Pani Waleria naprawia świat

Print Friendly, PDF & Email

budowa2016-07-12.

Wszystko zaczęło się trzy lata temu od banalnego, często zdarzającego się w Warszawie, wypadku rowerowego. Wtedy nie wolno było jeszcze jeździć na rowerze chodnikiem i pan Gnych, od kilku lat uprawiający rekreację rowerową, jechał sobie jak zwykle ulicą Puławską. Trasę miał niezmienną, dojeżdżał do wyścigów, tam zawracał i z powrotem do domu na Bałuckiego na południową kawę. Tyle, że poprzedniej nocy gdzieś na wysokości Domaniewskiej pękła rura wodociągowa, chłopcy z Wodociągów zwęzili jezdnię stawiając barierkę i teraz pracowicie wkopywali się w asfalt w domniemanym miejscu awarii. Mimo, że pan Gnych sygnalizował lewą ręką ominięcie barierki, jadący za nim wóz marki Skoda nie zahamował na czas i uderzył w rower pana Gnycha przewracając go i łamiąc mu nogę w kostce. W dwadzieścia minut po odwiezieniu pana Gnycha do szpitala barierka zniknęła, bo awaria okazała się być cztery metry dalej, już pod chodnikiem. O tym czasoprzestrzennym figlu opatrzności pan Gnych nie dowiedział się nigdy.

W wieku lat siedemdziesięciu tego typu złamania nie leczy się łatwo, po leczeniu przychodzi długa rehabilitacja, a szok psychiczny czasami może w ogóle nie minąć. To właśnie zdarzyło się panu Gnychowi. Pozbawiony ulubionej rekreacji, przez dłuższy czas pozbawiony też swobody poruszania się, popadł w depresję, zaraz przyplątały się inne choroby i pan Gnych zmarł po niecałym roku.

Wdowa po panu Gnychu, pani Waleria była wiotką, ale inteligentną i pełną energii starszą panią. Lubiła karmić wiewiórki w Łazienkach, oglądać serial M jak miłość i wypiekać domowe ciasta. Była też obdarzoną chęcią robienia rzeczy dobrych.

Jedyny syn pani Walerii, pan Włodzimierz, dawno już wyrobił sobie niezłą karierę w przemyśle Public Relations, był żonaty i spłodził dwoje wnuków. Mimo swoich najlepszych chęci i produkcji znakomitych makowców pani Waleria nie spędzała z wnukami dużo czasu – przykro, ale trzeba powiedzieć, że synowa nie odnosiła się do pani Walerii nazbyt przyjaźnie. W ostatnich latach sąsiedzi pani Walerii zauważyli, że ta miła i ogólnie lubiana wdowa zaczęła mówić sama do siebie. Uznali, że pewnie jest jej z tym mniej nudno.

Pierwotną przyczyną nienajlepszego kontaktu synowej z panią Walerią było nazwisko pana Gnycha, a co za tym idzie i pani Walerii; w prymitywnych czasach wczesnej komuny bowiem, kiedy państwo Gnych brali ślub w Urzędzie Stanu Cywilnego rzadko kiedy panna młoda pozostawała przy swoim nazwisku panieńskim. Rzecz była w tym, że poza Urzędem Stanu Cywilnego nazwisko Gnych można było znaleźć w aktach zalegających półki Instytutu Pamięci Narodowej – dziad pana Włodzimierza był w latach czterdziestych i pięćdziesiątych jednym z wielu funkcjonariuszy Urzędów Bezpieczeństwa. Wielkiej kariery tam nie zrobił, wysokich stanowisk nie zajmował, ale był i były ślady jego działalności, na pewno umacniającej komunizm, i na pewno ciemiężącej ludność Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej. Ubek Gnych do końca swego życia pozostał przekonany, że ciemiężył uciemiężonych dla ich własnego dobra. Zresztą świadczyła o tym jego wysoka emerytura.

Ślub syna pani Walerii odbywał się już w innym ustroju. Miał miejsce w roku powszechnego entuzjazmu naszego społeczeństwa, w roku w którym nasz biały orzeł odzyskał swą koronę i w roku, w którym syn pani Walerii zmienił nazwisko. Tę zmianę wymogła kilka miesięcy przed ślubem przyszła żona, a wówczas narzeczona pana Włodzimierza. Zmianę nazwiska można uważać za ważny dla nauk filozoficznych eksperyment, bowiem stanowiła ona próbę wykazania wyższości idei, pojęcia przecież abstrakcyjnego, nad pospolitą materią, próbę zmiany przeszłości i próbę transformacji pana Włodzimierza z całkowitego w takiego niezupełnego, niekompletnego, wnuka swojego dziadka.

Pani Waleria nie podzielała idealistycznego sposobu w jaki jej synowa rozprawiała się z przeszłością, zresztą filozofia nie była jej mocną stroną. Jej zadawanie się z przeszłością poszło innym torem. Było dla niej oczywiste, że teść był człowiekiem złym i że wyrządził wielu ludziom wiele złego. Kiedy ponad pięćdziesiąt lat temu wychodziła za mąż niewiele o tym wiedziała i nie próbowała o tym myśleć. Do śmierci męża nie zrobiła nic, w rok później usunęła z albumów rodzinnych wszystkie zdjęcia teścia. Co mogła zrobić więcej? Miała przecież czas, miała tak jak prokuratorzy Instytutu Pamięci Narodowej, bardzo wiele czasu. Czy mogła coś z tym złem zrobić? Jak odkupić zło?

Zidentyfikowanie ofiar teścia, czy też ich potomków uznała za niemożliwe. Ale wiedza o tym, że zło zostało wyrządzone i poczucie, że ludzie zostali skrzywdzeni drążyły jej świadomość; Pani Waleria zastanawiała się co może zrobić. A że właśnie zbliżały się wybory i o układzie, czwartej Rzeczypospolitej i łże–elitach w telewizji było pełno, to i pani Waleria polityką historyczną się zainteresowała. Ale w inny sposób niż politycy, bo pani Waleria o naprawie krzywd myślała, a nie o własnej karierze czy występie w telewizji.

Studiując w miejscowej wypożyczalni książek tygodniki ogólnopolskie, zetknęła się z szeregiem nowych terminów i politycznych prognoz; niestety w żadnym piśmie żaden z artykułów nie dawał recepty na prywatną naprawę krzywd. Za to w tym czy innym tygodniku często natykała się z odmienianym w różnych przypadkach rzeczownikiem “blog”. Pewna była, że nie jest to osoba, ani prezydent, ani premier, ani prezes. Jakiś czas zastanawiała się też, czy czasownik “blogować” nie ma czegoś wspólnego z nieprzyzwoitym stosunkiem płciowym. Było jeszcze wykręcające język słowo “twitter”, ale to to na pewno było z obcego języka, a interesować się obcym językiem, tak jak i filozofią, pani Waleria nie miała najmniejszego zamiaru.

Tygodniki wieściły różne rzeczy, takie jak ta, że ustawiczna pogoń za zyskiem zabija społeczeństwo, że państwo upadnie, że kościół upadnie, że opozycja upadnie, że szkoły upadną, że służba zdrowia upadnie. Zwróciło jej uwagę, że upadki te przepowiadane były selektywnie, rzadko wszystkie naraz; to zgadzało się z jej poczuciem zdrowego rozsądku. Kiedy w telewizji zobaczyła mapę Europy na niej zieloną wyspę Rzeczypospolitej, a resztę Europy na czerwono, uznała to za potwierdzenie, że skończył się czas komuny; za komuny na mapie było odwrotnie; to wyspa PRL–u była razem z bliskim sąsiedztwem cała czerwona, a jaka była reszta Europy, ta na dalszy zachód, trudno było powiedzieć, bo jej raczej nie pokazywali. Utwierdzona przez obraz zielonej wyspy pani Waleria niezbyt ufnie przyjmowała twierdzenia tych z czwartej rzeczypospolitej, że trzecia jest prawie całkowicie komunistyczna. Ale te konstatacje wykonywała tak jakby na marginesie właściwego myślenia, bo w żaden sposób nie posuwały one problemu naprawy krzywd do przodu.

Że rzeczy mają się ku gorszemu uważali też urzędujący na pobliskim skwerku miejscowi ludzie pijący. Ale z ich opinią się pani Waleria nie liczyła, bo już dawno zdecydowała, że sikającym w miejscu publicznym powinno się zabronić wypowiedzi w sprawach politycznych. Uznała, że do kościoła też nie ma co się zwracać – tyle teraz budują nowych świątyń, że jakby co to moja pomoc też na budowę by poszła, a mnie nie o to chodzi.  Rozwiązania problemu wciąż nie było.

W końcu pani Waleria postanowiła zwrócić się do szkolnego kolegi Włodzimierza – profesora historii Jacka Długosza, w tych dawnych czasach sąsiada państwa Gnychów. Jacek Długosz przemknął tylko incydentalnie przez młodość Włodzimierza – kolegował się z Włodzimierzem krótko, może z miesiąc. Kiedy spytała była wówczas Włodzimierza dlaczego Jacek nie pokazuje się więcej u nich w domu, Włodzimierz spłoszył się i dopiero po dłuższym przesłuchaniu powiedział, że chodzi o dziadkowy Urząd Bezpieczeństwa.

Decyzja kontaktu, i to po tylu latach, była całkiem śmiała; podejmując ją pani Waleria kierowała się także własną emocją: wiedziała, że żoną Jacka jest aktorka Kalina Długoszowa. Zanim zaczęła interesować się polityką pani Waleria oglądała ją niekiedy na ekranie telewizyjnym i lubiła ją. Pamiętała też, że jeden z krytyków powiedział kiedyś, że pani Kalina jest osobą przystępną.

Trzeba przyznać, że w rozmowie z Jackiem (bo udało jej się z nim skontaktować) starsza pani była szczera. Powiedziała, że czuje się winna tego, że weszła do rodziny funkcjonariusza. Powiedziała, że teraz na starość uważa, że jeśli kochała aż tak, że nie mogła odejść, to lepiej było zostać kochanką pana Gnycha, dać tej miłości czas na wygaszenie i spokojnie wyjść, odejść do własnego życia. Powiedziała, że jest winna, że tak nie zrobiła, że stała po stronie mocy zła. I poprosiła o radę jak może to odpokutować, jak może coś tutaj naprawić. I jeszcze powiedziała, że co do etycznej strony jej przeszłych decyzji poddaje się pod osąd Jacka i nie oczekuje jego sympatii.

Co było robić – Jacek najchętniej przerwałby rozmowę aby zastanowić się nad pani Walerii interesującą teorią spraw miłosnych, ale błagalny uśmiech pani Walerii spowodował, że zgodził się odłożyć na bok zarówno teorię uczuć miłosnych jak i sprawy etyczne. Po wysłuchaniu pani Walerii stało się jednak jasne, że ani Jacek, ani biorąca udział w rozmowie Kalina, żadnej rozsądnej rady udzielić nie potrafią; Kalinie nie pomogła nawet znajomość ciemnych stron ludzkiego umysłu, ludzkich namiętności i ludzkich wyborów, znajomość nabyta w czasie teatralnych prób do roli Medei w przerobionej na współczesność sztuki Eurypidesa. Jacka wiedza historyczna też nie dostarczała jakiegoś rozwiązania, przeciwnie sugerowała, że każda decyzja może okazać się błędna i szkodliwa. Pani Waleria odeszła z niczym. A na Jacka wygłoszoną później tego wieczoru uwagę, że “odejść do własnego życia” jest bardzo pięknym wyrażeniem Kalina odpowiedziała, że odejść jak odejść, ale odchodząc łatwo jest z ręki odchodzonej czy odchodzonego to własne życie stracić.

Następne spotkanie pani Walerii z Jackiem miało miejsce dwa miesiące później, zaraz po nieudanym telefonie pani Walerii do syna, kiedy to natknąwszy się na synową, pani Waleria została znów potraktowana ozięble a propozycja wizyty u wnuków została odrzucona. W konsekwencji upieczony na wizytę makowiec trafił do zamrażalnika, a pani Waleria wykonała następny telefon – właśnie do Jacka, oznajmiając mu, że podjęła decyzję co ma zrobić i chciałaby poprosić Jacka i Kalinę o opinię.

Znalazłszy się u Jacków pani Waleria oznajmiła, że przestała czytać zarówno gazety codzienne jak i tygodniki; to znaczy przestała czytać ich wersję drukowaną. Została studentką Uniwersytetu Trzeciego Wieku, dwa tygodnie wcześniej skończyła kurs komputerowy dla seniorów i teraz w najbliższej wypożyczalni książek czyta gazety w Internecie. Już wie co to są blogi, ale ich nie czyta, bo wiele z nich jest ordynarnych i niecenzuralnych. A ostatnio przeczytała o zapisie windykacyjnym. Że można coś co się posiada zapisać w całości albo w określonej części jakiemuś spadkobiercy i że taki zapis już nie idzie przed sąd. A zaznaczyła, że przedtem, kiedy nie było tego zapisu, to trzeba było postępowania sądu, który dzielił taką część temu a taką tamtemu, a jak się spadkobiercy pokłócili, to nic z tego nie wychodziło.

No dobrze, zapytał Jacek, ale co to ma za związek z teściem. Pani Waleria powiedziała, że ma, bo postanowiła zrobić coś dla seniorów – bo to oni, a nie ich dzieci, czy ich wnuki siedzieli całymi dziesięcioleciami nękani i uciemiężeni przez komunizm.

Pomysł pani Walerii zrobienia czegoś dla seniorów szczególnie spodobał się Kalinie, która trzy lata temu grała Reganę, niedobrą córkę starca, w szekspirowskim królu Learze. Tylko co chce pani Waleria zrobić? Pani Waleria odpowiedziała, że to co pozostało jej po teściu to mieszkanie, obszerne eleganckie, przedwojenne jeszcze mieszkanie w centrum Warszawy. To mieszkanie chce pani Waleria po śmierci podzielić równo: połowę dla jej wnuków, a drugą połowę dla Uniwersytetu Trzeciego Wieku. Pozwala na to ten zapis windykacyjny, a przeczytała dużo o prawie pierwokupu, tak że załatwi to tak, że interesy wnuków i Uniwersytetu nie będą w kolizji. Syn z synową mieszkania nie potrzebują, mają swoje. A jest to decyzja słuszna, bo to mieszkanie było przecież czyjeś, teść to mieszkanie jakby ukradł, bo dostał je w następstwie dekretu Bieruta i tylko dlatego, że był funkcjonariuszem. Tu pani Waleria wdała się w zawiłe tłumaczenie skutków dekretu, czego ani Jacek, ani Kalina nie zrozumieli, choć o samym Bierucie wiedzieli, a Jacek nawet wiedział bardzo dużo. Ale zrozumieli, że już rozmawiała z notariuszem i wszystko jest przygotowane, pani Waleria chce żeby Jacek i Kalina byli świadkami, to nie jest potrzebne, ale ona by chciała. A sympatii do niej dalej nie muszą czuć. Termin spotkania u notariusza jest za dwa tygodnie.

No, jeśli pani Waleria tak chce, to niech tak będzie, Jacek z Kaliną zgodzili się. Jacek zapisał datę na kalendarzu. Będzie to tuż po wyborach.

Na wybory Jacek Długosz zdążał samochodem z Wrocławia, z wizyty na tamtejszym Uniwersytecie. Zdążył ledwie ledwie, bo krajowa ósemka blokowała się tam gdzie zwykle – w Bełchatowie i w Wieluniu. Ale zdążył. Kiedy pani z komisji zauważyła, że chyba będzie ostatnim tego dnia wyborcą, Jacek pomyślał, że w dodatku dosyć głupim, bo przy takich drogach tylko głupiec może głosować na Platformę. Ale tego jej nie powiedział, a nuż byłoby to złamanie jakiegoś paragrafu ordynacji wyborczej, albo czegoś tam. A w dodatku takich głupców jak on było dużo. Przez chwilę zastanawiał się jak też zagłosuje pani Waleria, ale ponieważ nie należało okazywać jej sympatii to tematu nie drążył.

O północy nie było niczego telewizyjnie pewnego. Jacek nie zupełnie zadowolony, nalał sobie kieliszek bułgarskiego koniaku i zapuścił laptopa. I zdziwił się – czekał na niego mejl od pani Walerii. Pomyślał, że pani Waleria coś o wyborach pisze – może wbrew swojemu postanowieniu jakiegoś bloga przeczytała, co ją zdenerwował. Ale nie, chodziło o zupełnie inne nieszczęście.

Do pani Walerii przyszedł pan o bardzo szlachetnym nazwisku i powiedział, że od miesiąca on jest właścicielem kamienicy w której mieszka pani Waleria i że pani Waleria ma się wyprowadzić w ciągu trzech miesięcy, a na razie podwyższa jej czynsz, tak żeby koszt eksploatacji a i wartość zamieszkiwania w luksusowym mieszkaniu w centrum Warszawy była tym czynszem odzwierciedlona.  Ten pan wszystko o pani Walerii wiedział, powiedział, że teść pani Walerii był stalinowskim katem i że tak naprawdę to on, ten pan, człowiek, który latami walczył w Solidarności, dopełnia tylko tego co sprawiedliwe. Pani Waleria pisała o tym panu per pan X, a określenia “stalinowski kat” nie komentowała; brak komentarza uznał Jacek za właściwy, bo jeśli tak trudno jest tych katów ukarać, to przynajmniej trzeba mówić głośno kim byli.

No i teraz nie dość, pisała pani Waleria, że o zapisie windykacyjnym nie ma mowy, to jeszcze ona sama, okazuje się, może się znaleźć na bruku. Poradził jej ten pan, żeby do miasta poszła o lokal zastępczy, choć podkreślił, że nadziei na to, to by jej nie robił. No i jeszcze zwrócił uwagę, żeby lepiej o lokal dbała, bo w rogu łazienki grzyb się zapowiada, a w takim mieszkaniu to tak przecież nie można. Pani Waleria określiła zachowanie tego pana jako aroganckie i lekceważące, szczególnie, że żadnego zapowiadania się grzyba nie było, a o mieszkanie dba jak mało kto, i malowanie zrobiła pół roku temu. Zapytała go o jego tak ładnie brzmiące nazwisko, to powiedział, że tak, że on jest z tego rodu, rodu, który od wieków za sprawiedliwością wotował. Pani Waleria dodała, że po wyjściu tego pana przeczytała w encyklopedii, że to nieprawda, że to w szlacheckim warcholstwie ród jego przed innymi rodami przodował. A Jacek zgadywał, że nazwała tego pana pan X – bo X jest jak Xiążę.

Jackowi, historykowi przecież, nietrudno było przywołać z pamięci, bez sięgania do źródeł, kilka niechlubnych wystąpień antenatów tego anioła sprawiedliwości. Zresztą czy jest ród magnacki który może być przez historyka, ot tak sobie, polubiony? Nie, takiego nie ma. A w dodatku, Jacek wiedział, że w ostatnich wiekach nazwisko przestało być rzeczą dziedziczoną, a stało się rzeczą nabytą. Po każdej większej katastrofie narodowej, grzebiąc w jej zgliszczach, każdy mógł sobie prawie że dowolne z nazwisk przybrać, jakby chciał to może nawet X, a czasem jeśli przy pieniądzach, to i sygnet szlachecki kupić. Czasem z tych pieniędzy, co właśnie ukradzione.

Pani Waleria kończyła mejla stwierdzeniem, że i tym razem wcale o sympatię nie prosi, ale po prostu nie wie co robić.

Narada z Kaliną nie przyniosła żadnych rezultatów poza stwierdzeniem, że wpakowali się oboje w sytuację bardzo dwuznaczną. Pan Gnych był funkcjonariuszem, niezaprzeczalnie, mieszkanie było jak skradzione, synowa pani Walerii niesympatyczna, pani Walerii sympatia się nie należała, syn pani Walerii był znakiem zapytania, i było duże prawdopodobieństwo, że ten pan X o pięknym nazwisku był ścierwnikiem – takim, co odgrzebuje padlinę – żer z ostatniej wojny i pochłania rozrywając ją na strzępy.

I tu moglibyśmy zakończyć tę story, informując czytelnika, że autor chciał przypomnieć odwieczny morał, morał tej i każdej innej historii: poczucie sprawiedliwości jest zakodowane gdzieś w ludzkim kodzie genetycznym, gdzieś w naszym DNA jakaś chemia wymusza na nas dążenie do reguł, przepisów mówiących, że słabszym należy się ochrona, że wiemy, że są czyny na które naszej zgody nie ma. Tylko że zdarza się, że w naszej rzeczywistości pojawi się ktoś z jakimś popsutym DNA, taki jakiś Bierut, zwerbuje jakiegoś Gnycha i innych, z którymi będzie świadomie łamał reguły, organizował mordy i tłumaczył nam, że to wszystko jest normalne. Albo pojawi się jakiś pan X. Oczywiście ten Bierut, czy jego miniaturowa kopia – pan X są tu symbolami, możesz czytelniku użyć własnego doświadczenia do podstawienia na jego miejsce całego gabinetu zbrodni.

– Zaraz, zaraz – pytasz czytelniku – a gdzież jest finał tej całej historii? Przecież życie toczy się dalej.

Proszę bardzo, oto jest:

Następnego dnia, po mejlu pani Walerii Jacek wziął się za swoją komórkę. Warszawa nie jest aż taka duża, żeby dla uzyskania podstawowych wiadomości o człowieku trzeba było zatrudniać prywatnego detektywa. Wczesnym popołudniem Jacek wiedział co powinien wiedzieć: Ten pan X o pięknym nazwisku był człowiekiem niebezpiecznym. Po nieskończonych studiach prawniczych robił różne rzeczy a ostatnio zajął się odzyskiwaniem nieruchomości z dekretu Bieruta i z innych roszczeń, prywatnych i instytucjonalnych. W Solidarności nie działał, w ogóle nie był. Za to był skuteczny, bo już tego dnia wieczorem Wiesław, dziennikarz i przyjaciel Jacka powiadomił go, że jego śledztwo zostało zauważone. Powiedział, że pan X montuje kontratak – Jacek będzie ogłoszony opiekunem stalinowców, sympatykiem Stowarzyszenia Polskich Marksistów i zawodowym plagiatorem, który wyłudził tytuł profesorski. Pomimo że Jacek nie miał pojęcia, że Stowarzyszenie Marksistów Polskich istnieje, to tą informacją się przejął.

Jak już wspomniałem story kończy się tutaj. Bo następnego dnia poranne gazety doniosły, że pan X o pięknym nazwisku został zatrzymany pod szeregiem zarzutów. Głównie chodziło o fałszerstwa testamentów, przekupywanie urzędników sądowych z wydziałów Ksiąg Wieczystych i nielegalne działania w różnych komisjach. Jacek miał szczęście, bo zarzuty stawiane panu X były poważne, wyglądało na to, że chemia ludzkiego DNA i aparat sprawiedliwości, pewnie ten taki trzyliterowy, zadziałały wspólnie i skutecznie. Jacek mógł odetchnąć, bo zapowiadało się długie śledztwo i długi wyrok.

A pani Waleria? Na pewno też odetchnęła. Ale Jacek Długosz wciąż nie wie czy należy jej się sympatia jego i czytelników tej story.

Andrzej Olas

VN:F [1.9.22_1171]
Oceń artykuł
Rating: 10.0/10 (1 vote cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: +1 (from 1 vote)
Pani Waleria naprawia świat, 10.0 out of 10 based on 1 rating