Andrzej Olas: Codzienne sensacje (2)

gazeta_do_sensacjiBiegnę, nie, nie biegnę, kuleję w stronę Klubu Dyplomatycznego. Upadam, uciekam na czworakach, mijam kelnera, który przygląda mi się ze zdziwieniem. Prawa, ta odganiająca komary, ręka kelnera zatrzymuje się jakby w hitlerowskim salucie.

Strach wciąż jest ze mną. Udaje mi się podnieść, kuśtykam dalej, zbliżam się do budynku Klubu Dyplomatycznego. Mijam Klub, mijam Świątynię Dumania, zauważam stojącą tam w uścisku całującą się parę, widzę, że prawa ręka pana obejmuje lewą pierś przytulonej do niego pani, widzę, że pan jest bez marynarki, a przez jego ramię przerzucony jest zielony krawat. Dociera do mnie przelotna myśl że to dla nich ten szampan, i że tak powinno być, że w takiej chwili, w chwili namiętnego pocałunku, szampan jest jak najbardziej właściwy, jednocześnie dziwię się, że w ataku paniki jestem w stanie o tym myśleć. Jestem już na parkingu. Opieram się o samochód, stoję tak jakiś czas. Wreszcie, wreszcie strach ustępuje, jestem w stanie wylistować fragmenty rzeczywistości. A więc gzy, zbliżający się zad konia, ucieczka, kelner, szampan, hitlerowski salut, uścisk pary w Świątyni Dumania i w końcu parking.
– Przecież ja znam tego mężczyznę ze Świątyni – uświadamiam sobie – to poseł zwany Kogoczego. Ten, z którym mam w przyszłym tygodniu wywiad.
Wyciągam kluczyki, otwieram drzwi samochodu. Postanawiam wrócić do domu. Chrzanić warsztaty.
Kiedy pisząc reportaż o księgach wieczystych zasłyszałem gdzieś frazy „dekret Bieruta” oraz „będzie dyskutowany w Sejmie” zainteresowałem się i zacząłem drążyć. I w tydzień po mojej ucieczce z Jabłonny znalazłem się razem z Leszkiem w Sejmie aby zadać posłowi Kogoczego dwa czy trzy pytania.
Poseł Kogoczego nosi się elegancko i zna się na wymogach PR. Już na początku kadencji wybrał swój znak rozpoznawczy – zielony kolor krawata – to właśnie po takim krawacie rozpoznałem go w Jabłonnie. Przezwisko Kogoczego przylepiło się do niego ponieważ opowiada wszystkim dookoła o tym kogo on nie zna i czego też nie potrafi załatwić. Inną znaną cechą posła jest maniera nadmiernego zbliżania swojej twarzy do twarzy rozmówcy.
Spotkanie z posłem trwało krótko, udało mi się zadać tylko dwa pytania: – Panie pośle – powiedziałem – ostatnio mam do pana szczęście, dwa tygodnie temu widziałem pana w telewizji, tydzień temu przelotnie zauważyłem pana w Jabłonnie, wczoraj dostałem tekst pańskiego oświadczenia w sprawie podjęcia zdecydowanej walki z korupcją, a dziś nareszcie rozmawiam z panem.
Poseł nachylił się do mojej twarzy i uderzył kwaśnym oddechem:
– Tak, tak, korupcja.
Leszek,koncentrując się na uchwyceniu w kadr zielonego krawatu, strzelił pierwszą serię zdjęć a ja cofnąłem się o pół kroku i wyciągnąłem w stronę posła plastikową koszulkę z kilkoma stronami papieru:
– W tym przygotowanym do druku artykule pojawia się pana nazwisko. W artykule piszę że w komisjach sejmowych interesuje się pan dekretem Bieruta o warszawskich nieruchomościach? Czy dlatego, że jest pan powiązany z dwoma kancelariami prawniczymi zajmującymi się tymi nieruchomościami?
Teraz Leszek skupia się na planie bliskim. To jest jego moment, moment zawodowego fotografa skandali. Aparat tykając raz po raz, filmuje zastygłą w bezruchu twarz posła. Umówione przed wejściem do Sejmu kiwnięcie głową Leszka, oznacza, że potrzebuje nowych ujęć. Odstępuję o krok w lewo i podnosząc głos, tak aby skierować na siebie wzrok posła, pytam:
– Czy to prawda, że wprawdzie kupić posła nie można, ale zawsze można go na parę miesięcy wynająć?
Poseł wykrzykuje:
– Przetrącę ci drugiego kulasa, pójdziesz do pierdla.- Maniery panie pośle, nie zapominajmy o dobrych manierach – odpowiadam.
Kątem oka spostrzegam zbliżającego się, w swojej gustownej granatowej marynarce z żółtym galowym sznurem, strażnika straży marszałkowskiej.
– Idziemy – mówię do Leszka.
Odchodzimy. Po chwili Leszek pyta:
– Ale o co ci właściwie chodzi?
Odpowiadam:
– O dwadzieścia miliardów złotych z odzysku, no kawałek z tych dwudziestu. Dudki łatwe do zachapania byle tylko zablokować zmiany prawne tyczące się dekretu Bieruta i znaleźć stare papierzyska. Te sprzed wojny, sprzed powstania – takie stare, że może już nie istnieją? Bo czasami te stare okazują się wcale nie takie stare. A jeszcze –  dodaję – póki nie skończę artykułu nie mów o niczym Tomkowi.

Zamierzałem  tę  rozmowę przeprowadzić w Jabłonnie – powiedział  patrząc  na mnie prezes – ale nie udało nam się.
O prezesie mówi się różnie. Jak kiedyś powiedział Tomek jego przeszłość obwieszona jest znakami zapytania. Jest niewysokim, tęgim panem, z tych ruchliwych, z ruchliwą twarzą, z nieustannie ruchliwymi rękami, zawsze coś przekładający na swoim biurku, a to poruszając klawiaturę komputera, a to podnosząc stertę papierów. Mówi niejasno, dwuznacznie, zimno, lubi abstrakcyjne dowcipy. Pojawił się w Warszawie z Ameryki – prawie dwadzieścia lat temu, w czasie, kiedy jeszcze reemigrantom przypisywano worki pieniędzy, i ciż, tylko dlatego, że wrócili, wzbudzali powszechne zainteresowanie, Gazeta nie jest jego jedynym przedsięwzięciem – ma też jakieś inne interesy, o których nie lubi mówić. Czasem okazywało się, że zna tego czy innego bohatera moich artykułów, ale zawsze milczał i tylko czytając artykuł kiwał głową. Trzy lata temu kupił sobie konia, potem następnego (tego od którego uciekałem – nazywa się Hetman) i wziął się za hippikę. Sponsoruje stajnię polo – no, nie sam, znalazł sobie  do tego jeszcze dwóch koniarzy.
Siedzieliśmy z prezesem przy drinkach w jego mieszkaniu w Alei Róż i gładko konwersując udawaliśmy, że się lubimy. Czekając kiedy prezes przejdzie do rzeczy zastanawiałem się nad Tomkiem, bo właśnie trzy godziny wcześniej rozejrzałem się w jego mejlach i uzyskałem trafienie – był tam taki mejl, który w sposób niejasny wspominał o mnie. Był też mejl od prezesa,wspominający o nachodzącej przeprowadzce. Czy to było dobrze czy źle – mogłem tylko zgadywać. I w końcu było jeszcze coś równie ważnego – Tomek kokainista był w długach których nie zwracał – przeczytałem dwa mejle z pogróżkami.
– Chcę zafundować panu trzy, cztery tygodnie wytężonej pracy – powiedział prezes – chodzi mi o raport definiujący przyszłość naszego pisma. Myślę o okresie trzech, może czterech lat.
Zasygnalizowałem zainteresowanie. Prezes ciągnął:
– Oczywiście żadnych obowiązków dziennikarskich, żadnych prac dla gazety w tym czasie. Całkowita koncentracja – wyłącznie raport.
– Oczywiście – potwierdziłem.
– Aha, i jeszcze coś – mam tu list – autor prosił o dyskrecję, ale wydaje mi się niestabilny, więc nie czuję się do niej zobowiązany. Proszę – tu prezes podał mi czerwony arkusz papieru.
Drinki kończyły się, szykowałem się do wyjścia, przyszedł czas na prezesowską przynętę:
– Mówiąc o pana operacji – wie pan – poza honorarium może jeszcze jakaś gwarancja, podżyrowanie przez wydawnictwo – coś takiego. Ułatwiłoby to kredyt, obniżyło oprocentowanie.
Pożegnaliśmy się podając sobie ręce. W domu wziąłem do ręki czerwony arkusz papieru i pomyślałem, że może nareszcie dowiem się coś więcej o moim prześladowcy. Dowiedziałem się mało, bo był to nie tyle list co donos. Na mnie. Na samym początku listu autor pisał: „Moja wyobraźnia jest uwolniona i na tyle rozległa, że samego mnie zadziwia.”
Potem było o mnie. Czytałem: „Piszę ten list, nie po to by wyliczyć znaki, których doświadczyłem, ani mówić o przyszłości. Piszę, bo chcę zdemaskować człowieka, który uniemożliwił odrodzenie świata…”.
I tak ciągnęło się to przez następne dwa paragrafy. W końcu znowu zacząłem myśleć o sobie i o swojej stopie. Już było po północy, nadszedł nowy dzień. Znów się popłakałem i zrobiłem coś bardzo głupiego – coś co się robi w kryzysie, w depresji, coś nieodwracalnego, coś o co pytają psychiatrzy kiedy rozpoznają chorobę psychiczną – spaliłem w kominku moją, zbieraną od dzieciństwa, kolekcję warszawskich gazet.
Z tą moją kolekcją było tak. Pod koniec dwudziestego wieku, kiedy miałem dziesięć lat, w dzień po święcie trzeciego maja, na stadionie w Krakowie Polska wygrała z Węgrami 3:2 i tego samego dnia podczas transmisji meczu, dokładnie w osiemdziesiątej czwartej minucie, kiedy to padła zwycięska bramka, zachorowałem na piłkę nożną. Choroba trwała i miesiąc później wymieniłem z kolegą szkolnym perłę mojej kolekcji znaczków pocztowych – znaczek Helgolandu – na gazetę ze sprawozdaniem z rozegranego pięćdziesiąt pięć lat wcześniej innego meczu Polska – Węgry. Przez szereg tygodni co kilka dni wyjmowałem z szuflady pozyskany przeze mnie numer Kuriera Warszawskiego z 28 sierpnia 1939 roku i czytałem:
„Wielki sukces polskich piłkarzy. Na stadionie Wojska Polskiego pokonali silną reprezentację Węgier, wicemistrzów świata 4:2.”
Karierę kibica zakończyłem w trzy miesiące później, 1. września tamtego roku po programie telewizyjnym z okazji rocznicy wybuchu drugiej wojny światowej, kiedy to pokazałem dziadkowi ów numer Kuriera Warszawskiego wypełniony, poza kroniką sportową takimi artykułami jak „Czekamy z palcem na cynglu”, „Francja całkowicie popiera stanowisko Polski”, „Flota brytyjska płynie”, „Z marszałkiem Śmigłym jesteśmy pewni wygranej” i dziadek kiwając głową powiedział „Czytałem to. Myślałem właśnie to co pisały te gazety”. Właśnie wtedy, jeszcze nie jedenastolatek, pomyślałem że sport to tylko malutki kawałeczek świata, że chciałbym być dziennikarzem, tym, który pisze, przekazuje innym to, co powinni myśleć o całym świecie i wtedy postanowiłem zbierać przedwojenne gazety warszawskie. Zadanie nie było łatwe, więc rozsądnie ograniczyłem się do gazet z sierpnia 1939 roku. A zamiast czytania wiadomości sportowych rozwiązywałem sobie zamieszczane tam krzyżówki i rebusy.
Teraz płacząc powtarzałem sobie, że gdyby nie tamten numer Kuriera Warszawskiego to nie zostałbym dziennikarzem, nie musiałbym kłamać, robić świństw, podchlebiać się prezesowi i nie straciłbym mojej stopy. Miąłem pożółkłe płachty starych gazet i rzucałem je jedną po drugiej na żarzące się drewna kominka.
Następnego dnia zostałem pobity, a napastnikiem okazał się niejaki Wojciech Przerwa. Pierwsze uderzenie Wojciecha Przerwy zaskoczyło mnie. Podbiegł do mnie, kiedy wychodziłem z Leszkiem z redakcji i krzycząc „Ty skurwysynu” uderzył mnie zaciśniętą pięścią z kastetem w twarz. Uderzenie rozcięło mi policzek, cofnąłem się o krok do tyłu, zachwiałem się na kalekiej stopie, a Wojciecha Przerwę wyniosło na prawo za mnie. Przed drugim uderzeniem zasłoniłem się teczką a Wojciech Przerwa krzycząc wyzwiska krążył wokół mnie jak kot bawiący się myszą. Krwawiłem, czułem jak krew z policzka spływa na kołnierzyk koszuli.
Przed dalszymi ranami ocalił mnie Leszek zatrzymując Wojciecha Przerwę chwytem w pasie. Potem była policja, opatrunek na mój policzek z apteczki radiowozu, sprawdzenie tożsamości napastnika. Kiedy policjant prowadzil do radiowozu zakutego w kajdanki Wojciecha Przerwę zauważyłem leżącą na chodniku komórkę. Podniosłem ją kosztem jednej więcej krwawej plamy na koszuli i wsadziłem do kieszeni marynarki. Na pogotowiu spędziłem cztery godziny – musiałem czekać, bo byłem tam jednym z najmniej poszkodowanych. Miałem więc czas na myślenie. Pomyślałem, że kiedy już będę opatrzony i wypuszczony do domu to może dowiem się czegoś z jego telefonu – jeśli tylko będzie działał – tak zawsze naciskając przyciski pozostawionej przez sprawcę komórki rozwiązuje się sprawy w kryminalnych serialach telewizyjnych. Wiele przemawiało za tym, że była to robota posła Kogoczego – przypominałem sobie te jego: „Przetrącę ci drugiego kulasa”. Szybka robota, musiałem przyznać. Tylko że napastnik wydawał mi się być amatorem – czyżby poseł Kogoczego nie umiał znaleźć fachowców? Przecież dużo ryzykował, o partackim uciszeniu mnie nie było mowy. Postanowiłem dowiedzieć się więcej jutro od policji.
A potem, wciąż z bolącym policzkiem czekając na lekarską pomoc, myślałem o Leszku. Wprawdzie przez chwilę zatrzymał Wojciecha Przerwę, ale zaraz potem rzucił się do fotografowania ofiary – to znaczy mnie. Z łaski Leszka znajdę się na pierwszej stronie „Codziennych Sensacji”, znów w charakterze ofiary.
Kiedy już uśmiechnięty pan doktor pogotowia zszył mój policzek, objaśnił, że nie będzie bardzo bolało, bo policzki są słabo unerwione, dał mi na wszelki wypadek porcję leków przeciwbólowych i zalecił żebym nie chodził tymi ulicami gdzie biją, pojechałem do domu. Jeśli kiedykolwiek był czas na drinka – to właśnie wtedy. Zastanawiałem się czy nie powinienem zmieszać sobie coś oryginalnego, ale zdecydowałem pozostać przy Bombay Saphire Gin Martini. Przedtem należało się przebrać. I zadzwonić do Tomka, zapytać o posła Kogoczego. Tomek zdziwił się moim telefonem, nie udało mi się wyczuć czy wie, że grzebałem w jego poczcie. Nie sądził żeby zleceniodawcą napadu był poseł – zbyt prymitywne – powiedział.  Przekonywałem go, zdecydowałem opowiedzieć mu o artykule, o tym że mam dobre poszlaki.

– Masz, masz – powiedział – ale tylko poszlaki.

W końcu, po pełnym emocji dniu poszedłem spać, a rano, jeszcze przed pierwszą kawą zająłem się znalezioną na chodniku komórką. Była wyłączona, dopiero w trzeciej próbie udało mi się ją włączyć. Sprawdzając wczorajsze połączenia Wojciecha Przerwy znalazłem kilka przychodzących od jego ojca.

– Chyba mogę zacząć od niego – pomyślałem.

– Pana syna zatrzymaliśmy. Przesłuchujemy.
– Panie komisarzu! Znowu zatrzymany? Za co? – zapytał ojciec.

– Za pobicie znanego redaktora poważnego czasopisma – odpowiedziałem już w roli komisarza warszawskiej policji. Wyobraziłem sobie siebie wychodzącego z pałacu Mostowskich w niebieskim mundurze z takim galowym sznurem jaki nosił w Sejmie strażnik marszałkowski,tylko że koloru srebrnego. Słuchawka zamikła, przyciskając barkiem komórkę do ucha skierowałem się do kuchni zrobić kawę. Pomyślałem, że zaraz dowiem się co wiąże Wojciecha Przerwę z posłem Kogoczego.
– Tego kulawego redaktora? – usłyszałem po chwili – panie komisarzu, mój syn to dobry człowiek. On kocha zwierzęta, to marzyciel, chciałby zmienić świat. Ja go jak mogę powstrzymuję, ale pół roku temu dowiedział się, że ten kulas, ten Goebbels, ten redaktor zabił słonia. A syn najbardziej kocha słonie.
– Proszę zaczekać – powiedziałem,odłożyłem telefon, wyciągnąłem z zamrażalnika butelkę Wyborowej, odkręciłem nakrętkę i podniosłem butelkę do ust. Przełknąłem dwa łyki wódki i z całej siły rąbnąłem butelką o podłogę:
– To nie poseł Kogoczego, to ten cholerny słoń, ten cholerny słoń, ten cholerny słoń, już martwy, a wciąż mnie prześladuje. Wszystko przez niego – mamlałem przez palące od wódki gardło.

W komórce chrobotało. Opanowałem się, podniosłem telefon do ucha.
– Panie komisarzu, słyszy mnie pan, pozwoli mi pan zobaczyć syna? – pytał ojciec.

– Pozwolę,ale jutro. A teraz niech pan mówi – odpowiedziałem, wciąż w roli komisarza.
Dowiedziałem się, że Wojciech Przerwa zawsze był lekko niezrównoważony. Zawsze marzył mu się inny, łagodniejszy świat.
– Rok temu miał wizję, wydało mu się, że otrzymał zadanie, że ma zmienić świat, tak by się odrodził, tak żeby kochały się wszystkie stworzenia. I wtedy przeczytał o tym kulasie dziennikarzu na safari, zobaczył zdjęcie stopy zabitego słonia. To go załamało. Kupił ryzę czerwonego papieru i zaczął pisać listy. Ale żeby tylko pisał. Chodził do różnych ambasad. A teraz doszła ta eksmisja – mówił ojciec Wojciecha Przerwy.
– Jaka eksmisja?
– Po powstaniu z naszej kamienicy w Śródmieściu na Wspólnej 11a, wie pan tej z głową trąbiącego słonia nad bramą, pozostał tylko szkielet. Razem z innymi mój dziadek odbudował spadnięte stropy, klatki schodowe, ścianki działowe. A zaraz potem kamienicę objął dekret Bieruta i podpadła pod kwaterunek i…
Chciałem mu przerwać, powiedzieć że chodziłem Wspólną, że wiem która to kamienica, ale nim zacząłem mówić domyśliłem się czegoś co było ważniejsze. Powiedziałem:
– A teraz ktoś wyrzuca lokatorów.
– No właśnie, przychodził jakiś adwokat z jakimś drugim, mówił do niego „panie pośle”. Stanął w drzwiach i powiedział coś o starych dokumentach, mówił że to nie nasze, tylko jakiegoś banku. Mówiłem mu że to nieprawda, że ojciec mi mówił że kamienica jest własnością miasta, ale powiedział że kiedyś może była, ale nie teraz, a jak powiedziałem o dziesiątym przykazaniu to tylko się zaśmiał. I wyrzucili nas dwa tygodnie temu. Całą ryzę czerwonego papieru mojego syna wyrzucili wprost na chodnik. Akurat w kałużę. A ten kulas dziennikarz żarty sobie z takich eksmisji robił.
Rzeczywiście. To było miesiąc temu, kiedy ten kulas, czyli ja, potrzebował jakiegoś zamknięcia artykułu o archiwach i zdecydował dopisać coś o eksmisjach. Napisałem wtedy, że trzeba być ofermą, żeby dopuścić do eksmisji. Bo jest tak: Po pierwsze na opiekę nad ofermą idą państwowe pieniądze, po drugie to najbardziej korzystają z tych państwowych pieniędzy nie te ofermy, a ci co się mają nimi opiekować, a po trzecie zaopiekowany oferma leni się, bo po co ma się wysilać. I tak jak krowa na pastwisku rozwala się oferma na jakimś brudnym materacu i mówi opiekujcie się mną, nie mówcie mi o czynszu, czy rachunku za elektryczność, bądźcie cicho a ja się prześpię. Tylko bardzo proszę mnie nie eksmitować.
– A teraz panie komisarzu mieszkamy w starym, zdezelowanym kiosku Ruchu, na działkach – ciągnął ojciec Wojciecha Przerwy – bez mebli, bo te zajął nam komornik i zajął też moją rentę. Tylko działka nam została. A syn świruje coraz bardziej – i tu usłyszałem chlipanie – ojciec Wojciecha Przerwy rozpłakał się.
Płakał tak samo jak ja płakałem wczoraj, czy też tamtego deszczowego popołudnia kiedy siedziałem przy biurku w redakcji „Codziennych Wiadomości”. Nie, nie mogłem tego słuchać, nie mogłem słuchać płaczu dorosłego mężczyzny. Wyłączyłem komórkę. Zabrałem się za kałużę wódki na podłodze, za zmiatanie szkła z rozbitej butelki, poczem kiedy pomyślałem o słoniu nad bramą kamienicy musiałem zrobić sobie Bombay Gin Martini. W łazience obejrzałem w lustrze oplastrowaną twarz, odpaliłem laptopa i zacząłem kalkulować jak zebrać pieniądze na operację stopy i kiedy może mi się to udać. Rachunki mi nie szły, wciąż brzmiało mi w uszach pochlipywanie ojca Wojciecha Przerwy. Otworzyłem więc moje mejle. Pierwszy na który natrafiłem był od prezesa i zawiadamiał, że za tydzień redakcja przenosi się na ulicę Wspólną 11a.
– Na początku będzie trochę trudno – odzyskany budynek jest w remoncie, chcemy zachować przedwojenny wystrój architektoniczny kamienicy, na przykład tę charakterystyczną głowę trąbiącego słonia nad bramą – pisał prezes – zajmie nam to trochę czasu, ale damy sobie radę, mamy jaką taką podstawę finansową.
Było mi niewygodnie, kwaśno odczuwałem w ustach wypitą na czczo wódkę, przeszkadzały mi plastry na twarzy. To nie był mój dzień, to nie był dzień na zagadki. Zamiast myśleć o głowie słonia na frontonie kamienicy na Wspólnej 11a, o eksmisji Przerwów i czy ta eksmisja to robota prezesa zająłem się moim postanowieniem zrobienia czegoś dobrego. Pomyślałem że niektórzy twierdzą, że Bóg dokonuje się kwantowo, że Bogu najłatwiej jest robić dobrze, i że jeśli to robi to napewno z prędkością światła, i o tym że to Bóg mógłby pomóc chlipiącemu ojcu Wojciecha Przerwy. I raptem doznałem olśnienia:
– Skoro chcę zrobić coś dobrego to czemu nie zrobić tego dla Wojciecha Przerwy i jego ojca, tych wypędzonych ze Wspólnej 11a. Ale. Ale miałbym pomagać Wojciechowi Przerwie? Temu co zniekształcił mi twarz? Temu choremu ofermie? Niech lepiej on i jego rodzina znajdą sobie jakiegoś urzędasa – od tego ten urzędas jest. A ja nie musiałbym ryzykować możliwego konfliktu z prezesem – bo to chyba nie przypadkiem nasz nowy adres to Wspólna 11a.
VN:F [1.9.22_1171]
Oceń artykuł
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 0 (from 0 votes)