Stefan Bratkowski: Atlantyda, tak niedaleko (5)

Print Friendly, PDF & Email

2012-07-29. Ta kolejna opowieść o zapomnianym Nowogrodzie Wielkim będzie opowieścią o rumowisku bitew na pióra, o sukcesach odnoszonych po tysiącu lat, o niewygaszonych nigdy płomieniach konfliktów – w imię chwały caratu i KC Komunisticzeskoj Partii Sowietskogo Sojuza…


 

5. JAK ZWYCIĘŻAĆ PIÓRAMI HISTORYKÓW

Wielki Borys Griekow chciał mieć zakorzenioną w Rusi kijowskiej tradycję starej, mocnej władzy, a w kilkanaście lat po jego śmierci wsparł go historyk niemiecki, nie z NRD, lecz z poczciwej Badenii, choć o słowiańskim nazwisku Zernack po jakimś pewnie polskim lub serbskim Cierniaku. Klaus Zernack wywodził, że wiec u plemion słowiańskich pierwszego tysiąclecia wziął się nie ze źródeł, lecz z XIX-wiecznych upodobań słowianofilów, romantyków i marksistów; prawdziwą bowiem tradycją słowiańską był monarchizm.

Płynął z tego prosty wniosek, że do Nowogrodu Wielkiego musiał ktoś jego demokrację przynieść, a nie trudno odgadnąć kto mógłby to zrobić – jeśli nie Normanowie, to w XIII wieku kupcy Hanzy. I pomyśleć, że w innej, lepszej wersji to Normanowie mieli założyć tu silną, dobrze zorganizowaną monarchię!

Mógł wychynąć Nowogród Wielki z intelektualnego niebytu już dawno temu, gdyby… chciano go naprawdę odsłonić takim, jaki był. Aliści początki Nowogrodu Wielkiego i Rusi od z górą dwóch stuleci pokrywa piętrzące się, słowne rumowisko bitew historyków, grube na parę książek! W pierwszej połowie XVIII wieku z księstw i ksiąstewek niemieckich Rosja carska importowała wojskowych i naukowców – w ślad za żonami i mężami dla swoich Romanowych. Importowała ich bez kompleksów: Niemcy były naonczas nieszkodliwe, rozbite i słabe. A nie było nawet jednych Niemiec, lecz dziesiątki państw niemieckich, które dopiero w ciągu następnego półtora stulecia miały ulec Prusom. I właśnie wtedy pierwsze państwo słowiańskie na ziemiach Rusi zakładali rękami Normanów Gottlieb (czyli Teofil) Zygfryd Bayer, a po nim – Gerhard Fryderyk Mueller, dwaj uczeni historycy z Niemiec. Długie lata pracowali nad tym w petersburskiej Akademii Nauk. Bayer blokował wydanie dzieła Tatiszczewa, pierwszego historyka Rosji, dzieła sprzecznego z jego, Bayera, poglądami, natomiast Mueller walnie przyczynił się do druku tej historii. Po nich dostrzegł na ziemiach Nowogrodu najstarsze państwo Rusi, państwo Normanów, pewien młody wiking naukowy, pracowity badacz przeszłości nordyckiej, też osiadły w Rosji, ściągnięty przez Muellera z Getyngi. I stąd poszedł spór, który do tej pory nie całkiem wygasł.

Trudno dziwić się zapałowi dwudziestoparoletniego Augusta Ludwika von Schloezera, skądinąd – historyka wysokiej klasy, racjonalistycznego filozofa, zdolnego docenić oświecony absolutyzm jako jedyną receptę na postęp w Rosji. Kolejnym Romanowem zostać miał akurat ów siostrzeniec carycy Elżbiety, niemiecki syn niemieckiego książątka Holstein-Gottorp, którego niezadługo usunie z tronu i ze świata własna żona, owa czysto już niemiecka księżniczka z domu Anhalt-Zerbst, przyszła caryca Katarzyna Druga. Rozumiało się samo przez się, że w tym zacofanym kraju musiało być przed wiekami jeszcze gorzej i dlatego tutejsi Słowianie po prostu musieli zaprosić przedstawicieli germańskiego świata, by im założyli pierwsze państwo i pokazali, jak to się robi.

Bardzo to poprawiało samopoczucie ówczesnych Niemiec i Niemców. Panująca kulturze świata Francja traktowała ich z wyrozumiałością, okazywaną poczciwym prostakom – w salonach paryskich damy nie posiadały się ze zdumienia, dowiadując się, że któraś z przyjaciółek ma torebkę wyprodukowaną w Niemczech, bo któżby przypuścił, że tam coś takiego potrafią zrobić? Po francusku mówił wtedy zarówno dwór petersburski, jak i Poczdam, ba, sam król pruski, który właśnie spuszczał baty armiom króla Francji, w ogóle nie zniżał się do niemczyzny. I to on, Fryderyk Wielki, powiadał, że boi się tylko jednego króla w Europie – Woltera… Bach i Haendel, którzy sami starczyliby każdemu narodowi jako tytuł do nieśmiertelności, wydawali się swoim rodakom staroświeccy i już niemodni, toż ten Haendel nie potrafił skomponować ani jednej udanej opery, gdzież mu tam było do Włochów, choćby do Scarlattiego!

Nic dziwnego, że Niemcy, choć już za Tacyta ze Skandynawią nie mieli prawie nic wspólnego, dopisali sobie do rodowodu, jako balsam na swe kompleksy, także i Normanów. Normanowie, okrutni i morderczy, budzili wprawdzie porażający lęk wśród swoich współczesnych, ale budzili i podziw. Byli wielcy, groźni i zwycięscy. Niemcy zaś u końca XVIII wieku, choć trudno to sobie dzisiaj wyobrazić, chorowali na brak sukcesu i poczucie niemożności. Odkrycia więc Bayera, Muellera i Schloezera, który, wróciwszy po latach do Getyngi, intelektualnej stolicy Niemiec, drukował w kolejnych pięciu tomach swe dociekania, przyjęto mile i ciepło. Tym cieplej, że przyzwoitym Niemcom niesporo było koić obolałości serca sukcesami pruskiej dyscypliny kija; historia nadawała się do tego lepiej. W roku 1800 Fryderyk Schlegel, wielbiciel antyku, autor dzieła o historii poezji Greków i Rzymian, wierny romantycznemu ideałowi uniwersalnego imperium, które w średniowieczu tworzyli Niemcy, rozpływał się nad pan-germańską już tradycją: „Z Germanami pojawiło się w Europie i szeroko się po niej rozlało czyste i nieskażone źródło nowej epiki bohaterskiej, i kiedy szorstka siła poezji gotyckiej zetknęła się pod wpływem Arabów z echem czarownych baśni wschodnich, zakwitła w Europie na wybrzeżach morza Śródziemnego radosna sztuka trubadurów…” (tłum. Wojciech Jekiel).

To „czyste, nieskażone źródło”, jak wszystkich innych najeźdźców, słowiańskich, tureckich i mongolskich, biło raczej krwią mordowanych i torturowanych, niż epiką, i doprawdy nie mogło niecić sztuki trubadurów, ale w parę lat później i władze państwowe Prus, upokorzonych przez Napoleona, będą szukały siły w głębi czasu minionego, nie tylko w mądrych reformach ministra Heinricha vom und zum Steina.

Przeszłość Niemiec zajmowały Prusy żarłocznie i zachłannie. Kiedy w drugiej połowie XIX wieku Niemcy uczyły się już pruskiej pychy na zwycięstwach von Moltkego przy muzyce armat Kruppa, nie zamierzano w ogóle wypuścić więcej Normanów poza obręb zwycięskiej pangermańskiej tradycji, a wiek XX przyniósł zwycięski pochód historyków niemieckich, przed lub tuż za niemiecką armią, w głąb historii tych nawet ziem, gdzie Niemców nigdy nie było. Wieńczyły go podboje Trzeciej Rzeszy do wtóru operom Wagnera. Normanowie do nich świetnie pasowali.

Byli doprawdy ci Normanowie potwornym wspomnieniem średniowiecza – na równi z Wandalami, Hunami i późniejszymi hordami Tamerlana, jeśli nie straszniejszym. W zdobytych osadach mieli zwyczaj nadziewać niemowlęta na ostrza swych włóczni; szczególnie znienawidzonemu przeciwnikowi, jeśli dostali go w ręce, odrąbywali żebra od kręgosłupa, odginali je i wyszarpywali mu płuca – nazywało się to „wyryć komuś krwawego orła na plecach”. Oburzeni chrześcijanie Anglii, jeśli którego z Normanów dostali w ręce, zdzierali zeń żywcem skórę i przybijali jeszcze ciepłą na drzwiach kościołów, by choć w ten sposób okazać wdzięczność Bogu za łaskę złapania jednego z tych przeklętych pogan.

Oczywiście przodkowie dzisiejszych Szwedów, którzy założyli pierwsze państwo ruskie, nie mogli poprzedzić mądrej i gospodarnej socjaldemokracji takimi bezeceństwami, jak ci z Danii czy Norwegii, najeżdżający Anglię, Francję i Hiszpanię (o potomkach tych gorszych, norweskich Wikingów opowiadała Szwecja dowcipy takie, jak „Polack jokes” o polskich chłopach w Stanach Zjednoczonych). W książkach szwedzkich historyków ichni Wikingowie zachowują się mniej strasznie; w „Dziejach Szwecji” Ingvara Anderssona są prawie ludźmi.

Dobroduszny Andersson przyznaje wprawdzie, że zaciągali się masowo do załóg statków płynących na Anglię, że swymi wyczynami chwalili się potem przed rodakami, kując w kamieniu samochwalne runiczne zapisy; cytuje nawet jednego takiego, który aż trzy razy wybierał na Wyspach Brytyjskich „danegeld”, „trybut duński” – co nie było żadną daniną, lecz po prostu okupem za to, że Normanowie będą łaskawi nie mordować tym razem i nie grabić.

Andersson nie ukrywa, że handlowali niewolnikami. Ale już nie wspomina, że większość obcych monet znalezionych na Gotlandii i Wyspach Alandzkich to arabskie dirhemy, dziesiątki tysięcy arabskich dirhemów, i to głównie tych bagdadzkich, głównie za białe niewolnice i białych niewolników, sprzedawanych kupcom arabskim. I nie cytuje pracowitego mnicha Nestora, jego „Powieści dorocznej”. Bo Nestor opowiada, co wyprawiali ci już wpół zeslawizowani, szwedzcy z pochodzenia Normanowie, razem ze swoimi słowiańskimi kompanami, jako „Ruś” nad morzem Czarnym – jak to wziętych jeńców „jednych ścinali, drugich stawiali na cel i strzelali w nich, zachwyciwszy ich wiązali ręce w tył i wbijali im gwoździe żelazne w głowy” (tu przekład w polszczyźnie naszych XIX-wiecznych „Pomników dziejowych Polski” Augusta Bielowskiego).

Czytamy w „Dziejach Szwecji”: „Rusowie jako władcy ówczesnych najważniejszych dróg handlowych na Wschód, doprowadzili swój kraj do niezwykłego rozkwitu i całkowicie zajęli miejsce państwa frankońskiego w pośrednictwie między Orientem i Europą Zachodnią” (tłum. Stanisław Piekarczyk).

U przemiłego zaś i mądrego Wilhelma Moberga, w jego niedokończonej „Historii ludu szwedzkiego”, stoi znowuż:

„Normanowie byli barbarzyńcami. Ale wszystkie ludy, z którymi się zetknęli, z wyjątkiem Rusi, reprezentowały stare kultury. Pod tym względem Skandynawia była bardzo spóźniona. Zderzenie Wikingów z krajami cywilizowanymi otworzyło im oczy na wartości nowe i do tej pory im nieznane. Do dziś nie docenia się wielkiego znaczenia tej konfrontacji barbarzyństwa i kultury dla ludów Skandynawii. Wikingowie bowiem wracali do domu nie tylko z materialnymi łupami. Jako twórcy państw osiągnęli rzeczy wielkie. Skolonizowali Ruś – ale wkrótce rozpłynęli się w tym oceanie ludów”.

To nie szwedzki etnocentryzm. Skandynawski, aż po nasze czasy. Pani Else Roesdahl, profesor dwóch uniwersytetów, duńskiego i angielskiego, napisze w 1987 r. wprost:

„W krajach skandynawskich epoka wikingów uchodzi za świetlany okres wielkich podbojów za granicą (…) Okres wikingów odgrywa oczywiście także pierwszorzędną rolę w narodowej mitologii skandynawskiej”

(tłum. Franciszek Jaszuński).

 Stąd i w książce włoskiego historyka, Leonardo Benevolo, „Miasto w dziejach Europy”, opublikowanej w roku 1993 w międzynarodowej serii wydawniczej „The Making of Europe” pod redakcją samego Jacques’a le Goffa, czytamy:

„W pierwszej połowie IX stulecia legendarny Ruryk zakłada Nowogród nad rzeką Wołchow”

(tłum. Hanna Cieśla).

 Cóż się dziwić, że od czasów Schloezera patrioci Wielkiej Rusi, wiedzeni szlachetnym impulsem samoobrony, starali się wszelkimi sposobami osłonić historię Rusi przed Normanami, a niektórzy posuwali się tak daleko, że chcieli ich wyrzucić z niej całkowicie?

Tak samo i nasi historycy walczyli długie lata z „odwieczną niemiecką misją na Wschodzie”, rozwijaną od 1894 roku przez Hakatę, Związek Obrony Niemczyzny na Wschodzie, Ostmarkenverein, na olbrzymich przestrzeniach dziejów, od X stulecia aż po wiek XX. Nasi patrioci historii radzi byliby z ziem polskich późnego średniowiecza przepędzić w rewanżu na zbity łeb wszystkich tych pracowitych i sympatycznych Turyngów, Szwabów i Sasów, których polscy książęta, biskupi i wielmoże z takim trudem przywabiali od XIII wieku aż po wiek XVIII na swoje rzadko zaludnione ziemie. Nasi historycy zresztą, powodowani słowiańską solidarnością, nie raz też pomagali wyrzucać Normanów z przeszłości Rusi, a co najmniej – zgodnie przemilczać…

Wybitny historyk rosyjski i znawca świata wikingów, Aron Jakowlewicz Guriewicz, który, zdawałoby się, powinien być szczególnie wrażliwy na manifestacje przemocy, uważał, że w ogóle nie ma co mówić o „epoce wikingów”. Że to wręcz przesada, nadmierne eksponowanie ich roli. Jednakże lista spalonych miast, cofniętych i zahamowanych w rozwoju, wyludnionych krajów, zniszczonych ksiąg i kościołów, mówi sama za siebie. I dziejopisowie każdego z krajów, dotkniętych najazdami, mianują wiek IX, czas grozy i zniszczeń, czas modlitw o odwrócenie „furoru” (wściekłości i szaleństwa) Normanów – ich epoką, „epoką Normanów”.

Swoją drogą, zadziwiać może słabość historyków do nich. Można by jeszcze zrozumieć kobietę, ale to wielki George Macaulay Trevelyan pisał przed laty w swojej „Historii Anglii”: „Byli to dzicy zbóje w epoce powszechnej dzikości, ale posiadali coś, czego nie mieli inni – szlachetną radość z morskiej przygody i morskich poszukiwań” (tłum. Antoni Dębnicki). Rozumiem fascynację morzem, w pełni ją podzielam, ale nie widzę w niej okoliczności łagodzącej dla nadziewania niemowląt na włócznie.

Nasz Jan Baszkiewicz w swej świetnej „Historii Francji” wtórował Trevelyanowi pół wieku później: „Surowość skandynawskich obyczajów nie powinna wprowadzać w błąd: Normanowie IX wieku nie byli dzikusami. (…) Trudne warunki egzystencji zamieniały ich w grabieżców, a wspaniałe talenty marynarskie ułatwiały im dalekie rozbójnicze wyprawy”.

Do tego znamienny cytat z Marca Blocha, jednego z ojców współczesnej historiografii francuskiej. Bloch, komentując przetapianie zdobycznych kruszców i wykuwanie z nich własnych świecidełek, wyraził się, ni mniej ni więcej, tak: „Jest to świadectwo cywilizacji szczególnie pewnej wartości swych tradycji”. Akurat wszystko można o Normanach powiedzieć, tylko nie to, że byli pewni wartości swoich tradycji – nikt nie wyrzekał się i nie porzucał tych „wartości” tak szybko jak oni. Asymilowali się i zmieniali język dosłownie z pokolenia na pokolenie, z ojców na synów.

Normanowie, jak widać, odnosili zwycięstwa aż po wiek XX – piórami ludzi nauki; gabinetowe mole snadź żywiły skrycie snobizm na model uczonego jako super-mężczyzny. Panie tęskniły za herosami szczególnej męskości również. W 1974 r. wyszła w Stuttgarcie fabularyzowana opowieść dla młodzieży (!) o atrakcjach normańskich mordów i grabieży, którą napisała autorka polsko-niemieckiego nazwiska Bartos-Hoeppner; książkę co rychlej wydało w Polsce wydawnictwo… dziecięce.

Historia, jaka była, mało kogo obchodziła. Brednia rosła do pozycji stanowiska naukowego i utrwalała się jako prawda. Odnieść można by wrażenie, że prawie każde szanujące się, cywilizowane społeczeństwo europejskie chciało mieć trochę męskiej mocy i zbrodni u kolebki swej tożsamości, historią prężąc muskuły.

W tej sytuacji trudno zabiegać o popularność jakiejś zapomnianej demokracji handlowej. Nie tylko rosyjskiej. Będąc w Hamburgu, nie mogłem dostać żadnej historii dawnego wolnego miasta Hamburga, najdłużej przetrwałej w Europie republiki miejskiej. Nie tylko w języku angielskim, dla cudzoziemców. Nawet w języku niemieckim. To nikogo widocznie w Hamburgu nie interesowało. Demokracje nie budzą pasji historyków.

Wydaje mi się więc jednym z największych cudów historii, że po wiekach Nowogród Wielki przemówił sam. Iwan Groźny przy całej swojej wszechmocy nie zdołał zniszczyć wszystkiego – o czym carowie nie wiedzieli. Gdyby wiedzieli, dopełniliby dzieła, ale nie przyszło im do głów, że na smutnej dalekiej Północy, na krańcach ziem dawnej republiki nowogrodzkiej, tam, gdzie za czasów Piotra Wielkiego płonęli żywymi pochodniami nazwani „raskolnikami”, „odszczepieńcami”, skazywani na stos wyznawcy starych obrzędów, że właśnie tam pamięć prostego, biednego ludu wiejskiego przechowa wspomnienie wielkości Nowogrodu.

Nie chciało się tam żyć nikomu, kto mógł wybrać sobie miejsce zamieszkania, i chłopom tych ziem nie miał nawet kto narzucić pańszczyzny. Byli wolni, biedni i niepiśmienni, bo nie miał też kto ich czegoś nauczyć poza polowaniem, pleceniem sieci i łowieniem ryb. Obce sąsiedztwo też niczego nie uczyło. Obok, za granicą zapomnianej od Boga i ludzi gubernii ołonieckiej, obejmującej kraj jezior między dwoma śródlądowymi morzami, Ładogą i Onegą, rozciągała się Finlandia – o takim samym surowym klimacie, z takimi samymi błotami, jeziorami i lasami, ale zadbana, dostatnia, czysta, ze świetnie uprawianymi polami i wygodnymi domostwami. Protestancka. Tam każdy chłop musiał umieć czytać, żeby czytać Biblię, bo inaczej brał w XVI wieku baty od swej parafii. Podczas, gdy w starym Ołońcu nikt nie umiał czytać i pisać poza urzędnikami, a stały wszystkiego jeden dom murowany i pięć cerkwi.

Tu wszelako przetrwała stara Ruś. Przetrwała, ponieważ nikt się tą starą Rusią nie interesował. W połowie XVIII wieku jakiś uralski Kozak, bajarz-improwizator, Kirsza (czyli Kirył) Daniłow czy też Daniłowicz, zapisał na Uralu i zachodniej Syberii 71 tekstów, które pamiętał i z którymi występował przed swoją publicznością. Ale jak dalece to nikogo nie obchodziło, świadczy fakt, że nikt ich w ciągu z górą pół wieku nie wydał, a po samym Daniłowie czy Daniłowiczu ślad zaginął. Proszę nie wierzyć „Dziejom folklorystyki w Europie” zasłużonego etnologa włoskiego, Giuseppe Cocchiary, gdzie czytamy, jak to Kirsza „przygotowywał zbiór pieśni rosyjskich” do druku w czasie, kiedy odkryto wreszcie „duszę chłopa i wartości jego osoby dla narodu”. To smutne banialuki, typowe dla dziedziny wiedzy, ciągle obracającej się na pograniczu nauki i zmyślenia.

Nikt nie znał Kirszy Daniłowa, kiedy zanotowane przezeń teksty ukazały się w roku 1804, a potem w 1818. Folklorystyka w Rosji dopiero stawiała pierwsze kroki.

 

VN:F [1.9.22_1171]
Oceń artykuł
Rating: 9.8/10 (4 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: +6 (from 6 votes)
Stefan Bratkowski: Atlantyda, tak niedaleko (5), 9.8 out of 10 based on 4 ratings

WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com