Krzysztof Łoziński: Rekord świata bubla prawnego

wies2016-04-28. 

[Autor omawia nie tylko te skutki wadliwej ustawy rolnej, które opisała już prasa, ale i te, trudne do zauważenia dla mieszczuchów, nie znających różnych kontekstów z realiami życia na wsi]

Uchwalona przez Sejm i podpisana przez prezydenta ustawa regulująca rynek gruntów rolnych przypomina skutki działania lekarza, który postawił zdrowemu błędną diagnozę w oparciu o mity i zabobony, wmówił mu nie istniejącą chorobę, po czym zaaplikował lekarstwo mogące go otruć, owej choroby nie leczące niemal wcale, a w dodatku wywołujące parę innych.

„Ustawa z dnia 14 kwietnia 2016 r. o wstrzymaniu sprzedaży nieruchomości Zasobu Własności Rolnej Skarbu Państwa oraz o zmianie niektórych ustaw”, narusza kilka istotnych praw obywatelskich, jak:

  • prawo własności;
  • prawo dziedziczenia;
  • prawo do wyboru zawodu i zmiany zawodu;
  • prawo do swobodnego wyboru miejsca zamieszkania;
  • prawo do swobodnego wyboru rodzaju działalności gospodarczej;
  • prawo do zrzeszania się w spółdzielnie lub spółki;

a nawet:

  • prawo do zawierania związków małżeńskich, bo mogą mieć one niespodziewane konsekwencje majątkowe.

W dodatku: ustawa uderza w prawa polskich rolników i innych mieszkańców wsi (kilkanaście milionów obywateli polskich mieszkających na wsi, a nie będących rolnikami), grozi obniżeniem ich dochodów i poziomu życia, godzi w podstawowe zasady UE, narusza nie tylko Konstytucję RP ale i Traktat Akcesyjny oraz prawo unijne, a na koniec wcale nie przeszkadza bogatym podmiotom zagranicznym w nabywaniu ziemi w Polsce w dowolnie dużych ilościach (dzięki poważnym błędom prawnym, jakie zawiera, patrz:

http://serwisy.gazetaprawna.pl/nieruchomosci/artykuly/936821,ustawa-o-obrocie-ziemia-ma-luki.html.

Przeszkadza natomiast w nabywaniu ziemi niezbyt zasobnym obywatelom polskim, także rolnikom.

Uff… nieźle.

Zacznijmy jednak od intencji ustawodawcy, bo jest to istotne także wówczas, gdy pojawiają się wątpliwości w interpretacji przepisów. Jak zawsze PiS stosuje dwie narracje: jedną werbalną w mediach, wypowiedziach publicznych (zwłaszcza wobec swoich zwolenników) i drugą: w aktach prawnych i dokumentach. Tak jest zresztą nie tylko w przypadku tej ustawy, to niemal norma.

Z pierwszej narracji wiemy, iż intencją zmian w zasadach obrotu ziemią były dwie rzeczy: uniemożliwienie nabywania ziemi cudzoziemcom, co jawnie wyraził Jarosław Kaczyński („Jak nikt nie będzie mógł kupić, to Niemcy też” – cytuję za TVN24, grudzień 2015), oraz uniemożliwianie osiedlania się na wsi ludziom z miasta („Rolnik to ma być rolnik, a nie jakieś tam Warszawiaki” – agitator PiS w gminie, w której mieszkam na zebraniu wyborczym, na innych spotkaniach podobnie). Politycy PiS nie raz głosili zresztą, że z ustawą trzeba zdążyć przed 1 maja, gdy kończy się okres ochronny i ma zacząć obowiązywać swoboda nabywania ziemi przez cudzoziemców. Wielokrotnie wyjaśniali też, że skoro nie można zabronić nabywania ziemi tylko cudzoziemcom, to lekarstwem jest zabronienie wszystkim. Nie ma wątpliwości, iż intencją ustawodawcy jest uderzenie w jedną z podstawowych zasad UE.

Zupełnie inaczej przedstawia to uzasadnienie w akcie normatywnym:

W celu wzmocnienia ochrony i rozwoju gospodarstw rodzinnych, które w myśl Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej stanowią podstawę ustroju rolnego Rzeczypospolitej Polskiej, dla zapewnienia właściwego zagospodarowania ziemi rolnej w Rzeczypospolitej Polskiej, w trosce o zapewnienie bezpieczeństwa żywnościowego obywateli i dla wspierania zrównoważonego rolnictwa prowadzonego w zgodzie z wymogami ochrony środowiska i sprzyjającego rozwojowi obszarów wiejskich, uchwala się niniejszą ustawę”.

Jak się nazywa człowiek, który co innego myśli, co innego mówi a co innego robi? Najdelikatniej rzecz ujmując – krętacz. Najciekawsze jest powoływanie się na Konstytucję w ustawie, moim zdaniem, niekonstytucyjnej.

U podstaw intencji ustawodawcy leży kompletnie błędna diagnoza zagrożeń i kompletna nieznajomość realiów wiejskich. Po pierwsze, nie ma żadnego poważnego zagrożenia dla „polskiej ziemi”, przed którym trzeba by ją „chronić”. Zainteresowanie nabyciem ziemi rolnej w Polsce przez podmioty zagraniczne ma znikome rozmiary. Dotychczas zgłaszane zainteresowanie (wystąpienia o pozwolenie na zakup) to rząd przeważnie kilkunastu kilometrów kwadratowych rocznie, czasem tylko nieco więcej, a to znaczy, że na wykupienie istotnych ilości ziemi przez te podmioty trzeba by wielu tysięcy lat. Prosta arytmetyka. Mitem też jest wykupywanie przez podmioty zagraniczne ziemi na tak zwane „słupy”. Gdy dobrze się przyjrzeć zjawisku, tymi „słupami” są głównie członkowie rodzin polskich bogatszych rolników, którzy nie mogą kupić więcej niż 300 hektarów, więc kupują na brata, żonę, szwagierkę… Podmioty zagraniczne nie mają takiej potrzeby, mogą obejść polskie ograniczenia w dużo łatwiejszy sposób, i bezpieczniejszy (patrz: link na początku artykułu). Kupowanie na „słupy” jest dla nich ryzykowne, bo prawnie taki „słup” jest właścicielem i może się na szefa po prostu wypiąć praktycznie bezkarnie, a zmuszenie go do uległości wymaga już działań przestępczych.

O tym, że diagnoza jest błędna świadczy też fakt, że wolny obrót ziemią obowiązuje już w kilku krajach (np. Czechy, Litwa) i żaden masowy wykup przez cudzoziemców tam nie nastąpił. Co więcej, mitem jest samo myślenie, że zakup ziemi przez cudzoziemców stanowi w ogóle jakieś zagrożenie. Jest to projekcja realiów historycznych, dawno już nie istniejących, na dzisiejsze realia. W czasach historycznych, gdy rolnictwo było dominującą gałęzią gospodarki, posiadanie wielkich obszarów ziemi generowało władzę polityczną. W dodatku ustrój feudalny powodował, iż tylko posiadacze ziemi, mieli prawa obywatelskie i polityczne. Dziś nawet największa własność ziemska żadnej władzy nie daje. Dziś produkcja rolna to zaledwie ok. 4 procent polskiego PKB, a prawa obywatelskie i polityczne mają wszyscy.

Nie ma żadnej realnej potrzeby „chronienia polskiej ziemi” i z tego punktu widzenia ta ustawa jest po prostu zbędna. Ma być lekiem na nie istniejącą chorobę i wynika wyłącznie z mitów i urojeń środowiska, które ją forsuje. Jest natomiast wysoce szkodliwa dla polskiej gospodarki i polskich obywateli.

Ustawa, w części dotyczącej sprzedaży nieruchomości z zasobów Agencji Nieruchomości Rolnych (Zasobu Własności Rolnej Skarbu Państwa) jest, moim zdaniem, możliwa do przyjęcia. Każdy podmiot prawny, także Skarb Państwa, jako właściciel ma prawo sprzedawać swoją własność, lub nie, na takich warunkach, na jakich chce. Gorzej, że państwo chce decydować o warunkach kupna i sprzedaży majątku, który nie jest jego własnością, lecz jest własnością prywatną:

Art. 2a. 1. Nabywcą nieruchomości rolnej może być wyłącznie rolnik indywidualny, chyba że ustawa stanowi inaczej. Jeżeli nabywana nieruchomość rolna albo jej część ma wejść w skład wspólności majątkowej małżeńskiej wystarczające jest, gdy rolnikiem indywidualnym jest jeden z małżonków.

Powierzchnia nabywanej nieruchomości rolnej wraz z powierzchnią nieruchomości rolnych wchodzących w skład gospodarstwa rodzinnego nabywcy nie może przekraczać powierzchni 300 ha użytków rolnych ustalonej zgodnie z art. 5 ust. 2 i 3.

Przepisy ust. 1 i 2 nie dotyczą nabycia nieruchomości rolnej:

1)        przez:

a)       osobę bliską zbywcy,

b)       jednostkę samorządu terytorialnego,

c)       Skarb Państwa lub działającą na jego rzecz Agencję,

d)       osoby prawne działające na podstawie przepisów o stosunku Państwa do Kościoła Katolickiego w Rzeczypospolitej Polskiej, o stosunku Państwa do innych kościołów i związków wyznaniowych oraz o gwarancjach wolności sumienia i wyznania;

2)        w wyniku dziedziczenia oraz zapisu windykacyjnego;

3)        na podstawie art. 151 lub art. 231 Kodeksu cywilnego;

4)        w toku postępowania restrukturyzacyjnego w ramach postępowania sanacyjnego.

Nabycie nieruchomości rolnej przez inne podmioty niż wymienione w ust. 1 i ust. 3 pkt 1 oraz w innych przypadkach niż wymienione w ust. 3 pkt 2–4, może nastąpić za zgodą Prezesa Agencji, wyrażoną w drodze decyzji administracyjnej[…]

[…]

Art. 2b. 1. Nabywca nieruchomości rolnej jest obowiązany prowadzić gospodarstwo rolne, w skład którego weszła nabyta nieruchomość rolna, przez okres co najmniej 10 lat od dnia nabycia przez niego tej nieruchomości, a w przypadku osoby fizycznej prowadzić to gospodarstwo osobiście.

W okresie, o którym mowa w ust. 1, nabyta nieruchomość nie może być zbyta ani oddana w posiadanie innym podmiotom.

[…]

W przypadku sprzedaży nieruchomości rolnej, prawo pierwokupu przysługuje z mocy ustawy jej dzierżawcy […]

W przypadku braku uprawnionego do pierwokupu, o którym mowa w ust. 1, albo niewykonania przez niego tego prawa, prawo pierwokupu przysługuje z mocy ustawy Agencji działającej na rzecz Skarbu Państwa.

[…]

Za rolnika indywidualnego uważa się osobę fizyczną będącą właścicielem, użytkownikiem wieczystym, samoistnym posiadaczem lub dzierżawcą nieruchomości rolnych, których łączna powierzchnia użytków rolnych nie przekracza 300 ha, posiadającą kwalifikacje rolnicze oraz co najmniej od 5 lat zamieszkałą w gminie, na obszarze której jest położona jedna z nieruchomości rolnych wchodzących w skład gospodarstwa rolnego i prowadzącą przez ten okres osobiście to gospodarstwo.

[…]

„osobie bliskiej” – należy przez to rozumieć zstępnych, wstępnych, rodzeństwo, dzieci rodzeństwa, małżonka, osoby przysposabiające i przysposobione;

 

Co ciekawe, pomysłodawcy ustawy powołują się w wielu wypowiedziach na Konstytucję, z której rzekomo ma wynikać zasada, iż gospodarstwa rolne mają być tylko rodzinne o powierzchni nie przekraczającej 300 hektarów. Tymczasem z Konstytucji nic takiego nie wynika. Art. 23. mówi tylko, że „podstawą ustroju rolnego państwa jest gospodarstwo rodzinne”. Nie ma tam ani twierdzenia, że mają istnieć wyłącznie gospodarstwa rodzinne, ani że nie mogą być większe niż 300 hektarów (o hektarach nie ma tam ani słowa), ani że te gospodarstwa rodzinne ma uprawiać tylko „osobiście rolnik indywidualny” rozumiany tak jak w tej ustawie. To jest po prostu dorabianie Konstytucji gęby własnego nieuctwa i uprzedzeń.

Powyższe zapisy dyskryminują ludność wiejską ograniczając jej prawo własności i prawo do dziedziczenia (ograniczając katalog uprawnionych do dziedziczenia). Takich ograniczeń nie mają mieszkańcy miast, którzy swoje nieruchomości mogą sprzedawać i kupować, jak chcą, a w testamencie mogą swój majątek zapisać komu chcą. Ustawa de facto wprowadza dla ludności wiejskiej przymus bycia rolnikiem, jaki na terenie Polski nie obowiązywał od 1864 roku, gdy to dekretem carskim zniesiono w zaborze rosyjskim pańszczyznę. Ustawodawca chce cofnąć cywilizacyjnie polską wieś o 180 lat. Podobnie anachroniczna jest wyzierająca z ustawy wizja wsi, na której mieszkają niemal sami „rolnicy indywidualni”. Na ten anachronizm zwracali uwagę nawet senatorowie PiS, podnoszący że na terenach o słabszych gruntach z samego rolnictwa trudno jest przeżyć, że osadnicy z miasta są tam niezbędni jako pracodawcy i inwestorzy („na piachu uprawy nie rosną”). Niestety, podobnie jak w przypadku innych ustaw tej samej partii, decydująca jest wizja jednego człowieka, który od ponad 20 lat niemal nie wychodzi z domu, Sejmu i partyjnego biura i ma wyobrażenia o rzeczywistości rodem z „Placówki”, „Naszej szkapy” i wozu Drzymały.

Ustawa przewiduje wręcz możliwość wywłaszczenia wobec rolnika, który będzie chciał zmienić zawód. Na szczęście spod działania ustawy wyłączono działki o powierzchni do 0,5 hektara, na których stoją budynki i działki o powierzchni mniejszej niż 30 arów, ale niewiele to zmienia (o tym dalej).

Zapisy o rolnikach indywidualnych i ograniczeniu do 300 hektarów to po prostu konserwacja biedy i zacofania. Praktycznie uniemożliwiają one zakładanie nowoczesnych gospodarstw rolnych, bo wymagają one albo dużych obszarów, albo zatrudnienia wielu ludzi. Likwidują też takie możliwości jak agroturystyka, przeznaczenia gruntów pod rekreację, wyciągi i stoki narciarskie, pola golfowe, pola namiotowe…

Ograniczenia w handlu ziemią spowodują w dalszej perspektywie zubożenie wielu rolników i innych mieszkańców wsi. Spadnie wartość ziemi, co utrudni rolnikom zaciąganie kredytów, bo ziemia będzie stanowiła gorsze zabezpieczenie dla banków. Z tego samego powodu znacznie ograniczone zostaną na wsi kredyty hipoteczne i „odwrócona hipoteka” (emerytura od banku w zamian za zapisanie nieruchomości dla banku). Wydaje się , iż „odwrócona hipoteka” może być w ogóle dla mieszkańców wsi niemożliwa, skoro nie można zapisać bankowi nieruchomości w testamencie. Nawet jeśli banki znajdą jakieś obejście, to na pewno ich zapał do udzielania kredytów, zwłaszcza hipotecznych i „odwróconej hipoteki” będzie na wsi znacznie mniejszy. Jest to kolejna dyskryminacja mieszkańców wsi.

Wyłączenie spod ustawy działek o powierzchni do 0,5 hektara, na których stoją budynki i działek o powierzchni mniejszej niż 30 arów, brzmi jak złośliwy dowcip. Przez lata nakłaniano ludność wiejską, by powiększać swoje grunty do ponad hektara i płacić wówczas mniejszy podatek gruntowy i podatek od budynków. Dotyczy to zwłaszcza kilkunastu milionów obywateli polskich mieszkających na wsi, a nie będących rolnikami. To też są obywatele Rzeczpospolitej Polskiej! Większość komentatorów skupia się tylko na rolnikach, a rolnicy na polskiej wsi stanowią dziś mniejszość. Większość to emeryci, mieszkańcy wykonujący zawody pozarolnicze (warsztaty, tartaki, sklepy, nauczyciele, lekarze, weterynarze, geodeci, operatorzy maszyn, budowlańcy…) oraz ludzie mieszkający na wsi a pracujący w mieście. Ocenia się, że na wsiach wokół samej Warszawy, tych ostatnich jest kilkaset tysięcy albo i milion. W wielu przypadkach działki, na których stoją budynki są większe niż 0,5 hektara, albo ich właściciele dokupili do nich mniejsze działki rolne, by mieć w sumie ponad hektar. Na tych działkach urządzili sobie ogrody, pobudowali altany itp. Choć geodezyjnie są to oddzielne działki, to jako ogród stanowią całość, a prawnie mają teraz mieć inny status. Właściciel jeden fragment ogrodu może sprzedać, lub przekazać w spadku, a drugi nie.

Istnym kuriozum jest zapis o działkach mniejszych niż 30 arów. Według ustawy o gospodarce nieruchomościami takie działki nie powinny istnieć, bo ustawa zabrania wydzielania tak małych powierzchni. Gdyby chociaż zapisano „mniejsze, lub równe 30 arów”, ale jest jednoznacznie „mniejsze”. Niewielka ilość takich działek jednak istnieje. Są to działki wydzielone dawno, gdy nie było takiego ograniczenia, lub wydzielone nielegalnie (a wówczas można zakwestionować prawo własności). Takie działki najczęściej mają dziwny kształt (np. wąskie paski ziemi), albo położone są w miejscach do niczego nie przydatnych (np. na stromych skarpach, bagnach, wykrotach). Nawet jeśli mają optymalny kształt, prostokąt 50×60 metrów, to mogą być nieprzydatne z powodów kolizji z prawem budowlanym i ustawą o ochronie przyrody. Zaznaczam tu, że na wsi obowiązują nieco inne przepisy prawa budowlanego, niż w mieście lub na terenach objętych planem zagospodarowania przestrzennego.

Prawo budowlane mówi, że budynek (na wsi) musi stać minimum 6 metrów od pasa drogi, minimum 3 metry od granicy działki, lub 4 metry, jeśli w ścianie są okna. Już samo to wyłącza z terenu pod zabudowę ok. 950 metrów kwadratowych takiej działki, blisko 10 arów, jedną trzecią. Kłopot prawdziwy zaczyna się wówczas, gdy na działce lub w jej pobliżu są jakieś instalacje. Po kilka metrów w prawo i lewo od każdego kabla lub rury w ziemi (z wyjątkiem przyłącza) nie wolno budować. Jeszcze gorzej jest z linią średniego napięcia, wokół której nie wolno budować w takiej odległości, jakiej wysokości jest słup. Typowy słup średniego napięcia ma 8 metrów, co wyłącza z zabudowy pas o szerokości 16 metrów, czyli kolejne 960 metrów kwadratowych naszej przykładowej działki. Jeśli w dodatku na działce rosną jakieś duże drzewa, to ustawa o ochronie przyrody zabrania ich wycinki. Może więc okazać się, że kupiliśmy działkę 50×60 metrów i nie możemy na niej wybudować nic, bo choćby przydomowa oczyszczalnia ścieków potrzebuje pasa ziemi długości minimum 40 metrów, co wynika z przepisów, a na tradycyjne szambo gminy raczej nie wydają już zgody. Tak więc prawo do kupowania działek o powierzchni do 30 arów brzmi jak ponury żart.

W mojej gminie jest wielu ludzi, którzy na skutek różnych zaszłości (spadków, małżeństw, itp.) mają 2-3 hektary ziemi, które traktują jako zabezpieczenie na starość, zastaw pod kredyty, lokatę kapitału, albo dzierżawią rolnikom i mają z tego dochód. Obecnie wartość tych gruntów drastycznie spadnie, a są to powierzchnie zbyt małe, by na nich gospodarować. Ich właściciele drastycznie zbiednieją. Wzburzenie wywołała zwłaszcza informacja o wyjątku dla kościoła. Przyznam, że po raz pierwszy na mazurskiej wsi słyszałem ludzi klnących na kościół, co do tej pory było nie do pomyślenia. PiS strzelił tu chyba stopę nie tylko sobie, ale i kościołowi.

Generalnie błędna jest koncepcja „chronienia ziemi” i „rozwijania” gospodarstw rolnych, wbrew faktom ekonomicznym i wbrew kierunkowi zmian cywilizacyjnych. Fakty mówią, że polska produkcja rolna jest za duża, występuje przewaga podarzy nad popytem, co generuje niskie ceny produktów rolnych i słabą opłacalność gospodarki rolnej. Wyjątkiem są może wielkie nowoczesne gospodarstwa i farmy przemysłowe, ale te akurat ustawodawca postanowił zwalczać, stawiając na chłopa „biedniaka”, ustawowo „małorolnego”. Wiele małych gospodarstw dawno by już padło, gdyby nie dopłaty z UE, której to Unii ustawodawca właśnie pokazuje gest Kozakiewicza. To naprawdę ciekawa koncepcja pokazywać komuś ten gest i domagać się od niego darowizn. Ciekawy był też występ Beaty Szydło na nowojorskiej giełdzie, gdzie mówiąc do maklerów zachęcała inwestorów (może nie wie, że to kto inny) do inwestowania w Polsce, zapomniawszy dodać, że jej rząd będzie z zapałem ich zwalczać zakazami i podatkami.

Co ciekawe, ustawa nie dotyczy spółek giełdowych, co w połączeniu z obejściem opisanym przez „Dziennik Gazetę Prawną” (patrz: link n początku artykułu) powoduje, że polski rolnik (którego ustawa podobno miała chronić) ma kłopoty, a wielkie firmy zagraniczne (którym podobno ustawa miała przeszkadzać) z tymi ograniczeniami sobie poradzą:

„Art. 3a. 1. Agencji działającej na rzecz Skarbu Państwa przysługuje prawo pierwokupu udziałów i akcji w spółce prawa handlowego, która jest właścicielem nieruchomości rolnej.

  1. Przepisu ust. 1 nie stosuje się w przypadku zbywania:

1) akcji dopuszczonych do obrotu na rynku giełdowym w rozumieniu ustawy z dnia 29 lipca 2005 r. o obrocie instrumentami finansowymi (Dz. U. z 2014 r. poz. 94, z późn. zm.”

Wspomniane obejście polega w największym skrócie na utworzeniu spółki nadrzędnej nad spółką posiadającą ziemię i sprzedawaniu nie ziemi, tylko udziałów, czego ustawa zabrania tylko w spółce niższej. Rolnik indywidualny spółki nie założy, bo nie ma pieniędzy na kapitał założycielski, a zagraniczny koncern ma całe biuro prawników i kapitał. Nie ma tylko zamiaru polskiej ziemi wykupywać, bo po co? Tak to już jest na ogół, że gdy chce się kontrolować wszystko, to zamiast zamierzonego skutku ma się skutek odwrotny i popsute tym majstrowaniem prawo. Takie są też skutki pisania ustaw bez konsultacji i ekspertyz, naprędce i uchwalanie ich po nocy. Polski obywatel chciałby ziemię kupować, ale ma szlaban, zagraniczny koncern kupować nie ma zamiaru, a szlaban obejdzie i tak, gdy tylko zechce.

Ostatnią budzącą zastrzeżenia kwestią jest nadanie Agencji Nieruchomości Rolnych uprawnień policyjnych:

1, Agencja przeprowadza kontrole, zgodnie z przyjętym i zatwierdzonym przez Prezesa Agencji planem kontroli.

[…]

  1. Osoby upoważnione do przeprowadzenia kontroli mają prawo do:

1) wstępu na teren nieruchomości rolnych kontrolowanych podmiotów;

2) żądania związanych z przedmiotem kontroli:

  1. a) pisemnych lub ustnych informacji,

  2. b) okazywania i udostępniania dokumentów.

Jednym słowem, Agencja Nieruchomości Rolnych ma prawo przeprowadzić przeszukanie na prywatnym terenie, niczym policja u przestępcy.

Zwolnij mnie czytelniku z wyliczania artykułów Konstytucji RP, Traktatu Akcesyjnego i prawa Unii Europejskiej, z którymi jest sprzeczna ta ustawa, bo musiałbym napisać jeszcze kilka stron tekstu, a i tak „koń, jaki jest, każdy widzi”.

Krzysztof Łoziński

VN:F [1.9.22_1171]
Oceń artykuł
Rating: 9.9/10 (82 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: +70 (from 70 votes)
Krzysztof Łoziński: Rekord świata bubla prawnego, 9.9 out of 10 based on 82 ratings

9 komentarzy

  1. Mariusz Malinowski 2016-04-28
    • j.Luk 2016-05-01
  2. hazelhard 2016-04-29
    • wawrzyniec sawicki 2016-04-29
    • Mr E 2016-04-29
  3. A. Goryński 2016-04-29
  4. andsol 2016-04-29
  5. malpa z paryza 2016-04-29
    • andsol 2016-04-29