Sławomir Popowski: To, co najważniejsze…

Stefan Bratkowski ma rację: najbliższe wybory będą w istocie wyborem cywilizacji, wyborem modelu rozwojowego Polski. I właśnie tak trzeba na nie patrzeć. Bo jeśli będziemy je postrzegać wyłącznie w kategoriach polityczno-sportowej rywalizacji, (jak to się dzieje obecnie), popełnimy błąd, za który potem będziemy płacić wysoką cenę – może nawet przez dziesięciolecia…

Kampania wyborcza dopiero nabiera obrotów, ale już to, co pokazano daje przedsmak tego, co będzie się działo dalej. Już w ubiegłym roku, po katastrofie lotniczej w Smoleńsku, PiS i jego Prezes dali dowód, że nie ma dla nich granic cynizmu, a cel uświęca środki. Przed wyborami prezydenckimi Jarosław Kaczyński przybrał cierpiętniczą maskę, grał rolę łagodnego polityka i wzywał do zakończenia wojny polsko-polskiej, (którą sam zresztą wywołał). Teraz już nie próbuje grać roli „łagodnego”, otwartego na dialog… Wręcz przeciwnie: nie ma takiej insynuacji i kłamstwa, którego by nie użył, jeśli tylko uzna, że dzięki temu „ciemny lud” – którego w istocie lekceważy – utoruje mu drogę do zwycięstwa… Żadnej politycznej poprawności, żadnych zasad i wartości, każdy chwyt jest dopuszczalny, bo liczy się tylko władza. Nawet kosztem interesów Państwa…

Komentatorzy słusznie zwracają dziś uwagę, iż przyjęta przez PiS i jego lidera strategia ma za cel zniechęcenie wyborców do udziału w jesiennym głosowaniu, bo tylko przy niskiej frekwencji wyborczej będą mieli jakieś szanse na powtórzenie sukcesu z 2005 r. Przypomnijmy: wówczas wystarczyło zaledwie 3,3 mln głosów (ok. 10 proc uprawnionych do głosowania), aby przejąć władzę i narzucić reszcie autorski projekt IV RP. I trzeba było dopiero olbrzymiej mobilizacji jego przeciwników, aby w 2007 r odesłać Kaczyńskiego z ekipą do ław opozycji.

Ta strategia – twierdzą analitycy – może się udać, jeśli do wyborów pójdą jedynie „twarde elektoraty” obu najważniejszych obecnie ugrupowań. Są one – jak wynika z sondaży socjologicznych – mniej więcej zbliżonej wielkości. Jeśli więc jeszcze pozostałym ugrupowaniom uda się odebrać PO część głosów tych, którzy w 2007 r poparli Platformę wyłącznie ze strachu przed PiS, wówczas – kto wie, może nawet Kaczyńskiemu uda się zwyciężyć. A jeśli nawet nie, to ma szanse pozostać największym ugrupowaniem opozycyjnym. Wtedy wystarczy jakiekolwiek tąpnięcie – choćby w gospodarce – albo spowodowana jakimiś innymi kłopotami zmiana nastrojów społecznych, aby – jako jedyna alternatywa – przejąć władzę…

I na jedno, i na drugie Kaczyński dziś stawia. Ale skoro tak, to miejmy świadomość o co toczy się gra i jaka jest stawka.

Na scenie politycznej mamy dziś trzy liczące się „normalne” ugrupowania, akceptujące porządek demokratyczny i konstytucyjny III RP oraz jedną partię „toksyczną”, antysystemową – tj. PiS. Ta partia – i stale o tym pamiętajmy – walczy o władzę nie po to, aby Polskę  modernizować, unowocześniać, (w obecnym jej kształcie konstytucyjnym i instytucjonalnym), ale całkowicie ją „przenicować”, „demokratycznie” obalić i stworzyć na jej gruzach nowe państwo, według własnego – i już tak dobrze znanego – projektu IV RP. Projektu, z którego nigdy nie zrezygnowali. Tak, jak i nigdy nie pogodzili się z porażką w 2007 r, gdy – właśnie ze względu na szaleństwa IV RP, (którą większość Polaków wówczas zdecydowanie odrzuciła) – musieli pożegnać się z władzą i stołkami. No i z marzeniami, że uda im się zbudować Polskę na własny obraz i podobieństwo. Z ich fobiami i kompleksami, a każdy kto tego nie zaakceptuje, zostanie wykluczony… Jak nie z pomocą IPN, to agenta Tomka z CBA, albo magnetofonu ministra Ziobro.

Podsumowując. To prawda, że przez znaczną część naszej historii po 1989 r główny konflikt polityczny sprowadzał się do pytania „czyja Polska”, a nie „jaka”. Z jednej strony była „post-komuna”, z drugiej – „post-solidarność”. Ale nawet wówczas, przynajmniej w sprawach zasadniczych, określanych polską racją stanu, udawało się znajdować konsensus i kompromis, a w rezultacie zmieniać i modernizować Polskę. Tyle, że nikt – tak, jak PiS, który w 2005 r doszedł do władzy – nie kwestionował wtedy fundamentów ustrojowych państwa, nie podważał jego demokratycznych instytucji, aby na ich miejsce zbudować swoje, przez siebie kontrolowane i sobie posłuszne. Dla Kaczyńskiego, PiS-u i związanej z nimi prawicy narodowo-katolickiej pytanie „czyja Polska” jest już jedynym, które tak naprawdę ich interesuje. Reszta jest wyłącznie cyniczną grą – taką samą, jaką była cała kampania prezydencka Jarosława Kaczyńskiego.

Stąd i końcowy apel: jeśli rzeczywiście chcemy modernizować Polskę, jeśli zależy nam, aby stała się ona prawdziwie nowoczesnym, europejskim i silnym państwem (bo egzamin z demokracji, przy wszystkich uwagach krytycznych i zastrzeżeniach, już zdaliśmy), to – po pierwsze – musimy pójść do wyborów, a po drugie – nie dopuścić PiS-u do władzy. Co więcej, im gorszy będzie ich wynik wyborczy, tym mniejsza będzie również groźba recydywy rządów tej formacji. A jednocześnie – tym większe będą szanse na realizację naszych planów rozwojowych, modernizacyjnych.

Stefan Bratkowski ma rację: w październiku 2011 r wybierać będziemy nie tylko partie, które będą nami rządzić, ale „cywilizację”, nasz model rozwojowy. To jest rzeczywista stawka tych wyborów: albo partia normalna, albo „toksyczna”. I to na długie lata.

Sławomir Popowski

VN:F [1.9.22_1171]
Oceń artykuł
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 0 (from 0 votes)

4 komentarze

  1. rodakzusa 2011-08-26
  2. narciarz2 2011-08-27
    • lemming killer 2011-08-28
  3. jacek2 2011-08-27