Andrzej C. Leszczyński: O dwóch filmach i przyjacielu sprzed lat

Print Friendly, PDF & Email

poklosie2016-03-10.

1. Antypolska groteska?

Negatywne opinie pani Beaty Szydło i podobnych jej krytyków na temat Idy Pawła Pawlikowskiego przypomniały mi reakcje na zrealizowane rok wcześniej Pokłosie Władysława Pasikowskiego. Obu tym filmom przypisuje się antypolski charakter.

Po pierwsze, skłaniają do bicia się we własne piersi, co zamyka oczy na cudze winy i depce polską godność. Po drugie, utrwalając wizerunek polskiego antysemityzmu szkalują Polskę i Polaków. W niektórych wypowiedziach pojawiła się niezawodna bolszewicka formuła: z jakich pozycji i w czyim interesie zrealizowano PokłosieIdę? Pytanie retoryczne, wiadomo, że reprezentują żydowski punkt widzenia.

Filmowi Pasikowskiego zarzuca się dodatkowo nielicującą z tematem groteskowość obrazu –przejaskrawionego, rysowanego grubą kreską, wyzbytego realizmu (tyczy to np. swobodnego przenoszenia przez Macieja Stuhra ciężkich macew). Dominik Zdort napisał w „Rzeczpospolitej” o swoim odbiorze filmu: „Wstyd się przyznać, ale w czasie oglądania najbardziej poważnych i dramatycznych scen tego filmu nie mogłem powstrzymać się od śmiechu”. Tak bywa, czasami nie można powstrzymać się od śmiechu nawet na pogrzebie, co przeżyła i opowiedziała w swoim filmie Małgorzata Szumowska.

Co do groteskowości: każdy widzi to, co chce bądź potrafi zobaczyć. Zapamiętałem zdanie Jerzego Nowosielskiego, że piekło i niebo jest tym samym miejscem, tylko jeden je ogląda jako niebo, a drugi jako piekło. Ja widzę w Pokłosiu nie groteskę, lecz tragedię w czystej postaci.

Na temat istoty tragedii i tragiczności napisano – poczynając od Arystotelesa (Poetyka) aż do czasów najnowszych – niezliczoną ilość dzieł i komentarzy. Mam w ręku niewielką objętościowo, uznawaną jednak za rzecz istotną w tej dziedzinie, książkę Jacqueline de Romilly pt. Tragedia grecka. Czytam o tragedii jako opowieści zdecydowanie odwróconej od jakiegokolwiek realizmu, najczęściej pozbawionej wyjaśnień psychologicznych – choć angażującej podstawowe ludzkie uczucia. O tragedii, która będąc opowieścią uniwersalną, skłania do odniesień współczesnych (są tam „idee czy problemy, które nagle wiążą się z teraźniejszością”). O opowieści wypełnionej aluzjami, transpozycjami, nastawieniami polemicznymi lub apologetycznymi. Tragedia to opowieść symboliczna, czyli taka, która nie wykłada wszystkiego kawa na ławę, lecz daje do myślenia.

Tragedia mówi o tym, co konieczne (los, fatum, boskie wyroki), lecz ujawniające się w ludzkich wyborach i czynach („To Medea ukuła swój własny los – nie znaczy to jednak, że mogła go uniknąć”). Tragedia jest zorganizowana wokół „czynu do spełnienia”: w tragedii walczy się, podejmuje wysiłek, cóż z tego, że zazwyczaj daremny.

Tragedia, najbardziej nawet krwawa, kończy się tak, że światło dominuje nad mrokiem, życie nad nicością. Jacqueline de Romilly kończy swą książeczkę cytatem z Elektry Jeana Giraudoux, kodą, która domyka tę sztukę: „Jak to się nazywa, gdy wstaje dzień, jak dzisiaj, a wszystko jest zniszczone, w ruinie – a jednak jakoś się oddycha; wszystko stracone, miasto płonie, niewinni zabijają się nawzajem – lecz i zbrodniarze konają w mdłym brzasku wschodzącego dnia?”. Stary Żebrak, do którego kierowane jest to pytanie, odpowiada: „To się nazywa: jutrzenka”.

Tę jutrzenkę Arystoteles określał mianem katharsis: tragedia przez to, że wzbudza litość (eleos) i trwogę (phobos), prowadzi do oczyszczenia. Prezes Reduty Dobrego Imienia – Polskiej Ligi Przeciw Zniesławieniom (z taką nazwą nie ma żartów!) powiedział w rządowej telewizji, że nie można robić katharsis wbrew narodowi. Jeśli nie można – cóż, o jakimkolwiek oczyszczeniu nie może być mowy.

Antypolski charakter obu tych filmowych przedstawień ma być związany z biciem się we własne piersi. Przecież jednak chyba tylko we własne można się bić! Nie chodzi w tym wypadku o rozliczanie się z innymi uczestnikami dramatu, ważenie wzajemnych przewin i zasług, ale o rozliczenie się z sobą. Inni, na przykład Żydzi, niech sami się o siebie i swoje sumienia troszczą.

Dwa cytaty wydają mi się na miejscu. Timothy Snyder: „Dla Żydów Polska to przeszłość. Przyszłością jest Ameryka albo Izrael. Ale Polacy mieszkają nadal w Polsce i jeśli utożsamiają się z narodem polskim, to muszą brać pod uwagę, co tu robili ci wszyscy ludzie mówiący po polsku. To przede wszystkim problem polsko-polski i dyskusja polsko-polska”.

I Leszek Kołakowski: „Antysemityzm w Polsce Żydom nie szkodzi, lecz tylko Polakom: wydobywa na wierzch wszystko, co w naszym życiu jest najpodlejsze, najnikczemniejsze”.

Chodzi o oczyszczenie się z samozatrucia, tak, jak to się dzieje podczas spowiedzi powszechnej, gdzie przecież wyznaje się winy nie tylko Bogu, ale i ludziom. Tłumienie, skrywanie, dławienie w sobie, zgodnie z opisanymi dość szczegółowo mechanizmami resentymentu i przeniesienia, wywołuje zastępczą agresję wobec innych (dzisiaj wobec uchodźców). Chodzi więc w ostateczności o odszukanie siebie, Ja rzeczywistego, zastępowanego dotąd przez Ja fasadowe, czyli przez dulszczyznę. Bogać tam, dulszczyznę! U Dulskiej, we własnym domu, brudy jednak prano. Dzisiaj brudy pozostają i uznawane są za czystość, a piorący przypominają wyłącznie sienkiewiczowskich Kiemliczów („Ociec, prać?”).

Z kolei drugi zarzut, mówiący o pokazywaniu polskiego antysemityzmu, jest zupełnie chybiony. O polskim antysemityzmie (także zresztą o bohaterstwie Polaków ratujących w czasie wojny Żydów) mówi się w świecie od dawna i nie bez podstaw. Krytyczna samowiedza związana z antysemityzmem nie szkaluje, ale przeciwnie – budzi szacunek dla odwagi i wielkości (do dziś pamiętam słowa mamy mówiącej do kilkuletniego chłopca, że tylko tchórz nie potrafi się przyznać do winy). Nie obniżył prestiżu Francji Jacques Chirac przepraszając za łapankę Żydów w lipcu 1942 roku (obława VelˈdˈHiv), nie poniżył Niemiec i Niemców Willy Brandt klękając przed pomnikiem Bohaterów Getta Warszawskiego. Nie sprzeniewierzył się chrześcijaństwu Jan Paweł II przepraszając za antysemityzm (i inne grzechy) Kościoła. W wielu krajach europejskich podejmowane są próby uporania się z nieprostą przeszłością sprzed kilkudziesięciu lat, dość wskazać Austrię, Szwajcarię czy – ostatnio – Szwecję. W Pozytywce Constantina Costy-Gavrasa (1989) córka (wstrząsająca w tej roli Jessica Lange) ujawnia dawne zbrodnie wojenne swego ojca, dziś szanowanego powszechnie obywatela, dlatego że go kocha i po to, by mogła go nadal kochać miłością przekraczającą naturę, związek krwi.

To rzecz bodaj najważniejsza: z wyzbycia się plemienności na rzecz elementarnej aksjologii, na rzecz wartości, wyrasta europejska kultura. Prometeusz występuje przeciwko swoim (bogom) ujmując się za poniżonymi ludźmi. Jezus z Nazaretu mówi, że jego braćmi są wszyscy i tylko ci, którzy respektują boże wartości. Przeciwko barbarzyństwu Niemców opowiadają się Niemcy Tomasz Mann, Marlena Dietrich i Willy Brand.

Piszę o widocznej w Polsce niechęci do uczciwej samowiedzy nie bez związku z własnymi doświadczeniami sprzed niespełna półwiecza. Kilka lat temu na stronie „Tęsknię za Tobą Żydzie” opublikowałem krótki tekst, który chciałbym, jako że marzec, przypomnieć.

2. Grek Arek

Arek Altschüler, przyjaciel z ogólniaka. Ponieważ był Żydem, na jesieni 1968 roku wyjechał z rodziną z Polski. Tuż przed wyjazdem, kiedy wszystko już było spakowane i  opatrzone pieczęciami zezwalającymi na wywóz, uciekł na kilkanaście dni z domu, ukrywał się po znajomych. Chciał zostać w Polsce, w Gliwicach, które bardziej chyba niż dla Adama Zagajewskiego stały się jego drugim Lwowem. Nauczył mnie sporo pięknych lwowskich wiązanek, które powtarzałem zachwyconemu– choć udającemu oburzenie –  Ojcu, też lwowiakowi.

Chodziłem z Arkiem do klubu TSKŻ na Rynku, gdzie ćwiczył i występował zespół Leszka Boducha. Niedługo potem w siedzibie Prezydium Miejskiej Rady Narodowej założyliśmy własny. Ćwiczyliśmy też w pokoiku na Placu Inwalidów Wojennych, a nawet w moich rodzinnych Ostrówkach, dokąd cała kapela zjechała dwoma autobusami na wakacyjne warsztaty. Podziwiam dziś odwagę Mamy, która wyraziła zgodę na takie szaleństwo. Kiedy później przyjeżdżałem do Ostrówek sam z Arkiem, Mama prosiła, żebym mówił na wsi że jest z pochodzenia Grekiem, co mogłoby od biedy tłumaczyć jego semicką urodę. Wiele kłótni wiązało się z tym, krzyczałem, że to podłe i tchórzliwe, Mama milczała ze smutkiem na twarzy.

Z tamtej przyjaźni zostało jedno wspólne zdjęcie i sporo zachowanych w pamięci obrazów. Wspólne granie sylwestrów gdzieś między Gliwicami i Zabrzem, chałtury w ZNTK na Robotniczej za mostem. Kolejne wakacje w Ostrówkach. Wspólna nauka przed maturą w gabinecie dentystycznym jego ojca na ulicy Karola Miarki. Ćwiczenie dowcipów sytuacyjnych. Badanie ironicznych możliwości języka. Najlepiej zapamiętałem kupowanie , modnych wtedy, tyrolskich kapeluszy w Zabrzu. Kiedy włożyliśmy je, już na ulicy, na głowy i spojrzeliśmy na siebie, ogarnął nas szaleńczy śmiech, którego nie potrafiliśmy opanować w tramwaju aż do samych Gliwic.

Żegnał się nie patrząc mi w oczy, mówił że jadą „do Stanów”, miało to zapewne świadczyć raczej o jakimś triumfie, niż o wygnaniu. Dowiedziałem się potem, nie wiem już od kogo, że mieli wykupiony bilet do Danii. Mimo kilkakrotnych prób nie odnalazłem żadnego śladu Arka. Odwiedzał mnie tylko w snach, on, jego siostra Lena, jego tata dentysta i jego mama, nauczycielka języka rosyjskiego w naszej dwójce na Wróblewskiego.

Andrzej C. Leszczyński

 

Postscriptum

Po opublikowaniu tamtego tekstu odezwało się wiele osób mówiących o podobnych sytuacjach i przeżyciach, podpowiadających tropy mogące doprowadzić mnie do Arka. Ze Szwajcarii napisała jego siostra, Lena, dając mi nowojorski adres brata. Otrzymałem od Arka jeden list – serdeczny, pełen dawnych emocji. Potem przestał odpisywać.

VN:F [1.9.22_1171]
Oceń artykuł
Rating: 10.0/10 (18 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: +26 (from 28 votes)
Andrzej C. Leszczyński: O dwóch filmach i przyjacielu sprzed lat, 10.0 out of 10 based on 18 ratings

Jedna odpowiedź

  1. PJD 2016-03-11
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com