Polecamy

Maciej Łętowski, współzałożyciel tygodnika katolickiego „Ład”, który w stanie wojennym stał się forum (i miejscem „pracy chronionej” dla sporej grupy nieprawomyślnych publicystów najwyższej marki, którzy nie przeszli przez sito „weryfikacji”) – zaproponował swego rodzaju felietonową podróż w przeszłość.

Zbiór jego tekstów, zebrany w tomie „Moja córka Rywka i inne felietony”, to najlepszy dowód na to, że ten gatunek dziennikarski (tak bardzo ulotny) może mieć żywot dłuższy niż jeden tydzień czy jeden dzień (w tygodniku i dzienniku), czy nawet jeszcze krócej, jak w przypadku felietonu radiowego.

Felieton, który wybraliśmy z tej książki dla czytelników „SO”jest tego przykładem.

Moja córka Rywka

Odłóżmy na bok niedobrą książkę Jana Tomasza Grossa, która – zdaniem żydowskiego autora Normana Finkelsteina – jest „kolejną bronią Przedsiębiorstwa Holocaust w wymuszaniu od Polski pieniędzy”.

Odłóżmy na bok jego wojnę z rabinami o pełną ekshumację w Jedwabnem, gdyż ustalenia częściowej ekshumacji odebrały mu miano obiektywnego historyka.

Odłóżmy na bok pytanie, jaki był udział Niemców w tej zbrodni, a był przecież istotny. Podobnie, jak nie wchodźmy dziś w okoliczności żydowskiej kolaboracji z sowietami, a jest ona wyzwaniem dla pamięci współczesnych Żydów.

Dziś bądźmy wyłącznie z ofiarami. To jest ich dzień. Tylko tyle możemy im dziś dać. Możemy tylko pamiętać. To dużo, gdyż wielu spośród nas pamiętać nie chce. Bo pamięć mąci spokój sumienia. Możemy również odmówić dziś kadisz albo – jak kto woli – „Niech spoczywają w spokoju wiecznym. Amen”.

Proponuję swego rodzaju adopcję. Nie myślmy dziś o setkach jedwabiańskich Żydów. Setki ludzi to tylko sucha statystyka. Historia ludzkości jest pełna tego typu statystyk. Myślmy natomiast o konkretnych ludziach. O ludziach znanych z imienia i nazwiska. A więc o bogobojnym krawcu Lejbie, o jego pięknej żonie Chanie i o ich córce, dwunastoletniej chudej jak patyk Rywce. Jeszcze 60 lat temu rano ci troje mieszkali w Jedwabnem. Ale w południe zostali zagonieni na rynek. W nadziei powrotu zabrali ze sobą klucze od mieszkania. Nie wrócili, po południu pognano ich w kierunku stodoły, a w niej żywcem spalono. Spotkał ich ten los tylko dlatego, że byli Żydami.

Gdy w myślach towarzyszę im w ostatniej ziemskiej drodze, czuję ból i żal. Ból i żal, jaki zawsze wywołuje śmierć niewinnych i bezbronnych ludzi. A zarazem czuję bezsilną wściekłość. Wściekłość, jaką zawsze rodzi triumf zła. Równocześnie nie odczuwam żadnej solidarności narodowej ani religijnej z bandytami. Odczuwam natomiast ludzką solidarność z ofiarami. A zwłaszcza z moją świeżo „adoptowaną” córką chudą jak patyk Rywką, której nie dane już było stać się kobietą, urodzić dzieci i patrzeć, jak dobrze się uczą w jedwabiańskim chederze.

Ileż łatwiej byłoby mi żyć, gdybym mógł choćby ją jedną wyciągnąć z marszu śmierci…

„Życie Warszawy”, 10 lipca 2001 r.

Enhanced by Zemanta
VN:F [1.9.22_1171]
Oceń artykuł
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 0 (from 0 votes)