Andrzej Lubowski: Dać szanse naszym Gromom

Print Friendly, PDF & Email

grom2015-04-01.

Stara rzymska maksyma „chcesz pokoju, szykuj się do wojny” nabrała dość nieoczekiwanie w dzisiejszej Europie nowego wymiaru. Konia z rzędem temu, kto dwa lata temu przewidział aneksję Krymu. Dziś konia z rzędem temu, kto wie jak daleko posunie się Putin. Licytowanie się na czarne scenariusze nie ma sensu. Ale nie lekceważmy istniejących zagrożeń, i nie poddawajmy mrzonkom, że jesteśmy silni, zwarci i gotowi. Bo nie jesteśmy.

To bardzo dobrze, że władze naszego kraju doszły do wniosku – a nie wszyscy w NATO do takiego wniosku doszli – że na obronę trzeba wydawać więcej, niż dotychczas. Ale jeszcze ważniejsze, aby pieniądze na obronę wydawać mądrze.

Sojusz z USA, fundament naszego bezpieczeństwa nie zwalnia nas z obowiązku troski o własny potencjał obronny. W najlepszym bowiem wariancie czarnego scenariusza, na pomoc sojuszników przyjdzie kilka dni poczekać. W powtarzających się manewrach wojsk rosyjskich są elementy wymachiwania szabelką, ale nie jest to jedynie teatr zastraszania. Rosjanie próbują bowiem – z tego co wiem z powodzeniem – przerzucać znaczne siły – w przypadku manewrów latem ubiegłego roku kilkadziesiąt tysięcy żołnierzy i kilka dywizji pancernych – na odległość przekraczającą dwa tysiące kilometrów drogą powietrzną. Byłbym zatem bardziej niż nasi stratedzy wstrzemięźliwi z formułowaniem tezy, że nie może nas zaskoczyć atak konwencjonalny. Kreml dysponuje dziś na przykład dużymi ilościami śmigłowców wyposażonych w baterie rakiet o zasięgu do 10 kilometrów. Nie mamy sprzętu, który mógłby się im przeciwstawić. Nasze czołgi Leopard mogą używać tylko amunicji klasycznej, podczas gdy rosyjskie i białoruskie czołgi, nawet starszego typu, są wyposażone w precyzyjną amunicję, o większym zasięgu. Samoloty F-16, symbol naszego członkostwa w NATO to znakomity sprzęt i dobrze, że go mamy. Ale nie trzeba dyplomu akademii w West Point, aby zrozumieć, że pasy startowe dla F-16 można zniszczyć w kilka minut. Atakowi lądowemu na nasze terytorium siłami konwencjonalnymi musimy w pierwszym momencie stawić czoła własnymi siłami.

Od armii oczekujemy przede wszystkim powstrzymania agresora przed kontrolą naszych ziem, przekonanie go zawczasu, że cena jaką przyjdzie mu zapłacić za ewentualny atak będzie bardzo wysoka, jego straty bolesne, a wynik zmagań nie jest z góry przesądzony. Pomoc sojusznicza ma sens wówczas, gdy nie utracimy własnego terytorium. Ale my nie mamy wystarczającej siły do powstrzymania ataku. Nie mamy wystarczającego uzbrojenia dla obrony infrastruktury. Nasze transportery opancerzone stanowią łatwy cel dla przeciwnika. Dziś bardzo łatwo zniszczyć duże, łatwe do identyfikacji i gęsto zgrupowane cele. Takie na przykład jak brygada czołgów czy oddziały pojazdów opancerzonych.

Co z tego wynika? Przede wszystkim potrzeba zbudowania jak najszybciej potencjału realnego odstraszania. Nie są nim eskadry nowoczesnych myśliwców, bo nie dysponujemy, i długo jeszcze nie będziemy dysponować dostateczną ich ilością. Mądrzejsi od mnie nie znajdują odpowiedzi na pytanie jaka jest przydatność na ewentualnym polu walki obronnej naszych Rosomaków. Uważają zresztą, że ten sprzęt, przydatny w Afganistanie lub Iraku, przestałby istnieć bardzo szybko w przypadku scenariusza o którym mówię.

Większym wyzwaniem dla agresora jest walka z rozproszoną, trudną do wykrycia i przenoszoną przez pojedynczych żołnierzy bronią, która łatwo naprowadza się na cel, jest szybka i odporna na zakłócenia.  Dotyczy to zarówno rakiet przeciwpancernych jak i przeciwlotniczych. Tezę tę potwierdzają doświadczenia z pola walki w minionych dekadach. A także strategia obronna innych krajów stojących w obliczu potencjalnie znacznie silniejszego przeciwnika.

Kilka dekad temu druzgocąca przewaga militarna nie uchroniła Sowietów od klęski w Afganistanie. W batalii szczególną rolę odegrały przenośne, ręcznie odpalane  amerykańskie pociski ziemia-powietrze typu Stinger. Co nie mniej ważne, obecność tej broni, dając partyzantce sposób obrony przed atakami z powietrza, zmniejszyła ilość lotów agresora. W przypadku ewentualnego ataku armii rosyjskiej, zanim nadeszłoby wsparcie sojuszników znaleźlibyśmy się w sytuacji partyzanta walczącego ze znacznie silniejszym wrogiem. Szczególną rolę w ochronie terytorium kraju odegrać może obrona przeciwlotnicza bardzo krótkiego zasięgu. Wyjątkowo przydatne byłyby nasze pociski GROM,  odpowiednik amerykańskiego Stingera, bardzo skuteczne z odległości niemal 5 kilometrów, trudne do namierzenia i zniszczenia, i proste w obsłudze.. Odpowiednie ich rozmieszczenie utrudni wtargnięcie na terytorium kraju śmigłowców i samolotów szturmowych na niskich pułapach, zapewni osłonę ugrupowań wojskowych, oraz przyczyni się do ochrony ważnych obiektów strategicznych. Nasze GROM-y w niczym nie ustępują najlepszym tego rodzaju rakietom na świecie.

Rakiety GROM rzecz jasna nie obroniłyby nas przed Rosją. Ale stanowiłyby zarówno element obrony jak i, dramatycznie eskalując straty ewentualnego agresora, sposób odstraszania. Produkujemy je od „a” do „z” w kraju. Dotychczas zakupiła je Indonezja i Gruzja, a zeszłym roku Litwa. Kupili ich trochę Amerykanie – sądzę, że w celach poznawczych. Propozycje zakupu niektórych krytycznych elementów składają Chińczycy i inne kraje. Przy pomocy tego typu broni separatyści zdziesiątkowali ostatnio lotnictwo Ukrainy.

Świadoma znaczenia tego typu broni Finlandia rozpisała jakiś czas temu przetarg na przenośne rakiety ziemia-powietrze odpalane z ramienia. Do przetargu stanęli światowi liderzy w tej dziedzinie: USA, Rosja i Polska. W testach porównawczych GROM wypadł pod wieloma względami lepiej niż konkurencja. Przetarg unieważniono, a nieco później Finowie kupili Stingery na wolnym rynku. Dziś ta broń stanowi ważny element strategii obronnej małej Finlandii, której nikt poza Rosją nie zagraża. Stanowią część wyposażenia nie tylko regularnej armii, ale także obrony cywilnej. Są bowiem, wbrew twierdzeniu niektórych naszych dowódców, bardzo proste w użyciu. Finowie instalują je nawet na platformach umieszczonych na drzewach. Mała neutralna Szwajcaria, otoczona krajami przyjaznymi, ma wielekroć więcej tego typu uzbrojenia niż my. Nasycenie kraju przenośnymi rakietami typu ziemia – powietrze, i przenośnymi rakietami przeciwpancernymi stworzyłoby obronę przed atakiem wojsk lądowych. A także dało bodziec dla rozwoju krajowego przemysłu z tradycjami, i co ważniejsze, talentami i ekspertyzą na światowym poziomie. „Polska – mówi mi profesor Zbigniew Puzewicz, twórca GROM i ojciec polskich laserów, szef Zespołu Elektroniki Kwantowej WAT – nie tylko jest w stanie produkować nowoczesne rakiety, ale musi i może samodzielnie i systematycznie je modernizować.” Wprawdzie każdą niemal broń możemy uzyskać z importu, to taka polityka oznacza po pierwsze, utratę krajowych miejsc pracy i perspektyw eksportu, a po drugie uniemożliwia jej doskonalenie, bo nikt nie udostępni nam potrzebnych do tego technologii i algorytmów.

O tym eksperci MON muszą wiedzieć. A jednak MON wstrzymał zamówienia na GROM i zadeklarował zamiar zakupu jedynie śladowych ilości jego następcy, PIORUNA. Rakiety to nie pączki z konfiturą, które można usmażyć z godzinnym wyprzedzeniem. Jeśli rychło nie zapadną i nie zostaną zakomunikowane decyzje, PIORUNA nie będzie. Dlaczego rezygnować z broni, która jest nam potrzebna, sami ją produkujemy, i jest stosunkowo tania? Setka pojazdów opancerzonych Rosomak kosztuje tyle, co 3000 rakiet przeciwlotniczych typu GROM. Długofalowym skutkiem zatrzymania produkcji GROM-u i PIORUNA byłaby w praktyce likwidacja zdolności produkcyjnych jedynego typu uzbrojenia o cechach inteligentnych wytwarzanego całkowicie w kraju. To zaś neguje możliwość budowy skutecznej obrony przeciwlotniczej bardzo krótkiego zasięgu – ważnego składnika  „Doktryny Komorowskiego”.

Po moim artykule na ten temat w czerwcu 2014 roku nikt z MON się nie odezwał. Może teraz będzie inaczej, po tym, jak w ostatnim marcowym numerze fachowego „RAPORT. Wojsko Technika Obronność” ukazał się bardzo obszerny tekst Zdzisława Zielińskiego i Tomasza Szulca pod tytułem „Grom i Piorun nie dla MON?”. Autorzy piszą m.in.” Centrum Rozwojowo-Wdrożeniowe Telesystem Mesko – producent głowic naprowadzających pocisków rakietowych rodziny Grom – finalizuje prace nad jej najnowszą odmianą – Piorunem. Mimo dobrych wyników dotychczasowych badań, wdrożenie systemu do produkcji może nie dojść do skutku z powodu polityki MON. W konsekwencji może zostać unicestwiony dorobek 25 lat pracy jednego z nielicznych i najważniejszych w polskiej obronności zespołów badawczo-produkcyjnych pod kierownictwem prof. Zbigniewa Puzewicza.” I konkludują, że w tej sytuacji deklaracje MON o tworzeniu najniższego piętra wielopoziomowego systemu obrony powietrznej, czy „Tarczy Polski”, nie mają pokrycia pokrycia. I dodają: „A przecież bez zmuszenia przeciwnika do poruszania się na większych wysokościach, miliardy inwestowane  w systemy bliskiego i średniego zasięgu – w ramach programów Narew i Wisła – pójdą w dużej mierze na marne.”

Generałowie i sztabowcy nie lubią, gdy im cywile, i to bez militarnych kwalifikacji, zaglądają przez ramię. Cóż prostszego niż albo zdyskredytować krytykę, albo ją kompletnie zignorować. Wtedy nie trzeba odpierać konkretnych zarzut, ani analizować alternatyw. Groźba tego rodzaju postaw jest tym większa, im mniej transparentny jest proces podejmowania decyzji o tym, czego armii potrzeba i skąd to wziąć. Łatwiej i bezpieczniej podjąć decyzję o zakupie za granicą z renomowanej firmy, niż rozważyć, czy istnieją możliwości wyprodukowania uzbrojenia w kraju. Dlaczego zatem nie włączyć naszego parlamentu w proces decydowania o programach uruchamiania krajowej produkcji lub zakupów broni za granicą, na wzór roli jaką w tym procesie odgrywa Kongres USA? To nie panaceum, ale zmniejszy ryzyko, że w gabinetach MON tajemniczo zapadają decyzje wiążące nas i nasze bezpieczeństwo na wiele lat, za gigantyczne pieniądze podatnika. Obrazki z obrad Sejmu nie budują wprawdzie zaufania do tej instytucji, ale wierzę, że uda się skompletować sensowną komisję sejmową, która zaprosi i wysłucha ekspertów o rozmaitych poglądach.

Panie Ministrze, panowie sztabowcy. Bierzecie na siebie ogromną odpowiedzialność. I to w szczególnym momencie. To nie hańba zweryfikować niefortunne decyzje.

Andrzej Lubowski

Tekst opublikowała również „Gazeta Wyborcza”

VN:F [1.9.22_1171]
Oceń artykuł
Rating: 9.5/10 (22 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: +23 (from 27 votes)
Andrzej Lubowski: Dać szanse naszym Gromom, 9.5 out of 10 based on 22 ratings

8 komentarzy

  1. slawek 2015-04-01
  2. Magog 2015-04-02
  3. narciarz2 2015-04-02
  4. Magog 2015-04-02
  5. Aleksy 2015-04-02
  6. wiesiek59 2015-04-04
  7. Magog 2015-04-09
  8. J.S. 2015-04-12