Po Powstaniu

powstaniec2016-07-12.

Lotnik leżał na prawym boku. W wystającym z trawy ręku przyciskał do lewego boku ułamane śmigło z marmuru. Obok, uwiązane do śmigła, pasły się dwa wyleniałe wielbłądy koloru kawy z mlekiem. Niewidzące oczy lotnika ogarniały zachodnią część Placu Unii Lubelskiej. Na pierwszym planie stał, upstrzony u dołu kłębami wielbłądziej wełny, postument pomnika, dalej po lewej wypalona mokotowska rogatka, a na prawo budynek warszawskiej Straży Pożarnej.

Była wiosna roku 1945. Mniej niż rok minął od wypowiedzenia zabójczych słów: “jutro o piątej popołudniu rozpocznie pan działania”, a jeszcze mniej od momentu, kiedy któregoś dnia powstania, lotnik został strącony z postumentu swojego pomnika.

Tej wiosny, po powrocie do Warszawy, staliśmy się z bratem dziećmi warszawskich ruin. W naszych wędrówkach po Mokotowie klatki schodowe prowadzały nas do nieistniejących pięter, przeszliśmy też, odczytując napisy „мин нет”, pierwszą lekcję cyrylicy. Okupacja przyzwyczaiła mnie do nędzy, zachowywałem się beztrosko, choć od czasu powstania często śnili mi się goniący mnie SS-mani. Czasem we śnie ratował mnie olbrzymi ptak podobny do ptaka Roka z opowieści Sindbada Żeglarza, kiedyindziej budziłem się przekonany, że ginę. Kilkakrotnie Ptak uratował mnie także na jawie, jak kiedy w obozie w Pruszkowie okrył mnie swoimi skrzydłami i uczynił mnie niewidzialnym dla SS-manów.

Osobliwością ruin Placu Unii był, nietknięty zniszczeniem, już wspomniany, gmach Straży Pożarnej. Przed gmachem, na posterunku, obok usytuowanego na wyciągnięcie ręki i starannie wypolerowanego dzwonu, trwał okazały strażak dyżurny. Miał błyszczący srebrem, grzebieniasty hełm, do którego nie umywała się nawet setka wymiętych rogatywek berlingowców. Ubrany był w dobrze utrzymany granatowy uniform z błyszczącymi guzikami.U szerokiego, skórzanego pasa wisiał kształtny toporek. A na dodatek, na lewo od budki strażaka stał czerwony, gotowy do akcji wóz strażacki.

Straż Pożarna nie była jedyną atrakcją placu. Na otoczonym wyprutym torowiskiem tramwajowym okrągłym trawniku na środku placu – tam, gdzie lotnik, wielbłądy i postument – stał duży, trzymasztowy namiot. Nad namiotem, rozpięty na dwóch drągach, wisiał napis: „WIELKIJ CIRKUS DLA SWOBODNOJ POLSZY”. Przed namiotem stał zwykle gazik z interesującą, bo rosyjską rejestracją. Wielbłądy miały długie, żółte zęby i podrażnione pluły z wysoka.

W tym czasie zarabiałem sprzedając gazety na ulicach Mokotowa i często się na placu zatrzymywałem. Zaczynałem od strażaka i wozu strażackiego. Ani wóz strażacki ani strażak nie zwracali na mnie – ośmioletniego, przygarbionego mikrusa – najmniejszej uwagi, nawet wówczas, gdy towarzyszył mi Ptak. Po strażaku i wozie był namiot i wielbłądy.

Idąc dalej zatrzymywałem się na Wiśniowej przy wypalonych wrakach niemieckiej tankietki i wozu pancernego. Wieżyczką tankietki wciąż można było obracać kręcąc zacinającą się korbką – należało przy tym symulować strzały: – Ta, ta, ta, ta …

Z bratem i z kolegami z podwórka zajmowaliśmy się wyszukiwaniem i detonowaniem wszystkiego, co strzelało i wybuchało. A było tego dużo. W jednym z domów zrujnowanej Marszałkowskiej, w okolicy Litewskiej kryły się skarby. Pod opadłymi stropami pięciu pięter budynku zasypany był magazyn sklepu z bronią myśliwską. Któregoś pięknego majowego dnia wygrzebałem tam z gruzu trzy śrutowe naboje do dubeltówki. Z cennymi nabojami w ręku szedłem, już spóźniony, do pracy – do rozdzielni w drukarni „Życia Warszawy” na Polną. Po drodze rozważałem jak daleko doleci śrut, jak głośne będą wybuchy, czy może da się ustrzelić gołębia. No i jak odstrzelić naboje bez dubeltówki. A może rozpalić ognisko we wraku tankietki i wrzucić tam naboje – pancerz na pewno wytrzyma. Ale w tankietce nie ma gołębi. Miałem więc dużo do myślenia, gdy stanąłem obok strażaka aby pogapić się na błyszczący chromami wóz.

– Co tam masz w ręku? Dawaj– strażak pochylił się nade mną, chwycił mnie za ramię, a odbity od jego hełmu promień slońca uderzył mnie w oczy. Wiszący u pasa strażaka srebrny toporek był na wysokości mojego czoła. Na tyle na ile mogłem, odwróciłem się od niego i cofnąłem rękę z nabojami za siebie. Zwrócony byłem twarzą do wypalonej rogatki.

Tylko Ptak mógł uratować moją zdobycz. Ale czy zechce? W czasie powstania, kiedy wołałem o jego pomoc, nie przyszedł i nie ocalił pana Pruskiego, kiedy SS-mani prowadzili go na rozstrzelanie.

Nad rogatką zobaczyłem na niebie czerwoną rakietę. Wskazałem ręką:

– Tam! Czerwona rakieta!

Strażak, nie wypuszczając mnie, odwrócił się w stronę rogatki. Próbowałem uwolnić się z jego uchwytu, gdy usłyszałem strzały. Przed cyrkowym namiotem strzelał z pepeszy sowiecki żołnierz. Lufa pepeszy podniesiona była wysoko w powietrze. Nad rogatką ukazywały się czerwone, zielone i białe rakiety. Na gmachu drukarni zawyła syrena. Strażak puścił mnie i chwycił za sznur dzwonu alarmowego. Odbiegłem kilka kroków w stronę rogatki:

– Dziękuję ci Ptaku, że przyszedłeś mi z pomocą.

Od Puławskiej biegł z pistoletem w ręku oficer Berlinga, krzycząc:

– Koniec wojny. Wolność. Hitler nie żyje.

Przestraszone strzelaniną wielbłądy szarpały marmurowym śmigłem a lotnik wciąż obejmując śmigło kręcił przecząco głową tak jakby mówił:

– Nie, nie, nie…. Tyle śmierci a przecież jeszcze nie wolność.

Andrzej Olas

VN:F [1.9.22_1171]
Oceń artykuł
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: +2 (from 2 votes)

2 komentarze

  1. A. Goryński 2016-09-03
  2. PIRS 2016-09-04