Mark Sołonin: Nie wierz, nie proś, nie bój się

Print Friendly, PDF & Email

solonin2016-03-31,

Mark Sołonin, z zawodu inżynier, konstruktor lotniczy, działacz demokratycznej opozycji w latach pierestrojki i głasnosti, jest popularny w Rosji jako historyk, znany i tłumaczony w świecie. Zajmuje się głównie udziałem ZSRR w II Wojnie Światowej, czyli II Wojną Ojczyźnianą, zgodnie z sowieckim i rosyjskim nazewnictwem. Wejściem smoka była jego, oparta na źródłach, książka o wręcz nieprawdopodobnej katastrofie jaką był dla ZSRR początek tej wojny. (W Polsce ”Czerwiec 1941 ostateczna diagnoza”, wyd. Rebis, 2015)

Jest on także publicystą, autorem blogu – wejście choćby przez Google.ru – zajmującym się aktualną polityką. Tu publikujemy jego wykład, wygłoszony w Estonii, kraju, który obok  Łotwy, jest najbardziej narażonym na ewentualną agresję członkiem NATO.

Ernest Skalski

***

Wielce szanowni panie i panowie, szanowny panie Tunne Kelam,

Dziękuję za zaproszenie, za umożliwienie mi wystąpienia w tym audytorium i podzielenia się z Państwem moimi myślami. Zanim wygłoszę mój referat, chciałbym…, muszę zrobić kilka uwag o charakterze ogólnym.

Jestem obywatelem Rosji. W Rosji mieszkają moje dzieci. W Rosji mieszkają bliscy mi ludzie, którym życzę jak najlepiej. Dlatego muszę wyjaśnić, o czym i z jakich pozycji zamierzam mówić.

Jestem osobą prywatną; nie pracuję i nigdy nie pracowałem w administracji państwowej żadnego państwa, nie wyłączając Rosji; nie jestem członkiem żadnej partii politycznej; cała moja działalność niezależnego historyka była rzeczywiście działalnością NIEzależnego historyka i przez ostatnie piętnaście płacili mi wyłącznie czytelnicy moich książek. Nikt, oprócz czytelników moich książek mi nie płacił.

Nie chciałbym zobaczyć Rosji, kraju, w którym – jeszcze raz powtarzam – żyją moje dzieci, ogarniętej rozruchami, głodem, chaosem, a tym bardziej, będącej teatrem wojny. Dlatego to, co powiem, chociaż zabrzmi dosyć agresywnie, zjadliwie, nie jest w żadnym razie zachętą do wojny. Przeciwnie, kieruję się niewzruszoną prawdą „chcesz pokoju, szykuj się do wojny”. Dlatego, jeśli chcemy, by i Estonia i Rosja mogły dalej cieszyć się dobrodziejstwem życia w pokoju, musimy trochę popracować i trochę się wysilić.

To, co chcę wam powiedzieć w przydzielonym mi czasie, sprowadza się do jednego zdania, znanego każdemu Rosjaninowi, a myślę, że także i wam. Przez długi czas żyliśmy wszak w jednym kraju.  „Nie wierz, nie bój się, nie proś”. Po rosyjsku to nawet brzmi jak wiersz. „Nie wier’, nie bojsia, nie prosi”. W moim krótkim referacie przestawię jednak kolejność: „Nie wierz, nie proś, nie bój się.”

Punkt pierwszy: w co nie należy wierzyć. Jeśli ktoś w tej sali, lub poza nią, żywi jeszcze jakiekolwiek złudzenia, że Rosja jest krajem europejskim, że to kraj, w którym budowana jest demokracja, choćby nawet niepełna, nabierająca dopiero kształtu, młodziutka, i tak dalej, niech raz na zawsze pozbędzie się tych śmiesznych iluzji. Rosja to nie Europa. Na przestrzeni mojego i waszego życia nie stanie się Europą. To, co tam obecnie istnieje, nie jest żadną budowaną, kształtującą się demokracją, tylko władzą czekistów, to znaczy pracowników służb specjalnych, i bandytów. Symbiozą czekistów i bandytów.

Jeśli wydaje się wam, że w Rosji są jakieś nazwy, na przykład na budynku znajduje się napis BANK, nie wierzcie. To wszystko pozory. W Rosji nie ma wielkiej własności prywatnej. W Rosji jest „władzowłasność”. To znaczy: jeśli masz pieniądze, możesz próbować dorwać się do władzy. Jeśli dorwałeś się do władzy, albo posiadasz właściwe, korupcyjne stosunki z tymi, którzy są u władzy, masz pieniądze i własność. Ale jeśli się z nimi pokłócisz, to jutro nie będziesz miał ani pieniędzy, ani własności, a może nawet głowy. Kiedy w Rosji odbywa się przedsięwzięcie pod nazwą „wybory”, nie wierzcie; to nie wybory. To nie wybory prezydenckie, to nie wybory parlamentarne, tylko operacja służb specjalnych przeprowadzana przez czekistów. Jest operacją służb specjalnych na wszystkich etapach, poczynając od wyłonienia kandydatów, a na podliczaniu głosów kończąc. W czasie poprzednich wyborów byłem obserwatorem, więc świetnie wiem, jak wygląda to podliczanie głosów.

Nie do końca rozumiem, co każe niektórym europejskim politykom tego nie widzieć. Co przez ostatnie dwadzieścia lat każe im nazywać rosyjskich bandytów i byłych czekistów – albo byłych czekistów, którzy zostali bandytami – „naszymi kolegami”, „naszymi partnerami;, co każe im mówić o „współpracy”, „kooperacji”, „integracji”, i tak dalej. Integracja Rosji z zachodnim, wolnym światem jest możliwa tylko w tym sensie, w jakim nowotwór integruje się z organizmem. To znaczy, że w dostrzegalnej przyszłości integracji nie będzie. To tyle odnośnie do tezy „nie wierz”.

Druga teza, „nie proś”, w sposób oczywisty wynika z pierwszej. Nie mają żadnego sensu, wielokrotnie nie powiodły się, i z pewnością nie powiodą się w przyszłości, żadne próby ułagodzenia, przekonania, uproszenia lub wyjaśnienia rosyjskim przywódcom, jak dobrze jest być wybranymi w wolnych wyborach przywódcami wolnego, demokratycznego kraju. Jest to, przepraszam was, śmieszne. Nie rozumiem, co przez ostatnie piętnaście lat każe przywódcom Europy, przywódcom Stanów Zjednoczonych Ameryki zajmować się tą sprawą; co każe im zaglądać Putinowi w oczy i mówić, że „zajrzawszy Putinowi w oczy, zobaczyłem oczy uczciwego człowieka”.

Jak już powiedziałem, Rosją nie rządzi po prostu – koniecznie to trzeba zaznaczyć – spółdzielnia pracowników służb specjalnych, spółdzielnia czekistów, o czym mówi wiele osób. Trzeba zaznaczyć, że jest to symbioza, jeden smok z dwoma głowami: jedna głowa to czekiści, a druga – bandyci. Przy czym słowo bandyci nie zostało w tym przypadku użyte z pobudek emocjonalnych, dla wyrażenia mojej osobistej niechęci, tylko jako zwyczajne stwierdzenie faktu. Słyszeliście o tym, że hiszpańska policja ujawniła nagrania z podsłuchu rozmów rosyjskich bandytów, w których omawiają mianowanie pewnego pana kierownikiem komisji śledczej Federacji Rosyjskiej albo mówią o tym, że człowiek, który kieruje biurem d. s. walki z narkotykami Rosyjskiej Federacji organizował dostawy narkotyków przez leningradzki port.

To nie żarty. Ale być może właśnie niedorzeczność tego wszystkiego nie pozwala ludziom Zachodu zrozumieć, że to prawda. To nie jest film, to nie jest kino, to nie jest telewizyjny horror. To są bandyci i czekiści, którzy przejęli władzę w kraju. W tym miejscu warto przypomnieć znakomite sformułowanie, ukute przez Trybunał w Norymberdze: „Zbrodniarze, którzy opanowali państwo, przekształcając to państwo w narzędzie swoich zbrodni”. Czy przekonywaniem, prośbami, demonstracjami słabości można od takich ludzi cokolwiek uzyskać?

Odpowiedź jest oczywista: nie można. Ludzie, którzy zostają bandytami; ludzie, którzy zostają czekistami, mają określoną strukturę psychiczną; najważniejszą składową tej struktury jest poczucie wyższości nad wszystkimi wokół, pogarda dla wszystkich wokół. Bez takiego wewnętrznego poczucia, ludzie nie zostają bandytami; a zostawszy bandytami i stale stosując przemoc, przy tym nie przemoc prawną, tylko bezprawną, jeszcze bardziej utwierdzają się w przeświadczeniu, że stoją wyżej od pozostałych, a pozostali są godnym pogardy robactwem. Dowolna demonstracja słabości przed taką publicznością prowokuje jedynie agresję. Można o tym przeczytać w każdej broszurce, z których uczniowie starszych klas uczą się zasad bezpiecznego życia w społeczeństwie.

Nie okazujcie słabości. Jeśli znajdziecie się w nocy w ciemnej uliczce, nie kulcie się, nie chowajcie się, nie przyciskajcie się do ściany. Takim postępowanie prowokujecie pijanych chuliganów do agresywnych zachowań. Jest to napisane tysiąc razy we wszystkich broszurkach. Zachodnim przywódcom politycznym coś jednak przeszkadza pojąć tę prostą prawdę. Im bardziej będziecie – nie wy, oczywiście nie mam na myśli obecnych na tej sali, – im bardziej Zachód będzie okazywał słabość, tym bardziej będzie prowokował agresję i tym bardziej popychał Europę, Estonię, Rosję, świat w stronę tych strasznych następstw, których wszyscy nie chcemy.

Trochę mi wstyd to mówić, ponieważ zostało to już powiedziane tysiąc i jeden razy. Z niezliczonej liczby przykładów przypomnę tylko jeden epizod, kiedy 5 lutego 2009 roku znany rosyjski dzisiejszy opozycjonista, a niegdyś doradca Putina do spraw gospodarczych, Andriej Iłłarionow, przemawiając przed komisją spraw zagranicznych Kongresu USA, wypowiedział dokładnie te słowa: to, co teraz robicie, jest nawet nie przyzwoleniem, tylko pełną, bezwarunkową kapitulacją przed reżimem czekistów i bandytów. Taką polityką prowokujecie Rosję do nowych awantur na obszarze postsowieckim. Zostało to powiedziane w 2009 roku, w lutym, to znaczy pięć lat przed aneksją Krymu i wojną w Donbasie. Tak więc szanowni zachodni politycy nie mają żadnych podstaw, by twierdzić, że nikt ich nie uprzedzał. Panowie, uprzedzano was niezliczoną ilość razy.

Na koniec trzecia teza: nie trzeba się bać. W ogóle głupio jest się bać. Strach niczego nie dodaje, strach paraliżuje wolę i siły, utrudnia sprzeciwianie się i jak już mówiłem, strach prowokuje gwałciciela do dokonania gwałtu. Powtarzam: dotyczy to nawet takiej sytuacji, kiedy prawomyślny obywatel w liczbie jednej osoby znajdzie się na ulicy w pobliżu grupy pijanych, agresywnych wyrostków.

Ale nasza sytuacja jest inna. Europa, Unia Europejska, NATO, Stany Zjednoczone dysponują miażdżącą przewagą na każdym możliwym polu. Europa jest silniejsza gospodarczo, technologicznie, intelektualnie; Europa jest silniejsza od Rosji także pod względem militarnym, jeśli mowa o broni konwencjonalnej. Europa nie ma najmniejszych powodów czegokolwiek się bać, a tym bardziej okazywać swój strach. Przypomnijmy sobie osiągnięcia rosyjskiej armii na przestrzeni ostatnich dziesięciu, piętnastu lat: sromotna klęska w Afganistanie, po której musieliśmy stamtąd uciekać; dwie wojny w Czeczeni, gdzie rosyjska armia, dysponującą miażdżącą przewagą w samolotach, czołgach, artylerii, zaopatrzeniu, amunicji i ludziach, została w końcu zmuszona do stworzenia na terytorium Czeczeni faktycznie, de facto, niezależnego państwa, na którego czele stanął Ramzan Kadyrow, i co roku wypłacać mu kontrybucję. Płacić pieniądze Kadrywowowi, to znaczy w istocie płacić temu państwu haracz.

Ostatnie, najnowsze osiągnięcie rosyjskiej armii to Donbas i Ukraina. Siedemnastego kwietnia pan Putin, najwyższy dowódca rosyjskich wojsk, wytłumaczył dokładnie, co rozumie przez określenie Noworosja. Noworosja to następujące obwody Ukrainy: charkowski, ługański, doniecki, dniepropietrowski, zaporoski, chersoński, mikołajowski i odeski. Terytorium o obszarze kilku europejskich państw oraz dojście do Morza Czarnego. To do tego roszczono sobie pretensje i to zamierzano zabrać. Tymczasem w wyniku trwającej pół roku wojny, prowadzonej przez rosyjskich najemników i rosyjską armię, udało się zająć kilka okręgów w ukraińskich obwodach ługańskim i donieckim, które razem składają się na pięć procent, na jedną dwudziestą owego obszaru Noworosji, do którego 17 kwietnia 2014 roku zgłosił pretensje pan Putin. I ten, w cudzysłowie, „sukces” został osiągnięty w sytuacji, gdy państwo ukraińskie znajdowało się w stanie zupełnego rozpadu, a jeśli chodzi o ukraińską armię, to trudno stwierdzić, czy w ogóle istniała; jeśli ktoś walczył, to tylko kilka ochotniczych batalionów, źle uzbrojonych i bez żadnego wyszkolenia.

Wszystko, co była w stanie zrobić rosyjska armia, to zająć pięć procent zgłaszanego obszaru. Nie dali nawet rady zabrać dwóch obwodów, o które im chodziło. Powtarzam po raz kolejny: w sytuacji, kiedy armia ukraińska nie istniała, dowództwo co najmniej w połowie składało się z rosyjskich agentów, a zachowanie prezydenta Ukrainy, powiem wprost, budziło spore wątpliwości.

Nie wierzcie w ani jedno słowo o 86, 96 albo 106-procentowym poparciu dla Putina. Dobrze znam to poparcie dla Putina. Ludzie w Rosji nie kochają Putina. Ludzie w Rosji głęboko pokochali bajecznie bogate życie, które wiedli przez ostatnie dziesięć lat. O takim życiu, jakie mieli Rosjanie przez ostatnie dziesięć lat, ich rodzice, moi rodzice, nie marzyli i nie śnili nawet w najbardziej fantastycznych snach. Do kraju popłynęła rzeka petrodolarów; według najskromniejszych szacunków na Rosje spadły dwa, trzy tryliony, to znaczy dwa tysiące miliardów petrodolarów i pewną częścią tych petrodolarów czekiści i bandyci podzielili się z ludnością. W efekcie ludność zaczęła żyć bez porównania lepiej niż do tej pory i to się jej, ludności, spodobało. To się spodobało, a nie żaden Putin. Dlatego, kiedy człowiek siedzi przed telewizorem, żuje pestki słonecznika, i nagle dzwoni telefon z pytaniem: czy jest pan za Putinem, to co ten człowiek ma odpowiedzieć? Powie oczywiście, że jest za Putinem.

Jeśli mówić nie o słowach, a o czynach, to chcę wam przypomnieć konkretne fakty: w Moskwie liczącej dziesięć, piętnaście milionów mieszkańców, nasi tak zwani komuniści, nasi tak zwani patrioci, nigdy nie zdołali zebrać na wiecu więcej niż pięć tysięcy ludzi. To znaczy, o ile nie zwozili ich autobusami z zakładów pracy. Więc kiedy jacyś tam komuniści pod hasłem poparcia Donbasu, solidarności z Donbasem, solidarności z Rosjanami na Ukrainie, próbowali zorganizować coś w dziesięciomilionowym mieście, zbierali pięć tysięcy ludzi. Przypomnijcie sobie, ilu ludzi zebrało się u was od Tallina do Wilna, kiedy postanowiliście stworzyć łańcuch i wziąć się za ręce. Myślę, że niektórzy z was stali w tym łańcuchu. A ludności macie mniej niż Moskwa z obwodem moskiewskim.

Mieszkam w milionowym mieście Samara. U nas też latem 2014 roku,  w czasie, gdy telewizor dwadzieścia przez pięć godzin na dobę opowiadał, jak na Ukrainie banderowscy faszyści krzyżują dzieci, rozjeżdżają czołgami, i tak dalej, również odbył się wiec solidarności z Donbasem, na który przyszło maksimum trzydzieści osób. Nie przejęzyczyłem się: dwadzieścia, trzydzieści osób. Chciałem przynieść zdjęcie, ale niestety nie udało mi się go znaleźć i będę musiał opowiedzieć wam słowami. To był kapitalny obrazek. Dwadzieścia, trzydzieści osób, i stała tam pewna dama. Człowiek ma dwie ręce. W jednej ręce owa dama trzymała czerwoną bolszewicką flagę. Na sobie miała w bluzeczkę z portretem jaśnie pana, cesarza Mikołaja II zamordowanego przez bolszewików. W drugiej ręce dama trzymała plastikową reklamówkę z angielskim Union Jackiem, z angielską flagą. Tyle ludzi w milionowym mieście, to znaczy dwa razy większym od waszego Tallina, udało się zgromadzić na wiecu solidarności z Donbasem bez nakazów administracyjnych i bez zwożenia autobusami.

Nie ma żadnego poparcia i Putin rozumie to o wiele lepiej ode mnie. To nie żaden przypadek, że w operacji syryjskiej Putin i jego otoczeni zrezygnowali z wprowadzenia sił lądowych. Spróbujcie wyobrazić sobie sytuację, że w 1968 roku Związek Radziecki rezygnuje z wprowadzenia wojsk lądowych do Czechosłowacji i ogranicza się do tego, że nad Pragą będą latały samoloty. Albo wyobraźcie sobie sytuację, że Związek Radziecki nie wprowadza wojsk lądowych do Afganistanu. Boją się rzucić do Syrii żołnierzy tylko dlatego, że Putin i całe jego otoczenie doskonale rozumieją, że społeczeństwo nie zgodzi się na najmniejsze choćby straty. Ludzie chcą cieszyć się obfitością, którą przyniosły im dwa tryliony petrodolarów, a nikt w Rosji nie chce umierać za Putina, nikt nie chce i nie będzie umierać za tak zwany rosyjski świat, za jakąś tam Noworosję, za Narwę, Dyneburg, ani nic innego.

Naród chce dalej siedzieć przed telewizorem, ale problem polega na tym, że w obrazek telewizorze jest dalej ten sam, ale zawartość lodówki już zupełnie inna. Wartość rubla dwukrotnie spadła. Mamy do czynienia z pogłębiającym się kryzysem i Rosja przypomina stację benzynową, do której przestano dostarczać benzynę. Dlatego nie widzę powodu do strachu, że ta stacja benzynowa, do której przestano dostarczać benzynę, będzie trzęsła całym miastem. No, chyba że miasto oszaleje i straci resztki woli politycznej.

To właściwie wszystko, co miałem do powiedzenia. W podsumowaniu chcę przypomnieć słowa, które wypowiedział Roosvelt, kiedy wygrał swoje pierwsze wybory prezydenckie w Stanach Zjednoczonych. W swoim przemówieniu inauguracyjnym powiedział, że jedyne, czego powinniśmy się bać, to własnego strachu. Jedyne, czego powinniśmy się bać, to własnego strachu. Jeśli Europa nie będzie prowokowała gwałciciela własnym przestrachem, to moim zdaniem nie ma najmniejszych powodów, by obawiać się potencjalnej interwencji wojskowej.

Mark Sołonin

VN:F [1.9.22_1171]
Oceń artykuł
Rating: 9.6/10 (28 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: +25 (from 31 votes)
Mark Sołonin: Nie wierz, nie proś, nie bój się, 9.6 out of 10 based on 28 ratings

5 komentarzy

  1. andrzej Pokonos 2016-04-01
    • pablobodek 2016-04-01
  2. Magog 2016-04-01
  3. MarekSza 2016-04-02
  4. malpa z paryza 2016-04-02