Andrzej Olas: Codzienne Sensacje (1)

2016–06–05.

Przede wszystkim nie mówcie mi, że ludzie są interesujący. Nie są, dziewięćdziesiąt procent stworzeń ludzkich to nudziarze. A dlaczego tak jest? Bo są zbyt głupi, by być interesującymi. Nie potrafią sklecić poprawnego zdania, wątek im ucieka tak jakby był tasakiem porąbany, a to co pojmują z telewizji zmieścisz na jednym mikronie kwadratowym ekranu. Dlatego chcąc im pomóc, trzeba im myśli podsuwać, byle wybierać te nieskomplikowane, dostarczać im jakąś podłą strawę dla tych ich koślawych mózgów, aby te mózgi żuły, przeżuwały, tak jak żują krowy. Bez tego łażą te stworzenia za swoimi mizernymi sprawami to tu, to tam, mając w oczach tę krowią nieobecność jakiejkolwiek akcji umysłowej.

I to właśnie robiliśmy w każdym numerze „Codziennych Sensacji”– podsuwaliśmy im tę strawę. Ja, Tomek i Leszek, a właściwie ponieważ Leszek był głównie od fotografii, to tylko ja i Tomek. Robiliśmy to wymyślając i sprzedając w gazecie nasz własny, często podły, ale podniecający czytelnika świat, posługiwaliśmy się własną wyobraźnią, przeinaczając prawdę bądź też wręcz kłamiąc.

I żyło mi się beztrosko – najpierw trochę pracy, a potem sporo czasu i pieniędzy na to aby się rozerwać. Aż do tego kenijskiego safari, do chwili kiedy nadszedł ból, moje bezsenne noce i niepewności.

Pierwszy raz popłakałem sobie pewnego deszczowego popołudnia, pochylony nad otwartą, pełną nieuporządkowanych papierów szufladą mojego biurka. Jedna, największa łza kapnęła na wrzucony tam chwilę przedtem, wydrukowany na czerwonym papierze list, akurat na jego pierwszą linię, dokładnie pomiędzy słowami „Kulawy” i „łajdaku”. Roztarłem łzę palcem na słowie „Kulawy”, odsunąłem na bok rozłożoną na blacie biurka płachtę „Codziennych Sensacji”  i powiedziałem Leszkowi:

— Czasem muszę sobie trochę popłakać.

Leszek spojrzał na mnie podnosząc wzrok znad kwadracików sudoku. Wiedziałem co pomyślał – że zamiast płakać powinienem kląć, kląć wszystko – kląć Tomka, kląć guida — Johna Kempa razem z całym personelem tego jego cholernego safari sprzed pół roku i tego słonia, który miał zły dzień i prezesa, który nam to integracyjne safari zafundował, kląć głośno i z wściekłością. A przede wszystkim kląć ten idiotyczny, przywieziony z Ameryki pomysł „czterech kroków odwagi” – u nich nazywało się to „four brave steps”. Trzeba tylko podejść na te cztery kroki do lwa czy słonia, podejść, to wystarczy, nie trzeba próbować niczego więcej i po chwili odejść. A jeśli był ktoś, kto zrobił zdjęcie tych czterech kroków, to koniecznie umieścić to zdjęcie na Facebooku, bo bez Facebooka odwaga się nie liczy. W Ameryce powstało nawet stowarzyszenie „four brave steps”, a u nas w Warszawie też o tym w nocnych klubach, po paru drinkach mówiliśmy. Stąd, z takiej rozmowy właśnie, wzięło się Tomka wyzwanie i ten rzut monetą, z którego wypadło mi być  w wyzwaniu pierwszym a Tomkowi drugim. Ale Tomek nigdy nie został drugim, jakoś to się omsknęło, choć i on i ja o jego niedokonaniu pamiętaliśmy. I podejrzewam że dlatego Tomek zaczął brać.

Tak, Leszek miał rację. Kląć, przeklinać — tak powinienem zrobić, przecież słyszałem kiedyś, że gniew, wściekłość jest darem od Boga. Tylko powinienem wyłączyć z  przekleństw Johna, bo jego winy było w tym najmniej:

— Uprzedzałem żeby nie. Słoniom to się zdarza – tak mi później powiedział John.

A zdarzyło się to bardzo szybko. Jeszcze dwie czy trzy sekundy wcześniej słoń stał nieruchomo, byłem o te wymagane cztery kroki od niego, spoglądałem do góry na usiany ogromnymi afrykańskimi gzami zad słonia, kiedy ten, z nieoczekiwaną jak na taką masę gracją przebiegł te cztery kroki i kolanem lewej przedniej nogi uderzył mnie w prawe biodro. Upadając, nie zdążyłem poczuć strachu, a kiedy, już leżąc twarzą do ziemi, odwróciłem głowę w prawo, zobaczyłem potężną nogę słonia zniżającą się nad  moją, odzianą w elegancki Africa–safari trzewik, stopą.  Po wgnieceniu stopy w suchą glebę kenijskiego stepu słoń odszedł do miejsca, w którym przedtem stał, zatrzymał się i spojrzał na mnie swymi małymi w proporcji do ogromnej czaszki, oczkami. W tej krótkiej, trwającej może dwie, trzy sekundy a zakończonej strzałem Johna, chwili zupełnego bezruchu, kiedy nie czułem jeszcze bólu, pomyślałem, że powinienem coś zrobić, ale nie wiedziałem co. Nie było potrzeby, bo strzał Johna był celny, pocisk z jego .600–overkill słoniówki przestrzelił czaszkę zastygłego w miejscu zwierzęcia. Tyle, że moja stopa była już zmiażdżona — jak powiedział mi chirurg w szpitalu w Nairobi — w sposób nieodwracalny — i śmierć słonia na nic się tu nie zdała. Tak samo jak nie zdało się na nic to, że teraz miałem lewą przednią stopę tego słonia w zasięgu mojego zamazanego łzami wzroku — spreparowana i przysłana z Nairobi stała na małym postumencie tuż obok mojego biurka.

Nie wiem, nie potrafię wyjaśnić dlaczego nie popłakałem się wcześniej, w szpitalu, w samolocie, czy podczas rekonwalescencji w Warszawie, a dopiero w pół roku później, już w pracy, w redakcji, nad otwartą szufladą biurka i płachtą tygodnika „Codzienne Sensacje”. W tym tygodniku (najpierw tygodnik nazywał się poprostu „Sensacje” ale po pewnym czasie prezes stwierdził, że słowo „codzienne” jest na tyle chwytliwe, że przyda się w tytule, a jeśli ktoś powie, że to nielogiczne, żeby umieszczać je w tytule tygodnika, to niech pokaże prezesowi choć jednego bogatego logika) pracowałem już pięć lat, a jak już powiedziałem, rozpłakałem się w pół roku po tym pechowym safari. Nie był to dobry dzień na popłakiwanie, bo był poniedziałek i do zamknięcia numeru mieliśmy tylko cztery godziny. A numer musiał być wystrzałowy, bo wcześniej, rano tego dnia, prezes powiedział mnie i Tomkowi, że jeśli w tym tygodniu przebijemy się przez barierę dwustu tysięcy sprzedanych egzemplarzy to autorytet gazety wzrośnie. Chwilę pomilczał, spojrzał na nas, później skierował wzrok w bok i powiedział, że będzie bonus, bonus dla nas obu, właśnie dla nas, bo my jesteśmy dwoma filarami, na których spoczywa autorytet pisma. Duży bonus. Widziałem, że możliwość bonusu ucieszyła Tomka (kokaina kosztuje) znacznie bardziej niż prezesowa deklaracja o autorytecie; zresztą mnie też, bo obaj myśleliśmy to samo — jaki też autorytet może mieć taka szmata jak ta gazeta. Ale słyszeliśmy dziesiątki takich wypowiedzi prezesa i wiedzieliśmy, że im bardziej mija się z prawdą, tym bardziej, kierując wzrok w bok od rozmówcy, chichocze bezgłośnie, w sobie, do siebie, do wewnątrz. Kiedyś powiedziałem Tomkowi, że prezes prowadzi z prawdą swój własny, prywatny pojedynek.

— A może to jest jego sposób na kontynuowanie kariery – odpowiedział mi wtedy Tomek – może tak trzeba, może z prawdą trzeba grać i wygrywać. Może prawda błądzi po bezdrożach i dobrze jest dać jej co jakiś czas kopa i skierować na właściwą drogę.

Kiedy obcierałem łzy, Leszek ani nie poklepał mnie współczująco po plecach, ani nie podał mi pudełka z papierowymi chusteczkami. Tego się w redakcji nie robiło, coś takiego pasowałoby by przyjaciołom, a my – my byliśmy tylko kumplami, zresztą tak samo jak i ja z Tomkiem. Najbardziej po kumpelsku byłoby wstać i odejść, zostawić kumpla samego, niech się jakoś zregeneruje. Ale nie, Leszek tego nie zrobił i uświadomiłem sobie, że obserwuje mnie w taki sam sposób, jak ja obserwuję podczas moich wywiadów przyszłe ofiary „Codziennych Sensacji”; Przypomniałem sobie, że tak samo przyglądał mi się pół roku temu, kiedy przechodziłem kolejne bezskuteczne operacje zmiażdżonej stopy. Nie było wtedy w jego wzroku choć krzty współczucia; zrozumiałem, że patrząc na moje łzy zadaje sobie pytanie ile też wiadomość o moim płaczu jest warta i czy zrobić jakieś zdjęcie. Tak jak zrobił zdjęcie Johna z powalonym słoniem i podpisem: „Bohaterski przewodnik i słoń który zdruzgotał stopę naszemu redakcyjnemu koledze” i zdjęcia ze mną jako bohaterskim dziennikarzem, przy moim biurku obok postumentu ze stopą słonia.

Teraz, kiedy zauważył, że się opanowałem, kiedy moje oczy już podeschły, Leszek przeniósł swoją uwagę na ledwie dla niego widoczny w uchylonej szufladzie mojego biurka czerwony arkusz papieru.

— Palisz się, żeby zobaczyć – pomyślałem i jeszcze raz przeczytałem to co było poniżej nagłówka „Kulawy łajdaku”:

„Przeklinam Cię. Przeklinam Cię na wieki. Od wielu lat bowiem moje życie kierowało się w określonym kierunku. Było przygotowywaniem mnie do ważnego zadania, miałem do tego zadania być wskazany. Miałem powiedzieć światu jak osiągnąć wyższy poziom sprawiedliwości, jak się zmienić aby brat kochał brata, aby kochały się wszystkie stworzenia. Miałem zrobić dobrze. Ty zaprzepaściłeś wielką szansę całego świata.”

— Zły styl – pomyślałem – przecież to „kierowało się w określonym kierunku” – to masło maślane.
W poniedziałek numer został oddany tak jak trzeba, z małym, parominutowym opóźnieniem. Po południu zdążyłem jeszcze wpaść do mojego banku i porozmawiać o kredycie na moją operację. Kierownik działu kredytów kiwał głową z powątpiewaniem:

— Kredyt na operację? Operację w Ameryce? Porozmawiam z szefem. Mówi pan że tylko tam takie operacje umieją robić? Od niedawna? Nie wie pan jeszcze za ile? Takiej transakcji jeszcze nie mieliśmy. Jakieś zabezpieczenie? Tak czy inaczej odsetki byłyby bardzo wysokie.

Wróciłem do domu i tego dnia już więcej nie płakałem, ale wieczorem nie udało mi się zasnąć. Siedziałem w kuchni, w piżamie, piłem Bombay Sapphire Gin Martini z trzema oliwkami i myślałem o tym wszystkim, o tym jakie fatum zrządziło, że to ja zostałem pierwszym a Tomek drugim i o tym, jak, Tomkowi udało się wykręcić od próby czterech kroków. Potem, po dwóch drinkach myślałem już tylko o Tomku, o tym czy obserwując Tomka mogę poznać samego siebie. Bo przez jakieś kombinacje tych dwudziestu tysięcy genów jakimi natura nas obdarzyła okazywaliśmy się sobie podobni. W naszym podobieństwie było więcej niż tylko to, że byliśmy utalentowani, że żywiliśmy się obserwacją i wyobraźnią. Naszą najważniejszą wspólną cechą była niecierpliwość. Ta niecierpliwość, z powodu której nie nadawaliśmy się na przykład do pracy naukowej. Niecierpliwość, połączona z pychą popychającą do powiedzenia sobie, że żaden cep tego co ja sobie wymyśliłem, ani nie umiałby sobie wyobrazić, ani by tak szybko tego nie wykorzystał. Inną naszą wspólną cechą było pragnienie uznania. Stąd tak łatwo dałem się nabrać na owe „four brave steps”.

Tak, Tomek miał wszystko to co ja miałem: Miał talent, wyobraźnię, pracowitość. Tyle, że wystarczał sobie samemu sam; podczas safari powiedział mi John, że o takich jak Tomek, mówi się w Kenii, że zjadają własne serca. Czy ja byłem taki sam? Byłem, do pewnego stopnia byłem, choć może John tego nie dostrzegł. I właśnie takich jak my było potrzeba w redakcji „Codziennych Sensacji”.

A John miał rację, bo Tomek eksperymentując z białym proszkiem już trochę własnego serca napoczął. Już nie wyglądał tak dobrze. Siadywał teraz w biurze odwykując, tęskniąc za kokainą i wpatrując się tępo w stojącą na postumencie stopę słonia.

Pod koniec drugiego martini pomyślałem, że czas przejrzeć co też Tomek trzyma w swoich mejlach. Nie będzie trudno – Tomek często zostawia swój laptop włączony, a jeśli nie, to napewno hasło gdzieś tam ma zapisane.

Przy trzecim Martini zacząłem myśleć o naszej gazecie. „Codzienna Sensacja” zajmowała się wyłącznie dwoma tematami — teoriami spiskowymi włączając w to fałszywe doniesienia naukowe i proroctwa, oraz skandalami i wynikającymi z nich skutkami. Nie, to nie tak, powiem prawdę — gazeta zajmowała się wyłącznie robieniem pieniędzy, a te dwa tematy były tylko narzędziami prowadzącymi do celu. A my dlatego byliśmy filarami tej naszej szmaty, bo we dwóch trzymaliśmy w garściach oba te tematy — teorie spiskowe były specjalnością Tomka, a ja byłem fachowcem od skandalów. Leszek fotograf pracował tylko jako wolny strzelec, a wolny czas poświęcał kwadratom sudoku, wygrywając turniej za turniejem. Mówił o sobie że o wszystkim myśli w kwadracikach i w kwadracikach organizuje też swoje notatki. Kiedy nie miał pod ręką sudoku zadowalał się krzyżówkami.

Moja praca nie była trudna, prawdziwej czy fałszywej informacji było w nadmiarze, kupowało się ją tanio, a ubrawszy ją w strony naszej gazety, sprzedawało się drogo. Moim zadaniem było, aby wygrzebawszy z tej codziennej, informacyjnej miazgi faktów i plotek perełki zadziwienia, umieć je wyszlifować.

Tomkowi też, dopóki nie poszedł w narkotyki, szło łatwo – okazało się, że jest poetą, wieszczem teorii spiskowych. Sztuką, w której Tomek nie miał sobie równych, była jego umiejętność przedstawienia naszej konwencjonalnej, trójwymiarowej kuli ziemskiej jako uwięzionej w wielowymiarowej przestrzeni konspiracji, spisków, sprzysiężeń i zbrodniczych knowań. Tomek to umiał, potrafił zaskoczyć swoimi pomysłami nawet prezesa, człowieka o umyśle tak samo ruchliwym, jak jego ciało. Według zatytułowanego „Oszuści. Nie wierzcie fizykom” artykułu Tomka prędkość światła była o połowę mniejsza od tej podawanej oficjalnie. Pisał że wiedzą o tym wszyscy fizycy, ale przez szacunek dla Einsteina, któremu sto lat temu liczba 300.000 bardzo się spodobała, nie publikują sprostowania. A poprzedniego roku w artykule pod tytułem „Ludożerstwo na Marsie. Polak bezpieczny” Tomek doniósł, że w amerykańskiej bazie na Marsie zdarzył się przypadek ludożerstwa (komendant bazy zjadł swojego zastępcę) i że w konsekwencji Pentagon zlikwidował bazę w trybie nagłym.

— Mogą sobie mówić, razem z całym światem że na Marsie nigdy ich nie było. Przecież każdy wie, że Amerykanie umieją zacierać ślady i zaprzeczać. Nasi czytelnicy wiedzą lepiej i wiedzą swoje – powiedział wtedy Tomkowi prezes.

Tym Polakiem z Tomka tytułu zainteresowało się nasze polskie Ministerstwo Obrony, ale powiedzieliśmy im, że my wiemy swoje, a oni niech sprawdzą z Amerykanami czy to może chodziło o Amerykanina o polskim nazwisku.

Zdarzało się, że pracowaliśmy z Tomkiem zespołowo. Prawie rok wcześniej, kiedy napisałem reportaż o fałszowaniu z chęci zysku starych dokumentów, Tomek, powołując się na wieloletniego pracownika archiwów państwowych, stworzył zakochanego w urzędniczce Biura Podawczego upiora w hipotece. Upiór miał zaatakować chłopaka urzędniczki ciskając w niego księgą wieczystą dzielnicy Białołęka i oplątując go niewidzialnym bo bezprzewodowym kablem komputera.

Właśnie myślałem o kosmosie, kiedy skończył mi się dżin. Pozostała mi tequila. I zacząłem myśleć o Bogu. Czy istnieje. Pewnie tak. A jeżeli istnieje, to jego moc musi przenikać cały wszechświat, całą przestrzeń, a więc przestrzeń nie może być pusta. Boska moc w przestrzeni musi ją przenikać tak jak przenika przestrzeń pole grawitacyjne, czy elektromagnetyczne. Przez chwilę zastanawiałem się czy Bóg, kiedy chce coś dobrego zrobić, może poruszać się z prędkością większą od prędkości światła, jakakolwiek by ta prędkość była. I raptem pomyślałem że dobrze by było gdybym ja zrobił coś dobrego.

Ale skończyła mi się i tequila i znowu zacząłem myśleć o sobie i o swojej stopie. Już było po północy, nadszedł nowy dzień. Dopiero wtedy się popłakałem, a potem, kiedy już przestałem płakać przyszło mi do głowy kilka pomysłów jak zrobić coś dobrego. I z tymi pomysłami upity w kija, poszedłem spać.

Kiedyś, za komuny piło się różne polskie wódki, a katzenjammera, czyli kaca, leczyło się klinem i kefirem – tak właśnie w swoich młodych latach leczył się mój tata. Potem reguły się zmieniły, na rynku rozrywki zapanowała rozmaitość, pojawiły się zagraniczne alkohole, brukowce typu „Codziennych Sensacji”, różne prochy, i zmieniło się też podejście do kaca — teraz leczymy się kawą w dużych ilościach.

Ten wtorkowy ranek, ranek najświętszego kaca, musiałem jakoś przetrwać, pomagałem więc sobie właśnie kawą, pocieszałem się, że mojemu ojcu było trudniej, bo do jego kaca dochodziła niewiara w komunę i przekonanie, że z tą komuną będzie na zawsze. Po zastanowieniu stwierdziłem, że była to jałowa pociecha, bo moja kulawa stopa i brudna praca w brukowcu też były niezłym powodem do pesymizmu.

Środa też nie była najlepsza. Nie udało mi się dobrać do Tomka mejli a powinienem, bo należało sprawdzić na ile mogę ufać Tomkowi. Zresztą prezesowi też. Zastanawiałem się nad kwestią zaufania, bo kiedy byłem w Ameryce, to widziałem tam różne rzeczy, na przykład jak się wyrzuca człowieka z pracy – Amerykanom zajmuje to co najwyżej pięć minut. Niepokoiło mnie też uczucie, jakie miałem od pewnego czasu, jakby coś, coś z zewnątrz, mi w pokojach redakcji przeszkadzało, jakby ktoś dobierał się do mojego mózgu.

W czwartek przyszła do gazety, zaadresowana do mnie, mała paczuszka. W paczuszce był mieszczący się na dłoni krzyżyk z przypiętą papierową sylwetką człowieka. Do rewersu krzyżyka przypięta była notka z czerwoną plamką przypominającą krew i słowami: „Ukrzyżowałeś mnie, kanalio”. Był tam też następny list na czerwonym papierze zaadresowany „Parszywy kuternogo”. Autor powtarzał, że miał być pierwszym wskazanym a potem od niego, z naszej ojczyzny, z Polski miało wyjść wskazanie które zmieni świat na lepsze. Przeklinał mnie i pisał: „Zostałeś Goebbelsowy kulasie rycerzem zła. Zniweczyłeś odrodzenie świata.”

Nieoczekiwanie lektura listu wytrąciła mnie z depresji. A w piątek obiecany przez prezesa bonus wpłynął na mój bankowy rachunek. Czułem się już dobrze, wydawało mi się, że płacz, bezsenna noc w kuchni z nadmiarem alkoholu, ten makabryczny sen i to uczucie szperania w moim mózgu przez to nieokreślone coś z zewnątrz, wszystko to minęło i już nie wróci.

— To kwestia ustabilizowania psychiki – przekonywałem siebie – już jest lepiej, a jakbym zapisał się na jogę albo Tai Chi, to już bym się zupełnie uspokoił. Następny tydzień wygląda dobrze – będziemy w Jabłonnie, na tych warsztatach, a tam jest zawsze dobra kuchnia. Przypomniałem sobie o postanowieniu zrobienia czegoś dobrego. Przyszły tydzień był obiecujący, miałbym trochę czasu, bo jedyne co miałem poza warsztatami to umówione spotkanie z posłem Kogoczego. To spotkanie miało być dla posła czyśćcem (o czym nie wiedział), bo jego nazwisko miało się pojawić w moim kolejnym reportażu o kombinacjach w Hipotece. Mówiąc w redakcji Tomkowi o czyśćcowym charakterze spotkania powiedziałem, że jest to jedno z niewielu czysto polskich słów z kombinacją liter „ćc”. Tomek jak zwykle wpatrywał się w stojącą na postumencie obok mojego biurka stopę słonia i nic nie odpowiedział.

Staliśmy przed frontonem znajdującego się w Jabłonnie pod Warszawą, a wzniesionego ponad sto pięćdziesiąt lat temu jednoarkadowego łuku triumfalnego. Patrząc w górę na wyrzeźbiony na zwieńczeniu łuku napis „Poniatowskiemu” przypomniałem sobie, że księcia Poniatowskiego zastrzelili podczas przeprawy przez rzekę Elsterę jego francuscy sojusznicy. Z tego faktu wynikały dwa wnioski: pierwszy, że, nie tak jak przydarzyło się sztabowi powstania, Francuzi zapasem amunicji dysponowali, a drugi, że dobrze jest zerkać do tyłu i na boki, sprawdzając czy stojący tam sojusznik czy kumpel nie bierze cię na muszkę.

Oganiający się od komarów Tomek stał z mojego lewego boku i lekko z tyłu, tak, że nie wiedziałem co robi. Mógł wpatrywać się w inskrypcję ale równie dobrze mógł zastanawiać się nad najlepszym miejscem na wlot kuli w tyle mojej głowy. Dopuszczałem obie możliwości, bo ostatnio zachowanie Tomka zaczęło mnie niepokoić – do tego że godzinami gapił się w stojącą na postumencie obok mojego biurka stopę słonia już nawykłem, ale od niedawna co jakiś czas celował w nią palcami wyciągniętej w geście pistoletu dłoni.

Odpierając atak dwóch naraz komarów pacnąłem się w czoło i kolejny raz przypomniałem sobie, że miałem przejrzeć Tomka mejle. Spojrzałem w prawo i zobaczyłem otwierające się drzwi Klubu Dyplomatycznego. Z drzwi wyszedł ubrany w biały kitel kelner. Czarna muszka kelnera ładnie odróżniała się na tle białej koszuli. Trzymając w lewej ręce tackę ze srebrzystym wiaderkiem, z którego wystawała szyjka butelki szampana i ze stojącymi obok dwoma pustymi kieliszkami kelner prawą ręką oganiał się od komarów. Zmierzał w stronę Świątyni Dumania.

W otaczającym pałac Poniatowskich jabłonowskim parku nie byliśmy, doliczając do nas kelnera i komary, sami – w odległości czterech metrów ode mnie, nieco powyżej mojej twarzy znajdował się pysk białego konia. Konia trzymał za uzdę masztalerz w zielonej, podobnej do myśliwskiej kurtce. Na koniu siedział prezes, także oganiający się prawą ręką od komarów. Ubrany był w strój jeździecki — czarny toczek i fraczek, popielate bryczesy i czarne oficerki, w lewym ręku trzymał bat ujeżdżeniowy. Tułów konia usiany był gzami bydlęcymi – zauważyłem, że są znacznie mniejsze niż te widziane ponad pół roku temu na zadzie słonia gzy afrykańskie. Bzyczenie komarów i obecność gzów potwiedzała usłyszaną w radio podczas jazdy do Jabłonny informację o wyjątkowo obfitym tegorocznym wysypie owadów.

— Chodzi mi o patynę wieków, proszę panów, spójrzmy choćby na tę inskrypcję – powiedział prezes, wskazując batem na fronton łuku — cóż to za nazwisko. Panowie! Hasłem moich Warszatów Odpowiedzialnego Dziennikarstwa jest tradycja, godność, solidność oraz uczciwość w informacji.

Prezes przerwał, spojrzał na koński łeb i powiedział:

—  Na zaproszeniach umieścimy portret księcia Poniatowskiego na koniu – a po chwili dodał:

— Oczywiście myślę o tym wspaniałym portrecie który namalował Kossak.

Bezgłośny chichot prezesa wypełnił zawierającą nas przestrzeń parku pomiędzy triumfalnym łukiem a Klubem Dyplomatycznym. Dudnił mi w uszach, nie ustawał, był tak intensywny, że przez chwilę przestałem słyszeć uwijające się dookoła komary.

Prezes wskazał batem na budynek Klubu Dyplomatycznego:

— Dyplomacja, panowie to gwarancja prestiżu i uczciwego dialogu.

Po chwili milczenia powiedział:

— A teraz muszę panów pożegnać, bo jadę kłusować, a potem mam tutaj spotkanie. Proszę prowadzić – zwrócił się do stajennego.

Zad obracającego się rosłego konia był ode mnie o pięć, bliżej, teraz o cztery kroki. Cztery kroki! Cztery kroki – tak jak na safari! I te gzy, te gzy, zwiastuny kalectwa. Już tylko trzy, dwa kroki, bliżej, jeszcze bliżej. Uciekać, muszę uciekać.

Andrzej Olas

VN:F [1.9.22_1171]
Oceń artykuł
Rating: 10.0/10 (1 vote cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: +2 (from 4 votes)
Andrzej Olas: Codzienne Sensacje (1), 10.0 out of 10 based on 1 rating