Zbrodnia i miłość na żaglach w letniej porze (1)

zbro12016-07-20.

Dojeżdżając w pobliże kaliningradzkiego portu i parkując Golfa Jacek rozważał różne sposoby odwrócenia uwagi wartownika. Fortele okazały się jednak niepotrzebne, bo kiedy podkradł się do stróżówki usłyszał chrapanie. Prześlizgnęli się więc cała trójką pod szlabanem, ominęli leżącą w kałuży butelkę po wódce i skierowali się w stronę pirsu. Wzdłuż pirsu stały małe frachtowce.

– Basen jachtowy jest tuż przy falochronie – prowadził Robert.

Nie ukrywając się zbytnio doszli do kei.

– Arabella jest zacumowana do boi – tam – wskazał Robert – idę szukać jakiejś łódki.

Znalezienie portowego bączka, zresztą cieknącego, z wodą siegającą do kostek, ale zaopatrzonego w parę wioseł, zajęło Robertowi trochę czasu. Krótka, poszarpana cuma przywiązana była luźnym węzłem cumowym do pachołka na kei.

Pięć minut później cała trójka siedziała w bączku. Robert ostrożnie wiosłując podpłynął do Arabelli. Jacht nie był okradziony, wszystko było na miejscu. Po zapuszczeniu potężna Yamaha cicho międliła swój wydech. Jacek przeszedł do forpiku wyciągnąć foka. Wrócił z pustymi rękami i powiedział:

– Mamy problem. Na foku leży ciało. Zimny trup, ale świeży.

– No tak – powiedziała Kalina – trzynasty dzień wakacji – wiadomo, że coś się musiało stać.

– Może jest jakiś sens w tej numerologii Kaliny – pomyślał Jacek.

 

Tydzień wcześniej, a więc szóstego dnia wakacji, na Śniardwach, było mokro i było śmiesznie. W jednej chwili, balastująca na burcie jachtu trójka żeglarzy upajała się radością pędu. Za moment, przewrócona dnem do góry Omega nurzała się w zielonkawej wodzie jeziora, a Jacek, uczepiony przy dziobie łodzi, patrzał jak Kalina, wisząc lewym ramieniem na płetwie sterowej, dźgała plecy stojącego na dnie Omegi Mirka trzymanym w prawej ręce pagajem:

– Utopiłeś, draniu, cały gar fasolki po bretońsku. Zachciało ci się, baranie, robić zwrot na szkwale. Topielicę to ja gram w teatrze, jak mi pan reżyser każe.

Mirek, ślizgając się na zaglonionym dnie Omegi, ostrożnie wycofywał się z zasięgu pagaja:

– Kalina, pamiętaj, że żyć naprawdę, to znaczy żyć niebezpiecznie.

– To zabij się na tej twojej lotni, albo jedź do tej swojej Ameryki, ale po żarcie do mnie już nie przychodź.

– Spokojnie, spokojnie, zaraz nas stąd podbiorą – Mirek wymachiwał rękami do zbliżającej się żaglówki i po chwili trójka rozbitków znalazła się na jej pokładzie.

 

Para kochanków, Jacek i Kalina, od sześciu dni żeglowała na mazurskich jeziorach. Nawet gdy wszystko jest miłością, jeść trzeba, toteż, gdy poprzedniego dnia wyczerpały im się zapasy, ściągnęli na zakupy do Mikołajek. I tu w wiosce żeglarskiej dopadł ich Mirek, kolega Jacka z Uniwersytetu, kiedyś jego żeglarski towarzysz, a teraz zapalony lotniarz. Namówił ich na zakończoną wywrotką przejażdżkę Omegą:

– Ten wasz jacht, ten wasz Kivu, jest taki nieruchawy. Pożeglujmy w wadze lekkiej. Przez te kilka godzin przecież Wam go nie ukradną.

Kilka godzin po wywrotce, zgłodniali, a pozbawieni fasolki po bretońsku, kochankowie wybrali się na obiad. Początek nie był dobry. Restauracja Pod Szczupakiem nie prowadziła Tyskiego.

– Mamy umowę z Żywcem, nie wolno nam Tyskiego – powiedziała ruda kelnerka. Kalina parsknęła z dezaprobatą za odchodzącą.

– Trudno, cieszmy się tym, co mamy – powiedział Jacek wskazując na jezioro. Szmaragdowa tafla Mikołajskiego leżała paręnaście kroków od stołu.

– Każdego letniego ranka – ciągnął dalej – świtem, od Wierzby do Mikołajek przechodzi jeziorem Święty Mikołaj, patron żeglarzy i miasta. Tu poprawi rozczochraną trzcinę, tam pogrozi zbyt żarłocznemu szczupakowi, i co najważniejsze, przypomni miejscowym wiatrom, żeby się zachowywały. Szczególnie wiatrowi z zachodu – temu od Śniardw, bo ten zachowuje się najgorzej. Ale niech Bóg ma żeglarzy w opiece, jeśli w letni wieczór Święty Mikołaj troszkę za dużo wypije i zaśpi… O właśnie, przy bufecie masz Świętego Mikołaja – to musi być właściciel.

Pod spreparowanym pyskiem szczupaka, oparty o bufet, stał mężczyzna z szopą siwych włosów, z okrągłą twarzą, z czerwonymi policzkami, częściowo zakrytymi przez sutą brodę i wąsy. Czujnym spojrzeniem omiatał salę restauracyjną.

– Dla ciebie Święty, a dla mnie zbój Madej. Popsułeś puentę – powiedziała Kalina.

Kończyli obiad, kelnerka zbierała talerze. Patrząc na hałasujące pod mostem motorówki Jacek wspominał dawne Mazury. Myślał o tych, co z rejsu już nie wrócili, o nocach pod okryciem żagla, mleku kupowanym wiadrami z okolicznych PGRów, o osmolonych w ognisku garach, o czasach, kiedy żeglarskich Mazur było więcej.

– Proszę poprosić właściciela – zwrócił się do kelnerki. Kalina spojrzała na niego pytająco.

W chwilę później Jacek powiedział:

– Proszę pana. Dwanaście lat temu tu, w pańskiej restauracji, na tej sali, z tym samym szczupakiem, byłem pod wpływem alkoholu i zachowywałem się niewłaściwie, zarówno wobec gości jak i wobec pańskiego personelu. Uważam, że muszę pana za to przeprosić.

Święty zbierał myśli:

– Eeeee…. za komuny – wtedy to było państwowe.

Kalina, wcielona w rolę zaangażowanej urzędniczki:

– To trzeba przeprosić i Głównego Księgowego.

– Eeeee… Główny Księgowy umarł.

Jacek:

– Jestem tym bardziej zobowiązany do przeprosin.  Państwo jest przecież naszą wspólną własnością; powinniśmy państwo szanować i nim się chlubić.

Kalina energicznie potakiwała głową. Wreszcie właściciel poddał się:

– No to…no to … czego się państwo napiją – on the house?

– Poproszę o piwo Tyskie – patrząc na Jacka, powiedziała triumfalnie Kalina.

Kilka minut później kelnerka nalewała piwo do szklanek:

– Po Tyskie musiałam iść aż do rynku. To pan tu był dwanaście lat temu?

– I wcześniej też. A pana właściciela to jakbym sobie przypominał.

– On był sierżantem wtedy – komendantem milicji.

Kalina ze szklanką w ręce zapytała:

– Powiedz za co przepraszałeś?

– Ryba – Jacek wskazał na szczupaka nad barem – lubi pić, więc dałem rybie w gardło setkę wódki i na utrwalenie trochę piwa. A potem to już była regularna burda z nogami od krzeseł i pagajami. Mirek też tam był. Z okrzykiem – hajda na Wołmontowice – prowadził atak na bar. A finał był na posterunku. I pewnie właśnie stamtąd pamiętam Świętego, tyle że bez wąsów i brody. A może to zapach – ten zapach milicyjnego posterunku – tak jakbym go teraz poczuł.

Kalina zmarszczyła nos:

– I cała ta awantura była o setkę wódki?

– O to, że to nie była moja wódka. Studentów nie stać na dzielenie się własną wódką z rybami. Mirek też tak sądził.

 

Rankiem po wywrotce otwierało się nad żeglarską wioską mazurskie niebo dobrej pogody. Na ciemnej ścianie lasu odznaczały się białe żagle manewrujących na jeziorze jachtów. Kochankowie jedli śniadanie na deku jachtu. Kivu kołysał się łagodnie na niziutkiej fali jeziora Mikołajskiego. Na wschodzie, niedaleko od kuli podnoszącego się słońca ukazała się motolotnia.

– To Mirek – Jacek wskazał na lotnię – wczoraj się wykąpał, a dzisiaj lata.

W południe przyszli Mirek z Robertem. Chcieli rozmawiać o Arabelli – skradzionej łodzi Roberta. Robert relacjonował:

– To nie tylko moja Arabella. W ciągu trzech miesięcy sezonu skradziono siedem łodzi. Komendant powiatowy mówi, że wszystko to jest na północy – gdzieś w okolicach Królewca – Kaliningradu.

– Na własnych nogach te jachty tam nie doszły. Ktoś musiał im pomóc – powiedział Jacek.

– Policja nie widzi szans w udzieleniu jakiejkolwiek pomocy. To jest poza Polską – ciągnął Robert.

Rozmowa zakończyła się stwierdzeniem Jacka, że gdyby fajka Stalina nie przecięła Prus Wschodnich na dwie części, to nie byłoby kradzieży Arabelli. Taka analiza Roberta nie zachwyciła.

Kochankowie pożeglowali w stronę Guzianki – śluzy na jeziorze Bełdan. Przed wejściem do wąskiej śluzy kłębił się tłum kajaków, jachtów i motorówek. Po przejściu przez śluzę w poszukiwaniu samotności skierowali się w stronę Prania. Zrezygnowali z miejscowego przysmaku – placka cygańskiego – i zatrzymawszy się przy osieroconym pomoście wybrali kochanie się.

– Siódmy dzień wakacji, a siódemka to liczba miłości – powiedziała Kalina.

Jacek palcami zarysował w powietrzu siódemkę i opuścił dłoń na prawą pierś Kaliny.

– Obawiam się, że zaniedbuję synogarlicę – powiedział nakrywając pierś dłonią.

– Skąd Ci przyszły do głowy takie nazwy – sarenka, synogarlica?  To są porządne kobiece piersi, a nie leśne zwierzęta.

– Dla mnie to są żywe, zmienne istoty – Jacek czuł jak nabrzmiewa pierś Kaliny.

– No to twój kochacz też jest żywą istotą. Znów jest jak sierp.

Stary pomost życzliwie chwiał się i skrzypiał w takt ich kochania się. Unosiła się nad nimi bogini Numerologii, po twarzy Kaliny tańczyły siódemki roześmianych wodnych elfów i rusałek, a wzdłuż pomostu płynęło siedem łabędzi.

 

Trzy dni później Mirek z Robertem odszukali włóczęgów na biwaku, naprzeciw promu w Wierzbie. Nadajnik położenia Arabelli wciąż funkcjonował. GPS Roberta odczytał sygnał nadajnika – współrzędne geograficzne Arabelli wskazywały, że rzeczywiście była ona w Rosji, jak mówił Robert, w ruskiej zonie, w pobliżu Królewca, najpewniej w porcie Kaliningradu.

– A czy ten GPS gra muzykę? – Zapytała Kalina.

– Może gra, tego nie sprawdzałem.

– To ja wolę swojego grającego iPhona. Bo tego grajka nie muszę sprawdzać, wiem, że gra.

Robert wolał mówić o Arabelli:

– Byłem w ich konsulacie. Wyśmieli mnie, a jak zrobiłem awanturę, dali mi wilczy bilet na wjazd.

– Trzeba było wspomnieć fajkę Stalina – powiedział Jacek.

– Skoro wiesz gdzie jest Arabella, to tylko trzeba tam pojechać z GPSem i ją odkraść – powiedziała Kalina.

– No właśnie – taki mam plan.

– Zaraz, zaraz – przerwał Jacek – przecież ciebie Ruscy do zony nie wpuszczą.

– Wymyślimy coś – powiedziała Kalina – to może być interesujące. Popatrzcie – w palcach Kaliny błysnęła pięciozłotowa moneta. Kalina zamknęła dłoń, otwierając strzepnęła palcami, pokazała obie strony dłoni – monety nie było – zniknęła:

– Tak wyparowała Arabella – powiedziała. Znów zamknęła i otworzyła dłoń i moneta pokazała się w palcach Kaliny:

– A tak ją odzyskamy.

– No dobrze – powiedział Jacek – Mirek transportuje Roberta motolotnią – Robert zna port i zna swój jacht. Ja z Kaliną przekraczam granicę Golfem. Mirek z Robertem lądują niedaleko od granicy, zaraz za Bagrationowskiem. Mirek wysadza Roberta i wraca do Polski, a trójka już w komplecie odzyskuje Arabellę. Ja z Robertem płynę na polską stronę Zalewu Wiślanego, a Kalina wraca samochodem.

– Skąd taka nazwa – Bagrationowsk – komu to przyszło do głowy? – Spytała Kalina.

– Bagration to był carski generał poległy w bitwie pod Bagrationowskiem.

– To już przed bitwą tak się to miasto nazywało?

– Nie, bitwa była jakieś dwieście lat temu, i wtedy była to Pruska Iławka. A Bagrationowsk Ruscy nazwali sześćdziesiąt lat temu.

– Dajcie już z tym spokój. A jak Kalina wytłumaczy się, że brakuje jednego pasażera? – Zapytał Mirek.

– Ruska granica to nastajaszczij bardak – objaśnił Robert – ilość pasażerów wpisuje się ręcznie cyfrą na kartoczce prawie jak wydartej z zeszytu. Wystarczy tę cyfrę przerobić.

Na granicy potwierdziło się, że Robert miał rację. Bardak był; poza kartoczką było czekanie, jeszcze jakieś vouchery, niechlujnie ubrani celnicy i był stojący z papierosem przy drodze żołnierz w ogromnej wojskowej czapce.

– Cała Rosja. Na jednym końcu żołnierza czapka w której denku zmieściłaby się cała europejska część Rosji – a na drugim końcu – w butach – śmierdzące onuce – podśmiewał się Jacek.

– Wciąż onuce? – Spytała z niedowierzaniem Kalina.

– Ich armia – jedyna na świecie – wciąż paraduje w onucach.

Droga do Bagrationowska była wąska, kręta, obsadzona drzewami i zaniedbana. Gdzieniegdzie mijali betonowe pomniczki upamiętniające poległych podczas zdobywania Prus Wschodnich czerwonoarmistów.

– Na załatanie wybojów betonu już nie starczyło – zauważyła Kalina.

Parę kilometrów przed miastem drogę zatarasował im traktor. Wlokąc się za nim przejechali obok potężnych zabudowań z czerwonej cegły.

– One są opuszczone – powiedziała Kalina – nie ma okien, wrót, ściany się walą – co to może być?

– Zaraz, tu jest cholernie ostry zakręt – i nieoznakowany – Jacek o mało nie wypadł na pobocze –dobrze, że jedziemy za traktorem, bo się nieźle zagapiłem.

Po chwili ciągnął dalej:

– To były jakieś junkierskie gorzelnie czy cukrownie. Junkrzy tutaj mieli znakomitą gospodarkę rolną. O tutaj jest następna hala. I znów jakiś pomnik bohatera.

Lądowisko znaleźli za Bagrationowskiem– wybrali suchą łąkę pod laskiem. Mirek wylądował bez problemu, wyładował Roberta i natychmiast wystartował w powrotną podróż do Polski. Robert, bladawy, patrząc z obrzydzeniem na startującą lotnię, wykrztusił:

– Ikar silnikiem Trabanta pędzony. Wściekł się, kiedy nad Mamrami wyprzedziło nas kilka kormoranów.

Rozchmurzył się dopiero w Kaliningradzie, niedaleko portu. Poszedł na zwiady i wrócił zadowolony:

– Arabella tam jest. Najlepiej będzie koło pierwszej nad ranem.

– W kryminałach zawsze robią to przed świtem – zauważył Jacek – biorąc czas na wypłynięcie z portu – zacznijmy o trzeciej.

Trup w forpiku nie był ostatnią niespodzianką owego pechowego trzynastego dnia. Nim zdążyli cokolwiek postanowić, Arabellę oświetlił reflektor. Najpierw z milicyjnej motorówki wskoczyło na pokład dwóch. Jeden, z wyglądu Lapończyk, był niski, ciemny, z szeroką twarzą, drugi był w mundurze milicjanta, z jakąś rangą na epoletach i pistoletem w dłoni. Zapędzili całą polską trójkę do kabiny jachtu i wtedy pojawił się trzeci. Ten okazał się Polakiem i był szefem. Trzymając w ręku dokumenty trójki mówił:

– Pół godziny temu była tu na nabrzeżu mała strzelanina i stąd ten trup. Zagracie razem z nim w interesującym filmie kryminalnym. Przy okazji – poznajcie moich chłopców – to Bolek – tu wskazał na milicjanta – a to Lolek.

– Bolek i Lolek nie byli kryminalistami – zauważył Jacek.

Szef zajęty studiowaniem dokumentów trójki nie odpowiedział.

– Najpierw odciski palców pani… eee… pani Kaliny na tym kieliszku – o tak, chłopcy pomogą. A tu jest ten pistolet, teraz oczywiście nienaładowany. Pan Jacek da swoje odciski. Teraz komórka pana Jacka – może chłopcy pomogą? Połączymy się z ofiarą.

Bolek pracowicie wybijał numer na komórce Jacka – po chwili z forpiku odezwał się dzwonek telefonu.

Szef był systematyczny – jego chłopcy wymusili na trójce odciski palców, wzorując się na amerykańskich filmach, wtarli włókna z ubrań Jacka, Kaliny i Roberta w ubranie trupa. Skonfiskowali Kaliny sztormową bluzę, przepadłby i grajek, gdyby nie to, że w chwilę przed napadem Kalina odłożyła go na półkę w kabinie.

– A ten pan – Szef wskazał na Roberta – jest zamieszany, bo trup jest na jego jachcie. Wszystko jest w komplecie i moglibyśmy podawać drinki – Szef był zadowolony z siebie – odtąd pracujecie dla mnie. A jak nie, to milicja – tu Szef wskazał na Bolka – znajdzie niespodziewanie dowody, że to wy jesteście mordercami.

Bolek uśmiechnął się wdzięcznie do Kaliny. Kalina wstrząsnęła się z obrzydzeniem.

– Poznacie się bliżej, to się polubicie – powiedział Szef – mam interesy po obu stronach granicy i rozszerzam się. A teraz – poczekacie, mam spotkanie. Zabrać ich do motorówki – zwrócił się do chłopców.

Czekali marznąc w nocnym mroku, podczas gdy z przeciwnej burty dobiła inna motorówka.  Później, po jej odejściu, na rozkaz Szefa znów znaleźli się w kabinie jachtu.

– Chcę z powrotem moją kurtkę. Zimno – trzymając w ręce wyjętego z półki grajka, Kalina zwróciła się do Szefa.

– Kurtka jest dowodem. A grajek podlega konfiskacie.

Kalina chowając rękę z iPhonem za siebie:

– To mój. Ja słucham muzyki.

Bolek wyciągnął rękę i Kalina niechętnie oddała grajka.

– Teraz wy wracacie do Polski – Szef zwrócił się do Jacka i Kaliny – ja was tam znajdę. A ten pan – wskazał na Roberta – zostaje.

Do samochodu eskortował ich Bolek. Szli w ponurym milczeniu. Jacek gorączkowo myślał co da się uratować z tej klęski. Dochodząc do samochodu Kalina zwróciła się do Bolka:

– Oddaj mojego grajka.

Bolek z krzywym uśmiechem pokręcił przecząco głową i pokazał grajka w zaciśniętej dłoni. Tego było wreszcie Jackowi za dużo. Chwycił Bolka za ramię, skrętem podłożył swój bark pod jego klatkę piersiową i schylając się przerzucił Bolka przez plecy na pokrytą żwirem ziemię. Upadkowi Bolka towarzyszył chrzęst i metaliczny stuk – w skręconym ramieniu Bolka coś się przerwało, a wypuszczony z jego dłoni grajek uderzył w bok samochodu rozpadając się na kawałki. Kalina krzyknęła:

– Mój grajek.

Złapała turlającą się czapkę milicyjną Bolka i na kolanach zaczęła zbierać pozostałości grajka. Bolek był niegroźny – jęczał, trzymając się za uszkodzone ramię. Jacek odpiął milicyjną kaburę na pasie Bolka, wyjął pistolet o znajomym kształcie.

– TT-ka – znajoma ze starego wojska– pomyślał.

– Jedziemy, Kalina – pilotujesz – Jacek wrzucił TT-kę do trzymanej przez Kalinę milicyjnej czapki – a dla ciebie – zwracając się do Bolka, mówił – mam radę – ucz się, na przykład ucz się Tae Kwan Do. Pamiętaj, że sam tylko proces uczenia się może być nieocenionym, a przy tym powszechnie dostępnym źródłem umacniania poczucia własnej wartości.

Andrzej Olas

VN:F [1.9.22_1171]
Oceń artykuł
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 0 (from 0 votes)