Marian Marzyński: Kadysz

2012-07-26. Evita, sześćdziesięcioletnia litewsko-kubańska Żydówka, nasza uciążliwa sąsiadka w Miami Beach, od trzydziestu lat rozwiedziona po tym jak mąż jej powiedział, że gejem był, ta importerka południowoamerykańskich ryb, kobieta spragniona miłości i przyjaźni, -a kto nie jest? –  manipulantka, która wymusza na nas przyjmowanie jej niechcianych usług sąsiedzkich takich, jak podrzucanie Miami Herald Tribune, bo ona pracuje piętnaście godzin dziennie i nie ma na czytanie czasu, albo „idę do grocery store, czy czegoś wam nie potrzeba?”, a wszystko to, żeby usługi sąsiedzkie od nas odzyskać, („może byśmy gazetę na spółkę prenumerowali?”), ta nasza niedokochana i niedoprzyjaźniona sąsiadka, tak do mnie: „będzie ku pamięci mojego zmarłego ojca Sandera kadysz, ale potrzeba dziesięciu mężczyzn, mniej nie może być, Bóg nie zajmuje się drobiazgami, brakuje im jednego do modlenia, czy możesz przyjść?”

Założyłem granatowa marynarkę, której od dwudziestu lat nie noszę, świeżo wyprasowane spodnie i wizytowe pantofle (moja matka tak nazywała buty), idę do synagogi Menora, a tam, co widzę?  Żydów jest chyba z piętnastu, „ale dobrze, że przyszedłeś, do ostatniej chwili nie było wiadomo”, jeden od drugiego gorzej ubrany, przepocone koszulki gimnastyczne, trampki na nogach, jeden z nich Moreno, mimo że blisko ze zmarłym spokrewniony, w dresie sportowym przyszedł, ktoś książkę do modlitwy mi wtyka, a ja nie tylko hebrajskiego nie znam, ale okularów zapomniałem, sąsiad stronę przełożył, ja też przekładam, ale ten z prawej zauważył, ze na niewłaściwej stronie jestem, modlitewnik mi wyrwał i strony szuka, niecierpliwy, z czytaniem się spóźnia, wiec modlitewnik mi oddaje lekceważąco, teraz już stron ja zmieniać nie mogę, oszustwo się wydało.

Gdy tak my siedziemy (Gombrowicz), a oni modlitwę czytają, ja raz w sufit wpatrzony, raz na nogi się modlących, a raz w krwią pulsujące żyły bardzo starej kobiety, a wydaje mi się to sieć zatłoczonych amerykańskich autostrad, a potem na wdzięczną mi twarz Evity, to wstanę, gdy inni do wstania się podrywają, to znów siadam z siadającymi, a wtedy przypomina mi się uciążliwe klękanie w krótkich spodniach na zimnej, kamiennej podłodze kościoła w Warszawie i jak ojciec mi tłumaczył, ze katolikiem zostałem przez przypadek.

Moreno przestał wstawać, gdy inni wciąż wstawali, a ja razem z nim wstawać przestałem, myślę sobie, że ja, człowiek leniwy i ze zmarłym niespokrewniony wstawać nie będę, gdy on nie wstaje, a gdy słyszę modlitwy mówione coraz szybciej jakby na wyścigi i twarze spocone, tym modleniem już zmęczone, bunt we mnie powstaje przeciwko temu przytłumionemu krzykowi, tym koszulkom przepoconym, tej odwalanej robocie ku pamięci ojca Evity, a w dodatku za ścianą ludzie głośno się śmieją, idzie tam Evita, wraca i mówi, że tam nowoprzybyli argentyńscy Żydzi dowcipkowali, ale ich uciszyła, a wtedy kadysz się skończył i my z Evitą na ulice wychodziemy (Gombrowicz), ja swoim zwyczajem ręką jej ramię obejmuje i w szyję  całuję,  ona  wychodzącym Żydom jako sąsiada mnie przedstawia,  twarze ich w uśmiechach ironicznych, a ona tak do mnie:  „cała synagoga będzie mówić, ze Evita ma kochanka”.

Marian Marzyński

VN:F [1.9.22_1171]
Oceń artykuł
Rating: 7.0/10 (6 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 0 (from 4 votes)
Marian Marzyński: Kadysz, 7.0 out of 10 based on 6 ratings

4 komentarze

  1. Kot Mordechaj 2012-07-26
  2. Paweł Wimmer 2012-07-26
  3. kuba 2012-07-26
  4. Dominika Świtkowska 2012-08-21