział wszyst­kich szcze­bli kom­pe­ten­cyj­nych jest nie­odzowny: ochrona zdro­wia oraz oświata i wycho­wa­nie. To nie zna­czy, że pań­stwo ma wszyst­kich uczyć i leczyć. Ma dbać, aby wszy­scy byli uczeni i leczeni. Sys­tem oparty na samo­dziel­no­ści i odpo­wie­dzial­no­ści doro­słych ludzi powi­nien ich przy­go­to­wy­wać do doro­sło­ści. Za zdro­wie dzieci i mło­dzieży oraz za naukę wła­dza więc odpowiada.

Wydaje się, że jakaś odpo­wie­dzial­ność indy­wi­du­alna powinna funk­cjo­no­wać rów­nież za wła­sne zdro­wie. Za zdrowy tryb życia, pro­fi­lak­tykę, aku­ratne lecze­nie się, zapo­bie­gli­wość. To ostat­nie polega na tym, aby się ubez­pie­czać kiedy się jest mło­dym i zdro­wym, a nie dopiero gdy się staje sta­rym i scho­ro­wa­nym. Te wyma­ga­nia naj­le­piej egze­kwuje sys­tem ubez­pie­czeń. A kto będzie leczyć, to już rzecz dru­go­rzędna. Jak w więk­szo­ści dzie­dzin, służba publiczna nie jest naj­efek­tyw­niej­sza. To jed­nak jest ta dzie­dzina, w któ­rej ubez­pie­cza­jący się powinni być wspie­rani ze środ­ków publicz­nych. Jak? W jakim stop­niu, według jakiego klu­cza? Aż taki wariat, żeby mieć pomysł i na to, to ja nie jestem.

Musimy jed­nak już teraz zdać sobie sprawę, że ze środ­ków publicz­nych i pry­wat­nych na ochronę zdro­wia wyda­jemy tyle, ile wyda­wały kraje zachod­niej Europy, kiedy znaj­do­wały się na naszym pozio­mie zamoż­no­ści, jakieś 40 – 50 lat temu. I były usa­tys­fak­cjo­no­wane. Ale od tego czasu weszły nie­znane wów­czas tech­no­lo­gie i medy­cyna nie­sły­cha­nie zdro­żała. Więc zachod­nio­eu­ro­pej­ski poziom ochrony zdro­wia będziemy mieli dopiero, mając zachod­nio­eu­ro­pej­ski poziom życia. Więc przy­spie­szajmy. W tym celu - cen­seo sum – co na wstę­pie: podatki, wolność.

Złe, dobre? Konieczne!

Póki pio­run nie zagrzmi, chłop się nie przeżegna - mówi rosyj­skie przy­sło­wie, ale ma to szer­sze zasto­so­wa­nie. Reformy powinno się robić przy dobrej koniunk­tu­rze, kiedy jest luz eko­no­miczny, są nawet pewne nad­wyżki środ­ków. A robi się je naj­czę­ściej w kry­zy­sie, gdy się ma nóż na gar­dle i już nie ma żad­nego innego wyj­ścia. Jaki zatem musiałby być kry­zys, jaki kata­klizm, byśmy zaapro­bo­wali przed­sta­wioną wyżej poli­tykę spo­łeczną!? Strach pomy­śleć przed nocą. Co jed­nak zro­bić — jeśli kry­zys jest peł­za­jący, roz­cią­gnięty na dekady, a z roku na rok nie odczuwa się jesz­cze zmian.

Peł­znie kry­zys, reforma też musi peł­znąć. Jeśli na rady­kalne ogra­ni­cze­nie PIT– u, CIT-u i VAT-u potrzeba 3–4 lat, to rewo­lu­cję w poli­tyce socjal­nej trzeba robić przez poko­le­nie. Stop­niowo, w miarę wzro­stu zarob­ków, umoż­li­wia­ją­cych two­rze­nie oszczęd­no­ści i pozwa­la­ją­cych liczyć na coraz mniej­sze eme­ry­tury. Być może dopiero rocz­nik 2000 mógłby od początku pra­co­wać już w nowym sys­te­mie. Jeśli się uda zacząć go imple­men­to­wać pod koniec dru­giej dekady XXI wieku.

W zesta­wie­niu z pań­stwem opie­kuń­czym spo­łecz­ność indy­wi­du­al­nej odpo­wie­dzial­no­ści, niech będzie SIO, ma, jak wszystko, i wady i zalety. Ale bilan­so­wa­nie, nawet gdyby się dało skwan­ty­fi­ko­wać, a potem doko­ny­wa­nie wyboru na tej pod­sta­wie da nam nie­wiele. Gotów jestem się zgo­dzić, że per saldoSIO jest gor­sze od welfare state. Ale to lep­sze ero­duje pod wpły­wem demo­gra­fii, że się znowu powo­łam na sie­bie. Z poko­le­nia na poko­le­nie robi się nas mniej. I jeśli nawet uda się zak­ty­wi­zo­wać pra­wie całą, zdolna do pracy popu­la­cję, pra­co­wać o te parę lat dłu­żej i osią­gnąć zachod­nio­eu­ro­pej­ską wydaj­ność pracy, to poprawi to sytu­ację tro­chę tylko i tylko na jakiś czas. Ten pro­blem mają prze­cież bogate kraje UE, do któ­rych sta­ramy się doszlusować.

Imi­gra­cja jest też roz­wią­za­niem na jakiś czas. W latach sześć­dzie­sią­tych w Niem­czech (zachod­nich) było około trzech milio­nów Tur­ków, z czego dwa miliony pra­co­wały. Teraz jest w RFN osiem milio­nów Tur­ków i pra­cują… też dwa miliony. Rodziny turec­kie są bar­dziej niż nie­miec­kie uza­leż­nione od świad­czeń socjal­nych. A kiedy te liczne turec­kie dzieci pod­ro­sną i zaczną pra­co­wać, same będą miały dzieci już mniej, bo imi­granci w więk­szo­ści powoli przej­mują atrak­cyjny model życia kraju prze­by­wa­nia. Cza­dory i mina­rety to tylko spek­ta­ku­larna część pro­blemu mniej­szo­ści kul­tu­ro­wych. Trwa to latami, lecz w demo­gra­fii tylko wiel­kie wojny – kie­dyś i wiel­kie zarazy – pro­wa­dzą do szyb­kich zmian.

Glo­ba­li­za­cja ma wśród innych i tę zaletę, że wszę­dzie, gdzie się­gają jej macki, każdy kto ma parę luź­nych gro­szy może zain­we­sto­wać w co chce i gdzie chce. Nie możemy skło­nić pręż­nych Bra­zy­lij­czy­ków czy Chiń­czy­ków, by pła­cili na nasz fun­dusz eme­ry­talny. Ale możemy zbu­do­wać fabrykę w Bra­zy­lii lub w Chi­nach, jeśli nas na to stać, albo ulo­ko­wać skromne oszczęd­no­ści w fun­du­szu, który kupuje – mię­dzy innymi, ryzyko ! – bra­zy­lij­skie i chiń­skie papiery. W oca­lo­nej z kry­zysu gli­wic­kiej fabryce Opla pra­cow­nicy pra­cują na spo­kojną sta­rość zachod­nich akcjo­na­riu­szy Gene­ral Motors, ale może z cza­sem i oni będą mogli w podobny spo­sób odło­żyć coś w innych kra­jach na swoje stare lata.

Busi­ness as usual. Kry­zys oka­zał się za krótki, aby inte­lek­tu­alni gra­ba­rze kapi­ta­li­zmu zdą­żyli go pogrze­bać z osi­no­wym koł­kiem w sercu. Ten sys­tem prze­trzyma rów­nież przy­du­sza­nie – aby się długo nie męczył – podu­chą walki z glo­bal­nym ocie­ple­niem. Mało tego! Jesz­cze na tym zarobi. Czy prze­trzyma kry­zys demo­gra­ficzny, realny i poli­czalny, nie wia­domo. Trak­tuje się go – i słusz­nie – jako pochodną kry­zysu cywi­li­za­cyj­nego, rezul­tat upadku ducha eks­pan­sji, sku­tek rela­ty­wi­zmu, ego­izmu, post­mo­der­ni­zmu i róż­nych takich. Może tak i jest, lecz jak dotąd głów­nie w Euro­pie. Stany Zjed­no­czone trzy­mają się lepiej. Dzięki dyna­mi­zmowi, więk­szej niż w Euro­pie otwartości.

Poza tym świat się glo­ba­li­zuje. Coraz więk­sze jego obszary wcho­dzą w zasięg świa­to­wego kapi­ta­li­zmu. I już nie tylko jako kolo­nialne czy post­ko­lo­nialne uzu­peł­nie­nie metro­po­lii. Przej­mują kapi­tał z metro­po­lii, kon­ku­rują z nimi na ich wewnętrz­nych ryn­kach, współ­za­wod­ni­czą w dostę­pie do surow­ców. Z grze­ba­niem kapi­ta­li­zmu, z uczu­ciem smutku lub triumfu, trzeba będzie jesz­cze poczekać.

Cen­trum zachod­niej cywi­li­za­cji wędro­wało na prze­strzeni dzie­jów. Mezo­po­ta­mia, Egipt, Kreta, Gre­cja, Impe­rium Rzym­skie, Ara­bo­wie, Europa – głów­nie zachod­nia. Nie­wy­klu­czone, że powę­druje dalej. Byłoby nam przy­kro szcze­gól­nie, bo tylko co dołą­czy­li­śmy do niej po latach upior­nej uto­pii komu­ni­stycz­nej, ale się jesz­cze nie śpieszmy z opła­ki­wa­niem. Mniej wię­cej wia­domo co mamy robić. Nie sami, tylko razem z Europą.

Dziś to wygląda na wariac­two, lecz, jak Luter (Mar­cin), tak sądzę i ina­czej nie mogę. Karetkę już można wzy­wać. Kaftana nie trzeba…

 

Ernest Skal­ski

Enhanced by Zemanta



Liczba komentarzy: 3

  • Henryk Lewandowski pisze:

    Obszerny, wie­lo­wąt­kowy tekst Pana Erne­sta Skal­skiego trudno komen­to­wać w kilku zda­niach. Jest bar­dzo poucza­jący. Ale… nie mogę nie zwró­cić uwagi na pewne skróty myślowe, które noszą zna­miona opi­nii nie­obiek­tyw­nych. Autor pomstuje np. na dopła­ca­nie miliar­dów do defi­cy­to­wych przed­się­biorstw, a za cza­sów PRL — do PGR-ów. A czymże są sto­so­wane w UE dota­cje dla rol­nic­twa, a ostat­nio prze­ka­zy­wane miliardy upa­da­ją­cym ban­kom? (Dla ści­sło­ści oświad­czam, że nie jestem zwo­len­ni­kiem jakich­kol­wiek dota­cji, które zawsze mi się koja­rzyły z nagra­dza­niem nie­udol­no­ści… Zwra­cam jedy­nie uwagę na pomi­jane kon­se­kwen­cje pew­nych stwier­dzeń).
    Są także w tek­ście wnio­ski z błęd­nych zało­żeń. Np. fata­li­styczne pro­gnozy demo­gra­ficzne oparte są na zało­że­niu, że rela­cja poziomu wyna­gro­dzeń do poziomu świad­czeń eme­ry­tal­nych i ren­to­wych będzie taka jak obec­nie. Nie ma pod­staw, aby twier­dzić, że w następ­nym poko­le­niu sto­su­nek ten z 1:1,5 zwięk­szy się do 1:2,5 (czyli, że jeden pra­cu­jący będzie miał na utrzy­ma­niu 2,5 osoby). Dobrze jest w tym kon­tek­ście pamię­tać, że stan­dar­dem w kra­jach roz­wi­nię­tych jest taki poziom naj­niż­szego (!) wyna­gro­dze­nia za pracę, który wystar­cza na utrzy­ma­nie czte­ro­oso­bo­wej rodziny. Praca kobiet jest pra­wem, a nie obo­wiąz­kiem wymu­szo­nym gło­do­wymi pła­cami, które nie wystar­czają w Pol­sce nawet na utrzy­ma­nie samego pra­cow­nika (jak stwier­dzono w Druku nr 1064 V kaden­cji Sejmu, czyli w sej­mo­wej oce­nie funk­cjo­no­wa­nia ustawy o mini­mal­nym wyna­gro­dze­niu za pracę). Można wpraw­dzie wąt­pić, czy euro­pej­ski stan­dard będzie osią­galny u nas w prze­wi­dy­wal­nym ter­mi­nie, ale opty­mizm jest nie­zbędny, aby inspi­ro­wać i reali­zo­wać zmiany na lep­sze… szcze­gól­nie na początku Nowego Roku…

  • Henryk Lewandowski pisze:

    W moim komen­ta­rzu poja­wił się także „skrót myślowy“, który wymaga uzu­peł­nie­nia. Pro­gnoza demo­gra­ficzna zapewne jest uza­sad­niona, ale jej skutki mogą budzić grozę jedy­nie przy docho­dach z pracy na dzi­siej­szym pozio­mie. Euro­pej­ski poziom płac rady­kal­nie polep­szy sytu­ację pra­cu­ją­cych nawet przy rela­cji 1:4.

  • Robert Piwowar pisze:

    Uwa­żam że gospo­darka jest jak roslina trzeba ją umie­jet­nie pie­lę­gno­wać, pod­le­wać i nawo­zić, bo pusz­czona na żywioł będzie rodzić głów­nie chwasty,które stłu­mią więk­szość pożą­da­nych roślin zabie­ra­jąc im potrzebne do życia poży­wie­nie i świa­tło. Neo­li­be­ralny pogląd na gospo­darkę to leni­stwo i pój­ście na łatwi­znę. War­tość pracy która jest moto­rem postępu ule­gła degradacji.Niskie płace są tylko tego potwier­dze­niem, a na pewno nie oddają praw­dzi­wej jej wartości.


Odpowiedz