Stanisław Stupkiewicz senior: Niezapomniana Czarna Jedynka

Print Friendly, PDF & Email

Jedynka_Jurek2016-02-04.

Z prof. Jerzym Kijowskim, wieloletnim komendantem 1. Warszawskiej Drużyny Harcerzy „Czarna Jedynka” przy warszawskim liceum Tadeusza Reytana, rozmawia Stanisław Stupkiewicz senior

– Gdzie i jak się zaczął harcerski epizod w twoim życiu?

W liceum. Za moich czasów nauczanie w szkole podstawowej trwało siedem lat. Ósma klasa to było już liceum. Zostałem uczniem VIII klasy w Liceum Ogólnokształcącym im. Tadeusza Reytana w roku 1956. Miałem wtedy 13 lat, a Reytan był wówczas szkołą męską.

– Był to gorący czas. Jak się odcisnął na szkole?

Szkoła była fantastyczna. Mieliśmy wielu nauczycieli o przedwojennej jeszcze formacji. Polonistka i moja wychowawczyni, profesor Stefania Sztaudyngerowa, ścigała się z nami jeszcze na próbnej maturze w rozwiązywaniu trudnych zadań z geometrii. Matematyk, profesor Stefan Kozicki, był absolwentem Sorbony, autorem podręcznika z algebry, pisywał też wiersze, a gdyśmy nie spełniali jego wysokich wymogów, to mruczał „Ot, głowy do pozłoty! Ja tu miałem kilka lat temu dobrego ucznia…”, i kiedyś nam go przedstawił . Był to Janusz Onyszkiewicz. Z kolei łacinniczka i anglistka, profesor Stefania Światłowska, jest legendą szkoły i patronką ustanowionej kilka lat temu Nagrody im. Stefy. Po szczegóły odsyłam do mojego artykułu w piśmie „Nowa Polszczyzna” 55 (2008) str. 27–30. Tutaj ograniczę się do harcerstwa. Otóż w wyniku kompromisu między kręgiem harcerzy związanych z harcerstwem przedwojennym i okupacyjnymi Szarymi Szeregami a liberalnymi działaczami ZMP na fali ówczesnej „odwilży” władze komunistyczne zezwoliły na utworzenie harcerstwa kontynuującego najlepsze przedwojenne tradycje, jednak bez zaangażowania w politykę. My – trzynastolatkowie – mało wiedzieliśmy o tych wszystkich wielce skomplikowanych grach politycznych. Ale nazwisko Aleksandra Kamińskiego, autora „Kamieni na Szaniec”, reprezentującego w tym kompromisie „prawdziwe” harcerstwo, było nam doskonale znane.

Zawsze przywiązywano duże znaczenie do harcerskich tradycji.

– A więc: jak to się zaczęło?

Z informacją o tworzeniu drużyny harcerskiej przyszedł do nas nauczyciel geografii Stanisław Zawadzki, którego z racji prezencji, a zwłaszcza czarnego wąsika, nazywaliśmy Zorro. On był pierwszym organizatorem drużyny. Należał do harcerstwa przed wojną i tuż po wojnie, miał jakiś stopień. Pierwsza zbiórka odbyła się w lutym 1957 roku, a więc prawie natychmiast po reaktywowaniu ZHP. To, co mówił Zorro, było bardzo dla nas atrakcyjne. Trzeba powiedzieć, że w moim pokoleniu bardzo żywe były tradycje Szarych Szeregów, okupacji, Powstania Warszawskiego. Chłopakom imponowało więc, że będą mogli to wszystko wcielać w życie. Do drużyny zapisało się wielu. Już na pierwszej lub drugiej zbiórce pojawili się pierwsi przyboczni Zorra, dwaj studenci polonistyki: Janusz Ankudowicz, zwany Fernandem, oraz Andrzej Janowski, który otrzymał potem przydomek Soda. Obaj mieli związek z Akademicką Drużyną Harcerską. Wśród wybitniejszych postaci, które wtedy należały do drużyny, warto wymienić Andrzeja Zolla, który – choć „krakauer”, wybrał liceum warszawskie, oraz Andrzeja Chwaliboga – późniejszego wybitnego urbanistę.

Pierwszy obóz został zorganizowany nad Zalewem Szczecińskim, w Trzebieży. Znam go jedynie z opowieści kolegów. Sam nie pojechałem tam, bo rodzice wcześniej zorganizowali mi jakieś kolonie. Toteż we wrześniu w szkole zżerała mnie zazdrość, gdy słuchałem barwnych opowieści o życiu obozowym.

– Czy we wrześniu czynnie się włączyłeś w życie drużyny?

Wkrótce potem podzielono nasz szczep na dwie drużyny, nazywały się: Fernando, nietrudno odgadnąć dlaczego, oraz Wagabunda – tę prowadził Soda. Natomiast Zorro wycofał się z udziału w życiu drużyny i później nie odegrał już większej roli.

Od samego początku drużyna była nastawiona na to, co można nazwać pracą organiczną. Oczywiście, jako czternastolatki tak tego nie widzieliśmy: był las, były podchody, była Wielka Puszczańska Przygoda. Zdawaliśmy sobie natomiast sprawę, że mamy obowiązki wobec Polski. Tego nas uczono i tego chcieliśmy się uczyć; przynajmniej większość z nas.

Od września 1957 roku wróciłem do bardzo aktywnego uczestnictwa w życiu drużyny. W tym też roku nasi szefowie włączyli nas w Akcję Warmia–Mazury. Była ona organizowana w ramach Harcerskiej Akcji Letniej. Na mundurkach nosiliśmy nawet plakietki z jej nazwą oraz znakiem Rodła – symbolem mniejszości polskiej w przedwojennych Niemczech.

Mazury nas zafascynowały. Oczywiście, lekturą numer jeden było Wańkowiczowskie „Na tropach Smętka”. W owym czasie mieszkali tam jeszcze autentyczni Mazurzy: w większości ewangelicy, posługujący się swoistym językiem, bardzo zresztą zbliżonym do gwary kurpiowskiej, jednak mocno „wzbogaconej” słowami zaczerpniętymi bezpośrednio z języka niemieckiego (np. „cajtunek” to „gazeta”), z odmienną kulturą, z doświadczeniami życiowymi, które dopiero mieliśmy poznać. Od początku mieliśmy świadomość, że byli to ludzie w większości ciężko doświadczeni i źle potraktowani przez historię i los. A także przez swoich sąsiadów – ludność, która na Mazury została przesiedlona z Kresów. Spotkały się odmienne kultury, języki, wiary, i to w dodatku wcielane w życie przymusem.

Naiwnie wierzyliśmy, że tych Mazurów potrafimy przekonać do Polski. Obawiam się, że niewiele z tego dla nich wynikło. Natomiast dla nas była to wspaniała szkoła zaangażowania społecznego. Uczyliśmy się mazurskich piosenek, zapraszaliśmy autochtonów na ogniska, staraliśmy się utrzymywać z nimi przyjazne kontakty. Nie jeździliśmy wcale na tzw. szlak Wielkich Jezior, do ośrodków turystycznych, ale trafialiśmy do wiosek najbardziej oddalonych od głównych centrów. Wzbogacało nas to, że poznajemy ludzi z inną kulturą i obyczajem, jak i to, że czujemy się wśród nich ambasadorami polskości.

Te związki Jedynki z Mazurami trwały do końca istnienia drużyny.

– Czy to wszystko?

Tak wyglądała działalność drużyny, rzecz jasna wycinkowo przedstawiona, do roku 1961. A muszę powiedzieć, że od wiosny 1960 nie byłem już w niej obecny. Związałem się bowiem wówczas z Drużyną Chórową prowadzoną przez harcmistrza Władysława Skoraczewskiego. Początkowo byłem i tam, i tu. Na przykład w roku pięćdziesiątym dziewiątym latem jeden miesiąc spędziłem na obozie Jedynki, drugi – na obozie chórowym. W tym czasie Jedynką kierowali Andrzej SpratekAndrzej Sadura. Warto dodać, że Chór Skoraczewskiego też był włączony w akcję „Warmia–Mazury”.

– To były czasy popuszczenia cugli, czyli odwilży po roku 1956, czyli ostatecznego zakończenia stalinizmu w Polsce. Czy ta porcja wolności trwała długo?

To trzeba wrócić do spraw ogólniejszych, które nas, kilkunastoletnich chłopaków, dotykały początkowo w niewielkim stopniu. W roku 1958 swoisty pakt między harcerzami a liberalniejszymi ZMP-owcami, dzięki któremu ZHP powstało, zaczął się rozpadać. Partia w coraz większym stopniu chciała wszystko kontrolować. Zaczęto pozbywać się z harcerstwa przedwojennych „reakcyjnych kadr”, ograniczać swobodę, szukać ludzi skłonnych ideologizować wiadomo w jakim duchu. Doszło do tego, że w proteście przeciw takim działaniom grupa instruktorów wraz z Aleksandrem Kamińskim rozstała się z ZHP.

Nie od razu echa tych wydarzeń dochodziły do nas. Chociaż pamiętam zimowisko w Górzyńcu z przełomu lat 58 i 59…

Tu duży nawias: muszę wtrącić słowo o naszych kontaktach z drużynami żeńskimi (koedukacja w Reytanie miała nastąpić sporo później). Początkowo drużyną z nami zaprzyjaźnioną była 183. prowadzona przez Czarną Mańkę (zapomniałem nazwiska tej wspaniałej instruktorki harcerskiej). Potem, naturalną – rzec można – koleją, z racji sąsiedztwa, była 14. Drużyna z Liceum im. Królowej Jadwigi. Szefową dziewcząt była tam anglistka, profesor Anna Zawadzka, rodzona siostra Tadeusza, czyli „Zośki”, narzeczona Janka Bytnara, „Rudego”, drugiego bohatera „Kamieni na szaniec”. Jej przyboczną była Agnieszka Widerszalówna, córka Ludwika Widerszala, wybitnego działacza Biura Informacji i Propagandy AK, zamordowanego pod koniec wojny na oczach żony i córek. I jej właśnie, na tym zimowisku, wyrwały się słowa: Nie wiem, czy to długo pociągniemy… Chyba nas wyrzucą. Wtedy dopiero dotarło do nas, że dzieje się coś niedobrego.

Wróćmy do historii: po odejściu grupy Aleksandra Kamińskiego ówcześni szefowie Jedynki zdecydowali o jej rozwiązaniu. Po wielu dyskusjach, postanowili – można powiedzieć – trzasnąć drzwiami i wyjść. Przez dwa lata drużyny w Reytanie nie było.

– Jak to przyjąłeś?

W zasadzie osobiście mnie to bardzo nie dotknęło. Po pierwsze, działałem już w drużynie chórowej, po drugie, zdałem już maturę. Chór, a wkrótce potem założona przez Skoraczewskiego orkiestra, początkowo bardzo mnie fascynowały. Z chłopakami z orkiestry zacząłem grać jazz: najpierw na banjo i gitarze, potem na klarnecie i saksofonie. Ale z czasem zaczęło mi przeszkadzać panujące tam „artystostwo”. Z Jurkiem Cieślawskim, z którym przesiedzieliśmy w Reytanie cztery lata w jednej ławce, znaleźliśmy odskocznię w postaci zorganizowania chłopaków z dziecięcej sekcji chóru Skoraczewskiego w drużynę młodszoharcerską. Prowadziliśmy w sumie cztery prawdziwie harcerskie obozy tej drużyny. Jednak coraz bardziej zdawałem sobie sprawę, że brakuje mi działalności „prawdziwej”. Czyli starszoharcerskiej.

– Czy za tymi przemyśleniami poszły działania?

W tym czasie bliżej zaprzyjaźniłem się z Markiem Barańskim. Ja studiowałem fizykę, on był na Politechnice, gdzie zgodnie z życzeniem rodziny (a wcale nie własnym) zaliczał architekturę, czy jakieś budownictwo. Obaj byliśmy bardzo przywiązani do idei skautingu. I tak sobie mówiliśmy: Szkoda, że nie ma już naszej wspaniałej Jedynki. Jednak o reaktywowaniu jej nawet nie myśleliśmy. No bo jakże, przeciw Kamińskiemu? Na pewno nie mieliśmy ochoty zostać „łamistrajkami”. Naszym Mistrzem wciąż pozostawał Andrzej Janowski i z nim się w końcu podzieliliśmy swoimi tęsknotami. Ku naszemu zaskoczeniu, ale i radości, stwierdził on, że może byłoby to sensowne. Może warto działać na poziomie podstawowym. I chronić, ile się da. Tym samym uzyskaliśmy nie tylko placet, ale wręcz zachętę do założenia w Reytanie Czarnej Jedynki po raz kolejny.

Było nas czterech zapaleńców. Obok mnie i Marka, Maciej DurkoLeszek Dmowski.

W roku 1962 po raz ostatni byłem na wakacjach z drużyną chórową – miesiąc ze starszą i drugi z młodszą, której wówczas szefowałem. Po wakacjach, we wrześniu, we czterech założyliśmy ponownie 1 WDH. Sytuacja polityczna była wybitnie niesprzyjająca i w całym kraju, i w hufcu Warszawa-Mokotów, do którego należeliśmy. Ale trudno. Trzeba było sobie jakoś radzić.

– Jak więc to robiliście?

Prowadziliśmy na przykład dwa Dzienniki Pracy Drużyny. W tym oficjalnym, przedstawianym w hufcu, były treści dopuszczalne, w tym drugim, tylko te do naszego wglądu. Z władzami hufca kontaktowaliśmy się głównie my dwaj – ja i Marek Barański. Maciek Durko po kilku tygodniach wycofał się z prowadzenia drużyny. Natomiast Leszek Dmowski, spokojny i cichy, nie nadawał się do użerania się z hufcem, za to wkładał dużo serca w pracę wewnątrz drużyny. Ja i Marek mieliśmy swoją taktykę: chodziło bowiem o to, aby – nie brudząc sobie rąk – przetrwać. Nasza taktyka polegała na tym, żeby „władze” nie miały się do kogo przyczepić. Raz więc on, innym razem ja, braliśmy na siebie jakieś „winy” i dostawaliśmy nagany. Raz on był bardziej gotowy do współpracy, raz ja. Trudno było dociec, kto był bardziej „reakcją”. I tak trwaliśmy za cenę pewnego „zapachu konspiracji”. Nasi podopieczni wiedzieli, że pewnych rzeczy się z drużyny na zewnątrz nie wynosi. Myśmy śpiewali swoje piosenki, czytaliśmy swoje książki, rozmawialiśmy o wielu sprawach, które oficjalnie nie istniały. Tak było na obozach w roku 63. i 64.

– Czasy były ciężkie, byliście coraz bardziej dorośli. Wciąż wam się chciało?

Oj, chciało się i to coraz bardziej. W roku 1965 na letnim obozie nie byłem, bo wyjechałem na całe wakacje w podróż poślubną. Ten obóz prowadzili Marek i Leszek. I był to pierwszy obóz z dziewczętami; liceum bowiem stało się koedukacyjne. Żeńską drużynę zorganizowała i prowadziła Baśka Wołowiec, którą „wyłuskałem” z drużyny chórowej. Szefem męskiej był Marek. Po tym obozie Marek odsunął się od harcerstwa. Po czwartym roku politechniki podjął studia na Wydziale Historii UW, zgodnie ze swoimi zainteresowaniami, a prowadzenie drużyny spadło na mnie. Robiłem to od września 1965 do roku 1973. Trzeba też powiedzieć, że bardzo się zaangażowałem w protesty roku 1968, za co niemal straciłem pracę na Uniwersytecie (ale w końcu dzięki zakulisowym działaniom wielu wybitnych fizyków przyjęto mnie znów do pracy. Wypada, bym wymienił nazwiska tych szlachetnych ludzi: prof. Jerzy Pniewski, odkrywca hiperjąder, prof. Leonard Sosnowski, współodkrywca tranzystora i ówczesny dziekan Wydziału, prof. Andrzej Trautman najwybitniejszy polski teoretyk pracujący nad problemami ogólnej teorii względności, i oczywiście mój szef i mentor, prof. Krzysztof Maurin). I choć w końcu nie wyrzucono mnie z pracy, to jednak władze harcerskie zaczęły mnie traktować jako „czarną reakcję”, czy też „element antysocjalistyczny”. Ale i tu miałem swojego szlachetnego „anioła stróża”, harcmistrza Juliana Kędzierskiego, dzięki któremu nie wyrzucono mnie z hukiem z ZHP, a jedynie zażądano, bym przestał być komendantem Jedynki. W gruncie rzeczy dobrze się złożyło, bo w międzyczasie dorosło już pokolenie moich wychowanków, którzy znakomicie nadawali się do samodzielnej pracy. Tak więc od roku 68. nie byłem już komendantem, choć nadal bardzo intensywnie działałem. Pierwszym moim następcą był (nieżyjący już) Michał Kulesza, późniejszy profesor prawa, twórca reformy administracyjnej.

– Jak działaliście w tym czasie? Co robiliście?

Przez cały czas prowadziliśmy Akcję Warmia–Mazury, ale to był już tylko rozdział w naszych zainteresowaniach mniejszościami mieszkającymi wśród nas. W tym czasie, w drugiej połowie lat sześćdziesiątych, moim przybocznym był Andrzej Celiński. Jeździliśmy po Białostocczyźnie, odkrywaliśmy bogatą kulturę prawosławia, istnienie polskich muzułmanów, Litwinów, Białorusinów. Będąc w Puńsku, poznawaliśmy nawet język litewski.

Staraliśmy się też myśleć poważniej: czym jest Polska, do czego zmierza. Następujące po sobie wydarzenia: list 34 intelektualistów, list polskich biskupów do niemieckich, coraz bardziej skłaniały do dyskusji o Polsce, w jakiej by się chciało żyć. Dla mnie liczył się model państwowy, czyli państwa prawa, a nie narodowy. Ważna była otwartość światopoglądowa. Tę realizowaliśmy w praktyce.

– Jak to się przekładało na pracę z młodzieżą?

Reytan należał do tej grupy renomowanych warszawskich szkół, która przyciągała młodzież inteligentną i chłonną, ale z bardzo różnych środowisk. U nas, obok przeciętnej polskiej inteligencji, były też dzieci ubeków i partyjnych sekretarzy, a także dzieci ludzi ciężko represjonowanych przez ustrój. Zadawaliśmy sobie pytanie: co możemy im dać? Na pewno otwartość, szczerość (poza naszą małą konspiracją, oczywiście), intelektualne przygotowanie do obrony swoich racji, do prowadzenia dyskusji z każdym, ale bez pogardy. Wartości, których w oficjalnym życiu wówczas nie było. I one tę wartościową młodzież przyciągały.

Jak to wyglądało w praktyce, widać było choćby na przykładzie stosunku do religii. Ja byłem mocno związany z Duszpasterstwem Akademickim prowadzonym przez Jezuitów przy Rakowieckiej. Podczas obozów oczywiście nie rezygnowałem z uczęszczania na niedzielne msze, chociaż nieraz trzeba to było robić niemalże w konspiracji. W obozach uczestniczyli przecież i niekatolicy. Trzeba było więc wszystko zorganizować tak, aby nie było np. takiej mowy: my idziemy do kościoła, a wy obieracie ziemniaki na obiad. Mała rzecz, ale ważna: ucząca wzajemnego szacunku.

Jak to zaowocowało, przekonałem się na przykład w roku 1966, w czasie ogromnej nagonki na Kościół. Na niedzielną mszę wraz z nami zadeklarowała się pójść grupa kilku niewierzących chłopaków, aby czynnie zademonstrować solidarność z nami. A trzeba było przejść niemal biegiem dobrych piętnaście kilometrów…

A gdybym miał wymienić największą satysfakcję, którą miałem z tej pracy, to było duchowe wzrastanie tych wspaniałych chłopaków, z którymi pracowaliśmy w Jedynce. Do końca życia będę pamiętał jednego z nich, który powiedział mi w tajemnicy, że jego rodzice pracują w SB. On był strasznie przeciw nim zbuntowany, a ja w wielogodzinnych rozmowach uczyłem go szacunku dla Ojca i Matki.

– Czy wasze harcerstwo przyciągało młodzież?

„Fama” o naszej działalności rozchodziła się w ogromnym tempie. Z różnych miast Polski przyjeżdżali do nas instruktorzy harcerscy, aby się dowiedzieć, jak ma wyglądać „prawdziwe” harcerstwo. A chętnych do pracy w drużynie było wielu. Nie tylko uczniów. Ponieważ w drużynie było naprawdę fajnie, pozostawali w niej i absolwenci liceum. Trzeba było się zastanowić, jak ich zaangażować. Nie można było przecież z dorosłymi już ludźmi bawić się w podchody. Był to złoty czas Jedynki. Chętnych do harcerstwa było tylu, że nasz szczep składał się z kilkunastu drużyn (przeciętnie ok. 20-osobowych). A dla „weteranów” założyliśmy Starszoharcerską Gromadę Włóczęgów. Wzorowaliśmy się na przykładzie przedwojennej Czarnej Trzynastki Wileńskiej, której wspaniały drużynowy, harcmistrz Józef Grzesiak o przydomku „Czarny”, mieszkający po wojnie w Gdańsku, nawiązał z nami bliski kontakt. Po wielu deliberacjach Gromada powstała, o ile pamiętam, w roku 1969. I to już właściwie był rodzaj klubu dyskusyjnego, spotkań zaprzyjaźnionych osób z ludźmi ciekawymi, wartościowymi. Choć oczywiście żyliśmy też życiem harcerskim, jeździliśmy na obozy itd. Główny temat dyskusji był jeden: jaka ma być Polska, jak ma wyglądać. To było dla ówczesnej władzy groźne, bo to ona monopolizowała odpowiedź na takie pytania. I dla swego bezpieczeństwa nie pozwalała ich zadawać.

– W jakim duchu toczyły się te dyskusje?

Dzisiaj te dyskusje trudno sobie wyobrazić. Ale trzeba uczciwie powiedzieć, że „socjalizm” jako idea powszechnej równości, sprawiedliwości i różnych takich pięknych określeń, był wówczas akceptowany powszechnie. Rzecz jasna jako idea, a nie realizacja, jaką widzieliśmy dookoła.

Pamiętam, jak ktoś bardzo mądry, może dzisiaj nie warto przytaczać jego nazwiska, ale dla mnie był to prawdziwy autorytet, zastrzegał: ale do prywatnej własności środków produkcji przecież nikt nie będzie nawoływał. Osobiście byłem nastawiony bardzo krytycznie do otaczającej rzeczywistości. Ale w głowie mi się nie mieściło: kapitalizm? Z powrotem? Przecież nie da się go pogodzić ze sprawiedliwością! Przeświadczenie, że kapitalizm to księga zamknięta, było wówczas raczej powszechne.

Ten nasz klub dyskusyjny pozwalał oddychać, myśleć niezależnie. Jak widać, nasze myślenie było bardzo skażone tym, w jakim świecie nas wychowywano, ale… To i tak było dużo. Jak dużo, to dzisiaj trudno wytłumaczyć młodym ludziom.

– Czy musieliście działać w konspirze?

Nie była bardzo głęboka. Przez Gromadę przewinęło się ze dwieście dziewcząt i chłopaków w wieku plus-minus dwudziestu lat. Oczywiście, nie obyło się bez wpadek, czyli ujawniania tej naiwnej pół-konspiracji. Tyle że, o ile wiem, za każdym razem następowało to w wyniku ciągu pewnych wydarzeń przypadkowych.

Raz, jak pamiętam, pewien sekretarz KC wyczytał po prostu w prowadzonym przez córkę śpiewniczku piosenkę ze słowami: przeżyliśmy już faszystów, przeżyjemy komunistów. Zanotowała ją niefortunnie, jak każda nastolatka, która zbiera teksty najpiękniejszych piosenek… Tak jakoś to śpiewaliśmy, ale nikomu nie przyszło do głowy, że trzeba zastrzec, żeby słów nie zapisywać! Akurat w tym przypadku awantury nie było, bo – jak się okazało – ten sekretarz bardzo cenił naszą pracę wychowawczą i przekazał nam ostrzeżenie, żebyśmy byli nieco ostrożniejsi. Ale było wiele innych wpadek. Ciągali nas potem do Mostowskich (miejska komenda MO), ale to z czasem przysychało.

– Jakieś przykłady?

Zabrzmi jak anegdota. Otóż w ramach działalności „misyjnej” zorganizowaliśmy na Mokotowie kilka innych drużyn na nasz wzór. Najwspanialszą z nich założył Sławek Cieśliński w LO im. M. Konopnickiej. Kiedyś, gdy jechał autostopem, w harcerskim mundurze, w rozmowie z kierowcą, który go podwoził, rozpuścił język. Opowiadał mu z entuzjazmem, że istnieje „prawdziwe” harcerstwo. „Jak przed wojną!”. Opowiedział dużo. A kierowcą był Stanisław Kociołek, wówczas sekretarz Komitetu Gdańskiego PZPR, późniejszy „bohater” wydarzeń grudniowych w Gdańsku. No i wtedy zaczęło wyglądać, że nas rozwiążą…wcześniej, rok sześćdziesiąty szósty. Partia znienawidziła Kościół za słynny list do katolików niemieckich. Naród miał karnie nienawidzić każdego Niemca (oczywiście z wyjątkiem tych dobrych, z komunistycznego NRD!), a wszelkie próby pojednania traktowano jako zdradę i wyprzedaż dóbr narodowych, przeciwko czemu cały naród: „prządki, hutnicy, stoczniowcy, postępowi chłopi” zbierali się „spontanicznie” na wiecach i protestowali.

Może warto ocalić od zapomnienia prawdziwą anegdotę z tamtego czasu. Pytanie do Radia Erewań: – Czy to prawda, że kardynał Wyszyński oddał Niemcom polskie Ziemie Zachodnie? Odpowiedź: – W zasadzie, prawda (w pryncypie, da!), tylko nie zachodnie, ale wschodnie, i nie Niemcom, tylko na rzecz Rosjan, i nie kardynał Stefan Wyszyński, lecz minister Andriej Wyszyński, przy czym nie oddał, tylko zabrał.

To wtedy właśnie przeżyłem pierwsze w życiu pałowanie i polewanie z armatki wodnej na rogu Nowego Światu i Chmielnej, kiedy naiwnie wierzyliśmy, że uda się dojść aż pod KC. Oczywiście, miałem świadomość, że wciąganie dzieciaków w takie awantury byłoby zbrodnią. Ale gdy 24 czerwca 1966 roku poszedłem pod katedrę, a potem na Miodową, pod siedzibę Prymasa, krzyczeć: „Jesteśmy z prymasem!”, spotkałem większość drużyny, łącznie z tymi, którzy deklarowali się jako „lewica”. Mimo, że zabroniłem im tego expresis verbis!

– To była przygrywka. Za dwa lata był sześćdziesiąty ósmy. Jak przez niego przeszedłeś?

To była prawdziwa tragedia. Wcześniej zdawałem sobie sprawę z błędów systemu ekonomicznego i społecznego. Teraz okazało się, że do bani – mówiąc potocznie – jest wszystko. Kilku przyjaciół nagle oświadczyło, że emigrują, a byli to bardzo wybitni ludzie! I dopiero wtedy odkryłem „brzydkie słowo na literę »ż«”. Do tej pory określenie „Żydzi” mówiło mi mniej więcej tyle, co „Jaćwingowie” czy „Ostrogoci”: ot, dawni mieszkańcy tych ziem. Były jakieś opowieści mojej mamy, jak była wysyłana do sklepiku z zaleceniem: „poproś Panią Żydówkę, żeby ci zborgowała”. Ale dla mnie to były opowieści prehistoryczne. A tu nagle okazuje się, że wspaniały kolega z liceum i ze studiów jest Żydem i postanowił emigrować z Polski, bo czuje się w niej obywatelem drugiej kategorii! Powtórzę, to była naprawdę ogromna tragedia.

Prasa propagowała nienawiść jako „postawę patriotyczną”, zewsząd wyrastały jakieś ciemne typy (pamiętam jedno nazwisko: Ryszard Gontarz) demaskujące uczestników protestów, jako zaprzańców czy „marionetki imperialistów i zachodnioniemieckich rewizjonistów”. Czytając te wypociny czy słuchając ich przez radio, trudno było opanować odruch wymiotny. Oczywiście propagandowa interpretacja tego, co się wtedy działo, najpierw eksponowała „spisek żydowski”. Gdy to nie podziałało dostatecznie sprawnie i protesty się nasilały, przełożono „wajchę” na „siły klerykalne”, ze znienawidzonym Kardynałem Wyszyńskim na czele. A gdy i to słabo działało, wtedy jako inspiratorów całej tej burdy zdemaskowano „byłych stalinowców”, chcących powrócić do władzy. Śmieliśmy się, że idziemy „na pasku” żydo-klerykalnych stalinowców i wymyślaliśmy sobie zabawne pseudonimy, imitujące nazwiska tak zwane prawdziwe, czyli brzmiące po żydowsku, a w których ujawnianiu celowała oficjalna maszyna propagandowa. Do dziś witając się kolegą z tamtych lat rzucam mu krótkie „Cześć Wysockier!” na co on niezawodnie mi odpowiada: „Cześć Sztykman!”.

– Czy historia miała wpływ na twoje życie zawodowe?

Pracowałem jako asystent na Wydziale Fizyki Uniwersytetu Warszawskiego. Prowadziłem zajęcia ze studentami i miałem pisać doktorat. W dużej auli zorganizowano zebranie pracowników i oczekiwano, że będziemy potępiać „wichrzycieli”, którzy byli „wyobcowaną ze społeczeństwa, niewielką grupką bananowej młodzieży”. No i na tym zebraniu pracowników przeczytałem oświadczenie katolickiego Koła Poselskiego Znak oraz jedno zdanie z kazania kardynała Wyszyńskiego, potępiające brutalne rozpędzenie wiecu studentów na Uniwersytecie. Potem jeszcze, wbrew zakazowi rektora Rybickiego, brałem udział w okupacyjnym strajku na Uniwersytecie, gdzie akompaniowałem na gitarze do pra-wykonania słynnej piosenki „Pałac Mostowskich już w szwach pęka”. No i zaczęło się. Zostałem zawieszony w prawach pracownika i wytoczono mi proces dyscyplinarny. W tej atmosferze przestało mi zależeć na kończeniu doktoratu. Chodziłem jak struty, czytałem wielokrotnie Popioły Żeromskiego oraz Elegię o śmierci Ludwika Waryńskiego Władysława Broniewskiego. Wymyśliłem sobie, że rzucę to wszystko i wyjadę w Bieszczady, by hodować owce. Mój profesor, Krzysztof Maurin, po wielu, wielu rozmowach odwiódł mnie jednak od tego planu. Jak już wspomniałem, w końcu Wydział Fizyki mnie obronił. Proces zakończył się jedynie naganą i jakimiś karami dyscyplinarnymi, a ja w roku 1969 w końcu obroniłem doktorat, a nawet dostałem zań nagrodę Polskiego Towarzystwa Matematycznego.

– Czy na Jedynce historia też położyła łapę?

Komitet Mokotowski PZPR zagiął parol na Jedynkę. Mnie zawieszono w prawach instruktora harcerskiego. Zabroniono mi pojechać na zimowisko. Pozostałem jedynie w Radzie Szczepu. Okazało się jednak, nieoczekiwanie, że mamy sojuszników. Broniła nas przede wszystkim dyrekcja szkoły, zwłaszcza dyrektor Stanisław Wojciechowski, którego wspominam jako postać wybitną. A może bronili nas ci ubecy, których dzieci wychowywaliśmy w Jedynce? A może w końcu obronił nas ten sekretarz KC, który tak lekce potraktował sprawę „wywrotowej” piosenki? Trudno cokolwiek powiedzieć, można się jedynie domyślać. W każdym razie jakoś się to wszystko rozeszło po kościach. I znowu chcieliśmy działać: organicznie, pozytywnie. Tyle że dostrzegliśmy, iż przedwojenne wzory działania harcerskiego już nie są nośne. Trzeba było znaleźć coś nowego, jakieś nowe formy. Bo treść pozostawała niezmienna. Zaczęliśmy w drużynie wprowadzać demokrację. Wypracowaliśmy Konstytucję Drużyny, mieliśmy nawet trybunów ludowych. Komendant drużyny stał się funkcją obieralną. Po mnie komendantem został Michał Kulesza. Potem mój młodszy brat, Janusz [Kijowski]. Przez kolejne dwa lata obecny wybitny fizyk ciała stałego Jacek Kossuth. Oni byli młodsi, mieli więcej czasu, możliwości nawiązania wspólnego języka z jeszcze młodszymi.

– A ty się od Jedynki odsunąłeś?

Mimo że nie byłem już komendantem, pracy w szczepie nie zaprzestałem. Na wiosnę sześćdziesiątego dziewiątego założyłem w ramach Jedynki drużynę żeglarską. Obozy żeglarskie w Jedynce prowadziłem już wcześniej: pierwszy w sierpniu 1968. To wtedy właśnie, podczas postoju na jeziorze Tałtowisko, nie mogliśmy spać z powodu hałasu, jaki robiły przelatujące dość nisko samoloty transportowe, a nad ranem przepływający obok rybacy zawiadomili nas: „Panowie, już Ruscy wkroczyli do Czechosłowacji!”. Na tym obozie pojawił się po raz pierwszy przyprowadzony przez mojego brata Janusza kolega, student historii, Antek Macierewicz. Warto dodać, że na ich roku studiował również Adam Michnik. Antek nie miał przedtem żadnych związków z Jedynką: wyszedł właśnie z więzienia i w sierpniu pojechał z nami na obóz żeglarski. Od początku jako postać trochę kontrowersyjna. Był bardzo radykalny w poglądach. I to bardzo na lewo. Wówczas fascynowała go postać Che Guevary. Nie wszyscy go tolerowali, zyskiwał o sobie opinie nieraz bardzo skrajne. Musiałem włożyć wiele wysiłku w zażegnanie ogromnej awantury, jaka wybuchła kilka lat później, w czasie rejsu morskiego, gdy w warunkach sztormowych Antek, zamiast sprawnie wykonywać komendy kapitana, zaczął snuć rozważania filozoficzne na temat praw fizyki rządzących przechyłami jachtu. A prawa fizyki nie były nigdy jego mocną stroną.

Ja go wtedy lubiłem i zawsze broniłem: widziałem w drużynie miejsce dla kogoś takiego jak on, radykalnego. W naszych niekończących się dyskusjach odgrywał rolę advocatus diaboli. Zaprzyjaźnił się też z moją rodziną, był ojcem chrzestnym jednej z moich bratanic, a po upadku komunizmu moja mama – obecnie już nieżyjąca – barwnie opowiadała sąsiadkom, jak w stanie wojennym ukrywała go na działce.

Moja drużyna żeglarska Wiking urosła w siłę do tego stopnia, że z moimi harcerzami zbudowaliśmy pełnomorski jacht Zjawa. Fundusze na jego budowę zbieraliśmy na różne sposoby. Wymyśliliśmy wtedy – jako pierwsi z harcerzy! – aby sprzedawać świeczki na cmentarzu przed dniem Wszystkich Świętych. Ja pisałem wówczas habilitację. No i przyszło mi ją pisać… na cmentarzu na Bródnie. Trudno bowiem, aby przed Świętem Zmarłych, z całym towarem, dyżurowały pod cmentarzem jakieś młode dziewczątka. Pogoda była niezła, gdy więc przyszła kolej na mój dyżur, przy świeczce, przed cmentarzem, pisałem ostateczną wersję swojej pracy habilitacyjnej. Zarobione pieniądze poszły na budowę jachtu.

Ukoronowaniem tego okresu była nasza wyprawa Zjawą na Morze Śródziemne w roku 1973. Komendantem 1 WDH, czyli Warszawskiej Czarnej Jedynki, nie byłem już od roku 69. Ale w radzie szczepu znaczący głos miałem do roku 73. Co w tym czasie robiliśmy? Można powiedzieć, że wdrażaliśmy praktyczną naukę demokracji.

– Jak to wyglądało w praktyce?

Działy się rzeczy różne. Na przykład, kiedy jakoś na początku lat siedemdziesiątych w ramach Starszoharcerskiej Gromady Włóczęgów odbyło się spotkanie z księdzem Chowańczakiem (notabene synem nauczycielki z Reytana) – ktoś doniósł i wkroczyły „organa”. Były nieprzyjemności. Wydarzenia roku siedemdziesiątego oczywiście nas poruszyły, ale zarazem sprowokowały do działania. Zorganizowany w czasie kolejnego zimowiska (na które już mogłem pojechać) Bieg na ćwika (a był to kolejny ważny stopień harcerski) polegał na tym, że z gór, gdzieśmy obozowali, trzeba się było dostać autostopem do Gdańska i przywieźć jak najwięcej informacji o tym, co się tam działo. Było to przedsięwzięcie karkołomne, zważywszy na działalność służb bezpieczeństwa. W ten sposób zdobyliśmy m.in. listy zabitych podczas zajść…

Podczas innego zimowiska Bieg na ćwika polegał na tym, aby się dostać – nielegalnie oczywiście – przez granicę do Czechosłowacji i zebrać jak najwięcej informacji na temat tzw. praskiej wiosny. Osobiście byłem bardzo przeciwny takiemu sprawdzianowi, wydawał mi się niepotrzebnym ryzykiem. Ale w radzie szczepu zostałem przegłosowany i bieg się odbył.

– Czy długo jeszcze działałeś w harcerstwie? Przecież już prowadziłeś działalność naukową, miałeś dzieci…

– W roku 1973 zakończyłem swoją czynną działalność w Czarnej Jedynce. Wypisałem się, pochłonęło mnie życie rodzinne (właśnie urodziła się córka, nasze trzecie dziecko), praca naukowa, no i muzyka: założyłem wkrótce chór, który prowadziłem potem przez następne 25 lat. Miałem tu kilka sukcesów: dostaliśmy drugą nagrodę na festiwalu piosenki religijnej Sacrosong i kilkakrotnie wygrywaliśmy Warszawski Sacrosong oraz festiwal Cantate Deo w Gliwicach. No a w stanie wojennym zakładałem „Przymierze Rodzin” jako katolicką wersję harcerstwa. Ale to już późniejsza historia…

A jeszcze później? W roku 1976 byłem na stypendium naukowym fundacji Humboldta w Niemczech. Wtedy, gdy doszło do znanych wydarzeń w Radomiu i Ursusie, dowiedziałem się, że m.in. Antek Macierewicz nalega, aby drużynę włączyć do aktywnej działalności politycznej w ramach KOR. KOR był inicjatywą wielką i szlachetną, ale wtedy wydawało mi się, że harcerstwa do takiej działalności włączać nie należy. Byłem święcie przekonany, że komunizm będzie trwał jeszcze z 50 lat i istnienie takich enklaw wolnej myśli jak Jedynka jest dużo ważniejsze, niż bieżące porażki czy zwycięstwa polityczne. Historia chyba nie przyznała mi w tym punkcie racji… Ale w naszych niekończących się „nocnych Polaków rozmowach” zawsze uważałem, że najważniejsza jest praca „u podstaw”. Jej efekty zresztą można było już wtedy ocenić. Podobnie zresztą myślał i nasz Mistrz, Andrzej Janowski. Chodziło o to, aby harcerzy uczyć demokracji i samodzielnego myślenia. I o to, aby takie harcerstwo w ogóle istniało. Jednak koncepcje radykalne wzięły górę. Właśnie przez to działalność Czarnej Jedynki po roku 76. była tak bardzo kontrolowana, że prawie zduszona. Ale za to wielu moich wychowanków zostało aktywnymi członkami i współpracownikami KOR-u. Dopiero w roku osiemdziesiątym, podczas karnawału Solidarności, drużyna znów rozwinęła skrzydła. Był to bardzo ważny i płodny czas. Ale nie trwał długo. Ostatecznie drużyna rozwiązała się na początku lat dziewięćdziesiątych. Szkoda.

* * *

– Rozmowę tę prowadziliśmy kilka lat temu. Nie chciałeś jej autoryzować i nie kwapiłeś się do jej publikacji. Udało się powrócić do tej sprawy dopiero teraz, gdy się dowiedziałeś, że jacyś ludzie szkalują pamięć twojego ojca. No a dzisiaj ty i twoja rodzina staliście się niemal bohaterami dnia. Czy w tej sytuacji chciałbyś dodać coś do tamtej rozmowy?

Gdybym miał odpowiedzieć bezpośrednio panu Gowinowi na jego insynuacje, to moja wypowiedź wyglądałby następująco:

Jako mężczyzna w bardzo już słusznym wieku jestem nieraz zmuszony do korzystania z publicznych szaletów. I oto kilka dni temu, w jednym z nich, na Dworcu Wschodnim w Warszawie (zresztą dość schludnie utrzymanym, zachęcam do zwiedzania!) przeczytałem napisany wyraźnie, czarnym mazakiem, tekst z którego wynika, że ojciec Jarosława Gowina wyrywał różne rzeczy (np. paznokcie) Żołnierzom Wyklętym. Ponieważ nasza Szaletopedia jest bardzo obiektywnym źródłem informacji, uzyskaliśmy oto niezbity dowód na ścisłe związki pana Gowina z komunistycznym aparatem przemocy.

Ale tobie, po znajomości, mogę odpowiedzieć poważniej, bez głupawych żartów. Otóż mój ojciec urodził się w końcu sierpnia 1923 roku i w dniu wybuchu wojny dopiero co skończył 16 lat. Ale był rosłym chłopakiem i bardzo chciał bronić Polski. Zatem przy pomocy żyletki i pióra przerobił w legitymacji szkolnej trójkę na zero i tak, jako trzy lata starszy niż w rzeczywistości, wkręcił się do wojska. Jego odział maszerował na odsiecz Warszawie, ale został rozgromiony. Dowódca, w randze pułkownika, umierając, przekazał ojcu dowództwo wraz z koniem służbowym, jako jedynemu, który potrafił przeczytać mapę i skrzyknąć tę gromadę rozbitków. Wkrótce nastąpiła ostateczna klęska. Po powrocie do domu ojciec szukał usilnie kontaktu z konspiracją. W końcu znalazł się w jakiejś organizacji i do końca okupacji ciągle konspirował. W lutym 1942 roku poślubił moją mamę, a od 43. roku (czyli od moich narodzin w maju tegoż roku) praktycznie żył w partyzantce. Po wojnie pisał w życiorysach, że był w BCh, ale pod koniec życia powiedział mi w ogromnej tajemnicy, że naprawdę to był w NSZ. Przy czym nie wiązało się to z żadnym wyborem ideowym: ojciec nie miał żadnych związków z endecją, a po prostu trafił tam poprzez jakiś przypadkowy sznureczek znajomości. W 1944 roku ich oddział został okrążony przez wkraczającą na Chełmszczyznę Armię Czerwoną. Otrzymali propozycję nie do odrzucenia (bo jak nie, to czapa…), aby wstąpić do Kościuszkowców. Ojciec był jednym z około tysiąca żołnierzy, których Berling wysłał na pomoc powstaniu warszawskiemu (i jednym z tych kilkudziesięciu, którzy powrócili), potem zdobywał Wał Pomorski, potem forsował Odrę, a zakończył w Berlinie w randze porucznika. Do cywila puścili go dopiero w lutym lub marcu 1946 i zaraz potem zapisał się do opozycyjnego PSL. Ale przedtem brał udział (pamiętajmy, że miał 22 lata!) w okrutnych walkach z resztkami ukraińskiego podziemia (zwanymi w komunistycznej nomenklaturze ,,bandami UPA’’) na południowej Lubelszczyźnie. Ten, kto nazywa to udziałem w „komunistycznym aparacie przemocy” jest człowiekiem podłym.

Wyobrażam sobie jednak, że wypowiedź mojego brata w Chrystusie, pana Gowina, wynikła nie z podłości a z niedoinformowania. Jeśli tak było, to zachęcałbym go by nie brnął dalej w kłamstwo, lecz po chrześcijańsku wyznał swój błąd. W przeciwnym razie będę musiał wziąć na serio wypowiedź słynnego młynarza z Poczdamu z czasów Fryderyka Wielkiego, który powiedział Es gibt noch Richter in Berlin! (co przetłumaczymy na: Są jeszcze sędziowie w Warszawie!), po czym wytoczył swojemu królowi proces. I go wygrał.

Rozmawiał: Stanisław Stupkiewicz senior

Zdjęcie ze „Stolicy” z roku 1960: trzech harcerskich rewelersów na deskach Sali Kongresowej, od lewej: Janek Kryński, Jurek Kijowski, Jurek Cieślawski

VN:F [1.9.22_1171]
Oceń artykuł
Rating: 9.3/10 (41 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: +50 (from 54 votes)
Stanisław Stupkiewicz senior: Niezapomniana Czarna Jedynka, 9.3 out of 10 based on 41 ratings

4 komentarze

  1. dawniej_kuba 2016-02-04
    • A. Goryński 2016-02-05
  2. hazelhard 2016-02-04
  3. A. Goryński 2016-02-05
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com