Czytelnik: Eutanazja po naszemu, czyli rzecz o marihuanie

marihuana_12015-07-27.

Jeden z moich znajomych choruje na nowotwór. Choruje już czwarty rok i czuje się – również psychicznie – coraz gorzej. Przeszedł właściwie wszystkie etapy standardowego leczenia bez widocznej, długookresowej, poprawy. Medycyna akademicka nie ma mu już nic do zaoferowania.

Oprócz raka znajomy ma kupę innych chorób, w tym układu krążenia i układu trawiennego. W tej sytuacji nie może też korzystać z większości metod tzw. medycyny alternatywnej; głodówek, ziół, itp. Ze względu na kłopoty z krążeniem nie może również korzystać z wielu bezpiecznych metod walki z bólem.

Miałby pewnie szansę zarówno na ograniczenie bólu jak i leczenie gdyby nasi politycy nie zamykali mu do tego dostępu.

Chodzi, oczywiście, o marihuanę. Nie wiem czy jest w Polsce, a może i w świecie, ktoś rozumiejący do końca podnoszone przez „politycznych poprawczaków” (od tak przez naszych moralizatorów ukochanej politycznej poprawności) argumenty. Ja nikogo takiego nie znam.

Problem legalizacji medycznej marihuany robi dziś za ciężarek na szalkach wagi poparcia dla partii politycznych, które żonglują nim dla konfitur wynikających z dobrego rezultatu wyborczego. Życie, zdrowie i ból chorych ludzi to pryszcz w porównaniu z miną bałwana głoszącego, że tylko całkowity zakaz obrotu marihuaną uchroni nasze społeczeństwo przed fizyczną i moralną degrengoladą.

A poglądy takie więksi i mniejsi, ale zawsze w medycynie, socjologii i paru innych dziedzinach uczeni politycy wygłaszają przy każdej okazji.

Liczy się masa (czytaj społeczeństwo według wspomnianego wyżej naszego bardzo ważnego polityka), a nie jednostka.

Czym się to różni od poglądów takiego np. Stalina trudno wyczaić, ale wspomniane masy (tj. społeczeństwo) jakoś to przyjmuje. Z akceptowalnością jest już trochę gorzej, bo większość pytanych nie kuma dlaczego taka np. morfina jest dla chorych dostępna, a „marycha” już nie. Ja też nie pojmuję powodów dla których legalny obrót medyczną marihuaną ma stanowić większe zagrożenie niż obrót innymi narkotykami, które w medycynie są stosowane.

Rozumiem że państwo nie ufa swoim lekarzom. Można to chyba zrozumieć, bo trudno ufać człowiekowi, który w czasie 6 minutowej wizyty (tyle podobno czasu ma przeciętnie lekarz dla pacjenta) rozpozna chorobę, wypisze receptę i jeszcze „do widzenia” zdąży powiedzieć.

Jest jednak proste rozwiązanie. Państwo może po prostu przejąć całkowitą kontrolę nad aplikowaniem marihuany. Zamiast powierzać to byle lekarzom lub pielęgniarkom, do których nie ma zaufania, utworzyć może specjalne organy upoważnione do aplikowania chorym leków z marihuany i zobowiązane do dokumentowania tej aplikacji. Dokumentacją może być podpis chorego, nagranie filmowe, zeznania świadków, czy też wszystkie te instytucje łącznie.

Dla uwiarygodnienia tej aplikacji załączyć też można audio, gdzie chory wyje z bólu. Byłoby to dobrym podkładem dźwiękowym pod publiczne wystąpienia szefów partii.

Chcę powiedzieć jasno; legalizację marihuany na wzór niektórych stanów USA uważam – przynajmniej dziś – za szkodliwą bzdurę. Konsekwencje takiego pomysłu mogą być porównywalne z koncepcją nieograniczonych możliwości kupowania dronów (por. niedawne incydenty w Balicach i na Okęciu). Mówimy jednak o marihuanie w postaci leku używanej podobnie jak np. morfina czy przeciwbólowe plastry z opioidami, których nikt zakazywać nie zamierza.

W takim jak ten tekście nie ma miejsca na merytoryczną polemikę, z argumentami o rzekomo wyjątkowo dużej szkodliwości akurat marihuany. Namawiam jednak Czytelnika do przejrzenia owych argumentów. To bardzo ciekawa lektura. Warto zwrócić uwagę na porównania z alkoholem czy rozmaitymi pochodnymi amfetaminy (podawanej np. żołnierzom w czasie II Wojny Światowej). O dopalaczach nie wspominam, bo wiadomo przecież że to takie byle co, od którego umiera mniej niż jeden na trzystu klientów.

Postępowi, to jest „ostrożni” politycy argumentują, że nie ma na dziś twardych dowodów skuteczności medycznej marihuany. „Postępowiec” taki nie zająknie się nawet na temat tego ile badań klinicznych z udziałem marihuany wykonano, jakie w nich przyjęto kryteria, ani jaki procent tych badań wykazał bezużyteczność leków z „trawki”. Nie powie też, że np. rząd USA przyznał iż marihuana ma jednak wartość leczniczą.

Bo politycy nie mówią ani do lekarzy, ani do chorych ani do ich bliskich. Oni mówią do wyborców, którym przedtem wmówiono, że wszystko, co jakoś działa na świadomość jest „be”.

Szkoda, że mało kto mówi, iż działalność polityczna np. manipulowanie nastrojami politycznymi czy niektóre zachowania (rozmowy) przy restauracyjnym stole tez są „be”. Bo ludek nie ma, broń Boże myśleć, ale ma wierzyć.

Jedni chcieliby, aby wierzył, że się polepsza; inni, że idzie ku gorszemu, ale wszyscy żądają wiary od obywatela – wiary w ich omnipotentność. A my rzeczywiście wierzymy i skazujemy takich jak my sami – tyle tylko że chorych – ludzi na poczucie utraty szansy na wyleczenie.

Można, oczywiście, dyskutować na temat wartości tej szansy w sytuacji , gdy mechanizm działania marihuany nie jest tak „do końca” poznany. Można, ale:

Nic nie jest poznane do końca, a jeden z największych filozofów twierdził nawet, że „rzecz sama w sobie w ogóle nie jest poznawalna”. I jak dotąd nikt tego sensownie nie zakwestionował.

Tzw. „regularne” badania kliniczne zakładają bardzo dużą niezależność wielu oddziałujących na chorego czynników. Założenie to prowadzi do diametralnie różnych rezultatów „takich samych” badań, bo ta sama substancja z jednym pożywieniem może być lekiem, a z innym trucizną.

Tylko bardzo duża liczba badań i tzw. metaanaliz (tzn. analizowania analiz wielu badań) daje jakie takie informacje o realnej wartości badanej substancji jako leku. Na wyniki rozpoczętych dziś takich badań czekać by trzeba było wiele lat. Nie sądzę by wielu chorych tego doczekało.

Tzw. medycyna bazująca na faktach (ang. Evidence Based Medicine) opiera swe opinie na wieloletnim zazwyczaj doświadczeniu i coraz częściej uważana jest za co najmniej tak samo wiarygodną jak badania kliniczne. A takich opartych na doświadczeniu dowodów nieskuteczności stosowania marihuany jako leku jest bardzo mało (jeśli w ogóle są). Jeszcze gorzej jest z dowodami na szkodliwość marihuany w leczeniu np. raka.

Lekarze stale podkreślają, że w przypadku wielu – w tym nowotworowych – chorób należy często zmieniać stosowane leki. Znana jest historia z antybiotykami, a w niektórych typach chorób funkcjonuje nawet określenie „uodporniać się na terapię”. Marihuana mogłaby stanowić takie właśnie poszerzenie dostępnego asortymentu środków. Tym lepsze, że – przynajmniej dziś – wydaje się ona „pasować” do różnych chorób.

Według opinii statystyków zachorowalność na rozmaite choroby przewlekłe wzrasta. W tej sytuacji każde ograniczenie dostępności do – nawet tych nie do końca przebadanych, ale nie zagrażających życiu – potencjalnie leczniczych substancji ociera się o eutanazję.

W sferach zbliżonych do spiskowych teorii rozwoju ludzkości funkcjonują wprawdzie poglądy głoszące celowość takich działań, a jeden pan z wąsikiem chciał nawet coś takiego na podludziach realizować, ale powszechne to one chyba nie są. Wydawało mi się nawet, że generalnie, jako społeczeństwo, byliśmy temu przeciwni. Jeśli się mylę, to niech ktoś wyprowadzi mnie z błędu. Ale prostym językiem i argumentami bez odwoływania się do niesprawdzalnych faktów.

Są jeszcze dwa inne nieprzyjemne aspekty „afery z marihuaną”.

Pierwszy to narzucające się podejrzenie, iż ułatwienie dostępu do jej medycznej wersji znacząco zagroziłoby interesom finansowym rozmaitym instytucji (np. farmaceutycznych) czy nawet konkretnych ludzi. Oskarżenia „Big Pharmy” o sabotowanie wprowadzania nowych, szczególnie tych trudnopatentowalnych leków, funkcjonują w przestrzeni publicznej od lat.

Poglądy takie są równie trudne do obalenia jak i potwierdzenia. Ale rządom, które teoretycznie dbać mają o interesy obywateli powinno zależeć na przejrzystości wszystkiego, co znajduje się na styku społecznych pieniędzy pakowanych w ochronę zdrowia z jak najbardziej prywatnym interesem producentów leków, czy instytutów badawczych.

W kraju, który w rankingach „Transparency International” zajmuje taką jak my pozycję żywotnym interesem każdej partii wydaje się być głośne, publiczne, podnoszenie wszelkich wątpliwości w sprawie prawnych uregulowań zarówno skuteczności funkcjonowania jak i finansowania służby zdrowia. Ja takiej dyskusji – wyjąwszy może sprawę in vitro – nie widzę.

A gdyby okazało się, że marihuana skuteczna jest tylko w połowie przypadków, gdzie jej skuteczność podejrzewamy, to budżet zyskałby ogromne kwoty, które można by przeznaczyć np. na podwyżki dla pielęgniarek czy poprawianie niedoróbek na polskich drogach. Można by też pomyśleć o sfinansowaniu naszym wybrańcom jakichś szkoleń z elementarnej wrażliwości społecznej i zalet używania własnego mózgu zamiast bezmyślnego słuchania wątpliwych autorytetów. Można by też płacić im za czytanie tekstów o marihuanie.

W wielu miejscach spotyka się ostatnio opinie o bezsensowności utrzymywania obecnych przepisów o obrocie medyczną marihuaną. Można przytaczać tysiące wypowiedzi i pomysłów na taką szybką modyfikację stanu prawnego, która chorym dałaby szansę na leczenie, a politykom zapewniłaby „zachowanie twarzy”, tj. podtrzymywanie u wyborców iluzji iż dbają o ich interesy.

Nie można jednak niczego zmienić bez wymuszenia na politykach otwartej rzeczowej dyskusji na temat medycznej (podkreślam że medycznej) marihuany. Dyskusję taką można by zacząć od zobowiązania polityków, by wszelkie swoje potrzeby medyczne załatwiali wyłącznie w polskiej służbie zdrowia. Ale do tego to oni się chyba nie zobowiążą.

Drugim – nie wiem czy nie ważniejszym – problemem jest stan edukacji społecznej. Nałożone przeciętnemu Polakowi przez medialny „mainstream” końskie okulary generują jakieś tragiczne pomieszanie znieczulicy i mentalności kibola.

W obronie przez nikogo nie atakowanych poglądów tzw. naszych (których to poglądów zwykle i tak nie rozumiemy; por. np. znajomość programów wyborczych) stać nas na duże nawet poświęcenia, a będących w tragicznej niekiedy sytuacji bliźnich zazwyczaj nawet nie dostrzegamy. Tischnerowski „homo sovieticus” ma się całkiem dobrze.

Czytelnik (wolał zostać anonimowy)

VN:F [1.9.22_1171]
Oceń artykuł
Rating: 9.9/10 (16 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: +22 (from 24 votes)
Czytelnik: Eutanazja po naszemu, czyli rzecz o marihuanie, 9.9 out of 10 based on 16 ratings

5 komentarzy

  1. MaSZ 2015-07-27
  2. Magog 2015-07-28
    • Therese Kosowski 2015-07-28
  3. j.Luk 2015-07-30
    • MaSZ 2015-07-30