Andrzej C. Leszczyński: Swojskie, zdrowe, kazirodztwo narodowe

Print Friendly, PDF & Email

narodowcy2015-12-12.

Tygiel. Swojość

Podstawową normą wszelkich kultur, pisał Eugène Dupréel (Traktat o moralności), jest – ważniejsza nawet od reguł chroniących życie – norma zakazująca kazirodztwa. Zachowała swą rangę do dzisiaj, niezależnie od badań biologicznych i antropologicznych wykazujących, że związki między krewnymi nie prowadzą do biologicznej degeneracji gatunku (wzmacniają zarówno cechy negatywne, jak i pozytywne).

Zakaz kazirodztwa ma sens wyłącznie kulturowy, łączy się z organizacją społeczną, wymianą matrymonialną (egzogamią) itp. Claude Lèvi – Strauss (Elementarne struktury pokrewieństwa) w tabu kazirodczym widzi początek kultury przeciwstawiającej się naturze. Można odnieść wrażenie, że zakazy, jakie kultura formułuje w obszarach małżeństwa i prokreacji, odnosi również do siebie. Kulturowe kazirodztwo, czyli akty skazitelne (Aleksander Brűckner znajduje stosowną etymologię w przedrostku `kaz-` mówiącym o zepsuciu, zniszczeniu), wiązałoby się z zamkniętymi ramami obejmującymi te same, powielające się cechy podstawowych składników („genów”) kultury – wartości, idei, poczuć moralnych, religijnych, prawnych, estetycznych, wytworów artystycznych, instytucji społecznych itp. Być może pokrewieństwo genów biologicznych nie musi prowadzić do uwiądu organizmu i gatunku; jednak pokrewieństwo genów kulturowych zdaje się wpływać na samą kulturę w sposób ewidentnie destrukcyjny. W wąskim kręgu zwęża się myśl, pisał Fryderyk Schiller; swojość wyjaławia. Pożywienie znajduje kultura w tyglu – w mieszaninie, przemianie, konfrontacji, niezadekretowaniu. Dość dobitnie wyraża to Henryk Siewierski: „Trudno znaleźć kulturę narodową, która byłaby wytworem jednego narodu, w związku z czym samo pojęcie kultury narodowej ma w sobie coś z oksymoronu, podczas gdy pojęcie wielokulturowości nosi znamiona tautologii. […] W kulturze zadłużenie jest oznaką bogactwa – nie tylko dłużników; wzbogaca, dowartościowuje także wierzycieli” (Wielokulturowość i kultura narodowa w procesie globalizacji, „Znak” nr 6, 2005).

Tożsamość, doświadczenie trwałości wyrażone w zaimku Ja, kształtuje się w relacji do nie-Ja. Ryszard Kapuściński pisał o czterech ważnych dziś odniesieniach: do najbliższego otoczenia („mała ojczyzna”), do państwa, do kręgu kulturowego i do – coraz istotniejszej w dobie globalizacji (zmiany klimatologiczne, epidemie itp.) – planety. To dzięki tym odniesieniom mogę powiedzieć, że – przykładowo – jestem Kaszubą, Polakiem, Europejczykiem, Ziemianinem. Izolacja, zamknięcie się w kręgu własnych wyobrażeń i unikanie jakichkolwiek odzwierciedleń zamienia tożsamość w zmitologizowany pozór. Mówi o tym znane na Wyspach porzekadło: nie zna Anglii kto zna tylko Anglię.

Etnos. Res publica

Kazirodztwo kulturowe, zwane niekiedy centrotropizmem, staje się dziś nie tylko manifestem subkultur, lecz zyskuje prawo obywatelstwa w programach partii politycznych. Odwoływanie się do tego, co „swoje” („nasze”) widoczne jest w Polsce, która uchodzi za najbardziej czysty etnicznie kraj w Europie. Jest to zastanawiające, jeśli pamiętać, że już w 1569 roku (unia lubelska) usankcjonowano federacyjny charakter Rzeczpospolitej Obojga Narodów. Fynes Moryson (angielski podróżnik z XVI w.) pisał o Polsce: „Żaden kraj na świecie nie jest do tego stopnia dotknięty różnorodnością poglądów religijnych. […] powstało powiedzenie, że jeśli ktoś stracił swoją wiarę, to powinien ją znaleźć w Polsce”. Jan Paweł II (Przekroczyć próg nadziei) jako ważny fundament polskości uznawał fakt, że przez wieki swojej tysiącletniej historii „[…] Polska była państwem wielu narodów i wielu wyznań chrześcijańskich i nie tylko chrześcijańskich. Tradycja ta sprawiła i chyba nadal sprawia, że właściwa umysłowości Polaków jest raczej tolerancja i otwartość na ludzi inaczej myślących, mówiących innymi językami czy też inaczej modlących się, inaczej sprawujących te same tajemnice wiary”. Nieco później nie wyrażał już przekonania o żywych wciąż cechach otwartości i tolerancji. „Pamiętam, iż co najmniej jedna trzecia moich kolegów w szkole powszechnej w Wadowicach to byli Żydzi. […] A to, co u niektórych z nich mnie uderzało, to był ich polski patriotyzm. A więc polskość to w gruncie rzeczy wielość i pluralizm, a nie ciasnota i zamknięcie. Wydaje się jednak, że ten »jagielloński« wymiar polskości, o którym wspomniałem, przestał być, niestety, w naszych czasach czymś oczywistym (Pamięć i tożsamość).

Jeszcze przed drugą wojną światową Polska była – podobnie jak cesarstwo rzymskie, co podkreślał Zygmunt Kubiak – strukturą nie etniczną, lecz wielokulturową. Dane spisu powszechnego z 1931 roku pokazują, że na trzydzieści dwa miliony Polaków wyznanie rzymskokatolickie deklarowało 20,7 mln, greckokatolickie 3,3 mln, prawosławne 3,8 mln, judaizm 3,3 mln, ewangelickie (różnych wyznań) 0,8 miliona. Dwie trzecie Polaków (21,9 mln) posługiwało się językiem polskim, pozostała część za swój język uznawała ukraiński, ruski, rosyjski, hebrajski, niemiecki, litewski, czeski. Znaczący odsetek (700 tysięcy) wskazywało, jako główny, język „tutejszy”.

Olga Stanisławska, pisarka mieszkająca w Paryżu, ze smutkiem opisuje powojenną unifikację społeczną:  „[…] prawdą jest, że my, Polacy, w ogóle nie jesteśmy przyzwyczajeni do różnorodności, ani w wyglądzie, ani w kulturze, ani w języku czy religii. Społeczeństwo polskie jest wyjątkowo jednolite. Prawie wszyscy ludzie, wśród których dorastamy, wyglądają podobnie, mówią tym samym językiem, poruszają się w obrębie tej samej kultury. I tak też, wydaje się nam, powinno być. Nie zdajemy sobie sprawy, jak wyjątkowa jest to w skali świata sytuacja.

W Europie kraje tak jednolite jak Polska można zliczyć na palcach jednej ręki – o ile się nie mylę, podobna jest na przykład Portugalia, podobna też była Irlandia przed przybyciem Polaków.

Ta jednolitość Polski jest jednak, mówiąc umownie, pewną patologią. Pochodzimy z kraju okaleczonego przez wyjątkową historyczną tragedię. Ta tragedia pozbawiła Polskę większości jej Żydów, ale i Niemców i Ukraińców. Przed wojną ten kraj tak nie wyglądał – w miasteczku na Kujawach, gdzie się wychował mój ojciec, ludzie mówili trzema różnymi językami. Tymczasem w naszym pokoleniu nie mamy już w ogóle doświadczenia różnorodności” („W drodze” nr 7, 2013).

W republikańskim modelu nadrzędnym wskaźnikiem patriotyzmu jest lojalność wobec ojczyzny – nie nazwisko i pochodzenie. Polakiem jest nie ten, kogo skazuje na to urodzenie, lecz ten, kto uważa się za Polaka, kto dokonał wyboru. Nie piastowski etnos (naród) jest kategorią definiującą tożsamość zbiorową, lecz jagiellońska res publica (wspólnota polityczna). Szczepan Twardoch na przykładzie losów swoich przodków pokazuje ograniczenia etnocentryzmu, dla którego polskość jest cechą przyrodzoną. „Jeśli człowiek się urodził, to znaczy, że jest Polakiem. Tak jak ma kolor włosów albo oczu. Wejście w paradygmat, że kwestia przynależności narodowej jest efektem wyboru, jest dla niektórych intelektualnie niewyobrażalne. Na pograniczu można się urodzić Niemcem, a zostać Polakiem, albo odwrotnie, albo jeszcze ciekawiej. Mój pradziadek miał trzech braci i tylko on jeden chciał zostać Polakiem. Zmienił swoje nazwisko z Josefa Smolki na Józefa Smółkę, a jego bracia nie”.

Etniczność jest zazwyczaj wertykalna: jej fundament zbudowany jest z czasu (historii), zakorzenienia, języka. Są to zarazem kryteria pozwalające odróżnić „swoich” od „obcych”, co oznacza, że patriotyzm pojmowany jest jako wąski nacjonalizm, czyli szowinizm. Republikańskość nie do narodu się odwołuje, a do ludu (demos); jej fundamentem jest to, co horyzontalne – geografia, przestrzeń, droga, różnorodność.

Idea ludu („Ludu Bożego”) jest jednym z podstawowych elementów chrześcijaństwa („Wszyscyśmy bowiem w jednym duchu zostali ochrzczeni [aby stanowić] jedno ciało: czy to Żydzi, czy to Grecy, czy to niewolni, czy to wolni”). Okazuje się, że element ten w polskim chrześcijaństwie jest bardzo słabo widoczny.

Niedawny rocznik statystyczny podaje, że mieszka w Polsce ledwie milion obywateli o niepolskim pochodzeniu (Niemcy – 350 tys., Ukraińcy – 250 tys., Białorusini – 250 tys. Łemkowie – 50 tys., Litwini – 20 tys., Słowacy – 20 tys., Cyganie – 20 tys., Rosjanie – 15 tys., Ormianie – 15 tys., Żydzi – 5 tys., Grecy i Macedończycy – 5 tys., Tatarzy – 5 tys., Czesi – 2 tys., Karaimi – 0,2 tys.). Widać, że odradza się, jako stan pożądany, etniczny ideał piastowski.

Danuta Waniek (Orzeł i krucyfiks. Eseje o podziałach politycznych w Polsce, 2011) przytacza słowa arcybiskupa Ignacego Tokarczuka, w których autentyczność nie chciałoby się wierzyć: „Hitler popełnił błąd mordując Żydów, lecz dzięki temu jesteśmy państwem etnicznie jednorodnym”. Ks. Bogusław Milerski (Polska wielu kultur, „Więź” nr 5-6, 2012) sądzi, że współczesna tożsamość narodową Polaków ma charakter postfiguratywny (odwołujący się do przeszłości), etnocentryczny i autoapologetyczny. „Koncentracja na cierpieniu i sukcesie oręża polskiego prowadzi do »narodowej«, postfiguratywnej interpretacji rzeczywistości, której cechami są: unifikacja narodu jako całości i preferowanie binarnych opozycji »swój – obcy«”. Otwieranie się na odmienność hamowane jest przez niską mobilność: 65% Polaków nigdy nie zmieniło swego miejsca zamieszkania, a spośród tych, którzy to uczynili, 71% zamieszkało w obrębie swego województwa.

Na rozległość wcześniejszych życiodajnych polskich zakorzenień zwracał uwagę Jarosław Iwaszkiewicz (Dziennik [1965-1968]): „Cały ten dziwny krąg Polski w diasporze – o czym mówiłem przed samym wyjazdem z Andrzejem Kijowskim – cała siła kultury polskiej, dopóki była rozproszona i ssała soki Rosji, Ukrainy, Uralu, Kaukazu. Teraz korzenie nie mają skąd czerpać i dlatego to karłowacenie”.

O Skamandrze – grupie poetyckiej tworzonej przez Jana Lechonia, Kazimierza Wierzyńskiego, Jarosława Iwaszkiewicza, Antoniego Słonimskiego i Juliana Tuwima – mówiono z nie pozbawionym uznania przekąsem: cóż to za polska grupa poetycka, którą tworzą Tatar, Niemiec, Ukrainiec i dwóch Żydów.

Badacze religii wskazali, że wśród dwudziestu siedmiu polskich świętych, jedenastu jest pochodzenia obcego (Niemcy, Czesi, Włosi, Węgrzy, Rusini). Historycy przypomnieli o takich elementach polskiej kultury materialnej, jak turecki kontusz czy tatarska karabela. Podstawowe słownictwo religijne – kościół, ołtarz, ksiądz, pogrzeb, krzyż – wzięło się z łaciny zapośredniczonej przez czeszczyznę.

Powszechnie też zwraca się uwagę na etniczną obcość najwybitniejszych Polaków – Eugeniusza Romera, twórcy kartografii (korzenie węgierskie); Romualda Traugutta, przywódcy powstania styczniowego (korzenie niemieckie); Bogumiła Samuela Lindego, autora słownika języka polskiego (korzenie szwedzkie i niemieckie); Oskara Kolberga, etnografa i badacza polskiej kultury (korzenie niemieckie); Mikołaja Kopernika, astronoma (korzenie śląsko-niemieckie); Jana Matejki, malarza (korzenie czeskie); Fryderyka Szopena, kompozytora (korzenie francuskie); Henryka Wieniawskiego, kompozytora (korzenie żydowskie); Adama Mickiewicza, poety (korzenie żydowskie, może tatarskie).

Tyczy to wielu, wielu innych – od Szymona Szymonowica do Wita Stwosza, Juliusza Słowackiego, Ignacego Łukasiewicza, Michała Choromańskiego, Ferdynanda Goetla, Krzysztofa Kamila Baczyńskiego, Gustawa Helinga-Grudzińskiego, Zbigniewa Herberta, Krzysztofa Pendereckiego, Juliana Stryjkowskiego, Jana Kiepury, Leona Schillera, Stanisława Gebethnera, Juliusza Kleinera, Emila Wedla, Henryka M. Fukiera, Stanisława Lema, Konrada Swinarskiego, Erwina Axera, Aliny Szapocznikow, Jacka Kaczmarskiego, Jerzego Nowosielskiego („Jestem Polakiem, ale troszkę Ukraińcem, troszeczkę Niemcem”), Aleksandra Wata, Anny German. Pouczająca w tym względzie była wystawa pt. „Polacy z wyboru” (Kościół Ewangelicko-Augsburski Św. Trójcy, Warszawa, 1 sierpnia – 30 września 2012).

Trudno uwolnić się od poczucia zażenowania związanego z podobnymi konkretyzacjami, najwidoczniej wciąż potrzebnymi.

Agora. Getto

Zbigniew Herbert w radiowej wypowiedzi wspomina przedwojenne Czerniowce będące tym, czym dla Greków była agora. „[…] to była wylęgarnia geniuszy, to był taki, wyobrażam sobie, Lwów, starcie wielu, wielu kultur, tam był uniwersytet, nie wiem, ilu mieszkańców, miałem zajrzeć do encyklopedii, ale… może sto, dwieście [tysięcy] powiedzmy. Żydów sefardyjskich, Ormian, Polaków zdaje się nie była tam dużo, Rumunów, różnych kręgów podkultury tak zwanej, ludzi z Bukowiny, którzy stanowili rodzaj narodu jak Huculi, powiedzmy, których Vincenz tak pięknie opisał, i to tworzyło… Tak jak we Lwowie, ci Ukraińcy, mam to w rodzinie: nie mam w ogóle Polaków, tylko Anglików, Austriaków, Niemców, Niemców najmniej na szczęście, babcia z Armenii. I to wszystko było absolutnie normalne. I mam mówić do narodu, który jest w stu procentach czysty! Stuprocentowy Polak jest stuprocentowym idiotą (Moje prawa grawitacji są Newtonowskie, cyt. za: „Tygodnik Powszechny” nr 44, 2008).

A w Hańbie domowej Jacka Trznadla dodaje: „Dla mnie Polska bez Żydów, bez Ukraińców, bez Ormian […] – przestała być Polską. Ten ideał jednonarodowego państwa jest ideałem faszystowskim, co tu dużo gadać. I to jest zbrodnia, bo kulturze polskiej wielonarodowość dawała kolosalne szanse”.

Agora jest miejscem spotkania. W miastach greckich oznaczano tym terminem centralnie usytuowany plac, na którym koncentrowało się życie zbiorowe: polityczne, religijne, handlowe itp. Agorafobia – lęk przed przestrzenią – jest także lękiem przed zróżnicowaną wewnętrznie przestrzenią społeczną. Wyrasta często z odczucia własnej słabości, która ujawniłaby się w relacji z Innym. Ów lęk każe opuścić agorę i zbudować getto: przestrzeń zamkniętą.

Getto stanowi świadectwo klęski agory. Mówi o trwałości przekleństwa Wieży Babel, które każe ludziom walczyć, unicestwiać wzajemnie, a nie spotykać się ze sobą. Historia ludzka, to przede wszystkim historia wojen. Wojen sprawiedliwych i niesprawiedliwych, wojen domowych, świętych wojen, zimnych wojen, wojen nerwów, wojen w eterze, karcianych gier w wojnę. Wojen w człowieku, jak określił to Erich Fromm. Jerzy Stempowski: „Wystarczyło jednej konferencji »na szczycie«, kilka podpisów i mętnych komunikatów, aby Polska pozbywała się ostatnich resztek jagiellońszczyzny i wróciła do granic piastowskich. Żadnego W. Księstwa Litewskiego, żadnych »kresów«, żadnych mniejszości narodowych; jeden naród, jedno państwo, jeden język, jedno wyznanie i jedna partia; niemal jak ein Volk, ein Reich, ein Führer” (cyt. za: K. Czerni, Przegrana bitwa, „Tygodnik Powszechny” nr 10, 2011).

Dwa zbiory

O narodzie pojmowanym jako zbiór kolektywny, obejmujący wszystkie jego osobowe „elementy”, mówi w pierwszym zdaniu Konstytucja RP: „Rzeczpospolita Polska jest dobrem wspólnym wszystkich obywateli”. Ten konstytucyjny zapis negowany jest przez odwołanie się do zbioru dystrybutywnego (distribūtivus – dzielący), konstrukcji abstrakcyjnej obejmującej pewne wydzielone cechy. Oparte na niej pojęcie narodu obejmuje Polaków rozumianych nie opisowo, lecz normatywnie: Polacy prawdziwi. Inni, czyli nieprawdziwi, to Odrobużanie, krajowcy, przypadkowe społeczeństwo, pseudoelity z tytułami naukowymi, turyści, lemingi, puste czerepy, agresywna dzicz i jej cyniczni dysponenci, postpolskie mutanty lub prepolskie larwy wywołujące odór saskiego rozkłady Rzeczpospolitej (powyższe określenia przytaczam za publicystyką autorów sympatyzujących z normatywistami).

Rafał A. Ziemkiewicz posłużył się parazytologicznym terminem „polactwo”, dźwiękonaśladowczym wobec robactwa. Jarosław M. Rymkiewicz mówiwewnętrznych Moskalach i tutejszych niewolnikach mongolskiego cara.

Irenie Kamińskiej-Szmaj – badaczce języka wypowiedzi politycznych – przypomina to czasy PRL, kiedy kreowano wrogów ludu określeniami takimi, jak agent imperializmu, zgraja najmitów amerykańskich, zapluty karzeł reakcji itp. Przytoczone określenia wyrażają jedno podstawowe przekonanie ich autorów – że to oni są narodem; i że jako naród mogą określać właściwe miary wszystkiego, co społecznie istotne. Poetycki obraz normatywnego narodu przedstawia Zbigniew Dmitroca (Mimo wszystko): „Doborowe watahy czystej krwi rodaków/ charkoczą na oczach złaknionych pastwy kamer/ Mickiewicz na Madagaskar Słowacki do gazu/ Tuwim zamiast węgla Miłosz won z Wawelu”.

Gdańsk

Pamiętam ze studiów podręcznik do psychologii, w którym sprzyjające, jak sądzili autorzy, degeneracji zamknięte społeczności Kaszubów zilustrowano stosownym zdjęciem podpisanym: „Kretyn z okolic Wejherowa”.

Dziś widzę wokół siebie kretynów w niemal każdej okolicy, w jakiej się znajdę.

Chodzą stadami i trzęsą się ze strachu przed zobaczeniem kogoś innego niż oni. Swój lęk pokrywają chamstwem, agresją, nierzadko klubowymi barwami miejscowej drużyny. Mieszanie sportu do ksenofobicznych wynaturzeń jest dla mnie szczególnie przykre. Nie mogę i nie chcę zapomnieć mojego miasta sprzed ponad kilku lat.

W 2012 roku, podczas piłkarskich mistrzostw Europy, gdańskie ulice mieniły się barwami skóry, strojów i transparentów. Słychać było nieznane dotąd języki. Po pamiętnym meczu Hiszpanii z Irlandią (4:0) w lokalach i na placach po raz kolejny rozlegała się, śpiewana wspólnie przez kibiców w zielonych i żółtoczerwonych koszulkach, niesamowita pieśń o głodzie (The Fields of Athenry Petera Mooney`a), którą Wyspiarze żegnali w ostatnich minutach spotkania swą przegrywającą drużynę.

Dziś Gdańsk nie jest już tak wielobarwny. Pod Dworem Artusa manifestowało na rzecz uchodźców niespełna dwieście osób, niedługo potem ulicami przeszedł dwutysięczny marsz krzyczący to co zwykle pod adresem islamu.

Chyba jednak mają rację ci komentatorzy, którzy wyborczy sukces Partii łączą nie z obietnicami finansowymi (500 złotych na dziecko, obniżenie wieku emerytalnego), lecz z paskudną, zwróconą przeciw obcym retoryką przedwyborczą.

Andrzej C. Leszczyński

VN:F [1.9.22_1171]
Oceń artykuł
Rating: 9.6/10 (27 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: +31 (from 35 votes)
Andrzej C. Leszczyński: Swojskie, zdrowe, kazirodztwo narodowe, 9.6 out of 10 based on 27 ratings

2 komentarze

  1. hazelhard 2015-12-12
  2. j.Luk 2015-12-12