Andrzej Lubowski: Świat na diabelskiej kolejce

Print Friendly, PDF & Email

Giełda

Akcje wielkich banków w poniedziałek spadły o 20 proc., we wtorek zyskały 15 proc., a w środę znów poleciały w dół. To już nie ekonomia, to huśtawka, albo diabelski młyn. W Polsce frank przebił pułap 4 zł. Jest jeszcze jakiś ratunek przed ogólnoświatową recesją?

Jest tysiąc powodów, by kwestionować wiarygodność agencji Standard & Poor„s, która obniżyła rating USA. To ona przez lata mydliła ludziom oczy zapewnieniami, że faktyczny śmieć (czyli kredyty subprime) ma ogromną wartość. To na niej i jej siostrzanych instytucjach (Fitch i Moody’s) spoczywa ogromna część odpowiedzialności za kryzys 2008 r. A za swoje kardynalne błędy S&P nigdy nie zapłacił. Gdyby notariusz omyłkowo poświadczył własność działki, to by beknął. Standard & Poort z otwartą przyłbicą wystawia kolejne cenzurki.

Łatwo więc w agencji ratingowej upatrywać winnego giełdowej paniki. Ale nie zmienia to faktu, że wypomnienie Ameryce fiskalnego awanturnictwa jest uzasadnione. Lektura decyzji S&P pokazuje głębię podziałów politycznych. Republikanie skoncentrowali się na tym jej fragmencie, gdzie mówi się, że cięcia wydatków rządowych były za małe. Ale agencja ratingowa za ważniejszą uznała całą naturę procesu niedawnych politycznych negocjacji (czy raczej szantażu) przed podwyższeniem limitu zadłużenia Stanów. Gdyby nie trwało to tak długo, gdyby nie zwlekano do ostatniej chwili – mówił szef komitetu ratingowego – nie podjęlibyśmy decyzji, którą podjęliśmy. Ale zwlekano. Pokazano na oczach całego świata, jak bardzo zdegenerowany i nieprzewidywalny jest proces decyzyjny w amerykańskiej polityce.

Kraje nie idą pod młotek. A już na pewno nie taki kraj jak Ameryka. Nie sposób podważyć zdolności Ameryki do regulowania własnych długów. Ale znak zapytania postawiono przy jej woli do ich spłacania. Radykalnie prawicowa Tea Party uświadomiła sobie, że ma w arsenale bazookę, i aż ją ręce świerzbią, by jej użyć. Republikańska frakcja – tak dumna ze swego patriotyzmu – zrobiła wielki krok na drodze do utraty przez Amerykę pozycji światowego lidera, przybliżając dzień, gdy USA zostaną wyprzedzone przez Chiny.
Historyczna decyzja S&P ma znaczenie, tyle że inne od oczekiwanego. Inwestorów nie przeraziła niewypłacalność Ameryki, nie spadł apetyt na obligacje rządu USA, nie podskoczyły stopy procentowe, jakich żądają nabywcy. Na odwrót – przestraszony inwestor właśnie w amerykańskich obligacjach szuka bezpiecznego schronienia. Ich ceny poszły w górę, a oprocentowanie w dół. Ale to żaden powód do radości. Bo dramatycznie spadło zaufanie do fundamentów realnej gospodarki, wiara w wartość firm, w to, że znajdą się nabywcy na ich towary.

Zdumiewające, jak szybko to się stało. Bez żadnego wstrząsu z zewnątrz. Nie było ataku terrorystycznego. Nie zawalił się żaden wielki bank. To tylko dowodzi, jak kruche było to zaufanie. I jak chimeryczna jest giełda. A przede wszystkim to świadectwo wystawione straży pożarnej – tym, którzy powinni przyjść z pomocą, gdy dzieje się coś złego. Rządom największych gospodarek świata.

Radość rynków finansowych z powodu podniesienia amerykańskiego długu była krótkotrwała. Po chwili wrócił sceptycyzm, obawy, wreszcie strach. Wyprzedaż akcji na nowojorskiej giełdzie w poniedziałek 8 sierpnia – największa od kryzysu z jesieni 2008 r. – pokazuje, jak nikła jest wiara inwestorów, że przywódcy krajów mają pomysł, co i jak robić. I to przywódcy z obu stron Atlantyku.

Czy grozi powtórka?

W Ameryce, gdy skończyło się żałosne widowisko poświęcone podnoszeniu progu zadłużenia, zaczęto się przyglądać danym gospodarczym. Według Departamentu Handlu wzrost gospodarki był gorzej niż mizerny (0,4 proc. w pierwszym, a 1,3 proc. w drugim kwartale), rewizja wcześniejszych danych pokazała, że spadek w trakcie recesji był znacznie głębszy (-5,1 proc.). A więc po głębszych, niż sądzono, spadkach nastąpiło znacznie słabsze, niż oczekiwano, ożywienie.

Strach zajrzał ludziom w oczy. Także w Europie trudno o optymizm, gdy ciemne chmury zbierają się nad coraz to innym krajem. Unia ledwo nadąża z produkcją kół ratunkowych, które rzuca topielcom za blisko, za daleko albo za późno. Na każdym zakręcie kryzysu w strefie euro przywódcy działają zbyt opieszale i nieadekwatnie do sytuacji.

Rynek pracy, najlepszy barometr, nie chce dostarczyć dobrych wieści Ameryce. Nauczono się zniekształcać obraz bez otwartych kłamstw. Pracujesz dwa dni w tygodniu, choć chciałbyś pięć? To nie jesteś bezrobotny. Skończył ci się zasiłek? Nie jesteś bezrobotny. Zdruzgotany nieustanną wędrówką po urzędach pośrednictwa pracy dałeś sobie spokój? A więc nie jesteś bezrobotny. Znów cię zamknęli? Więc – rzecz jasna – nie jesteś bezrobotny. Dzięki takiej buchalterii można było triumfalnie ogłosić, że stopa bezrobocia spadła o jedną dziesiątą procent.

Czy grozi nam powtórka 2008 r.? Nietrudno dostrzec trzy różnice w stosunku do tamtego czasu. Pierwszy to geneza. Wtedy gangrena zaczęła toczyć organizm od dołu. Tani pieniądz (prezent od ówczesnego szefa Fedu Alana Greenspana) był dla kredytodawców i kredytobiorców zachętą do podejmowania nadmiernego ryzyka. Bank centralny stracił panowanie nad gigantyczną gamą arcyskomplikowanych instrumentów finansowych, a rząd niedostatecznie nadzorował system bankowy. Ale banki nie znalazłyby się w takich tarapatach, gdyby miliony Amerykanów nie żyły ponad stan w nadziei, że wartość ich domów będzie zawsze rosnąć i że „jakoś to będzie”.

Teraz główny winowajca to góra, a nie gospodarczy parter. Rządy nie zdołały ani posprzątać po poprzednim kryzysie, ani dostatecznie pobudzić gospodarki. Zaczęły więc tracić wiarygodność i zaufanie społeczności biznesu. To przełożyło się na redukcję wydatków i inwestycji sektora prywatnego, to zaś zaowocowało wysokim bezrobociem i powolnym wzrostem. Można więc zaryzykować tezę, że banki i rynki finansowe, w 2008 r. sprawcy kłopotów, dziś są ofiarami.

Druga różnica jest jeszcze bardziej wyraźna. Wtedy gospodarstwa domowe i przedsiębiorstwa zapożyczały się bez opamiętania, bo kredyt był łatwo dostępny i tani. Gdy pękła bańka, w kieszeniach było pusto, więc konieczność przejścia na ostrą dietę prowadziła do recesji. Tym razem zarówno firmy, jak i gospodarstwa starają się oszczędzać. Stąd anemiczny wzrost konsumpcji i inwestycji.

Wreszcie trzecia różnica, będąca konsekwencją poprzednich. Wówczas poszkodowani siedzieli po uszy w długach. Brakowało gotówki. Obniżono więc stopy procentowe, by kredyt uczynić jeszcze tańszym, a gigantyczne pieniądze rządowe (czyli podatnika) poszły na ratunek banków i innych firm. Banki centralne pompowały pieniądz na skalę niespotykaną. W Stanach było tego w sumie około biliona dolarów. Dzisiaj w spisie dań nie ma takiej pozycji jak dodatkowe pieniądze. Szef Fedu Ben Bernanke jest niczym otoczony gromadą wrogów rewolwerowiec, któremu brak kuł w magazynku. Stóp procentowych bardziej obniżyć się nie da. Na rynku jest mnóstwo pustych domów. To zbija ceny nieruchomości, co z kolei zmniejsza poczucie bezpieczeństwa wśród gospodarstw domowych, dla których dom to podstawa majątku. Słabość rynku nieruchomości pogarsza także jakość aktywów bankowych, bo przecież ogromna ich część to pożyczki pod zastaw domów i mieszkań.

Nawet gdyby szef Fedu rozpoczął trzecią rundę pompowania pieniędzy w gospodarkę, czyli QE3 (Quantitative Easing 3), wątpliwe, by odniosło to skutek. W zeszłym tygodniu Bank of New York zaczął żądać od firm zapłaty za przechowywanie gotówki, ma jej bowiem tak wiele w swoich sejfach. To nie kryzys niedostatku pieniędzy, jak w2008 r., ale niedostatku zaufania.

Europejska choroba

Mimo kłopotów Ameryki więcej znaków zapytania dotyczy Europy. Długi strefy euro na koniec 2010 r. stanowiły 85 proc. PKB strefy wobec 69 proc. zaledwie trzy lata wcześniej. USA mogą dodrukować więcej zielonych, a Chińczycy mimo narzekań będą nadal kupować amerykańskie obligacje. W najbliższych latach świat się nie odwróci od dolara. Natomiast coraz więcej członków strefy euro ma trudności z dostępem do kredytów.

Problemy, z jakimi zderza się dziś Unia, to mozaika problemów Ameryki. Jedni, jak Grecy, cierpią z powodu skali programów społecznych przekraczających zdolności fiskalne kraju – to miniatura Ameryki A.D. 2011. Inni, jak Hiszpanie, cierpią z powodów podobnych do Ameryki A.D. 2008, czyli skutków pęknięcia bańki nieruchomości – starannie hodowanych mitów o łatwym bogactwie. Od początku 2008 r. hiszpańskie banki spisały na straty aktywa o wartości księgowej około 96 mld euro, zwiększając zarazem swój kapitał o 53 mld euro. To w sumie prawie 15 proc. PKB kraju. Taka jest cena, jaką Hiszpanie muszą teraz zapłacić za dekadę boomu na rynku nieruchomości. Kraj zdołał zmniejszyć o połowę deficyt budżetowy, ale tempo wzrostu pozostaje niskie, a bezrobocie bardzo wysokie. Daleko do odzyskania zaufania na międzynarodowych rynkach kapitałowych.

Dodatkowe 109 mld euro dla Grecji, wspólne dziecko Europejskiego Mechanizmu Stabilizacji Finansowej (EMSF) i Międzynarodowego Funduszu Walutowego, oraz wydłużenie okresu spłaty uspokoiło rynki tylko na chwilę. Hiszpania i Włochy będą do końca przyszłego roku potrzebowały 700 mld euro, by spłacić długi i sfinansować swoje deficyty budżetowe. Dodatkowych środków, choć skromniejszych, potrzebować będą Irlandia i Portugalia. Do tego dochodzą potrzeby niektórych banków prywatnych. W sumie padają monstrualne liczby w okolicach 2 bln euro.

Zadania przekraczają możliwości, więc unijny komisarz do spraw gospodarczych i monetarnych Ollie Rehn wezwał, by podwyższyć wielkość EMSF – obecnie 440 mld euro, z czego trzy czwarte wniosły Niemcy, Francja, Włochy i Hiszpania. Zadanie zgromadzenia dodatkowych środków spadłoby na kraje o najwyższej wiarygodności kredytowej w ramach strefy euro, czyli Niemcy, Francję, Holandię i kraje skandynawskie. Wiadomo już, że nie ma co liczyć na entuzjazm Berlina. Panią Merkel czeka rewolta zarówno we i własnej partii, jak i w opozycji. Aby utrzymać nieznaczną większość parlamentarną, pani kanclerz zapewne powie „nie”.
Alternatywą dla obaw o nasze pieniądze, nerwy i pracę jest nadzieja, że politycy w Ameryce i Europie wezmą się na serio do reform fiskalnych. Ale na to trzeba czasu. I klimatu kompromisu, którego przynajmniej w Ameryce nie widać.

Andrzej Lubowski
tekst był publikowany także w tygodniku Wprost, nr. 33/2011

 

 

Enhanced by Zemanta
VN:F [1.9.22_1171]
Oceń artykuł
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 0 (from 0 votes)

WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com