Andrzej Olas: Nowe przychodzi na działkę

Print Friendly, PDF & Email

2016-04-14.

Po mleko chodzi się do Szumowej. Z bańką. Przechodzi się koło Adasia, potem koło Japajły, potem jeszcze dwa domki już prawie że opuszczone, bo właściciele się zestarzeli kompletnie, kończy się ulica Kwitnącej Akacji, więc skręca się w Szkolną i po trzydziestu metrach już szczekają psy i się jest przed płotem Szumowej we wsi Perliczki.

Kwitnącej Akacji to nie jest oficjalna nazwa naszej ulicy. Kiedy stary Kłoda sprzedawał u lokalnego notariusza swoje kartoflisko na działki, to nie miał pojęcia co mu geodeta wyszykował. Wiedział tylko tyle, że ma i notariuszowi i geodecie dać w łapę – zresztą może nie w łapę a według taksy, bo jaka jest taksa nikt mu nie powiedział. Tyle, że jak po złożeniu podpisów wyprosili nas wszystkich poza nim to widziałem, jak już się łapał za kieszeń.

No więc jak już Kłoda dał w łapę komu trzeba, to wrócił do domu, a po jakichś pięciu latach umarł. Nastał młody Kłoda. Nie wiadomo co robił, bo we wsi nie zawsze bywał, ale ostatnio się pojawił. I strach padł na nasze działki przy Kwitnącej Akacji z jego pojawieniem się i też dlatego, że nowy wójt zaczął rządzić. Bo geodeta jak ciął na tym kartoflisku działki po równe tysiąc metrów to musiał zostawić miejsce na ulicę – na ulicę, którą my nazwaliśmy ulicą Kwitnącej Akacji. I zostawił. Ale notariusz tej ulicy nam, działkowiczom nie sprzedał i Kłoda dalej był ulicy właścicielem. A teraz nowy wójt wysłał do młodego Kłody pismo, żeby od gruntu – od naszej ulicy – podatek zapłacił. Wkurzył się młody Kłoda, popił sobie i zaczął na swoim podwórku szlaban szykować, bo rozumiał, że nie ma takiej alternatywy, żeby na Kwitnącej Akacji kartofle posadzić. Dobrze, że zaraz na początku zaciął się siekierą, bo żeby nie to, toby na róg Kwitnącej Akacji i Szkolnej szlaban traktorem przywiózł, i już Kwitnącej Akacji by nie było.

Kiedy po przyjeździe na działkę usłyszeliśmy o tych wydarzeniach, pierwszą reakcją mojej żony Magdy była troska o to, czy aby młody Kłoda sobie wielkiej krzywdy nie zrobił. Okazało się, że nie, nie, ot skrobnął się trochę w łydkę. Ja pomyślałem o czym innym. Poprzedniego wieczoru obejrzałem telewizyjny program o upadku Samarkandy po zburzeniu jej przez Czyngis Chana. Kiedy Magda myślała o łydce, ja zastanawiałem się, czy nastąpi, tak jak zdarzyło się z Samarkandą, upadek ulicy Kwitnącej Akacji, i rozerwanie całej skomplikowanej, kształtowanej przez lata więzi łączącej jej, stałych i weekendowych mieszkańców. Reakcja młodego Kłody wydawała mi się taka Czyngis Chanowa, zbyt raptowna, awanturnicza, co zresztą przez zacięcie łydki sam sobie udowodnił.

Więź łącząca mieszkańców Kwitnącej Akacji jest skomplikowana, pulsująca życiem i ma własności spaghetti bolognese – tak jak nasycony czerwonym sosem kawałek makaronu potrafi w jakiś niewiadomy sposób znaleźć drogę z widelca na bielutką bluzkę panny, powiedzmy Krysi, tak więź umie wyłonić się zupełnie niespodziewanie – na przykład w postaci tego Francuza, który chciał kupić siedlisko Kancypowej i mówił, że to dlatego, bo jego prapradziadek zginął właśnie tu, pod Pułtuskiem w wielkiej bitwie między cesarzem Napoleonem a carem Aleksandrem. Chciał nawet Kancypową podwieżć te dwa kilometry wprost na pole bitwy, ale ona nie chciała ani pojechać ani wtedy sprzedać, bo dopiero potem zaczęła o sprzedaży myśleć. Oczywiście, jak dowodzi incydent ze szlabanem szczególnie dużo obłożonych sosem nitek makaronu łączy ulicę Kwitnącej Akacji z resztą wsi Perliczki. Na przykład na końcu jednej takiej nitki jest umazany gnojem syn jednego z wiceprezesów Zakładu Ubezpieczeń Społecznych, który właśnie kiedy to piszę, rozrzuca traktorem tenże gnój na polu Kłodowskiego, kiedyś po ojcach nazywającego się Kłoda.

Wieść o podatku i szykowanym szlabanie rozeszła się szybko. Ulica Kwitnącej Akacji przyczaiła się – narazie było trochę czasu, zanim nie wygoi się łydka młodego Kłody. Przyczaiła się ale tylko we wsi, bo do gminy, do wójta rozmawiać o ulicy trzeba przecież było iść.

Wójt nie pomógł, bo nie chciał – ulica jest młodego Kłody i tyle. Gminne ulice są już w porządku, a teraz gmina ma co innego do roboty – cyfryzacja, bo idzie nowe. Ci z województwa mówią o cyfryzacji, a wy apiać i apiać o ulicy. Gmina ulicy nie chce – możecie ją sobie sami kupić. Kupić – żeby kupić trzeba mieć pieniądze – myślała delegacja w skladzie ja i Japajło, ten co sobie całoroczny dom pobudował. To było raz. Po drugie, jak się z młodym Kłodą zacznie o pieniądzach, to niewiadomo jak to się skończy – z chłopem gadać o pieniądzach to pewne nieszczęście. Po trzecie jak się ulicę kupi, to gmina kreskę na prywatną ulicę położy, a właśnie zaczęła gmina swoje ulice odśnieżać – to podkreślał Japajło, bo ponieważ był całoroczny, to mu o zimę też chodziło. A jakby ulica była gminna to może jeszcze podłoże by utwierdzili i oświetlenie zainstalowali. Widać było, że Japajło mądrze mówi. Tylko że jest coś takiego jak fatum, los, człowiek strzela, a kule….
Bo właśnie wtedy Japajle ukradli samochód. Świeżą, nowiutką Toyotę Avensis. Poszła rano żona Japajły po mleko do Szumowej, wraca, no trochę sobie z Szumową pogadała, patrzy brama otwarta, wozu nie ma. Gdzie też Józek tak rano pojechał – myśli. Wchodzi do domu, a Józek właśnie też przez drzwi z tylnego podwórka, gdzie pierwszego papieroska palił. Pyta żona – a gdzie wóz? I dopiero się zaczęło.

Samochód się znalazł – rybacy zobaczyli go w Narwi – tył mu z głębokiej wody wystawał, bo wbił się pionowo w muliste dno. A kto ukradł – Japajło to chyba wiedział. Bo już pół roku trzem chłopakom za tynki i podłogi z zapłatą wisiał – a jeszcze zapowiedział, że nie zapłaci, bo robotę mu spieprzyli. Japajło chciał, żeby policja ich alibi sprawdziła, ale sierżant tylko machnął ręką. Przecież w zeszłym roku cała wieś dała alibi Kłodzie Grubasowi, że pod sklepem siedział, choć irlandzka policja w Dublinie już go tydzień wcześniej złapała. No i sprawdzenia alibi się zaniechało, a cała ulica Kwitnącej Akacji próbowała zgadnąć ile odszkodowania da PZU za Toyotę Jagajle. A także, czy warto te domki co stoją wzdłuż ulicy ubezpieczać, bo niektórzy jeszcze nie ubezpieczyli. I sprawa kto będzie właścicielem ulicy zbladła. A Kancypowa kupiła sobie psa boksera, żeby szczekał, a bokser wygląd też ma jak trzeba na złodziei.

Powiadam Wam, nigdy nie liczcie na to, że wszystko pójdzie jak myślicie – tak przecież myślał Japajło i grubo, bo o całą Toyotę się pomylił. I tak myślała Kancypowa dopóki jej zięć tej Barszczowej psiej wojny nie wypowiedział i bardzo głośno takiego myślenia nie wyperswadował.

Bo kiedy Kancypowa prowadzała swojego boksera na spacerki ulicą Kwitnącej Akacji to przechodziła wzdłuż płotu Barszczowej. A Barszczowa bardzo o swoją działkę dbała i wzdłuż płotu takie ładne, prawie jak łazienkowe, kafelki kazała zięciowi położyć, i te kafelki zawsze czysto trzymała, zamiecione, bez listeczka, czy trawki. A miała Barszczowa trzy takie malutkie pieski, ratlerki, jazgotliwe okropnie, a jeszcze boksera nienawidzące. Więc kiedy Kancypowa z bokserem wzdłuż płotu Barszczowej szła, to te hałaśnice po drugiej stronie po kafelkach obłędnie skacząc prawie że paranoi dostawały i to gałazkę, to listeczek na kafelki wrzucały. A zięć akurat tamtego dnia przy sprzątaniu kafelków na kacu był i Kancypową za spacer z bokserem opieprzył tak, że ostatni raz się tak czuła, to było za komuny w kolejce za karpiem, kiedy karpiów zabrakło.

Oj, podzieliła się społeczność Kwitnącej Akacji, podzieliła, ta więź, taka niby mocna a jakby się troszkę porwała. Te jazgoczące ratlerki innym też przeszkadzały, i ci mówili, że zięć Barszczowej to prostak i cham, stąd stanęli po stronie Kancypowej. Ale Kancypowej też nie każdy lubił – baba na pieniądzach siedzi, całe siedlisko na końcu Kwitnącej Akacji ma. Napewno jakby się ją bliżej poznało, to by się okazało, że okropnie nosa zadziera. A jeszcze na kominie chałupy po środku siedliska ogromnego, złotego koguta sobie wystawiła, ile też to kosztowało.

Zgoda buduje, niezgoda rujnuje – prawda to, oj prawda. Jak więzi nie ma, to dezinformacja się wkrada, a społeczność ciemną masę przypominać zaczyna. Więc trudno było teraz się dowiedzieć co będzie z ulicą, bo jedne plotki chodziły, że Kłoda do Norwegii pojechał, a inne, że na bazarze w Pułtusku gruby łańcuch kupił, akurat na szerokość Kwitnącej Akacji. Ile PZU da Japajle za Toyotę też nikt nie wiedział, a skąd też wiedzieć czy to prawda, że Kancypowa specjalnie do gminy pojechała i na Barszczową do wójta się skarżyła. I ta cyfryzacja. Nikt się nią nie przejmował, bo przecież nikt kosztów ponosić nie chce. A tu plotka gruchnęła, że w całej wsi tę cyfryzację za darmo robią. Internet za darmo.

Za darmo to zupełnie co innego. Ale robią we wsi. A co z nami – my jesteśmy bliżej Narwi, na uboczu. Pociągną aż do rzeki? Trzeba się dowiedzieć, bo jak za darmo to my też chcemy. Ale kto to jest my? Jak Kancypowa z Barszczami nie rozmawia, to dla niej oni nie są my. A była przecież w gminie, może już wie. Może jej zrobią, a Barszczom nie. A może wogóle nie zrobią. Długo było niewiadomo, aż w końcu ktoś zobaczył, że we wsi coś kopią, taką niedużą wąziutką koparką, spytał się co robią i to właśnie była ta cyfryzacja. I mają zrobić wszystkim. Jak wszystkim, to wszyscy zaczęli znów ze sobą rozmawiać. No nie wszyscy, bo Kancypowa z Barszczami nie, ale reszta tak. Więź się prawie załatała.

I było już prawie dobrze, znów liczyli ci z Kwitnącej Akacji, że wszystko pójdzie jak myśleli. Ależ skąd, przecież los, fatum, człowiek strzela. Kiedy Japajło zobaczył na polnej drodze samochód, a obok faceta majstrującego przy takim trójnogu, to wiedział, że to ten geodeta, co cyfryzacji trasę wytycza. A jak wytycza to jakąś mapę ma. No i rozwinął ten geodeta mapę, a na mapie tam gdzie jest Kwitnącej Akacji stoi jak byk: „Brak zgody właściciela. Nie budować”. No i wszyscy na Kwitnącej Akacji się o całą cyfryzację pomylili. A we wsi już gdzieniegdzie nie dość że światłowód to i skrzynki przy domach zainstalowali, i to wszystko za darmo. Sołtys to już pojutrze ma mieć internet. A u nas nawet jak chcesz komórką zadzwonić, to nie, bo dostępu nie ma.

Tym razem więź społeczna trzymała się mocno i wiadomości kursowały dookoła. Młody Kłoda znaczy się do Norwegii nie pojechał, ale rozmawiać z nim sensu nie ma. Potrzeba innego rozwiązania. Co można zrobić? Szczęśliwie geodeta był miejscowy i przyjazny, więc wokól mapy na dachu jego samochodu tłoczyli się prawie wszyscy mieszkańcy ulicy Kwitnącej Akacji. Nie ma jak – mówili. Aż zięć Barszczowej znalazł. Jest jak, jest – patrzcie, tu do naszych domów można dojść z drugiej strony – przez środek siedliska Kancypowej. I już.

Do Kancypowej poszła kolejna delegacja – ja i Adaś, młodszy ode mnie, to więcej o cyfryzacji wiedzący. Wystarczy, że Kancypowa zgodzi się żeby światłowód poszedł przez siedlisko i gotowe. Kancypowa już, już miała kiwnąć głową, jużeśmy na to kiwnięcie czekali, kiedy zatrzymała to kiwnięcie nim jeszcze je zaczęła i powiedziała, że jeżeli będzie kawałek siedliska sprzedawała, to działki z cudzym kablem pod ziemią nikt nie kupi. Więc nie. A kto wam ten pomysł poddał – zapytała. Popatrzyła na nas milczących, my dalej milczeliśmy, i wtedy powiedziała że już wie, że to

Barszczowa, albo ten głupol co jest jej córki. I już koniec, już było po pomyśle, ona jak Czyngis Chan, a my biedną Samarkandą zostaliśmy.

Wracaliśmy obok Szumowej. Odszedł Adaś trochę na bok, żeby się odlać, a jak już tego suwaka od spodni zaciągał, to ulżony podniósł wzrok i coś go tknęło. Panie, panie, woła do mnie – patrz pan. Bo przed nim z lewej był na takich byle jakich kołkach drut kolczasty, co to się stawia, żeby krowa Szumowej nie wyszła, a z prawej siatka od działki Japajły. A między nimi taki metrowy, może półmetrowy chwastami zarośnięty niedorobek, ciągnący się z tyłu za domkami Kwitnącej Akacji. Spojrzałem i odrazu o tym jedwabnym szlaku co do Samarkandy prowadził pomyślałem, szlaku co przez stulecia dobrobyt miastu zapewniał. Tak i nam ten niedorobek za jedwabny szlak cyfryzacji na wieki posłuży, póki nie nastąpi era podrózy kosmicznych i będziemy kosmiczną cyfryzację budować. Narazie, mówię Adasiowi, nie można Szumowej ani słówka. Niech zakopią, a wtedy, co by nie powiedziała to za późno. Pod ziemią szlabanu na tej naszej Samarkandzie nie postawi.

Zdziwił się Adaś trochę tą Samarkandą, bo o Czyngis Chanie nigdzie a i w szkole nie dosłyszał, ale esencję tego co mówiłem pojął.

No i zbudowali nam cyfryzację, więź się przy tym jeszcze umocniła, bo popatrzeć jak kopie ta wąziutka koparka przyjemnie było i uwagę przy tym poczynić wypadało. A ja kiedy o działkowej społeczności myślałem to zawstydzałem się, że tak nieładnie ją osądzałem, i mówiłem sobie, że nowe przyszło.

Tyle że w miesiąc później jak się szopka koło Adasia zapaliła i trzeba było straż wezwać to znów więź się trochę zerwała, bo Adaś mówił, że to on tą cyfryzacją i Skypem na komputerze straż zawiadomił, a zięć Barszczowej że nie, że to on rowerem do wójta pojechał i stamtąd straż ściągnęli. I pokłócili się. A Kancypowa na to wszystko powiedziała, że zawsze mówiła, że ten głupol od Barszczowej córki to niedość że cham, to jeszcze oszust, że jakby stanął na Sądzie Ostatecznym, to by mu ani Pan Bóg, ani Pan Jezus w ogóle nie uwierzył. A ja zrozumiałem, że ta więź tu tak jak i w Samarkandzie pulsuje – raz słabiej, raz mocniej. I to że tak złośliwie o działkach i o wsi myślałem, to też kawałek tej więzi, a w ogóle to przecież życie się jakoś układa i każdemu w przedziwny sposób w więzi z innymi zadowolenie, dobrobyt i nowe niesie. Byle Czyngis Chan nie nadszedł. Nie daj wtedy Boże.

Andrzej Olas

VN:F [1.9.22_1171]
Oceń artykuł
Rating: 10.0/10 (1 vote cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: +5 (from 5 votes)
Andrzej Olas: Nowe przychodzi na działkę, 10.0 out of 10 based on 1 rating

2 komentarze

  1. A. Goryński 2016-04-16
  2. andrzej.olas 2016-04-16