Stafan Bratkowski: Atlantyda, tak niedaleko (12)

Print Friendly, PDF & Email

2012-09-29.

Tym razem poznamy złowróżbne tajemnice podwodnego kniazia jeziora Ilmen i rzeki-czarodzieja Wołchowa – którego czarodziejski spadek przetrwał wśród Finów aż do czasów nowożytnych.
Dowiemy się, jak Ilmen chronił – sól, warzoną w swej okolicy.
I kto ją dla Nowogrodu Wielkiego warzył…

12. Rzeka czarodziej pilnuje soli

Broda Normana oznaczała jego tożsamość i moc. Tymczasem w połowie X wieku Swen-Sventoslabos-Świętosław, wychowany, oczywiście, w Nowogrodzie, Norman z temperamentu i mentalności, jednakże Słowianin już z języka, stroju i obyczaju, głowę będzie, jak wiemy ze źródeł bizantyjskich, golił na zero, zapuściwszy tylko z jednej strony gruby kosmyk. Spływał on mu aż do ramion, w pojęciu plemion koczowniczych „oznaczał jego wysoki ród”. A Borys Kołczyn, archeolog i metalurg, znalazł w ziemi starego Nowogrodu – brzytwy. I co jeszcze ważniejsze – właśnie język Rosjan, Wielkorusów, utworzył pewien specyficzny czasownik dla golenia się, od którego poszło słowo „brit’wa” – „brit’”. My czasownika „brzyć” nie mamy. Choć nasi przodkowie golili brody na pewno.

Golili się więc Słowienie brzytwami. Nie tylko zresztą brzytwami. Nawet kawałkiem złamanej kosy. Ba, Rosjanie umieli „brit’ nitkoju”, golić się nitką – nacierało się brodę popiołem, skręcało dwa włosy w mocną, jedną nitkę i możliwie zręcznie potem wyrywało. Jeżeli dla pozbycia się uwłosienia z brody posuwali się do aż tak bolesnego środka depilacji, widać tę modę obyczaj narzucał przemożną siłą wymagań.

No ale wołchw był kudłaty i brodaty… Nie była matką „wołchwa” czarodziejka z normańskich mitów, wszechwiedząca wieszczka z rodu olbrzymów, która znała przeszłość i przyszłość – Woelwa; męskich jej odpowiedników Normanowie nie znali, a słowo to nie ma, o ile wiem, w języku szwedzkim jakichś pochodnych, które by dzisiaj coś znaczyły.

Bo też po szwedzku to nie znaczy nic. Znaczy – po fińsku. „Velho” to po fińsku – „czarodziej”, a już Max Vasmer cytował odkrywcę tego „czarodzieja”, rosyjskiego slawistę i historyka, Aleksandra Pogodina, którego słusznie zapomniano, bo napisał dwutomowe dzieło o Mickiewiczu i nie lubił „słowianofilów”. „Velho” to słowo stare i rzeka Wołchow 1200 lat temu miała po prostu ugrofińskie imię „czarodzieja”. Była rzeką – czarodziejem. Co mi potwierdził słownik polsko-fiński, opracowany przez mojego odnalezionego po latach kolegę szkolnego, znakomitego finnistę, profesora Antoniego Krawczykiewicza.

Kto czytywał Conrada, pamięta, że Finlandia cieszyła się opinią kraju czarów jeszcze w drugiej połowie XIX wieku. Wiemy z „Kalevali”, jak – tym bardziej – potężnych czarowników miał świat ugro-fiński tysiąc lat temu, skoro wołchw ruski wziął od nich miano.

Wołchow, nawet rozszyfrowany, niczego nam jednak co do pochodzenia Nowogrodu Wielkiego wyjaśnić nie może. Więc tylko ten „Wielki Słowiensk” mógłby nam coś podsunąć – ale to raczej też naiwne zmyślenie. Gdyby najpierw był jakiś „Słowieńsk” na Wzgórzu Sławieńskim po wschodniej stronie, u prawego brzegu Wołchowa, gdyby zbudowano potem gród nowy, Nowogród, na drugim brzegu, jako wspólną ochronę dla Sławna i tutejszej Czudzi, uchowałby się ten Słowieńsk w jakiejś nazwie miejscowej, a mamy tylko stare, jednoznaczne „Sławno”, „wzgórze Sławieńskie” i „Sławieński koniec”, zaś sami Słowienie pierwotnie wymawiali swoje imię – „Sławlienie”. W dodatku zaś nowy gród zbudowano po drugiej stronie rzeki, nie na Sławnie.

Nowogród różnił się od grodów, rosnących stopniowo z dawnych, umacnianych tylko osad. Nowogród – założono. Co jednak nie było dla świata słowiańskiego wypadkiem wyjątkowym. Tyle, że raczej nie było tu nic przedtem. Gdyby to miasto budowano w miejscu jakichś starych siedzib, prawdopodobnie zachowałoby ono gdzieś ich imiona. Berlin, stolica Niemiec, przechował słowiańską, sprzed tysiąca lat nazwę  jednej ze stolic Hawelan, pochodzącą od „berła”; po niemiecku Berlin nie znaczy nic (imię tego plemienia, jak i prezydenta Havla, to od zachodnio-słowiańskiej wersji naszego „chowania”, Havel byłby u nas „Chował”). Tymczasem tutaj nowe miasto zostało – Nowym Grodem, a sama już nazwa każe wątpić w proces łączenia powstałych wcześniej osad. Trudno sobie zresztą wyobrazić, żeby jakieś dwa plemiona zakładały swoje obronne osady w najbliższym sąsiedztwie, na rzut kamieniem, i dopiero potem je łączyły.

Pytanie, dlaczego to był Gród – Nowy. Nowy – w stosunku do czego? Co było w porównaniu z nim – „starsze”?

W zasięgu słowieńskiego świata dwie nazwy zawierały ten przymiotnik: Staraja Ładoga i Staraja Russa. Obecność chat Skandynawów nie przesądza o niczym; pierwotną Ładogę otaczały nie skandynawskie palisady, lecz słowiańskie wały ziemne. Stanica Skandynawów była późniejsza, a jeszcze późniejszy – handel.

Od Nestora wiemy, i mamy prawo mu wierzyć, bo Nestor bywał w Nowogrodzie, że to nie ludzie z Ładogi zakładali Nowogród. Choć nie jest prawdą, że Ładoga została „Starą” dopiero wtedy, kiedy powstała Nowa Ładoga; była nią długo przedtem. Była najwidoczniej bardzo starą osadą. Ani Russa bowiem, ani Ładoga nie były od niczego „starsze”; gdyby takimi były, nazwano by je „starszymi”. Były – dawne, czyli bardzo stare.

Stara Russa też miała później Nową Russę, ale i ona była „Stara” na długo, długo przedtem. Ulokowano ją w miejscu zagadkowym: dopływ Łowaci, Polistia, o nazwie najprawdopodobniej ugro-fińskiej, związanej może z „poistaa”, usuwać, może z „polttaa”,  palić, wypalać, rzeka, nad którą leży Stara Russa, nie prowadzi do nikąd, i tylko do Starej Russy była spławna. Jeden z Wielkich Szlaków będzie prowadził od Ilmenu Łowacią, drugi – Połą, trzeci, później, Mstą. A więc?

I jej nikt nie kopał aż po rok 1966. Na wszelki snadź wypadek. Żeby spod ziemi nie wylazło coś równie złowrogiego i mącącego spokój milczenia historyków, jak sama nazwa. A nie była to jakaś prowincjonalna dziura, zapomniana, drobna sobie osada. W połowie XVI wieku, ni mniej ni więcej, w Rosji Iwana Groźnego – miasto czwarte co do liczby mieszkańców po Moskwie, Pskowie i Nowogrodzie!

Jej ustrój też dzielił miasto, jak Nowogród, na samorządne dzielnice, „konce”. W Starej Russie też pisano „gramoty” na brzozowej korze. Innymi słowy, stała się ona zagadką sama dla siebie. Moja hipoteza co do jej narodzin dostarczy zaś materiału dla domysłów na temat powstania Nowogrodu. Tak, hipoteza wspomaga domysły. Ale kiedy brak pełnych, bezpośrednich dowodów, jesteśmy skazani na sięganie do poszlak.

Pierwszej i najszerszej zarazem odpowiedzi na temat Starej Russy udzielił mi XVI-wieczny dyplomata Habsburgów, baron Siegmund von Herberstein, który, wróciwszy z poselstwa do Moskwy, ogłosił w roku 1549, jeszcze po łacinie, jeden z pierwszych opisów Rosji, „Rerum Moscovitarum Commentarii”. Wedle Herbersteina była Stara Russa najstarszym wręcz miastem na Rusi północnej i zwała się pierwotnie „Starą Rusią”. A Polistię Słowienie nazywali rzeką Słoną – jej słone wody mieszkańcy Starej Russy spiętrzyli podobno groblami w wielkie jezioro, wodę z niego ciągnęli rurami i rynnami do swoich domów, by tam warzyć z niej czystą, białą sól, którą sprzedawali potem w „tołpach”, czyli wytłoczonych bryłach.

O tej soli w wiekach XV-XVII na terenie Starej Russy pisała wprawdzie nawet Wielikaja Sowietskaja Encikłopedia, ale nie wiedzieli o niej, ku memu zaskoczeniu, nasi współcześni  historycy wschodniego handlu Hanzy. Ba, rosyjska historyczka handlu Nowogrodu Wielkiego z krajami bałtyckimi i Zachodnią Europą, Alena Choroszkiewicz, pisała o… imporcie zachodniej soli morskiej do Nowogrodu! Mało, „Kalevala” wspominała, że ziemia Kalevy, czyli Finlandia, jadła sól przywożoną z Niemiec!

Każdy człowiek obeznany z historią techniki zareaguje na wiadomości Herbersteina przypuszczeniem, że te słone wody odkryto bardzo, bardzo dawno, grubo wcześniej niż w XV wieku. Warzyć sól umiano w świecie słowiańskim i germańskim już z końcem epoki kamiennej, to wprost niemożliwe, by dopiero w XV wieku odkrył ktoś po raz pierwszy, jak smakuje woda Polistii. I też archeologia w latach 1969-70 w pewnym zaułku Starej Russy, pod nazwą Dubrowina, dokopała się warzelni soli. A i bez grzebania w ziemi można było dokopać się tej soli, gdyby kto chciał, w „Prawdzie Ruskiej”, więc w dokumencie z XI wieku…

Czy wiadomości Herbersteina o tym jeziorze były ścisłe, nie wiem; w mini-książeczce, właściwie – broszurce rosyjskiego historyka, Iwana N. Wjazinina, z roku 1972 o Starej Russie wyczytałem, że pierwotnie eksploatowano tu wody powierzchniowe, ale nie później niż w 1370 roku zaczęto wiercić studnie i prawie nie było w mieście gospodarstwa, które by nie warzyło soli. Finom prawdopodobnie wozili tę sól mówiący po niemiecku nowogrodzcy kupcy Hanzy. Albo też po prostu – sami Finowie, nazywani Jemcami, „Niemcami” w nomenklaturze Nowogrodu Wielkiego!

Kto pierwotnie tu gospodarował? Chyba jednak nie jakaś Czudź. Chyba nie ona odkryła tu sól, bo miałby dla niej dzisiejszy język fiński jakieś własne słowo po „zwycięskich” Wotach lub „Niemcach”, a nie „suola”, wyraźną pożyczkę ze wschodniej Słowiańszczyzny, jak i nasza „sól”, którą długo brała południowa Polska z solanek na Rusi Czerwonej. Sól była jednym ze źródeł wielkich bogactw średniowiecza; nie darmo w „Kalevali” czarodziejski młynek Sampo, wykradziony przez Vaeinaemoeinena i przyjaciół małym złym ludziom szczerbatej, starej Louhi z Północy, z Pohjoli, mełł i dawał, obok mąki, sól oraz pieniądze (jeszcze jeden dowód, że pieśni, ułożone w „Kalevalę”, nie rodziły się przed rokiem 1000).

Wikingowie z północy doskonale znali wartość soli. Kiedy zimowali w połowie IX wieku na wyspie Noirmoutier przy ujściu Loary, mnisi tamtejszego klasztoru nawet po ich odjeździe bali się do niego wrócić, pewni, że sól na wyspie warzona zawsze będzie nieodparcie kusić Normanów. Nie przesadzę chyba z domysłem, że to sól sprowokowała jakichś chytrych Waręgów do osadzenia tu swojej stanicy, by kontrolować handel słonym towarem.

Przyjmijmy na słowo informację Nestora, że byli to Waręgowie. Nie wiemy, w jaki sposób ci przybyli nad Ilmen Waręgowie „uciskali” Słowienów, Krywiczów i Czudź, prowokując ich do zbrojnej rozprawy, zanotowanej i przez Nestora, i przez Pierwszy Latopis Nowogrodzki. Skłonny byłbym przypuścić, że utrudniali właśnie im wszystkim, Słowienom, Krywiczom, Wotom, Wesom i Merom, dostęp do soli… I że to byli Danowie z Gotlandii lub z wysp Alandzkich, nie żadni Rosowie („o” w imieniu Rosów już wtedy musiało być długą samogłoską, wymawianą jak „u”).

To byłaby w owych czasach naprawdę wystarczająca racja do buntu i walki; może dlatego społem wypędzono tych Waręgów? I czy Nowogrodu nie budowano z myślą o tym, żeby mostem zablokować obcym dostęp do Ilmenu i do Polistii, sprowadzając później dla obrony – dzięki inicjatywie legendarnego Gostomysła – zawodowych wojaków, jakichś własnych Waręgów? Rosów, Rusów – przeciw opresji za strony pierwszych Waręgów, czyli Danów?

Wnioskuję tak ze szczególnego nagromadzenia w tym rejonie nazw miejscowych, świadczących, że całą okolicę, na wszystkich szlakach wodnych od Ilmenu, obsadzono, lub sami obsiedli, i to w niemałej liczbie jacyś – „Rusowie”. Wjazinin pisze o siołach Rusa-Mariewo i Rusje (dziś Ruczi), o wsi Rusino czy też Rosino, strumieniu Ruska; jest tu i jezioro Ruskoje i rzeka Porusja, wpadająca do Polistii przy Starej Russie. Trudno o więcej. Tyle, że to mogli być Rusowie już jako warstwa pod takim imieniem panująca ziemi nowogrodzkiej, potomkowie mieszanej już, złożonej z przybyszów oraz Słowienów i Czudzi warstwy wojowników, zarazem – bogaci już przedsiębiorcy, wcale nie pierwotni przybysze ze Skandynawii.

Kim byli ci „Rusowie”, to następna zagadka; pokusimy się o jej rozwiązanie. Ale najpierw spróbujmy zastanowić się, po co zbudowano Nowogród, spróbujmy rekonstruować racje, którymi kierować się mogli jego założyciele.

Gdyby zabudowali oba brzegi rzeki i połączyli je mostem, uznać to należałoby za decyzję wręcz strategiczną: zamknęliby łodziom wikingów, płynącym od północy, od strony Ładogi, w górę Wołchowa, dostęp do Ilmenu. Podkreślam wszelako: to jedynie hipoteza, bo nie wiemy, czy ten dostęp naprawdę zamknęli. Ale hipoteza przemawia swoją prostą logiką.

Nie znamy prehistorycznego pejzażu okolic Nowogrodu, zwłaszcza zaś nie wiemy, czy Wołchowiec, Mały Wołchow, wypływający dziś z Ilmenu nieopodal wejścia na Wołchow i łączący się z nim w jezioro poniżej Nowogrodu, był w ogóle rzeką, a nie bagnami, przez które płynęła Wiszera, wpadająca niegdyś być może do Wołchowa bezpośrednio. Być może bagna osuszono tak bardzo, że wody ich zwęziły się do koryta, może cały teren między Wołchowem a Wołchowcem i Wiszerą traktowano jako teren osiedleńczy, rolniczy bądź wypasowy, a zatem i jakoś umacniano…? Jeśli zaś dla mitologii skandynawskiej Nowogród był grodem „wyspowym”, to może most nie miał żadnego znaczenia, bo Nowogród, otoczony jeziorem, dawało się po prostu opłynąć?

Tak czy inaczej, było co chronić. Nie tylko Starą Russę. Sól eksploatowano i nad innym, zachodnim dopływem Ilmenu, Szełonią, z gorzko-słoną wodą. Pierwotnie była ona podobno „Sołonią”, tylko Nowogrodźcy, akurat w dialekcie odwrotnym do naszego mazurzenia, wymawiali „s” jak „sz”, szeplenili, a nie seplenili. Na jej brzegach biły słone źródła i jest nad Szełonią miejscowość Solec, więc to nie legenda. Dostęp do Ilmenu oznaczał zatem bogactwo.

Swoje przyszłe miasto, od razu – miasto, nie mały gródek obronny, jego twórcy ulokowali więc, moim zdaniem, w jednym z punktów strategicznych, gwarantujących jakąś szansę ochrony wyjścia na Ilmen. Ulokowali miasto nad rzeką, ale – sensownie, tak, by nowego grodu nie zniszczył sam Wołchow. Wołchow długo wszak potrafił udawać grzeczną, bezpieczną rzekę, aż nagle sztorm na Ilmenie złością potężnego w nim kniazia podwodnego świata podnosił wody Wołchowa o parę nawet metrów; albo rozwścieczony duch samej rzeki przyborem wód odwracał bieg Wołchowa i kierował powódź pod prąd, w stronę Ilmenu… Nie należało liczyć na łaskawość bóstw Ilmenu i Wołchowa.

Twórcy miasta musieli sami wykryć albo też poznać dzięki obytym z Wołchowem miejscowym Wotom zdradliwe obyczaje Ilmenu i rzeki, bo nie zasiedlili bynajmniej samego najniższego nadrzecza. Skrupulatnie lokalizację dobrali. Nie brakowało różnych kęp rzecznych ani wysp na Wołchowie, jednakże posadowili gród na wzniesieniu przybrzeżnym. Budując go, wykopali dookoła fosę i wpuścili do niej wody Wołchowa – jeśli rzeki nie opływały Nowogrodu ze wszystkich stron…. Tak właśnie zwykli budować Słowianie.

Stefan Bratkowski

 

VN:F [1.9.22_1171]
Oceń artykuł
Rating: 10.0/10 (6 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: +8 (from 8 votes)
Stafan Bratkowski: Atlantyda, tak niedaleko (12), 10.0 out of 10 based on 6 ratings

Jedna odpowiedź

  1. elkaem 2012-09-30
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com