Jerzy Dzięciołowski: Byłem na stadionie

dzieciol2014-10-20. Zaczęło się od tego, że nie miałem biletu. Miałem za to przeczucie, że na tym meczu muszę być na stadionie. Jeśli wygramy, do końca życia sobie nie daruję, że mi się nie chciało ruszyć d…y, żeby tworzyć historię.

Kibice z chorągwiami w biało-czerwonych barwach sunęli po obu stronach Alei Jerozolimskich. Była 18.00, trzy godziny do meczu mistrzowie świata – Polska. Na transparentach napisy: Żory, Szczecin, Łomża… Cały kraj wnosił wkład w tę bitwę pod Grunwaldem sześćset cztery lata później.

Wyszedłem z tunelu pod Rondem Waszyngtona w okolicy głównego wejścia na stadion i od razu napotkałem opór materii. Wszyscy mieli bilety. Poszedłem do ,,konika’’, żeby dowiedzieć się, ile w kasie kosztował bilet. Spojrzał na mnie bez zrozumienia i wyjaśnił: – u mnie czterysta. Przypomniałem sobie, że na mecz Polska – Anglia na mistrzostwach Europy ,,konik’’ złożył mi propozycję nabycia biletu za 1000 zł. Odszedłem, podniesiony na duchu, że jest taniej. Czas płynął. Po godzinie odpytywania, czy ktoś sprzeda mi bilet po normalnej cenie, byłem w tym samym miejscu. Nawet gorzej. Od pana wpuszczającego między barierki na stadion dowiedziałem się, że na bilecie jest napisane nazwisko nabywcy i jeśli się nie zgadza z obowiązkowo okazywanym dowodem osobistym, wejść na stadion nie można. Pogratulowałem sobie dwóch rzeczy: że przedwcześnie nie kupiłem biletu oraz że nie wziąłem dowodu osobistego.

Minęło kolejne pół godziny. Zacząłem żałować, że nie kupiłem biletu dla VIP-ów, które miały dwie panie (w sumie 40 lat), w cenie 340 zł. Do godziny kick-off, tj. 20.45, czyli rozpoczęcia meczu, było coraz bliżej. I tu wspomogło mnie wieloletnie doświadczenie ze zdobywania biletów na przeglądy filmowe do kina Skarpa (zburzone pod apartamentowiec) za czasów PRL-u. Wypatrzyłem tatusia z synem, który wyraźnie nie wiedział, co zrobić z trzymanym w ręce biletem. Zaproponowałem, żeby się go pozbył za 150 zł. Wyraźnie człowieka uszczęśliwiłem.

Dominik, druga latorośl, miał inne plany i nie dotarł. W charakterze przerośniętego Dominika wkroczyłem między barierki. Pani strażniczka była już zmęczona, zerknęła na legitymację służbową, na której wyglądam bardzo młodo, i wejście do kipieli, którą stawał się stadion, uchyliło się.

Zająłem miejsce w szóstym rzędzie za bramką Manuela Neuera, po mistrzostwach świata w Brazylii uznanego za najlepszego bramkarza na naszym globie. Po prawej stronie siedziała pani, która uprzedziła mnie, że jej kolega lubi krzyczeć. Człowiek z lewej podejrzanie milczał. Przede mną rozgościł się wygolony przyjemniaczek, z plecami jak szafa, zasłaniając mi pół boiska i najlepszego bramkarza świata.

U boku miał kolegę wzrostu cherlawego, który co chwilę wskakiwał na krzesło, żeby wypowiedzieć, co czuje, po czym spadał między siedzenia, skąd wydobywany był przez przyjemniaczka.

Zauważyłem, że Manuel Neuer nudzi się, co demonstrował wychodzeniem do połowy boiska. Gra toczyła się po odległej stronie boiskowej płyty. Ilekroć któryś z niemieckich zawodników strzelił na polską bramkę, kolega pani z prawej strony intonował: szwab ch…j. Do przerwy zachęcał w ten sposób 12 razy, nie licząc strzelanych przez Niemców rzutów rożnych.

Wyraziłem pogląd, że jak Niemcy nie wcisną nam gola do przerwy, to będzie dobrze. Uwaga przeszła niezauważona, ponieważ na stadionie nie dało się słyszeć własnych myśli.

Przerwę spędziliśmy w stadionowym kiblu. W życiu nie widziałem takich kolejek do pisuarów. Widać emocje udzielają się także pęcherzom moczowym.

Po przerwie Milik na ,,dzień dobry’’ strzelił gola Neuerowi. Żałowałem, że nie widziałem jego miny. Cherlawek przy przyjemniaczku na to konto spadł z krzesełka dwa razy.

Od tej chwili zacząłem się na dobre bać. Im bliżej było końca, tym bardziej się bałem. Niemcy nie na żarty wzięli się do roboty. Teraz walczyły dwa żywioły: jeden – nie dać plamy, a drugi – nie dopuścić, by wymknęło się nam zwycięstwo. Kiedy Podolskiemu nie udało się złamać Szczęsnego po strzale w poprzeczkę, było 8 minut do końca meczu.

Strasznie długie 8 minut. Stadion wstał i zaśpiewał hymn. Sześć minut potem Mila otrzymał podanie od Lewego i po raz drugi upokorzył Neuera. W 90. minucie spytałem sąsiada z lewej, który z chrypki przeszedł w pianie, ile doliczył sędzia. Pokazał 4 palce. Nadal się bałem. Widziałem już mecze, w których w tym czasie padały 3 gole. Ale nie tym razem.

Ruszyłem do wyjścia. Jakiś ziomal, tak na oko 20 lat, rzucił mi się na szyję. Nie wiedział, co zrobić ze szczęścia. Chwilę to trwało. Poklepał mnie po głowie i się oddalił.

Szliśmy całą szerokością Poniatoszczaka. Na balkonach stali ludzie. – Witamy tych na balkonach –  krzyczeliśmy z mostu.

Jerzy Dzięciołowski

VN:F [1.9.22_1171]
Oceń artykuł
Rating: 10.0/10 (7 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: +9 (from 9 votes)
Jerzy Dzięciołowski: Byłem na stadionie, 10.0 out of 10 based on 7 ratings

Jedna odpowiedź

  1. Andrzej Lewandowski 2014-10-20