Jerzy Łukaszewski: My, imigranci

Print Friendly, PDF & Email

a12016-07-13.

Po wielkiej burzy, która zatrzęsła Europą w związku z falą imigrantów z Bliskiego Wschodu i nie tylko, a którą politycy różnych krajów i różnych opcji usiłowali wygrać dla siebie bądź to szeroko otwierając ramiona na powitanie nadchodzących, bądź stojąc twardo i nieustępliwie na stanowisku obrony swych ojczyzn przed zagrożeniem, jakie niewątpliwie stanowią oni dla zastanych stosunków nie tylko politycznych, przyszedł czas oddechu i refleksji.

Nie oznacza to w żadnym wypadku, że spór na poziomie nawet podstawowym został zakończony.

Zakończył się jedynie najgorętszy okres naporu „najeźdźców”, w którym to czasie podejmowano decyzje tyleż zdecydowane, co nietrafione i to niezależnie od stosunku do przybywających.

Nawet polski Kościół Katolicki, niepodejrzewany przecież przez nikogo rozsądnego o jakąkolwiek zdolność do refleksji zmienił ton i w miejsce ślepej i głuchej na wszystko obrony niejasno sprecyzowanych wartości zaczął przebąkiwać o miłości bliźniego i tym podobnych, dawno zapomnianych przezeń ewangelicznych nakazach.

Biskup Gądecki wprawdzie na Jasnej Górze dał wykładnię słów papieża Franciszka, aby przypadkiem któryś z wiernych nie pomyślał, że Franciszek powiedział to co powiedział, ale przy całej specyfice pojmowania przeciętnego, polskiego biskupa trzeba przyznać, że dyskusja co nieco się uspokoiła.

Niestety, wciąż brakuje odnośnie tego tematu dyskusji głębszej, sięgającej poza bieżące problemy, brakuje spojrzenia na procesy historyczne związane z przemieszczaniem się ludzi od zarania dziejów świata i wyciągnięcia z nich jakichś sensownych wniosków.

A jest co wyciągać, jeśli się podejdzie do sprawy inaczej, niż troszcząc się jedynie o to co tu i teraz.

Procesy historyczne dzielą się na te, które trwają długo i na te, które trwają bardzo długo. Tu nic nie staje się nagle i szybko. Jeśli nawet w opracowaniach naukowych czytamy o jakichś najazdach, to ulegamy złudzeniu „skrócenia się „ czasu, ponieważ na kartach książki 200 czy 300 lat to tylko kilka (a czasem tylko jedna) stron, szczególnie jeśli rzecz dotyczy spraw sprzed kilku tysiącleci.

W sytuacji gdy nie jesteśmy w stanie prześledzić szczegółów tamtych wydarzeń, a znamy tylko ich skutki zdarza się, że przechodzimy nad nimi do porządku dziennego uznając je za „normalne”.

Któż się dziś będzie emocjonował np. najazdem ludów akadyjskich na Sumer?

Szkoda, że niewielu, bo tamta sytuacja do złudzenia przypomina to, co się zaczyna dziać w Europie od lat kilkunastu, czy nawet dłużej.

Zderzenie jakie nastąpiło w IV tysiącleciu przed naszą erą też musiało wywoływać zgrozę u niektórych, sprzeciw u innych, nadzieję u jeszcze innych.

O tym wszystkim czytamy spokojnie i „ze zrozumieniem”.

Zupełnie inaczej to wygląda jeśli patrzymy na świat sobie współczesny. Sama myśl o końcu cywilizacji jaką znamy i jaką do pewnego stopnia współtworzyliśmy napawa lękiem. Lękiem niepewności co do przyszłości przede wszystkim własnej, a na użytek polityczny – także troską o przyszłość kontynentu, kraju, kultury itp.

Dziś wielu z nas przeraża „inność” tych, którzy tu przybywają, a  którzy czując swą siłę w masie nie zawsze chcą liczyć się ze stosunkami jakie zastali i głoszą wszem i wobec, że zaprowadzą „swój porządek”.

Odruchowi oporu jakie takie deklaracje wywołują trudno się dziwić. Każdy ma jakieś dziś i każdy chce mieć jakieś jutro. Świadomość, że  obraz tego jutra znajduje się gdzieś poza naszymi zdolnościami pojmowania nie jest łatwa do akceptacji nawet dla zorientowanych najbardziej liberalnie.

Tymczasem nie jest to sytuacja ani nowa, ani jakaś szczególna.

Wdając się w szczegóły dyskusji na temat praw i obowiązków przybyszów, na temat tego czego oczekują oni, a czego od nich my, tracimy na ogół z oczu dłuższą perspektywę przemian jakim poddawany jest świat w zasadzie od zawsze.

Historia, która nie zawsze jest miłą babunią podsuwającą swym ukochanym wnuczkom frykasy przed nos jak to chcieliby wyznawcy tzw. polityki historycznej, uczy nas (a przynajmniej się stara) zupełnie czego innego. Tego, że w efekcie wielkich przemian ani oni nie dostaną tego po co przybyli, ani my nie potrafimy tym przemianom zapobiec.

Uczy nas tego, że żadna armia najeźdźcza nie potrafi zdziałać tego, co masy zwykłych ludzi napływających na jakieś terytorium.

Mając umysły owładnięte zachwytem nad nowoczesnymi technologiami i żyjąc we względnym dobrobycie rzucamy gniewne spojrzenia na tych, którzy przychodzą z zewnątrz by nam to zabrać, by z tego skorzystać w sposób  wg nas nieuprawniony, bo bez własnego wkładu.

A przecież tak było zawsze i – jak by nie patrzeć – jest to nasza własna historia.

Wspomniani już Akkadowie to semiccy nomadzi, którzy opanowali swego czasu Sumer. Dla nas to istotne, szczególne w kontekście kulturowo religijnym, bo Biblia, która ma swój udział w kształtowaniu naszego postrzegania świata pochodzi właśnie z tamtego terenu i jest w swym ostatecznym kształcie mieszaniną pojęć autorstwa zarówno wędrownych plemion jak i ludów wcześniej osiadłych. Stąd też biorą się wychwytywane w niej niezgodności i niespójności w przedstawianiu zasad etycznych i wszelkich innych. Biblia nie mówi nam wprost, że Abraham wyprowadził swych ludzi z pobliża Ur w celach jak najbardziej ekonomicznych, choć to właśnie było pierwotną przyczyną owego exodusu, ani nie jedynego, ani nawet nie największego w tamtych czasach.

My odziedziczyliśmy po tamtych czasach podstawy matematyki i astronomii,  siedmiodniowy tydzień, pierwsze zegarki (choć bez kukułki) i wiele, wiele innych pomysłów, których wymienianie zajęłoby zbyt wiele miejsca.

Mezopotamia jest jednak warta zainteresowania choćby z jednego względu.

Przeżywając w swej historii wielokrotnie napór obcych ludów dążących do opanowania tego ziemskiego edenu i w końcu opanowujących go, pokazuje nam z bezpiecznej odległości czasowej skutki takich procesów. Ich nieuchronność – nikomu i nigdy nie udało się ich na dłużej powstrzymać – ich skutki kulturowo cywilizacyjne – żaden najeźdźca nie wygrał w 100% z zastaną wyższą kulturą stopniowo włączając ją do swego wewnętrznego obiegu, a bywało, że i wzbogacając wkładem własnym – na koniec każąc spojrzeć trochę inaczej na naszą własną tożsamość.

Kim bowiem my sami jesteśmy? Przecież nawet absolwent szkoły powszechnej wie, że nie jesteśmy tu „od zawsze”, że nasi przodkowie przybyli skądś na ziemie, które  teraz – jak twierdzimy – są naszym „odwiecznym” terytorium.

Dlaczego tu przybyli? No przecież nie ze względu na walory krajobrazowe tym bardziej, że wiele ludów osiedlało się po wędrówkach na terenach – wydawałoby się – mało zachęcających pod względem estetycznym.

Uważamy się za potomków cywilizacji grecko rzymskiej, a przecież gdyby zapytać: kim byli starożytni Grecy niejeden by się zdziwił słysząc odpowiedź.

Większość „greckich” mitów nie ma z tym ludem nic wspólnego, większość bóstw od Zeusa i Ateny aż po Afrodytę, to bóstwa czczone przez minojczyków wypartych przez greckiego imigranta i przejęte w „spadku”. Spadku którymś już z kolei, bo i minojczycy przejęli je od wcześniejszych ludów, które przybyły na te tereny przed nimi.

Grecy kojarzą nam się (i nie bez racji) między innymi z ich umiejętnościami żeglarskimi – wyspiarski obszar wymuszał to na mieszkańcach, ale przecież słowo „thalassa – morze” nie jest słowem greckim, jest przejęte przez nich od tych, których zdominowali.

Każdy najazd, kiedy patrzy się nań w krótkiej perspektywie kojarzy się nam nie bez racji z upadkiem jakiejś cywilizacji.

W dłuższej przechodzimy nad tym faktem do porządku dziennego widząc ostateczne efekty.

Nie chcemy zauważać, że dominacja Rzymu oznaczała w początkowym okresie burzenie kilku kultur ( w tym greckiej) przez prymitywne hordy szukające w zdobyczach swojej szansy na przetrwanie.

Hunowie w porównaniu z Rzymianami to byli prawdziwi barbarzyńcy. Goci zamieszkujący czas jakiś nasze Pomorze takoż. Pchali się do zasobnej Europy, bo w dotychczas zajmowanych okolicach z różnych względów mieli niewielkie szanse by przeżyć.

Ot, typowi „imigranci ekonomiczni”, których tak łatwo dziś krytykujemy.

A przecież to spośród nich, spośród tych dzikich barbarzyńców ostatecznie wyłoniła się monarchia Karola Wielkiego będąca do dziś wzorcem godnym naśladowania dla wielu współczesnych państw i niezwykle trwałym. Funt brytyjski aż do roku 1971 był niczym innym jak karolińską grzywną jeśli chodzi o podział.

Wiele instytucji chrześcijańskiej Europy wzorowało się na królestwie tego niepiśmiennego władcy zarówno jeśli chodzi o budowaną strukturę administracyjną, jak i podstawy prawne.

Nigdy więc nie było tak, że najazd oznaczał coś tylko i wyłącznie złego i to raz na zawsze.

Owszem – na czas jednego czy drugiego pokolenia było to trzęsienie ziemi, ale w dłuższym okresie czasu to była tylko zmiana, nieuchronna zmiana spowodowana tymi samymi od tysiącleci przesłankami. Głodny idzie ku spichrzom, spragniony podąża ku źródłu.

Biologia.

Oczywiście, każdy z tych najazdów miał inny przebieg i inne pozostawił ślady. Bywało – jak w przypadku ludów turkskich, które najechały południową słowiańszczyznę, że pod względem kulturowym ślad po nich zaginął. Bułgarzy przecież dziś uważają się za Słowian, mówią słowiańskim językiem itd.

Kiedy w XIII wieku najechały nasz kraj hordy Czingiz chana zwaliśmy je Tatarami, które to plemię zostało dużo wcześniej wycięte w pień przez … tegoż właśnie władcę.

Kiedy do dziś spotyka się potomków Hunów pośród „rdzennych” Szwajcarów nikt już im nie wypomina, że są barbarzyńcami, którzy przyszli, by zniszczyć Europę. Ba – Węgrzy z dumą podkreślają (nie całkiem zasadnie) swoje pochodzenie od ludu Attyli.

Wprawdzie „polityka historyczna” występuje wszędzie, także w USA gdzie służby państwowe (FBI) potrafią zablokować badania naukowe nad znalezionymi szczątkami ludzkimi w odległych epok, które nie okazały się pozostałościami „rdzennych Amerykanów” jak każe się dziś nazywać Indian, ale w skali historycznej to tylko taka sobie śmiesznostka, ośli upór przed przyznaniem, że deszcz pada z góry na dół.

Itd.itd.

Przebieg tych najazdów bywał też różny w zależności od przyjęcia ich przez ludy wcześniej zamieszkujące jakieś terytorium. Przy mniejszym oporze mniejsze były też zniszczenia, co wyraźnie pokazuje intencje przybyszów.

Nigdy też nie następowało to szybko. Jeśli spojrzy się na skład wyższego dowództwa rzymskiego z III – V w. n. e.  to okaże się, że coraz więcej z nich było z pochodzenia „barbarzyńcami”, niektórzy spośród imperatorów takoż.

Nie stali się „cywilizowanymi Rzymianami” w ciągu jednego pokolenia.

Ale przecież się nimi stali.

Nie ma takiej możliwości, by zapobiec na dłuższą metę przemieszczaniu się ludów po naszym globie czy nam się to podoba czy nie. 10, 20 czy nawet 100 lat nie ma żadnego znaczenia. To się działo, dzieje i będzie działo.

Czy potrafimy przyjąć to do siebie i uznać, że to co widzimy jest takim samym procesem, który świat oglądał już wielokrotnie?  Pogodzić się z jego nieuchronnością i konsekwencjami?

Mało prawdopodobne.

Dostrzegamy błąd w rozumowaniu przybyszów, którzy pożądając warunków życia jakie stworzyły inne cywilizacje, a nie biorących pod uwagę, że są one wynikiem ich rozwoju jako całości, że nie da się oddzielić ich statusu materialnego od wszystkich innych ich aspektów.

Na tej podstawie protestujemy przeciw przewidywanemu niszczeniu naszego świata wiedząc, że gorszy los, jaki to spowoduje będzie także naszym udziałem.

Co możemy zrobić? Dokładnie nic i choć to dość przygnębiająca perspektywa, nie zdołamy tego nurtu powstrzymać.

Choć może ta smutna konstatacja podpowie nam, by cieszyć się chwilą, która jest nam dana, dostrzegać wszystkie jej dobre strony i nie psuć tego wszystkiego własnymi rękoma.

Kiedyś to i tak przecież przeminie.

Jerzy Łukaszewski

 

VN:F [1.9.22_1171]
Oceń artykuł
Rating: 9.9/10 (9 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: +10 (from 10 votes)
Jerzy Łukaszewski: My, imigranci, 9.9 out of 10 based on 9 ratings

5 komentarzy

  1. PIRS 2016-07-13
    • j.Luk 2016-07-13
  2. j.Luk 2016-07-13
  3. Magog 2016-07-13
  4. slawek 2016-07-14
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com