Jerzy Łukaszewski: Zu Mantua in Banden

andreas-hofer2015-03-13. Nie mam za grosz muzycznego talentu, ale jestem wrażliwy na dźwięki. Dlatego też bywa, że jak się mnie jakaś melodia uczepi, to nucę ją pół dnia i dłużej. O konsekwencjach takiej konstrukcji wewnętrznej przekonałem się już kilkakrotnie i to na ogół w bardzo zaskakujący sposób.

Byłem w szkole średniej, kiedy zdarzyła mi się historia mająca swój epilog dużo, dużo później, a która mnie wiele nauczyła. Zaczęło się od tego, że po lekcjach, w oczekiwaniu na rodziców będących jeszcze w pracy, włączyłem telewizor, a ponieważ nadawano wówczas tylko jeden program, oglądałem co było. Nadawali właśnie sprawozdanie z otwarcia któregoś tam zjazdu ZMS. Wiadomo – flagi, przemówienia, hymn. No właśnie. Melodia hymnu już po drugiej zwrotce wcisnęła mi się pod czaszkę i powiedziała, że nie wyjdzie, bo jej tam dobrze. Jakoś specjalnie nie protestowałem.

Pierwszy wrócił ojciec i zdejmując płaszcz patrzał coraz bardziej zdumionym wzrokiem na swoją latorośl nucącą  zasłyszaną melodię.

– Co ty śpiewasz?

– A takie tam… hymn ZMS, leciał w TV.

– Nie opowiadaj głupot. Jaki hymn ZMS?

– No w  TV….

Weszła matka, a mimo to ojciec zaryzykował (i to przed obiadem, a matka nie lubiła „kiedy w kuchni ktoś przy dziecku mówił po niemiecku”) i odśpiewał gromko:

http://ruslan.pecado.pl/upload2/readfile.php?file=ruslan/Die%20Tiroler%20Landeshymne.mp3

Zu Mantua in Banden
Der treue Hofer war.
In Mantua zum Tode
Fűhrt ihn der Feinde Schar.
Es blutete der Brűder Herz
Ganz Deutschland, ach, in Schmach und Schmerz.

Moje zaskoczenie było tylko nieco mniejsze od zdziwienia matki. Nastąpiły wyjaśnienia, tłumaczenie i w ten sposób pierwszy raz zetknąłem się z postacią Andreasa Hofera, którego losy stały się dla mnie później przykładem tego, że nawet najbardziej „oczywiste” rzeczy wyglądają inaczej, kiedy je samodzielnie przekopiemy, przegryziemy i wyciągniemy własne wnioski.

Te pierwsze – młodzieńcze, dotyczyły sprawności umysłowej kogoś, kto starą niemiecką pieśń i to taką, którą Niemcy wykorzystywali przy umacnianiu jedności swego pokawałkowanego przez historię narodu ucząc jej dzieci w szkołach powszechnych, użył do stworzenia hymnu socjalistycznej organizacji.

Wyobraźcie sobie co by było,  gdyby słowa

Chroń Ojczyznę orle biały
od gór aż po morza brzeg.
Pod twym skrzydłem naród cały
życie swoje chronić chce…

zaśpiewać na melodię „Deutschland, Deutschland űber alles…“ – pewnie niejeden straciłby oddech ze zdumienia. A przecież od biedy nawet Mazurek Dąbrowskiego dałby się na tę melodię zaśpiewać.

Następne wiązały się już z poszukiwaniami historycznymi, gdy przypadkiem znów wszedł mi w drogę Andreas Hofer. Tym razem zająłem się nim już całkiem na serio. To co po drodze zauważyłem zdziwiło mnie nie mniej, niż ojciec śpiewający pieśń o Hoferze.

Epoka napoleońska w polskiej historiografii opisana jest niezwykle bogato. Nie jestem pewien czy nie bardziej, niż w samej Francji. Profesor Władysław Zajewski z PAN opowiadał mi kiedyś, że kiedy po raz któryś tam z rzędu zawitał do Francji na okoliczność studiów napoleońskich, Francuzi byli mocno zdziwienie, że Polacy tak bardzo zajmują się „tym faszystą”.

Sprawa Hofera z epoką napoleońską wiąże się bardzo ściśle, a jednak okazało się, że nasza historiografia jakby o niej zapomniała. Pytanie pierwsze: dlaczego?

Odpowiedź przyszła szybko. Wszędzie, gdzie znalazłem o niej wzmianki, komentarz autora był co najmniej niechętny.

Andreas Hofer był przywódcą powstania antynapoleońskiego w Tyrolu w 1809 roku. Powszechna opinia głosiła, że było to powstanie wywołane przez „siły wsteczne” przeciwko postępowi, jaki Napoleon siał w Europie, co miała potwierdzać obecność duchownych w kręgach dowódczych powstania. Tak naprawdę był to jeden kapucyn – Joachim Haspinger, prawdopodobnie łącznik z dworem cesarskim.

Kodeks Napoleona, który niewątpliwie był swego rodzaju rewolucją w europejskiej mentalności, znoszenie ostatnich zaszłości feudalizmu, pierwsze od wieków tak wielkie możliwości awansów społecznych, wymiana stęchłych elit – to wszystko potrafiło skutecznie przesłonić oczy niejednemu historykowi. W Polsce szczególnie, bo żyjący pod zaborami rodacy dość powszechnie dali się uwieść propagandzie głoszącej odrodzenie Ojczyzny pod skrzydłami Cesarza. Fakt – nie wszyscy – Kościuszko nigdy się do tego trendu nie przyłączył bardzo przytomnie oceniając posunięcia polityczne Korsykanina, co zresztą bywało powodem szkalowania Naczelnika przez co bardziej gorących Polaków.

Polskie pojmowanie historii mocno zresztą przypominało (i przypomina) filozofię Kalego, bo sławiąc po dziś dzień szarżę pod Samosierrą, rzadko kiedy mówi się przeciw komu walczył Kozietulski. A zwalczał ludzi, którzy bronili swej wolności, co kto jak kto, ale akurat Polacy podobno tak świetnie rozumieją.

Pisząc o antynapoleońskich ruchach w Europie, czy to będzie pruska partyzantka majora Schilla, czy powstanie Hofera, nasza historiografia zamiast badać najczęściej ograniczała się do „klasyfikacji” zjawiska i przylepiała mu odpowiednią łatkę, która pokutowała później przez dziesięciolecia. Tymczasem wystarczyło nieco głębiej zapuścić się w las wydarzeń, by te „oczywiste” wyjaśnienia przestały człowiekowi wystarczać. Pytaniem, które powinno być postawione na samym początku badań, przy założeniu, iż to co niosła ze sobą napoleońska wizja świata należy in gremio do zjawisk pozytywnych, postępowych, brzmi: co ona mogła dać Tyrolowi?

Odpowiedź jest zaskakująca: nic.

Jak to możliwe?

Aby to wyjaśnić, należy poznać nie tylko powierzchownie historię Tyrolu, jak się okazuje – dość wyjątkowego regionu monarchii habsburskiej.

Ze względu na ukształtowanie terenu wszystko szło tu innymi drogami, niż w reszcie cesarstwa i to od średniowiecza, gdy tyrolska przełęcz Brenner miała kluczowe wręcz znaczenie dla komunikacji handlowej północy z południem. Krajów niemieckich z Italią. Kupiec i to co służy jego interesom stanowiły tu podstawę rozumowania. Sieć gospód, zawodowi przewodnicy, sprawy zaopatrzenia karawan, kupieckie faktorie etapowe, a nawet ratownictwo górskie – bywało podstawą utrzymania wielu rodzin. Kiepska gleba nie nadawała się specjalnie do upraw, za to wypas bydła był szeroko rozpowszechniony. Plus górnictwo także „produkujące” specyficzny gatunek człowieka.

Wszystko razem sprawiło, że w Tyrolu właściwie nigdy nie znano „klasycznego” europejskiego feudalizmu. Napoleon wyzwalał chłopów z poddaństwa? Tak, ale nie w Tyrolu, bo tam czegoś takiego nie było. W Tyrolu nawet w lokalnym parlamencie zasiadali chłopi i w odróżnieniu od napoleońskiej Francji mieli tam rzeczywiście coś do powiedzenia.

Napoleon odmiennie niż dotąd regulował stosunki państwo – Kościół. To prawda, ale Tyrol i pod tym względem miał ciekawe doświadczenia. Można nawet powiedzieć, że miał swój własny Kościół. Werbalnie przywiązani do katolicyzmu, nie mieli nic przeciwko anabaptystom, którzy tu właśnie tworzyli swe najbardziej żywotne gminy, bezkarnie ignorowali nawet słynne reformy józefińskie, a ponadto byli ostatnim regionem Europy, w którym występowali żonaci księża, bo aż po wiek XVII i to przy pełnej tego faktu świadomości u miejscowych biskupów. Ten Kościół tworzyli Tyrolczycy zgodnie ze swoimi potrzebami, nie zwracając uwagi na ogólnoeuropejskie trendy. Napoleońska regulacja nie miała więc tu tego uroku co gdzie indziej.

Tyrol żył w monarchii w oparciu o  niepisaną zasadę wyodrębnienia, do czego przywykł i dwór w Wiedniu (Tyrolczycy w zamian byli „najwierniejszymi z wiernych” i w razie potrzeb wojennych stawali na pierwsze wezwanie) i oni sami, nie widząc potrzeb jakichś zmian, bo tych – kiedy występowały – dokonywali sami bez pytania kogokolwiek o zdanie, z cesarzem włącznie.

Zdobycze rewolucji francuskiej znane były w Tyrolu na wieki przed urodzeniem się Napoleona.

Dla nich epoka napoleońska była klęską pod każdym względem. Przede wszystkim gospodarczym, bo przywykli do samorządu nagle znaleźli się pod butem obcych urzędników stosujących zakazy wszelkiego typy z takim rozmachem, że w rok praktycznie zamrozili ekonomikę Tyrolu przy jednoczesnych żądaniach podatków w nigdy tu nie stosowanej wysokości. Wystarczy wspomnieć słynną wymianę pieniędzy w 1805 roku będącą rabunkiem w majestacie prawa, która zrujnowała większość tamtejszych przedsiębiorców z właścicielem gospody  „Am Sand” – Andreasem Hoferem na czele. Utrudnione kontakty z włoskimi miastami, blokada kontynentalna – wszystko to stanowiło realne zagrożenie bytu, odczuwane przez każdego co dnia. I z każdym dniem bardziej.

Spekulacje więc czy była to konspiracja stworzona przez dwór w Wiedniu czy jeszcze inne „wrogie siły” jest tak naprawdę jałowa. Gdyby nie wystąpiły prawdziwe przyczyny odczuwane przez samych Tyrolczyków, historia mogła potoczyć się inaczej.

Sam przebieg walk godny jest filmów, na pewno ciekawszych od „Janosika” choć i tu mamy końcową scenę ze zdrajcą Rasslem (też doczekał się książki o sobie – „Der Judas von Tirol”), z przewiezieniem Hofera do Mantui w 1810 roku, wreszcie rozstrzelanie.

 

Dziś Hofer jest narodowym bohaterem Austrii, a wcześniej jako się rzekło – Niemcy wykorzystywali jego legendę do tworzenia ogólnoniemieckich mitów w dobie bismarckowskiego „zbierania ziem”. Przemysł turystyczny Austrii także nie zasypia gruszek w popiele, dawna gospoda Hofera prosperuje jak nigdy, z czego on sam pewnie byłby zadowolony.

A jaka z tego nauka? Ano taka, że polska „kalka dziejów” nie da się nałożyć na dzieje wszystkich ludów świata i czasem warto posłuchać i poczytać co mają w podobnych sprawach do powiedzenia sami zainteresowani. Dziś kiedy budujemy wspólny europejski dom jest to szczególnie ważne. Nie zrozumiemy się nawzajem mając przed oczami jedynie własną historię i przez jej pryzmat patrząc na wszystko dookoła.

Nieco szerzej – stosując anachroniczną dziś metodę klasyfikacji zjawisk historycznych na „postępowe” i „wsteczne” nigdy tak naprawdę nie zrozumiemy historii. Stosujemy ją, bo tak jest prościej, wygodniej, ale to powoduje, że od prawdy odsuwamy się na coraz to większą odległość, co może być nawet groźne, gdy zechcemy wyciągać jakieś wnioski na przyszłość.

Andreas Hofer i towarzyszący mu mnich Joachim Haspinger w oczach „światłych” fanów Napoleona walczyli o zachowanie wstecznego ustroju monarchii habsburskiej. W oczach Austriaków walczyli z obcym najeźdźcą, z kimś kto zrujnował ich życie, kto chciał siłą narzucić wolność wolnemu ludowi.

I pomyśleć, że z Hoferem poznałem się poprzez zjazd ZMS…

Jerzy Łukaszewski

VN:F [1.9.22_1171]
Oceń artykuł
Rating: 10.0/10 (16 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: +28 (from 28 votes)
Jerzy Łukaszewski: Zu Mantua in Banden, 10.0 out of 10 based on 16 ratings

9 komentarzy

  1. A. Goryński 2015-03-13
  2. W. Bujak 2015-03-13
    • cheronea 2015-03-13
  3. cheronea 2015-03-13
  4. Magog 2015-03-13
  5. j.Luk 2015-03-13
    • cheronea 2015-03-13
  6. gurnatko 2015-03-14
  7. Marian. 2015-03-14