Zbrodnia i miłość na żaglach w letniej porze (2)

Print Friendly, PDF & Email

zbro12016-07-20.

W drodze do polskiej granicy próbowali zrobić przegląd wydarzeń.

– Zastanawiam się, czy nie lepiej byłoby wrócić z TT–ką na jacht – mówił Jacek.

– Nic byśmy nie zrobili. Szef by wciąż tam był, trup też. Pomyślmy co dalej – mówiła Kalina – czego oni będą od nas chcieli?

– Pomocy we wszystkim co jest trefne. Nie sądzę, żeby Szef próbował nas teraz zatrzymywać. Ja mam TT-kę, a on wciąż ma na nas haki.

Nie miał racji. Przed Bagrationowskiem Kalina zobaczyła w lusterku migające niebieskie światło.

– Milicja z tyłu.

– Przed świtem, na pustej drodze lepiej ich unikać.

– To może być Bolek – ten co stoi po obu stronach prawa. Jeśli już się pozbierał.

– No to zobaczymy co potrafi Golf. Ten ostry zakręt musi być gdzieś tutaj. Z tej strony powinien być pomnik i hala – o, jest – Jacek, nie hamując, zdjął nogę z gazu, Golf zwalniał.

Wchodzili w lewy zakręt ostro, wciąż za szybko. Przesterowany Golf zarzucił na szutrze pobocza, obracał się, mierząc w drzewa po lewej stronie wąskiej drogi. Jacek energicznie kontrował kierownicą, kontrolował gazem, pomagał system kontroli trakcji. W końcu, z wizgiem odrzucanego przez tylne koło szutru, Golf odzyskał stabilność.

– Ciekawe, czy u tych za nami, tak jak u nas, działa system trakcji – Jacek poprawił się na siedzeniu. Kalina oglądała się do tyłu. Na drodze było wciąż ciemno, ciemność pogłębiał stojący wzdłuż drogi wysokopienny las.

– Wygląda na to że nie – powiedziała.

Jacek otoczył ramieniem Kalinę:

– Na granicy mogą nas zrewidować. Co robimy z pistoletem?

– Trzeba wyrzucić albo ukryć.

– Właśnie minęliśmy przecinkę. A do miasta już niedaleko. Na pewno nic za nami nie jedzie?

– Nie.

Jacek zatrzymał się, zawrócił i ostrożnie wjechał w przecinkę. Świtało. Zaparkowali na niewielkiej polance.

– Ja mojego trofeum też nie wyrzucę – Kalina sięgnęła do tyłu po milicyjną czapkę, ostrożnie wysypała resztki grajka na siedzenie samochodu i włożyła czapkę. Wyprostowana, przybrała surowy wyraz twarzy i znów była współczesną Joanną D’Arc z poprzedniego sezonu teatralnego.

Teorię leśnych schowków Jacek znał z telewizji. Praktykę poznawał teraz, kiedy należało znaleźć schowek dla TT–ki, milicyjnej czapki i resztek grajka, wszystko to szczelnie opakowane w plastikowym worku. Leżący opodal suchy konar sosnowy okazał się kiepskim narzędziem, tak, że świt zastał Jacka wciąż przy kopaniu.

– Co to może być? Kamień? Metal? Coś płaskiego – końcem konara Jacek grzebał w rozkopanej glebie.

– Metal. Jak trybik od roweru – Kalina obracała rzecz w rękach – dziesięć kolców na pięciu ramionach, coś jakby mały uchwyt – zaraz, zaraz – te ramiona są emaliowane – to jest biała emalia.

– To musi być jakiś order, czy odznaka. Może z tej napoleońskiej bitwy.

– Tak? Ja kolekcjonuję starocie. Wezmę to ze sobą.

– Chyba nie możesz. Na granicy musimy być czyści. Zakopmy razem z resztą.

– Idź złoto do złota – Kalina dorzuciła antyk do worka z trefną zawartością. Konar posłużył do zakopania worka i zatarcia śladów.

– Kiedy ruszali, Kalina zapytała:

– Zapamiętasz to miejsce?

– Zaznaczyłem je na GPS–ie. A teraz czas podrobić kartoczkę.

Ani po rosyjskiej ani po polskiej stronie granicy kłopotów nie było. Koło Bartoszyc zalśniła tafla pierwszego po polskiej stronie jeziora.

– Już niedaleko, a tam czeka na nas Kivu – odetchnęła Kalina – powiedz czemu wybrałeś taką nazwę?

– Ten jacht kupiłem lata temu za amerykańskie dolary, zarobione ciężką pracą w czarnej Afryce, właśnie nad jeziorem Kivu. A poza dolarami przywiozłem stamtąd malarię.

– A co tam robiłeś?

– Uczyłem historii Afryki, historii niewolnictwa, historii kolonizacji.

– Jak ci szło?

Kiedy wyjeżdżałem do Afryki obawiałem się, że Murzyni mają krótki czasokres uwagi.

– No i?

– Owszem, mają. Tylko, że nie Murzyni, a profesorowie. Natomiast rząd Zairu nie ma tej wady. Wciąż pamięta, że jest mi winien dwie roczne pensje. I zapewnia mnie, że jak tylko będzie miał jakieś pieniądze to natychmiast mi je wypłaci.

Następne dni były oczekiwaniem. Razem z Mirkiem czekali na jakiekolwiek wiadomości o Robercie. Ponadto kochankowie stali przed ważnymi decyzjami – musieli określić jak daleko sięga przyjaźń i jak daleko nieufność. Czy powinni powiedzieć Mirkowi, a w przyszłości i Robertowi, o pościgu na rosyjskiej szosie, pościgu, którego skutków nie znali. W dodatku wokół wydarzeń w Kaliningradzie unosiła się mgiełka niepewności – a może któryś z przyjaciół był zdrajcą? Co powiedział Robert po odjeździe Jacka i Kaliny? Czy Mirek nalegając na wyprawę po Arabellę nie był w kontakcie z Szefem? W końcu postanowili zachować dyskrecję. Niebezpieczeństwo było rzeczywiste, nocami tulili się do siebie, kochali się chciwie, ich niepokój znajdował ujście w poszukiwaniu bliskości.

Jacek zachodził do kafejki internetowej, szukał tam wiadomości z rejonu kaliningradzkiego. Trzeciego dnia od wydarzeń kaliningradzkich wrócił podniecony. W internetowej wersji tamtejszej gazety znalazł notatkę o wypadku samochodu milicyjnego. W nocy feralnego dnia, w wypadku koło Bagrationowska, zginął sierżant milicji A. Jakuszew i nierozpoznany cywil. Przyczyną wypadku było wypadnięcie z szosy na skutek zbyt szybkiej jazdy.

– No to o Bolka mniej – powiedział Kalinie – a może i Szefa już nie ma.

Dzień później, kiedy siedzieli Pod Szczupakiem pojawił się Robert.

– Udało mi się uciec. Ten milicjant miał wypadek i zginął, Szefa nie widziałem. Pilnował mnie na jachcie ten drugi – Lolek. W nocy wskoczyłem do wody, dopłynąłem do brzegu i schowałem się. Przedtem pijanemu stróżowi skradłem wałówkę. A rano dogadałem się z żeglarzami z niemieckiego jachtu, który tego dnia wypływał z Kaliningradu. Ruscy sprawdzają tylko nas – Polaków – bo chcą utrzymać blokadę polskiej części Zalewu. A co u was?

– My wróciliśmy Golfem. A co z Arabellą?

– Bez zmian. Nie wiem czy uda mi się ją odzyskać.

Niepewność przeciągała się. Zachodzili Pod Szczupaka, gadali ze Świętym. Święty, kiedyś bardzo na lewo, był teraz na prawo, ale, jak mówiła Kalina, free Tyskie miało swoją wartość. Kiedyś podenerwowany potokami wymowy Świętego,  Jacek wygarnął mu o tym wszystkim:

– O tej naszej Rumunii Północy. O tych gniewnych babsztylach, co pouczają na ulicy, o zasranych przez psy trawnikach, o pijaczkach z Placu Narutowicza na wcześniejszych emeryturach. O karłach i o butnych, nachalnych politykach. O tym, że to oni decydują, jaka będzie przyszła Polska. O tych charkających i plujących na ulicach. O natchnionej nienawiści tak pełnej miłosierdzia, i o gówniarzach wołających Heil Hitler.

– Kiedyś moim marzeniem było kopnąć w dupę członka Biura Politycznego. O czym marzę teraz? – mówił – może o tym, by ci, co będą rządzili, patrzyli w przyszłość, żeby Polska nie pozostała rezerwuarem mięsa roboczego.

Święty, niespodziewanie dla Jacka, przyjął wybuch ze spokojem:

–  Dobrze, dobrze, dla mnie to nie nowość. Mnie już w milicji ochrzaniali od góry do dołu.

W końcu, kiedy nic się nie działo, kochankowie doszli do wniosku, że to jednak Szef zginął w wypadku.

– Reszta tej paczki to prymitywy. Chyba jesteśmy bezpieczni – mówił Jacek. Kalina napomykała o zakopanym orderze, chciała go odzyskać. I tuż przed powrotem do Warszawy przybiegła na jacht podniecona:

– Święty jedzie do Kaliningradu. Zabierzmy się z nim. Odkopiemy order.

Następnego dnia Święty wysadził ich pod Bagrationowskiem. Odkopanie nie było trudne, Kalina wsadziła order do jednej przegródki torebki, do drugiej wsypała resztki grajka i pozostało czekać na powrót Świętego z Kaliningradu.

Nieoczekiwanie na granicy spędzili ponad godzinę. Rosjan nie interesowały trzy skrzynki wódki i pięćdziesiąt kilo kiełbas, jakie wiózł Święty, natomiast starannie zrewidowali Kalinę i Jacka. Kiedy Kalina wysypała zawartość torebki na stół, orderu tam nie było, Jacek nie widział go też, kiedy celnik energicznie potrząsał pustą torebką. Także dłonie Kaliny wydawały się puste. Chwilę potem torebka wróciła do rąk Kaliny, a Jacek ledwie zauważył, kiedy zręczne palce Kaliny wsunęły do niej z powrotem order. Kalina jeszcze ponarzekała, że musiała zbierać do torebki resztki grajka.

Kiedy wrócili do Warszawy, wśród listów Jacek znalazł prośbę o rozmowę w Biurze Misji Irackiej Ministerstwa Obrony Narodowej. Kalina, rozbawiona, rozpowiadała przyjaciółkom:

– Mojego chłopaka biorą do woja. Wzmocni wojsko polskie.

Ale ubiła przy tym własny interes – ordery są rzeczą wojskową, więc skoro Jacek idzie do wojska, to niechże Muzeum Wojska Polskiego zbada ich znalezisko.

Okazało się, że armia proponuje coś interesującego. Rabunek muzeów i wykopalisk, który nastąpił po inwazji Amerykanów dalej trwał. Były już wyspecjalizowane gangi. W polskiej bazie tworzono trzyosobową ekipę specjalistów do nadzorowania wykopalisk biblijnego Babilonu.

– Ekipa pozostanie w Iraku na krótko – pół roku, z urlopami w Polsce. Pan ma doświadczenie w pracy poza krajem, znamy pańską rzetelność – rozwikłał Pan sprawę pamiętnika Piłsudskiego, miał pan do czynienia z archeologią. Zresztą dwaj pozostali są archeologami – mówił reprezentujący Biuro pułkownik – niestety przepisy są kiepskie i finansowo nie jest to dobra okazja.

– Panie pułkowniku, Irak może być podniecający, ale ja już raz pracując poza krajem wylądowałem goły. Do tej pory Zair jest mi winien trzydzieści tysięcy dolarów. Nie mam ochoty na dalsze bezpłatne usługi.

Pułkownik ożywił się:

– Wie pan, my mamy fundusz zobowiązań międzynarodowych. Może uda się potraktować dług Zairu wobec pana jako takie zobowiązanie. Wtedy, ze względu na pańską obecność w Iraku, przejęlibyśmy pański dług i zrealizowali wypłatę. Sądzę, że to się może udać.

– Pod takim warunkiem – zgoda.

Perspektywa podreperowania budżetu była podniecająca, bo zbliżały się Kaliny imieniny. W dzień imienin Kalina miała stać się dumną posiadaczką skutera, a na deser otrzymać najnowszą i najdroższą wersję grajka/telefonu – iPhona. Może nawet się udać przepisanie pamięci zniszczonego grajka na ten nowy – powiedziano Jackowi w sklepie.

W filmach kryminalnych niewinny bohater na spotkanie z gangsterem jest zaproszony lufą pistoletu. Przypadek Jacka był inny. Kilka dni po imieninach Kaliny, na otwarciu wystawy „Polacy na Obczyźnie” znalazł się w labiryncie stworzonym przez szalonego projektanta wnętrz. W mnogości plansz zawieszonych z sufitu, ekranów i stojaków ze zdjęciami, reprodukcjami listów emigrantów i kopiami dokumentów kolejny raz próbował odepchnąć od siebie wątpliwość w sens badań historycznych. Czy można zrozumieć wybryki historii? – lata temu to samo pytanie zadawał sobie i swoim podopiecznym nestor polskich historyków – mistrz Jacka.

Przy planszy ze zdjęciem „Grono Wygnańców Polaków, Władywostok w maju 1918” Jacek stanął twarzą w twarz z drugim z chłopców Szefa – z Lolkiem. Pierwszy odruch jest zawsze najlepszy, tak też, nie zastanawiając się, Jacek pchnął Lolka w tył, na planszę. Ta, podwieszona u sufitu, palnęła Lolka w tył głowy, odchyliła się, pozwalając Lolkowi wykonać drugi krok do tyłu, poczem w ruchu powrotnym palnęła zdezorientowanego Lolka w płaski nos. Odbita plansza wychyliła się znów w stronę Jacka. Popchnięta przez Jacka, tym razem zatrzymała się na płaskim nosie Lolka.

– Zniknij z mojego życia – powiedział Jacek niewidocznemu za planszą Lolka. Odwrócił się i znalazł się oko w oko z Szefem. Szef trzymał w ręku nieduży pistolet.

– Mańkut – pomyślał Jacek – a to nie TT–ka. Chyba Beretta.

– Mówiłem, że mam co do pana określony plan. To mnie zawdzięcza pan wycieczkę do Iraku. Jedzie pan po to, żeby dla mnie popracować. Ale zetknie się pan – naukowiec – ze starożytną sztuką. Będzie to bardzo humanistyczne doświadczenie, bo przecież nauka nic, tylko zmienia człowieka w specjalistę, natomiast to sztuka czyni ze specjalisty człowieka. I o tym musi pan pamiętać. I więcej wykopków w lesie radzę nie robić – ordery to nie grzyby.

Szef delektował się zaskoczeniem Jacka:

– Jutro pierwsza część akt dotyczących zabójstwa na jachcie będzie w warszawskiej prokuraturze – ta część jeszcze dla pana nieszkodliwa. Tu jest próbka – Szef rzucił na podłogę kilka stron – a po instrukcje będzie pan za tydzień tu, w tym samym miejscu.

Papiery, zaopatrzone w okrągłe fioletowe pieczęcie, pisane były cyrylicą.  Kiedy Jacek podniósł wzrok z podłogi, Szefa już nie było.

Tego popołudnia czwórka uczestników wypadu do Kaliningradu spotkała się u Jacka.

– Czas coś zrobić – nie możemy czekać, aż szef znajdzie pracę dla nas wszystkich – powiedział po relacji Jacka Robert – ja będę następny. Potem Mirek.

– Święty jest człowiekiem Szefa– to on mu opowiedział o nas, a później także o orderze. Kiedy po rozmowach Szefa wróciliśmy do kabiny jachtu – tam był ten sam milicyjny zapaszek – zapach Świętego, o jakim wspomniałem Kalinie w restauracji. Jedyna szansa to zajechać już teraz pod Szczupaka, zrobić Świętemu Guantanamo i zameldować szajkę do policji – mówił Jacek.

– Ja dzisiaj mam teatr, nie mogę. Jedźcie we trójkę – powiedziała Kalina.

Starannie powiązani, siedzieli na trzech ustawionych rzędem krzesłach i uświadamiali sobie, jak daleko za oceanem leży Guantanamo. Nad barem pysk szczupaka szczerzył się w szyderczym uśmiechu. Kilkanaście minut wcześniej natknęli się na całą szajkę, z szefa Berettą, Świętego kijem bejsbolowym i pięścią Lolka. Teraz Jacek, bez pomysłu na ratunek, wodził oczyma po restauracji, na krześle po lewej Mirek próbował rozetrzeć związanymi rękami bolącą łydkę, a po prawej Robert próbował poprawić przekrzywione okulary. Święty bezmyślnie postukiwał kijem o stół bilardowy. Robiło się późno. Święty zostawił kij i bawił się pilotem przerzucając kanały na wiszącym na bocznej ścianie restauracji telewizorze: Pogoda, Wiadomości, Horoskop Śmierci, Lwy Serengeti, Reklama, Kryminalne Zagadki Miami, i znów Pogoda.

– Pokaż tym amatorom jak bili w milicji – zwrócił się Szef do Świętego – tylko bez śladów, bo są mi potrzebni. My będziemy za godzinę – skinął na Lolka.

Pchnięty przez Świętego Jacek przewrócił się wraz z krzesłem do tyłu. Głowa Jacka uderzyła o podłogę.

– Będzie bez śladów. Bez najmniejszych śladów – Święty wymierzał ciosy raz z lewej, raz z prawej. W pierwotnej rzeczywistości Jacek wiedział, że za chwilę ból przekroczy granicę, poza którą pozostaje tylko krzyczeć i błagać. W drugiej, na pół realnej a na pół wirtualnej Jacek, turlając się z krzesłem, rejestrował przerażoną twarz Roberta, zaciętą Mirka, rozdziawiony pysk szczupaka i ekran telewizora. Na ekranie mignęła i znikła twarz Kaliny. Jacek wiedział, że to właśnie ta wirtualna składowa drugiej rzeczywistości. Kolejne uderzenie i Jacek usłyszał że wyje. Z wyciem mieszały się słowa telewizyjnego reportera:

– Dwie godziny temu, w teatrze muzycznym Odeon, między drugim a trzecim aktem, prawdziwe życie wygrało ze sztuką – mówił spiker – a telefon iPhone pomógł w walce o sprawiedliwość. Oto sekwencja zdarzeń. Najpierw przypadkowe naciśnięcie guzika w telefonie włącza zapis dźwięku. Potem telefon dostaje się w ręce przestępcy. Następnie podczas szarpaniny telefon uderza o ziemię i rozpada się na kilka części. Te kawałki martwego przedmiotu, zebrane z ziemi przez właścicielkę, zachowały jednak pamięć, pamięć, która rozwikłuje zagadkowe morderstwo. Oto wydarzenie w teatrze.

Na ekran wróciła twarz Kaliny:

– Oto coś czego nigdy nie słyszy się w teatrze – mówiła Kalina – nagranie prawdziwej, realnej zbrodni. Rzecz dzieje się trzy tygodnie temu na jachcie Arabella w porcie jachtowym Kaliningradu.

Święty opuścił kij i gapił się w ekran. Wycie Jacka ustało.

– A teraz samo nagranie – włączył się spiker. Odtwarzanemu dźwiękowi towarzyszył wyświetlany na ekranie tekst:

– Pół godziny temu była tu na nabrzeżu mała strzelanina i stąd to ciało.

– Najpierw odciski palców pani… eee… pani Kaliny na tym kieliszku – o tak, chłopcy pomogą. A tu jest ten pistolet, teraz oczywiście nienaładowany. Pan Jacek da swoje odciski.

– Jeśli odmówicie, tutejsza milicja znajdzie niespodziewanie dowody, że to wy jesteście mordercami.

Znów twarz Kaliny:

– Morderców szukać należy w mazurskiej restauracji „Pod Szczupakiem”.

 

Święty znikł jakoś tak prywatnie. Po prostu rzucił kij, pokrzątał się po zapleczu, pojawił się jeszcze raz, gmerając w kasie, wracając na zaplecze odwrócił się, obrzucając trójkę wrogim spojrzeniem, i więcej go nie było.

Więzy, kajdany, łańcuchy – wszystko to w najmniejszym stopniu nie przeszkadzało Supermanowi w kolejnym ratowaniu świata, byle tylko unikał Kryptonitu. Żaden z trójki nie był Supermanem i dlatego przybycie rudej kelnerki zastało Jacka wciąż leżącego na podłodze. Kalina wraz z pułkownikiem z Misji Irackiej pojawili się parę minut później, poprzedzeni przez kilku, poruszających się bezszelestnie, chłopców w kominiarkach. Ruda kelnerka przyglądała się im życzliwie.

– Sprawy mają się dobrze – mówił pułkownik – laptop złapanego godzinę temu Szefa jest kopalnią informacji – także o Iraku. Mamy też właściciela tej restauracji – tu pułkownik spojrzał na kelnerkę i zamilkł. Kelnerka odeszła.

– Świętego – powiedziała Kalina – a Lolek uciekł.

– Tak więc wyjazd do Iraku jest nieaktualny – mówił dalej pułkownik.

– A mój fundusz? – Zapytał Jacek.

– Niestety, z funduszu też nici. Ale głowa do góry – jeszcze wczoraj był pan szantażowany i zagrożony oskarżeniem o morderstwo. A dzisiaj jesteście wszyscy bohaterami dnia.

– Bohaterami? Dzisiaj? Właśnie dzisiaj Jacek stał się gołym, jak Adam w raju, golutkim bohaterem, i też dzisiaj mogę spisać Arabellę na straty, panie pułkowniku – powiedział Robert, bawiąc się zdjętą z bufetu tabliczką z napisem: „Właściciel Adam Bochnia”.

– No, wie pan, fajka Stalina…

– Zaraz pan wspomni te czołgi znad Wołgi – przerwał Robert. Pułkownik zamilkł.

– Zwykle w takich przypadkach bywa nagroda pocieszenia – przerwała ciszę Kalina.

Pułkownik wahał się:

– No nie dla wszystkich – tu spojrzał na Roberta.

– To znaczy?

– No, śledztwo w sprawie naruszenia przestrzeni powietrznej naszego sąsiada wykazało, że był to przelot kormoranów.

– Tylko tyle?

Pułkownik spojrzał na Jacka:

– Wojskowy Instytut Historyczny rozważa zamówienie monografii o roli logistyki w wielkich bitwach Napoleona. Logistyka zawsze była niedoceniana. Wydaje się że pan jest najlepszym kandydatem na autora.

– Czy bitwa pod Pruską Iławką była wielka? – Spytała Kalina.

– Tak. A pani order to order francuskiej Legii Honorowej z tej bitwy. Te ordery były numerowane – ten ma numer trzydzieści trzy.

– Trzydzieści trzy – to moja szczęśliwa liczba życia. Trzeba zbadać czy właściciel tego orderu nie odpowiadał przypadkiem za logistykę – powiedziała Kalina.

Ruda kelnerka postawiła przed każdym szklankę Tyskiego. Wskazując oczyma na trzymaną przez Mirka tabliczkę, podniosła w toaście pozostałą szklankę:

– Nigdy go nie lubiłam.

Andrzej Olas

VN:F [1.9.22_1171]
Oceń artykuł
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 0 (from 0 votes)