Ernest Skalski: Czy pan tak nadal sądzi, profesorze Kołodko?

Print Friendly, PDF & Email

putin inauguracja2015-01-29.

Kilka dni temu, w „Rzeczpospolitej” profesor Grzegorz Kołodko, kilkakrotny wicepremier i minister finansów polemizował z doradcą prezydenta, profesorem Romanem Kuźniarem, który polemizował z wcześniejszym artykułem Kołodki. Temat: Rosja, sankcje, Polska oraz pochodne.

Grzegorz Kołodko zauważa, że  kiedy Stany Zjednoczone znoszą nieskuteczne  sankcje przeciw Kubie, Zachód, w tym Polska, ze szkodą dla siebie, utrzymuje nieskuteczne sankcje przeciw Rosji. Argument to może i celny, ale tylko dla kogoś kto nie chce mieć pojęcia o tym, co w świecie się dzieje i działo przez kilkadziesiąt ostatnich lat.

Komunizm na Kubie schodzi na uwiąd starczy wraz z braćmi Castro. Problem polega na  tym, aby pozwolić mu zejść w miarę  łagodnie, drogą stopniowej normalizacji. Bez wielkich wstrząsów i dodatkowych ofiar. Tych Kuba miała dosyć od zwycięstwa  barbudos, tych wspaniałych rewolucjonistów z ich pięknymi brodami. Ale jakiś czas temu to państwo było rozsadnikiem komunizmu w Ameryce Łacińskiej i w Afryce, gdzie walczyło wojsko kubańskie. W pewnym momencie na Kubie czaiło się śmiertelne zagrożenie dla USA i świata, a  póki istniał  Związek Radziecki była ona wykonawcą jego polityki za jego pieniądze. Trudno się dziwić, że Stany Zjednoczone nie chciały wspierać zbójeckiego państwa przy pomocy „wzajemnie korzystnej” współpracy gospodarczej i żadnej innej.

Rosja nie Kuba, a Putin, młodszy od Castro o pokolenie, aktualnie jest w uderzeniu. Po kilku miesiącach ograniczonych działań bojowych na Ukrainie właśnie przystąpił do kolejnej ofensywy i to na całym tamtejszym froncie. Trudno odgadnąć co z nim kieruje. Ucieczka do przodu? Dokąd? Zdobycze w postaci Donbasu i Krymu to gospodarcze i polityczne obciążenie dla Rosji. Widać mało mu tego. Wojna to koszt, a środki którymi to państwo dysponuje zmniejszają się szybko. Czy to podniesie ducha bojowego Rosjan, czy osłabi chęć obrony wśród Ukraińców. To pierwsze wydaje się niepotrzebne, drugie – wątpliwe.

Wygląda, że chodzi o zdobycie Mariumpola i lądowego połączenia z Krymem. Wiele ono nie da, bo jeszcze  należałoby opanować Pieriekop, przesmyk łączący półwysep z kontynentem, urządzić połączenie lądowe na wywalczonym szlaku – obecnie odbywa się ono z innego kierunku – i chronić ten wąski pas wybrzeża przed siłami Ukrainy. A chronić go przez zajęcie dużego szmata kraju, to powiększyć kłopoty, których przysparza już Donbas.

Niewykluczone zresztą, że silny opór powstrzyma Rosjan przed zdobyciem tego szlaku. Ich główny cel bowiem to zaostrzanie konfliktu co jakiś czas. Utrzymanie stanu wojny i napięcia na Ukrainie to przeszkoda przed jej wchodzeniem w struktury Zachodu.

Jeśli chodzi o sankcje, to czy Putinowi zależy, by były podtrzymane, a może wzmocnione? Chyba absurd, zważywszy na sytuację państwa. Więc może liczy na to, że  w ten sposób dostarczy argumentów tym, którzy twierdzą, że skoro on wciąż robi swoje, to sankcje są nieskuteczne i należy je znieść? Zatem w miarę tego jak on będzie nasilał agresję,  my mamy sankcje znosić. Bo jak nie, to Zachód  będzie odpowiedzialny za wojnę Putina przez to, że sankcjami zmuszał go do ataku na innych. Czekam na wypowiedź Grzegorza Kołodki w tej sprawie.

Bo po co właściwie te sankcje są?

Dla okazania dezaprobaty, czy raczej potępienia? Owszem, lecz to można robić nie w tak drastyczny sposób. Kara? W naszej cywilizacji ma odpowiadać rzymskiej zasadzie suum cuique, czyli  powinna dotykać tego kto zawinił, nie może być zbiorowej odpowiedzialności. A wiadomo, że  każdy rząd się wyżywi, podczas kiedy sankcyjne dolegliwości dotykają ogół ludności. Pozostają więc sankcje jako narzędzie przymusu. Takim narzędziem są też strajki i lokauty, wszelkiego rodzaju częściowe embarga, blokady, bojkoty. W założeniu ma to trwać dopóki strona obłożona nie zmieni postępowania. Wariantem może być zawarcie przez strony kompromisu, lub jednostronne wycofanie się z sankcji. Czyli kapitulacja. Proponują ją minister Steinmeier, premier Orban i wiele innych, w tym także  Grzegorz Kołodko.

Sankcje w stosunku do państw bywają skuteczne, choć nie odnoszą skutków natychmiastowych. Są bronią obosieczną, ale mądrze zastosowane, o wiele większe dolegliwości sprawiają obłożonemu niż stronie, która  je stosuje. Spójrzmy na klasyczny przykład, już zamknięty i rozliczony – Apartheid w RPA.

W końcu  zeszłego wieku ten anachroniczny system był już nie do utrzymania z wielu powodów. Rosnące aspiracje uciśnionej rasowej większości, strach i zaciekłość broniącej swoich pozycji białej mniejszości. Napięcia wewnątrz tych społeczności, w przypadku czarnych  były to krwawe rozprawy plemienne. To zwracało uwagę świata, ale to nie był jedyny czynnik i nie był on najważniejszy.

Nowoczesna gospodarka Południowej Afryki potrzebowała już stosunkowo niewiele niskokwalifikowanej siły roboczej, a wielu fachowców. Bantustany utrudniały czarnym aktywność w gospodarce i ustawa o „cywilizowanej pracy” nie dopuszczała ich do prac wymagających kwalifikacji. Gospodarka dusiła się z tego powodu, jak i dlatego, że biedna czarna większość nie tworzyła chłonnego rynku wewnętrznego. A na to nałożyły się sankcje. Choć dyskusyjne, kontrowersyjne, daleko nie zawsze konsekwentnie stosowane, bardzo przeszkadzały RPA funkcjonować  w międzynarodowym podziale pracy, być liczącym  się graczem na rynku  światowym. Nie obaliły apartheidu lecz przyczyniły się do jego upadku. Zapewne przyśpieszyły go. A prawdopodobnie ich zniesienie, oczekiwana aprobata światowa i perspektywa udziału w międzynarodowej wymianie, to wszystko zachęcało by pokojowo przeprowadzić likwidację systemu i rozliczać go nie w wojnie domowej, lecz w komisji prawdy i pojednania. I od lat równoprawne rasy mogą w miarę – powtarzam: w miarę – spokojnie współistnieć w jednym państwie.

Na Kubie, jeszcze całkiem niedawno rzucał się w oczy rozpad materii wraz ze zwalaniem winy za wszystko na blokadę ze strony USA. Iran z kolei trzyma fason i udaje, że sankcje go nie dotyczą, ale w rzeczywistości bardzo ograniczają jego możliwości. Również w zbrojeniach, zapewne nuklearnych. Jeśli teokratyczna dyktatura kiedyś upadnie to głównie za sprawą procesów wewnętrznych, lecz na pewno jakąś rolę będzie odgrywał nacisk demokratycznego świata, między innymi w postaci sankcji.

I jeszcze przykład, nieomal już z prehistorii – Hiszpania. Zaraz po wojnie reżim ustanowiony przy poparciu Hitlera i Mussoliniego był bojkotowany przez międzynarodową społeczność. Również gospodarczo, choć – chyba? – nie było wprowadzanych formalnie sankcji. A w miarę tego jak dyktatura starzała się razem z Franco, odbywał się proces stopniowego włączania Hiszpanii do międzynarodowej współpracy gospodarczej, rozwijały się wszechstronne kontakty. Zapewne przyczyniło się to do powstania sytuacji, w której koniec dyktatury nie wymagał powtórzenia krwawej wojny domowej.

Tu dygresja; wspomnienie – kursywą – którą można ominąć, nie gubiąc głównego wątku:

W latach 1967 -1968, gdy byłem stypendystą w Danii, toczyła się  tam w gazetach nieustająca dyskusja o tym czy wypada aby demokratyczni Duńczycy jeździli na urlopy do Hiszpanii, wspierając dyktaturę Franco. Kontrargumenty były dwa. Pierwszy; Dania była i jest drogim krajem, a Hiszpania była wówczas tanim jak na zachodnią Europę. Duńska rodzina opuszczając kraj i jadąc tam na zorganizowany urlop nie dokładała do tego, a niekiedy i oszczędzała. A drugi był taki, że ci  co byli w Hiszpanii informowali, że nie mieli do czynienia z Franco, lecz z kelnerami, pokojówkami, kierowcami i raczej ich wspierali nie reżim.

Jak widać racje nie są tylko po jednej stronie. Po latach, całkiem niedawno, uznałem, że mogę nie zdążyć zobaczyć demokracji na Kubie. Jeśli wsparłem reżim, to jakoś usprawiedliwia mnie wsparcie kelnerów, kierowców, pokojówek, sprzedawców oraz tancerek w kabarecie.

W tych przypadkach kiedy sankcje odnoszą jakiś pozytywny skutek, choć nie będący spektakularnym sukcesem, dają się zaobserwować powtarzające się prawidłowości. Sankcje zawsze napotykają opór w krajach, które je stosują. Zawsze są argumenty i za, i przeciw. Zawsze są naruszane czyjeś partykularne interesy i wszędzie działa lobby agentów wpływu krajów dotkniętych sankcjami, plus aktywność pożytecznych idiotów. (Termin powstał w ZSRR, lecz jest uniwersalny).

Dalej. Sankcje, silniejsze czy słabsze, nie są całkowitą blokadą. Stosuje się je wybiórczo. A jeśli nawet USA stosowały kompletną blokadę wobec Kuby, to inne kraje Zachodu utrzymywały z nią wszechstronne stosunki. Kuba nie była izolowana. Podobnie jak inne państwa, przeciw którym stosuje się sankcje.

To wszystko odnosi się teraz do Rosji. Ze światowego bilansu surowców energetycznych wynika, że świat mógłby jakoś dać sobie radę bez rosyjskiego gazu i ropy, a z technicznego punktu widzenia byłoby to do przeprowadzenia. Kosztowałoby teraz, owszem, sporo. Lecz nie podejmuje się od ręki takiej próby nie tylko z powodu ceny. Dla Rosji byłaby to katastrofa, ale obecny konflikt nie jest wojną totalną, na przeżycie i w niczyim interesie nie jest by taką się stała.

Sankcje mają nie tylko gospodarczy charakter. Obejmują kontakty sportowe, kulturalne, współpracę naukową, ruch turystyczny, ale wybiórczo, a nie totalnie. Utrzymuje się z tymi państwami nie tylko normalne stosunki dyplomatyczne, lecz przeważnie trwają przy tym ożywione kontakty polityczne, zrozumiałe skoro mają wraz z sankcjami doprowadzić do określonych rozstrzygnięć. Od zeszłorocznego szczytu w Brisbane w Australii, zachodni przywódcy już nie robią dobrej miny do złej gry i dają Putinowi poczuć jak go oceniają. Lecz się rozmawia. Rosja prowadzi faktyczną wojnę z Ukrainą a przecież prezydenci Putin i Poroszenko spotykają się i rozmawiają ze sobą. W szerszym gronie, bo nie mają do siebie zaufania i potrzebują świadków, lecz nie są to tajne kontakty tajnych emisariuszy, jakie miewały miejsce podczas klasycznych wojen XX wieku.

Zamówienie na wroga

Na Rosję nikt nie zamierza zbrojnie napadać. To ona jest agresorem. Reżim potrzebuje wroga, by uzasadnić swoją agresję. Tym wrogiem mają być Stany Zjednoczone, Zachód, czy raczej te jego kraje, jak Polska, których nie można przekabacić. I zbiorowy wróg – NATO, które Rosję osacza. Słabość rodzi strach. Moskwa wie, że jest od NATO bez porównania słabsza. Bardziej niż był słabszy Związek Radziecki. Strach może skłaniać do wycofywania się, ale może też pobudzać agresję. To mogło skłonić Zbigniewa Brzezińskiego do uwagi, że Rosja może w ciągu jednego dnia zająć Tallin czy Rygę, a NATO nie będzie miało możliwości reakcji innej, niż grożącej konfliktem nuklearnym. I w związku z tym proponuje, by USA, najlepiej wraz z innymi sojusznikami z NATO, trzymały w Estonii i na Łotwie niewielkie oddziały. Wtedy by Putin wiedział, że nie tylko na te dwa kraje napada.

MSZ Rosji oświadczyło już, że rekomendacja – nie akt urzędowy: tylko rekomendacja! – władz w Rydze, by w pracy mówić po łotewsku, oznacza dyskryminację tamtejszych Rosjan. Takie oświadczenie jest świadomym podnoszeniem napięcia i na tym może się skończyć, ale może  też posłużyć jako początek eskalacji takiej, jak w zeszłym roku na Krymie i w Donbasie, a … w roku 1938 w Sudetach. Jeśli więc, jak podał rosyjskojęzyczny ukraiński portal www.gordonue.com,  głównodowodzący NATO w Europie, generał Philip Breedlove utrzymuje kontakty z rosyjskimi władzami wojskowymi, to może ma na widoku jakąś, raczej niewielką, szansę zorientowania się, że może dojść do ataku. Jeszcze mniejsza jest szansa, że taki atak wyperswaduje.

Pisałem, piszę i będę pisać bo to istotne. Na  początku XXI wieku Putin miał szansę skierowania Rosji w kierunku demokracji, nawiązując wszechstronną współpracę z Zachodem. Ta ocena, zawarta była między innym w pracach kompetentnych rosyjskich politologów z moskiewskiego centrum Fundacji Carnegie; Dmitrija Trienina: ”The end of Eurasia” i Lilii Szewcowej: ”The Putin’s Russia”

W pierwszej z tych dwóch książek najistotniejsze spostrzeżenia dotyczą trzech geopolitycznych rubieży państwa. Daleki Wschód, jałowy gospodarczo, słabo zaludniony i wyludniający się jest w jak najbardziej pokojowy sposób opanowywany przez Chiny. Chińczycy osiedlają się tam. Rosjanki chętnie za nich wychodzą, bo oni nie piją,  nie biją i pracują.  Tworzą tam przedsięwzięcia, sprzężone z chińską gospodarką, a rosyjska administracja nie jest w stanie przeciwstawić się temu. I zapewne jest przekupiona. Od momentu napisania  tej książki proces ten trwa i się nasila.

Na południu Rosja graniczy i znajduje się w interakcji z burzliwym i niebezpiecznym światem Islamu, który ma coraz więcej wyznawców w  Federacji. Dziś sytuacja jest tam o wiele bardziej zapalna niż była kilkanaście lat temu. Kocioł  w Syrii, państwo dżihadu, reislamizacja Turcji. Po latach względnego spokoju miał miejsce ”tierakt”, czyli zamach terrorystyczny w Groznym, w obronie muzułmańskich kobiet.

Tylko z zachodniego kierunku Rosji nic nie zagraża. Zachód skory jest do współpracy. Tylko stamtąd może  przyjść do Rosji najnowsza technologia, inwestycje, know-how. Bez  tego kontaktu, w izolacji, nie może się ona rozwijać. Podobnie zresztą jak każdy inny kraj. To pisał Dmitrij Trienin na początku wieku. Aktualne i dziś.

Lilia Szewcowa, na podstawie badań socjologicznych, doszła wówczas do wniosku, że społeczeństwo może zaakceptować, choć nie bez oporów, unowocześnianie kraju, demokratyzację, lecz tylko w zależności od wyboru dokonanego przez władzę i pod jej kierownictwem. Nie pamiętam czy  autorka to zrobiła, lecz mnie nasuwała się analogia z odgórnym unowocześnianiem Rosji przez Aleksandra II, 1855 -1881.

Kiedy obie te książki się ukazały były podstawy by sądzić, że Putin przystępuje do wykorzystania tych szans. Spektakularnym dowodem była wówczas współpraca z USA w walce z talibami w Afganistanie. A potem było już różnie. I wreszcie przyszedł rok  2014. Wojna Putina, jego autorytarne rządy i masowe zaczadzenie mieszkańców kraju, do których bardziej pasuje określenie poddani niż obywatele.

Rozwój gospodarczy i demokracja wymagałyby demontażu „systemu oligarchiczno-wertykalnego, który jak rak toczy rosyjską tkankę, którego jest (Putin – e.s.) budowniczym, wyznawcą i „najwyższym kapłanem” – to cytat z zeszłorocznego artykułu w SO W.T.: Rosja – mocarstwo na kurzej łapce

Budowniczy jak budowniczy. Już prędzej kontynuator. Reszta się zgadza.

Wyobraźmy sobie, że Putin wprowadza standardy prawdziwie wolnego rynku i demokracji, mając przed sobą spełnienie warunków członkostwa w UE i NATO. Dmitrij Trienin zauważył w swej książce, że Rosja miałaby przed sobą wyraźny, ambitny cel na okres pokolenia. Coś czego już dawno nie mają kraje Zachodu. Dlaczego nie poszedł tą drogą?

Chciałem o to zapytać autorów obu książek. Spotykałem ich w Warszawie, ale nie było warunków do rozmowy. Kiedy w marcu zeszłego roku pojechałem do Moskwy, też nie było warunków, bo akurat Putin zajmował Krym i obydwoje bez przerwy kursowali między Moskwą i Kijowem. Zdany byłem na przypadkowe rozmowy, gazety i telewizję oraz dość elementarne rozumowanie. Najprościej to prześledzić na osobie samego Putina.

Gdyby piętnaście lat temu poszedł był w omawianym kierunku, to najprawdopodobniej w roku 2004 zostałby wybrany na drugą czteroletnią – wówczas –  kadencję. W autentycznych wyborach, mając poważnych kontrkandydatów i bynajmniej nie druzgocącą przewagę nad nimi. Miałby do czynienia z autentyczną, silną, krytycznie nastawioną opozycją. Funkcjonowałyby w dalszym ciągu naprawdę niezależne, silne media. Trwałaby otwarta publiczna dyskusja, nie licząca się przesadnie z autorytetem władzy. Działałyby coraz bardziej niezależne od władzy sądy. Putin by funkcjonował w trudnych warunkach, w jakich funkcjonują przywódcy w systemie demokratycznym. A w roku 2008, po drugiej kadencji, mając 56 lat, zostałby byłym prezydentem. Bez możliwości nominowania następcy i dogadania się z nim. A więc pozbawionym immunitetu, tłumaczącym  się z majątku, broniącym się przed zarzutami o wysadzenie budynków mieszkalnych, co przypisano czeczeńskim terrorystom, lecz czego jakoś nie udało się udowodnić. Miałby gorzej niż mają byli prezydenci Chirac i Sarkozy.

Wybrany przez Jelcyna, osadzony u władzy przy wsparciu naiwnych oligarchów, w tym Bieriezowskiego, stał się Putin szybko najważniejszym ogniwem w aparacie władzy. Numerem pierwszym, lecz nie jedynym. Pozycję te zajął i może zajmować, realizując interesy znaczącej większości szeroko rozumianego aparatu władzy. To przede wszystkim jego podpora – „siłowiki”, ludzie wszelakich służb, którym zapewnia dominację w tym aparacie. To ci oligarchowie, którzy nie byli tak nieostrożni jak Chodorowski, czy właśnie Bieriezowski, próbujący nadal odgrywać samodzielną rolę, jak przy Jelcynie. To hierarchia wojskowa, następna po „siłowikach” w kolejce dziobania, to rozległy aparat urzędniczy, a dalej to budżetówka, rozumiana szeroko, czyli z państwowym sektorem w gospodarce, ze służbą zdrowia, oświatą i milionami emerytów.

Wychodzi, że większość mieszkańców Federacji ma interes w tym, by trwał system, w którym symbol, zwornik i spiritus movens to Putin. Polecam artykuł Julii Łatyniny w SO (Julia Łatynina: Notatki z pola nie-walki). Wraz z artykułem profesora Williamsa, który powstawanie podobnego mechanizmu dostrzega w… USA.

Zostańmy przy Rosji. Car to nie bóg. Czy on z bożej łaski, czy z naciąganych wyborów, to jak każdy władca rządzi w ramach swoistego układu z rządzonymi. Pod niepisanym warunkami, które może przekraczać tylko do jakiegoś stopnia.  Tu, żeby się nie powtarzać, pozwalam sobie przypomnieć swój własny tekst, gdzie  przypomniałem postacie carów Piotra III i Pawła I, zamordowanych przez ludzi z ich bliskiego kręgu, dla którego stali się kłopotliwi i niebezpieczni. Obecnemu władcy chyba nie trzeba ich przypominać.

Postać tragiczna ten Putin, można powiedzieć, ale sam sobie wybrał swój los i co winna jest Ukraina, Gruzja, Mołdawia? Kraje bałtyckie? O tym co winna jest Rosja dałoby się podyskutować.

Które ucho się  urwie

Już wiemy, choćby od cytowanych w naszym Studio, oligarchy i więźnia politycznego, Michaiła Chodorkowskiego i pisarza Wiktora Jerofiejewa, że na tle większości Rosjan Putin to nieomal liberał i internacjonalista, że zastąpić go może jeszcze większy szowinista i jeszcze bardziej niebezpieczny awanturnik. Wypadałoby więc chuchać i dmuchać, żeby się nam Władimir Władimirowicz nie przeziębił, bo przyjdzie  gorszy. Przy każdym tyranie, czy tylko autokracie wypowiadane są takie opinie. A Putin to jednak wciąż autokrata…Może  przyjść tyran.

Ponieważ już chyba wszyscy są zgodni, że Rosja to państwo zwijające się, dodatkowo boleśnie ugodzone  spadkiem cen ropy i gazu, więc jest opinia, że nie należy przyśpieszać tego upadku sankcjami. Nie drażnić niedźwiedzia. Bo lud rosyjski, które jest w stanie wiele wytrzymać, co ileś pokoleń wybucha. Jak nie bunt Pugaczowa, to rewolucja 1917 roku. Apokalipsa. A jak zwycięży, to na miejsce złego cara przychodzi o wiele straszniejszy tyran.

Leszek Moczulski, który w „Rzeczpospolitej” umieścił ciekawą analizę sytuacji w Rosji i wokół niej, wyciąga wniosek, że właśnie należy „drażnić”, przyśpieszać nieuchronny upadek tamtejszego systemu. A jeśli Putina zastąpi ktoś  jeszcze gorszy i będzie prowadził jeszcze bardziej agresywną politykę, to przyśpieszy upadek systemu. I bardzo dobrze.

Jest to scenariusz możliwy, lecz nie jedyny. Putin zapowiedział dwa trudne lata, po których znów będzie dobrze. Ceny ropy i gazu raz spadają, raz idą w górę. Może znów pójdą. Sankcje, jeśli nawet nie będą zniesione, to raczej osłabną niż się nasilą.(W tej chwili akurat na to się nie zanosi, ale chwila to chwila). Rosja już co prawda wydała jedną czwartą rezerwy walutowej, ale przecież trzy czwarte jeszcze zostały i może da się przeczekać ten przednówek. A cośmy zdobyli, to nasze. Mając sześćdziesiąt sześć lat, Putin wygra wybory 2018 roku, będzie rządzić do roku 2024, a tam się zobaczy.

Może  tak być? Może, choć mało kto postawiłby duże pieniądze na taką opcję.

Jest też wariant, który nie daje Putinowi nawet roku na stanowisku. Też możliwe, a czy rok czy dwa nie robi wielkiej różnicy. Tylko w tym czasie o wiele bardziej od całkowitego załamania gospodarczego i odmiany buntu Pugaczowa prawdopodobny jest przewrót pałacowy. Przypomniałem Piotra III i Pawła I. Pomazańców z bożej łaski można było tylko zamordować. A odkąd udało się zgładzić Berię, ostatniego sowieckiego Himmlera  i po demaskatorskim tajnym referacie Chruszczowa na XX Zjeździe KPZR, już się najwyższe numery tylko wysyła na niechcianą emeryturę.

Kolejna dygresja: Moskwa, 30 czerwca (sprawdziłem datę) 1957 roku. Obezwładniający upał, na opustoszałym placu w cieniu kina Udarnik stoi saturator z gazowaną wodą. (Ci młodsi, których to ciekawi niech spytają starszych jaki był, przeniesiony do Polski, ten sowiecki dowód trosk o człowieka.) Podchodzę i widzę, że „gazirowszczyca”, kobieta w średnim wieku, płacze. Wręcz zalewa się łzami. W Rosji, przynajmniej wtedy, nie było stosowne poszanowanie prywatności. Pytam, piję i zaskoczony nie dowiaduje się że umarł lub choruje ktoś bliski, ani że on poszedł do innej. Poprzedniego dnia… Komitet Centralny KPZR usunął z Prezydium KC Mołotowa, Kaganowicza, Malenkowa i „podczepionego do nich” Szepiłowa.

– Jak można było !? Mołotow i Kaganowicz to współbojownicy („soratniki”) Lenina. I kto to robi? Chruszczow. Ten przybłęda („projdocha”) z Ukrainy!

Budapeszt, 14 października (też sprawdziłem) 1964 roku. Kolacja w klubie dziennikarzy. Radio coś mówi po węgiersku i moi współbiesiadnicy kamienieją. Borys, kolega ze studiów, historyk – hungarysta jest korespondentem dziennika „Izwiestia” w Budapeszcie. Ten drugi to chyba – nie pamiętam – korespondent TASS. (Oficjalna agencja prasowa ZSRR, jeśli ktoś nie pamięta) News: Nikita Chruszczow, I Sekretarz KC KPZR, przybłęda z Ukrainy, został właśnie pozbawiony wszystkich stanowisk. Konsternacja. W  kosmosie jeszcze krąży sputnik z kosmonautą, który już coś zaraportował Nikicie, a na Ziemi będzie go oczekiwał ktoś inny. Ale przy stoliku są inne problemy. Redaktorem naczelnym „Izwiestii”, szefem Borysa,  jest Adżubej, zięć Chruszczowa, praktycznie jakby numer dwa w państwie. Jego dziennik, w hierarchii zaraz po „Prawdzie”, a faktycznie najważniejszy, czeka nieuchronne trzęsienie ziemi. Sytuacja w TASS też może wyglądać różnie.

Pijemy, no bo co można innego w tej sytuacji. Pocieszam zmartwionych uwagą, że Chruszczow jaki był taki był, lecz po jego referacie oni przynajmniej nie  trafią na Łubiankę jako wrogowie  ludu…

A nie dalej jak wczoraj, 27 stycznia 2015 roku, znajduję w Google.ru. – nie sprawdziłem w innych źródłach – informację, że Leonid Breżniew, następca Chruszczowa, miał  proponować współspiskowcom zgładzenie Nikity, przez zaaranżowanie katastrofy samochodowej, czy lotniczej. Zawsze postęp w porównaniu z czasami Stalina, Jeżowa i Berii.

W sitwie gdzie najważniejsi są i nadają ton „siłowiki”,  tak jak w gangu trudno jest o braterstwo. Spaja wspólny interes i strach. W pewnym momencie strach o całość biznesu, z  którego żyją, robi się silniejszy niż strach przed numerem jeden. Jeśli on sam w porę nie zrobi „pierietasowki”, albo ją zrobi za późno, koledzy mogą złożyć propozycję nie do odrzucenia.

Jeśli więc pewnego dnia Putin złoży rezygnację z powodu nagłego pogorszenia się stanu zdrowia, może gdzieś ktoś zapłacze, ale chyba nikt nie zechce umierać za jego pozostawanie przy władzy. Tym bardziej, że jeśli to nastąpi, to w sytuacji jeszcze gorszej dla kraju niż dziś. I zapewne nie zastąpi go wicepremier Dmitrij Rogozin, przy którym Putin może uchodzić za liberała i „zapadnika”, ani Alieksiej Nawalnyj, radykalny opozycjonista, obecnie z odsiadką w zwieszeniu na karku. Są tacy w odwodzie tacy ludzie jak były minister finansów przy Jelcynie i premier przy Putinie, Michaił Kasjanow, obecnie opozycjonista, szkalowany przez prezydenta. Jest Borys Niemcow, wicepremier przy Jelcynie, wcześniej gubernator w Niżnim Nowgorodzie, obecnie w opozycji. Jest Anatolij Czubajs, oligarcha, ale  i działacz państwowy i gospodarczy.

Jakby co – raz jeszcze dygresja – to cieszyłbym się z Niemcowa. Choćby dlatego, że rozmawiałem z nim w 1993 roku w Niżnim, kiedy był tam gubernatorem. Gigantyczny tamtejszy przemysł był sparaliżowany. Nie produkował, nie płacił pracownikom, a ci nie umierali z głodu. Niemcow wyjaśnił, że żywią ich działki pracownicze – razem z działkami przyzagrodowymi kołchoźników, główne źródło żywności w ZSRR – jakieś pokątne rzemiosło, prywatna wymiana. Ludzie, jak muszą, są zaradni, pomysłowi i pracowici – uważał – a zadaniem gubernatora jest pilnowanie, żeby urzędnicy nadmiernie nie przeszkadzali.

To chyba dobra rekomendacja, jeśli Niemcow po latach został przy tych poglądach. I jeszcze jedno. Kiedy Jelcyn powiedział, że Niemcow będzie jego następcą, uznano to za pocałunek śmierci. Zorientowani rozmówcy dodawali, że  nie pozwoli mu zostać prezydentem „punkt piąty”. W kwestionariuszach osobowych ten punkt informował o narodowości. Niemcow  ma wprawdzie tylko matkę Żydówkę, ale to była skaza. Ciekawe czy byłaby jeszcze w drugiej dekadzie XXI wieku.

Wszyscy oni – i sporo innych takich – już współrządzili, znają się na tym, są rozpoznawalni, a jeśli nawet są nielubiani, to każdego z nich będą słuchać gdy się okaże przy władzy. I ci, którzy teraz szczerze nienawidzą Ukrów, ukraińskich „faszystów i banderowców”, ucieszą się z pokoju z braćmi Ukraińcami, choć bracia na pewno zachowają uraz na dłużej.

Istotne będzie, że Zachód z ulgą skończy sankcjami, zaoferuje kredyty, inwestycje, know-how, powita we wszystkich gremiach. A po jakimś czasie, w licznym gronie innych admiratorów, będę mógł bez  obciachu pójść w Warszawie na koncert Chóru Aleksandrowa w mundurach Armii Czerwonej/Sowieckiej. Przynajmniej nie w tych, które teraz noszą zielone ludziki Putina. Czy od tego momentu wszystko już pójdzie dobrze, wszyscy tam i wokoło będą żyli długo i szczęśliwie? Niekoniecznie. Ale przynajmniej skończy się ten paskudny i niebezpieczny kryzys w Europie.

Jest to, z dzisiejszego punktu widzenia wariant optymalny, choć niestety, bardzo prawdopodobne są też inne, a każdy gorszy. Ale chciałoby się pomarzyć, a marzenia się czasem sprawdzają. Deus mirabilis, fortuna variabilis. Sprawa rozstrzygnie się w Rosji, ale świat, NATO, Europa, głównie właśnie  przez sankcje, ma na to wpływ. Szczególnie na opinie i działanie ludzi, od których może zależeć wybór powyższego wariantu.

Mało to prawdopodobne, ale w dramatycznej sytuacji nie można całkowicie wykluczyć zaskakujących rozwiązań, a więc nawet i tego, że propozycja zrobiona po cichu Putinowi może mieć charakter ultimatum, które on może będzie wolał zaakceptować, aby całkiem nie odejść. Pod warunkiem, że będzie widział rozwiązanie pozwalające na zachowanie  twarzy. Jemu i państwu. Odsyłam PT Czytelników do „długiej depeszy” George’a Kennana (patrz: Wikipedia) który zalecał to już w roku 1946.

Natomiast Zbigniewowi Bujakowi, którego skądinąd znam i cenię, oraz Andrzejowi Dudzie zalecałbym, aby nie wysyłali i nawet nie rozważali wysyłania naszych żołnierzy do Donbasu. Nie tego potrzeba Ukrainie. Lecz tego, żeby przynajmniej nie przeszkadzano jej pomagać, żeby nie występować przeciw sankcjom nakładanym na Rosję. Rozumiem żale i ambicje profesora Grzegorza Kołodki, ale tu, profesorze, chodzi o coś, co jest naprawdę ważniejsze.

Ernest Skalski

VN:F [1.9.22_1171]
Oceń artykuł
Rating: 8.4/10 (27 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: +20 (from 34 votes)
Ernest Skalski: Czy pan tak nadal sądzi, profesorze Kołodko?, 8.4 out of 10 based on 27 ratings

25 komentarzy

  1. de mowski 2015-01-29
  2. W. Bujak 2015-01-29
  3. Magog 2015-01-30
  4. omszały głaz 2015-01-30
    • andrzej Pokonos 2015-02-01
      • omszały głaz 2015-02-01
  5. An-Ka 2015-01-30
    • andrzej Pokonos 2015-02-01
  6. andrzej Pokonos 2015-01-31
  7. Aleksy 2015-02-01
    • andrzej Pokonos 2015-02-01
    • zgred 2015-02-03
      • andrzej Pokonos 2015-02-03
  8. zgred 2015-02-04
  9. Skalski 2015-02-04
  10. andrzej Pokonos 2015-02-04
    • Aleksy 2015-02-04
      • andrzej Pokonos 2015-02-04
        • Aleksy 2015-02-05
  11. slawek 2015-02-05
  12. zgred 2015-02-05
    • andrzej Pokonos 2015-02-05
  13. zgred 2015-02-10
    • BM 2015-02-10
  14. zgred 2015-02-11
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com