Ewa Maziarska: Wypadek i zemsta

maziarska2016-03-22.

Zdarzenie sprzed lat, ku przestrodze na dziś

Jako dziennikarka „Głosu Pracy” zbierałam kiedyś materiały do artykułu o lekarzach ze szpitala w Wyszkowie. W trakcie rozmowy, jeden z lekarzy zdradził mi, że leży u nich milicjant, któremu koła pociągu obcięły obie ręce.

Wiedziałam o kim mówi. Gazety wtedy od wielu dni rozpisywały się o zbrodniczym wyczynie młodego chuligana, który celowo wtrącił owego milicjanta pod pociąg. W zakładach pracy odbywały się potępiające masówki. Ludzie domagali się najwyższej kary za tak obrzydliwy czyn. – A wie pani – powiedział mi szeptem pan doktor – gdy ów milicjant odzyskał świadomość, na pytanie co się stało, początkowo mówił co innego niż pisały gazety. Twierdził, że sam wpadł pod koła, bo chciał wskoczyć do jadącego wagonu . Dopiero potem koledzy przekonali go, że został wepchnięty.

„Polityka” rusza do akcji

Opowiedziałam o tym Andrzejowi Krzysztofowi Wróblewskiemu, dziennikarzowi „Polityki”. Andrzej postanowił tę sprawę zbadać. Wielokrotnie jeździł do Wyszkowa. Przeprowadził tam, bez przesady, setki rozmów. Z kolejarzami, milicjantami, prokuratorami. I oczywiście przedstawicielami władz PZPR. W ich opiniach wina młodego chuligana była ewidentna.

Inaczej rzecz cała zaczęła wyglądać po rozmowach z rodziną owego „chuligana”, z pasażerami obecnymi na peronie, a zwłaszcza z robotnikami, którzy dokładnie w czasie zdarzenia wracali po pracy z huty szkła i właśnie przechodzili wiaduktem ponad peronem. Wielu z nich całe zajście widziało bardzo dokładnie.

Oto co się ostatecznie udało ustalić.

Co się zdarzyło

Młody, dziewiętnastoletni chłopak jechał pociągiem jadącym z Warszawy w kierunku Wyszkowa. Nie miał biletu, bo wsiadł w miejscowości Lucynów, w której nie było kasy biletowej. Ale zamiast od razu zgłosić się do konduktora, usiadł sobie wygodnie, wyciągnął nogi na przeciwległe siedzenie. I natychmiast chrapnął, jako że był po kilku piwach.

Tuż przed Wyszkowem obudziła go konduktorka. Była wściekła, bo przed chwilą miała scysję z agresywnym pasażerem. Z miejsca podniosła krzyk. Nie chciała słyszeć żadnych przeprosin ani wyjaśnień. Nie chciała przyjąć zaległej opłaty, nawet z karą. Wezwała kierownika pociągu. Z jego pomocą wywlekła zaspanego chłopaka na peron w Wyszkowie, wołając, że złapała chuligana.

Krzyki usłyszeli dwaj młodzi milicjanci, którzy siedzieli w sąsiednim pociągu. Byli w cywilu. Już po służbie wracali do domu. Zainteresowali się awanturą. Postanowili interweniować. Wyszli na peron, gdzie konduktorka głośno oskarżała niefortunnego gapowicza o chuligaństwo. Ten się bronił. Słowne przepychanki trwały jakiś czas.

Nagle pociąg, którym mieli odjechać milicjanci, ruszył. Razem z ich teczkami, które położyli na półce nad siedzeniem. A w jednej było coś ważnego, może broń. Dość, że jej właściciel, przerażony, ruszył za rozpędzającym się pociągiem. Próbował wskoczyć do wagonu. Chciał złapać się poręczy obok drzwi. Nie zdążył. Nogi zsunęły mu się ze stopni. Wpadł pod koła wagonu. Stracił obie ręce.

Wobec tego nieszczęścia, przez chwilę nikt się nie zajmował zatrzymanym gapowiczem. Ten skorzystał z zamieszania i zwiał.

Wina i zemsta

Jeszcze tego samego wieczoru milicja znalazła uciekiniera w domu. Został aresztowany. Potraktowano go bardzo brutalnie. Podobno pobito. Oskarżono o to, że wepchnął milicjanta pod koła pociągu.  A następnego dnia po wypadku pojawiły się pierwsze artykuły ze szczegółami opisujące karygodną zbrodnię popełnioną przez zwyrodnialca pozbawionego ludzkich uczuć. Chłopak, którego jedyną winą była jazda na gapę po paru piwach, został uznany za wroga publicznego nr 1, za zbrodniarza, bandytę, którego trzeba przykładnie srogo ukarać. Władza żądała zemsty. Za obcięte ręce funkcjonariusza. Żądała tego milicja, władze partyjne, usłużne gazety..

Tak nie powinno być

Świadkowie zdarzenia na wyszkowskim peronie, pracownicy huty, z którymi rozmawiał Andrzej Wróblewski, na własne oczy widzieli, że chłopak nie popchnął milicjanta, że spokojnie stał obok jego kolegi. Ale nie zaprotestowali przeciwko fałszywym oskarżeniom. Na pytanie: dlaczego? – jedni odpowiadali, że się bali. Inni, że i tak nikt nie chciałby ich słuchać. Ale koronnym argumentem było stwierdzenie, że „SKORO TAK BYŁO W GAZETACH NAPISANE, TO WIDOCZNIE TAK POWINNO BYĆ”.

Andrzej Wróblewski jednak uznał, że tak nie powinno być. I w obronie zaszczutego chłopaka napisał sążnisty artykuł, który ukazał się w „Polityce” pt.” Plotki przeciw paragrafom”.

Było to, moim zdaniem, arcydzieło dziennikarskiej ekwilibrystyki, napisane tak, by osiągnąć zamierzony skutek, a równocześnie, żeby ominąć bariery cenzury. Artykuł stał się swego rodzaju sensacją – po raz pierwszy w tej sprawie ktoś ośmielił się bronić oskarżonego przez wszystkie władze.

Potem, o ile pamiętam, kampania niszczenia niewinnego chłopaka dość szybko wygasła. Nie wiem jednak, niestety, co działo się dalej, czy dziewiętnastolatek wrócił do domu, czy musiał odsiedzieć za nieswoje winy. Ale oskarżanie go z pewnością nie było już potem takie łatwe.

Ewa Maziarska

VN:F [1.9.22_1171]
Oceń artykuł
Rating: 9.9/10 (23 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: +23 (from 23 votes)
Ewa Maziarska: Wypadek i zemsta, 9.9 out of 10 based on 23 ratings