Marzyński dla „Newsweeka” nie tylko o Chopinie

marzynski 32015-10-25. W „Newsweeku” ma się ukazać rozmowa Piotra Bratkowskiego ze mną o moim filmie „Do You Speak Chopin”. Nie wszyscy czytają ten tygodnik, wiec podredagowałem trochę tę naszą rozmowę i tu ją zamieszczam.

______________________________________________________

Newsweek: – Przyjechałeś do Polski, robić film o właśnie zakończonym konkursie chopinowskim.

Marian Marzyński: – Tak. Film się nazywa „Do You Speak Chopin?”, co lepiej brzmi po angielsku niż po polsku. Chodzę po mieście, zaczepiam ludzi, mam mały głośnik, puszczam im Chopina i pytam, co o nim myślą.

– A co Ty myślisz?

-Mam skojarzenie: „Chopin na gruzach warszawskiego getta”. W czasach mojego dzieciństwa i później, jego muzyka była jednym z impulsów, dodających mnie i mojej matce, którzy przeżyliśmy zagładę Żydów, otuchy przy odbudowywaniu nowego życia na zgliszczach- fizycznych i mentalnych.

Muzyka Chopina była wszechobecna, nawet dla tych, którzy jej nie szukali. Choćby w sygnale radiowym Polskiego Radia.

– Tak. Gdy umarł Stalin w polskich szkołach godzinami słuchało się Marsza Żałobnego z jednej z sonat Chopina, jego Etiuda Rewolucyjna miała się kojarzyć się z… rewolucją październikową [śmiech]… Jako dziecko nie zdawałem sobie z tego sprawy, byłem autentycznie urzeczony tą muzyką, przechodziły mnie ciarki. W 1969 opuszczałem Polskę jako emigrant, z muzyka Chopina, też emigranta, w głowie. Wróciłem do tej muzyki 10 lat temu, gdy zaproponowałem amerykańskiej telewizji publicznej krótki film “Serce Chopina”, o Konkursie Chopinowskim. Moja publiczność amerykańska nie uświadamia sobie, kim był Chopin. Niektóre „duszoszczypatielne” fragmenty jego muzyki znalazły się na hollywoodzkich ścieżkach dźwiękowych – ale nie były kojarzone z jego osobą. Dyżurni wielcy kompozytorzy to Bach, Beethoven, Mozart, może jeszcze Schubert. Chopin oczywiście wśród elity muzycznej należy do obowiązkowego repertuaru – ale nie przenika do mainstreamu. Moj film stal się trochę kultowy: pól miliona widzów telewizyjnych i ćwierć miliona kliknięć internetowych. Spora część mojej twórczości polega na tłumaczeniu Amerykanom Europy, spraw żydowskich, komunizmu. Tym razem zrobię godzinny film na kanwie tamtego, wykorzystując fakt, że po raz pierwszy jurorem został Amerykanin, Garrick Ohlsson, który wygrał Konkurs 45 lat temu.

Domyślam się jednak, że to nie będzie tylko film o muzyce. Robisz go w ciekawym momencie. Od bardzo dawna – może od zwycięstwa Krystiana Zimmermanna w 1975 – żaden Konkurs nie wywoływał takiego zainteresowania publicznego. Wręcz pozytywnego snobizmu: ludzie ostentacyjnie komunikują – np. na portalach społecznościowych – „słucham Chopina, a nie tych strasznych audycji przedwyborczych”… Ktoś zainteresowany Chopinem postrzegany jest (także przez samego siebie) jako kulturalny, głęboki...

– Część mojego filmu jest o ludziach, którzy mają pomysł na to, co można z Chopinem zrobić we współczesnej Polsce. Uważają, że obecność tej muzyki i zawartych w niej wzruszeń sprawi, że ludzie w Polsce będą bardziej pokojowo do siebie nastawieni. I zepchną na dalszy wojny polityczne na reklamy, jak to widać było w telewizyjnych debatach przedwyborczych.

I twoi rozmówcy uważają, że powszechne słuchanie Chopina może coś w tej kwestii zmienić?

– Jest projekt: „Chopin – plan na życie”. Jego twórcy nie bardzo mają nabożeństwo do Konkursu, uważają go za wydarzenie korporacyjne, chcą natomiast upowszechniać granie Chopina, jako oferty dla szerszego odbiorcy.

– No i gdzie jest dzisiaj dla ciebie Polska, emocjonalnie i intelektualnie?

– Między wyborami można sobie uciąć świetne rozmowy z Polakami o różnych poglądach, ale w czasie wyborów ludzie są w stanie gorączki, której dostają, gdy nagle muszą podjąć decyzję, do której brakuje im wystarczającej informacji. Są niedoinformowani przez niedorozwinięte dziennikarstwo. Pamiętam z pierwszych lat po przemianie ustrojowej starcie Tymiński-Wałęsa; dziennikarze po każdym zdaniu Wałęsy klaskali. Jak zobaczyłem, że podczas konferencji prasowej dziennikarze klaszczą, złapałem się za głowę. Od tego czasu w sensie technologicznym polskie dziennikarstwo rozwinęło się fenomenalnie – bo to jest tak proste, jak przebranie się z gaci w dżinsy. Ale zarazem polityka zlała się z reklamą. Kandydatka na premiera: „Nazywam się Szydło. Beata Szydło” – mówi tekstem, przetłumaczonym z Bonda: “Nazywam się Bond. James Bond.”.

Na pewno – popkultura.

– Polityka staje się „Tańcem z gwiazdami”. Dlatego rozumiem zaproszenie w witrynie restauracji na debatę Kopacz-Szydło: „Napij się, bo na trzeźwo się nie da” (śmiech). Zamiast analizować programy, dziennikarze zastanawiają się czy kamera, która prowadziła Szydło, wygrała z kamerą, która prowadziła Kopacz. I – która młodzieżówka partyjna lepiej skandowała! Ludzie z ulicy, nie mogąc się zorientować w otaczającej ich rzeczywistości, mówią, że „trzeba to wszystko rozpieprzyć”. Nikt nie wie dokładnie co, ale jest zgoda na rozpieprzenie. Mam wrażenie, że w Polsce ludzie plotą, co im ślina na język przyniesie.

A dlaczego tak plotą?

– Bo nie czytają, nie myślą, nie rozumieją. Nikt im nie tłumaczy, bo jak ktoś im próbuje coś tłumaczyć dłużej, to ich to nudzi. Mają zdolność koncentracji na miarę rozrywki telewizyjnej, a to nie pozwala zrozumieć istoty różnic politycznych. Gdybym chciał przygotować ludzi do wyborów, to u mnie w programie codziennie miałby pięć minut ktoś na miarę Leszka Balcerowicza. Kto by spokojnie tłumaczył, co to jest budżet i skąd się biorą pieniądze. A zamiast tego w mediach wszechobecna jest Polska nerwowa, nieracjonalna. Kaczyński mówi językiem wczesnego Mussoliniego, takiego, który głosił, że ludziom można pomóc tylko, jeśli usunie się innych ludzi. Jeżeli on mówi, że trzeba w Hollywood zamówić film o tym, jak Polacy ratowali Żydów, to wiele tu można między wierszami przeczytać.

Powiedziałeś kiedyś, że dzisiejsza Polska jest źle przetłumaczona z angielskiego.

– Polska bierze z USA nagłówki, nie zastanawiając się co jest w środku; rzeczy, które funkcjonują w innym kontekście kulturowym czy psychologicznym, nie mogą być mechanicznie przenoszone. Bezsensem są formaty telewizyjne, wyrosłe z odmiennej sytuacji kulturowej.

Dziennikarz powie, że robi głupią telewizję, bo ma głupich odbiorców, ale wielu odpowie, że odbiorca jest właśnie taki, bo go ogłupia telewizja… Więc – jajko czy kura? Kto właściwie jest temu winny?

– Poziom dziennikarstwa jest w Polsce mimo wszystko wyższy niż poziom polityków. Oglądając debatę z udziałem senatorów amerykańskich można się z niej uczyć angielskiego. Czego można uczyć się po polsku z „Kawy na ławę”? Politycy amerykańscy mają za sobą udane kariery w różnych dziedzinach, jakiś elementarny poziom intelektualny, nie przychodzą, by się dorobić. I oni nie będą się zachowywać tak, jak chce telewizja.

Wierzysz, że dzięki Chopinowi można coś społecznie wygrać w Polsce?

– Sam jestem ciekaw. Muzyka ma w sobie potężny ładunek duchowy. A w Chopinie jest coś takiego, że mimo wieloletniego eksploatowania go w Polsce na sposób korporacyjno-państwowy od komunistów po Dudę – on jednak stworzył w ciągu swego krótkiego życia wielkie dzieło. Jest to postać nie tylko imponująca jako kompozytor, ale i przejmująca jako człowiek. Spytałem Garricka Ohlssona, czy nie uważa, że powinno się małe dzieci uczyć grać na pianinie, zaczynając właśnie od Chopina. Odpowiedział, że to byłoby bardzo fajne, jest tylko jeden kłopot: utwory Chopina są tak strasznie skomplikowane, że trzeba się ich uczyć całymi latami. 

Czyli do Chopina trzeba dorosnąć. A takie disco polo wpada w ucho od razu. Czy już wiesz, jakie będzie przesłanie twojego „Do You Speak Chopin”?

– Chyba coś takiego: żeby zagrać Chopina po mistrzowsku, potrzebna była kiedyś polska dusza. Dziś nad tymi nutami zapanowali młodziutcy pianiści. Z Azji. Polska podzieliła się Chopinem z reszta globalnego świata… I wcale nie zagraża to jej suwerenności.

 

VN:F [1.9.22_1171]
Oceń artykuł
Rating: 10.0/10 (3 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: +8 (from 8 votes)
Marzyński dla "Newsweeka" nie tylko o Chopinie, 10.0 out of 10 based on 3 ratings

2 komentarze

  1. PIRS 2015-10-26
  2. Magog 2015-10-27