Andrzej Koraszewski: Uwagi o rozważaniach o naprawie Rzeczpospolitej

Print Friendly, PDF & Email

2016-07-31.

Oglądając marsze organizowane przez KOD i przez ONR widzimy te same flagi, ale słyszymy inny język.

Oglądając marsze organizowane przez KOD i przez ONR widzimy te same flagi, ale słyszymy inny język.

Na stronie FB Komitetu Obrony Demokracji Patryk Kanapczyk pisze: „Witam serdecznie, mam na imię Patryk, mam 20 lat i jestem tegorocznym maturzystą. Przez całe życie poglądy miałem raczej liberalno-lewicowe, nigdy nie sympatyzowałem z prawicą, nie byłem rasistą ani ksenofobem. Od lat jestem osobą świadomą społecznie”.

Pan Patryk obawia się tego, co się w Polsce dzieje, ale, jak pisze, do KOD-u nie wstąpił. Ja też nie. Jestem stary, właściwie nie ruszam się już z domu, całą energię skupiam na tym co robię, więc byłbym biernym członkiem, a ja za takimi członkami nie przepadam. Jestem sympatykiem i obserwatorem, zaangażowanym obserwatorem, ponieważ kieruje mną nie tylko ciekawość, ale i nadzieja. Komitet Obrony Demokracji jest moim zdaniem najlepszą odpowiedzią na to, co pan Patryk nazywa faszyzacją, a co jest wykorzystywaniem mechanizmów systemu demokratycznego dla ograniczania i (być może) likwidowania systemu demokratycznego.

Pan Patryk nie wstąpił do Komitetu Obrony Demokracji, ponieważ, jak pisze:

„…uważam, że jest to zhermetyzowana grupa establishmentu. Ludzie którzy przyzwyczaili się do Polski z lat 89′-15′, ludzie którym się dobrze w tym okresie żyło.
Wy wcale nie chcecie zmian. Chcecie powrotu do tego co bezpieczne, co komfortowe. Właśnie dlatego średnia wieku KODowców jest tak wysoka. Patrzycie tylko na siebie i na Wasze najbliższe otoczenie. Nie chcecie lepszej, nowoczesnej, bardziej otwartej na (każdego – biednego, wykluczonego społecznie etc.) obywatela Polski.”

W komentarzach niektórzy poczuli się urażeni, doszli do wniosku, że to chyba jakiś pisowski troll. Rzeczywiście łatwo się w tym cytacie dopatrzeć powtórki dość prostackiej pisowskiej propagandy. Zakładam, a raczej jestem pewien, że nie jest to obraz przeniesiony wyłącznie z telewizyjnych programów.

Uśmiechnąłem się czytając w kolejnym akapicie:

„Zapomnieli, że są w tym kraju ludzie, którzy zapieprzają po 12-14 h dziennie za 1300 zł miesięcznie tylko po to, by zapewnić dzieciom byt i start w przyszłość (np. studia), by opłacić rachunki. Tacy ludzie mają w nosie czy szanowany jest trybunał konstytucyjny, czy respektowane są prawa mniejszości narodowych, seksualnych. Człowiek który każdego miesiąca walczy o swój byt wyrabiając 230 godzin jedyne o czym marzy, to o chwili spokoju, oddechu, normalnym życiu. PiS mało tego, że dostrzega tę grupę to daje im (choć złudne) poczucie godności.”

Przez moment zdawało mi się, że znów obcuję z szwedzkim maoistą z początków lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku, albo z młodym londyńskim trockistą z lat 80. Oczywiście pan Patryk szczerze wierzy w to, co mówi i pewnie nie bardzo zdaje sobie sprawę z tego, że nie używa własnych słów.

Kiedy przyjechałem do Szwecji w 1971 roku spotkałem tam po raz pierwszy w życiu szczerych i głęboko przekonanych do takiego karykaturalnego obrazu społeczeństwa komunistów. Komuniści w Polsce byli cyniczni, mówili różne rzeczy na zebraniach i w życiu prywatnym. W Szwecji, kiedy wyraziłem podziw dla poziomu życia robotników, dostałem od młodego komunisty odpowiedź, że „kapitaliści dają robotnikom siłę nabywczą, żeby robotnicy mogli kupować ich towary”. Mój szatański śmiech dotknął go do żywego.

Kiedy osiemnaście lat temu wróciłem do Polski, osiadłem w małym miasteczku, w Polsce C, gdzie największym miejscem pracy był (i jest nadal) urząd gminny, bez przemysłu, z rolnictwem z czasów króla Ćwieczka. Wrosłem w to miasto, tu zaglądanie ludziom do garnków jest łatwiejsze niż w wielkim mieście. Znam ludzi, ich sukcesy i tragedie, patrzyłem jak padały lokalne sklepiki, kiedy wybudowano pierwszy supermarket i byłem przekonany, że ten pierwszy supermarket padnie, kiedy w miasteczku liczącym niespełna trzy tysiące mieszkańców wybudowano drugi.

Początkowo spotykałem tu czasem ludzi tęskniących do PRL, rolnicy częściej narzekali na gangsterstwo przetwórców, niż chwalili wolny rynek i dostęp do własnych maszyn i narzędzi.  Z czasem tęsknota za PRL zmieniła się w tęsknotę za poziomem życia w Niemczech. W wyborach, w których wygrał Lech Kaczyński, w moim okręgu wyborczym wygrał Andrzej Lepper.

Obserwuję w tym miasteczku losy tych zaradnych i tych mniej zaradnych, jedni jeździli do pracy najpierw głównie do Niemiec, potem do Irlandii i Anglii, ktoś nawet dotarł do Australii, inni tu, na miejscu, gonili nowoczesność w rolnictwie i w rzemiośle, jeszcze inni pracowali na czarno, głównie w budownictwie. Tak, to prawda, jest wielu takich, którzy pracują od rana do nocy, żeby zapewnić dzieciom wykształcenie i są tacy, którzy pracują tylko tyle, żeby starczyło na piwo, a na jedzenie matka lub żona przyniesie pieniądze z gminy. Czytając krajowe gazety i raporty z badań socjologicznych, mam czasem wrażenie jakbym podnosił wzrok znad mikroskopu.

W tym miasteczku ropa nie trysnęła z ziemi, Chińczycy nie zbudowali fabryki, samorząd nie zdołał tu ściągnąć tłumów turystów. To nadal jest miejsce, z którego się ucieka, w szkole na pytanie, kto chce tu zostać, nie podnosi się ani jedna ręka. Nie widać już jednak głodnych, ani źle ubranych dzieci, pod blokami z kwaterunkowymi mieszkaniami, gdzie mieszkają głównie bezrobotni, stoją samochody; tak, używane, ściągane z Niemiec po stłuczkach, ale to jest inny świat. Przez te osiemnaście lat dokonał się tu nieprawdopodobny skok cywilizacyjny, najzdolniejsza młodzież ucieka, zostają nieco mniej zaradni i ci, którym alkohol ukradł życie zanim je na dobre zaczęli.

Nie, nie jest lekko, rolnicy płacą ogromną cenę za brak spółdzielczości, w  którą nie umieli uwierzyć, a którą im dodatkowo obrzydzali nowonawróceni fani niewidzialnej ręki; fakt, że znaczna część społeczeństwa żyje w szarej strefie, jest zagrożeniem, że na starość znajdą się   na łasce dzieci. Postawy roszczeniowe górują nad zdolnością korzystania z wolności i organizowania się. W ostatnich wyborach parlamentarnych w moim miasteczku wygrał PiS. Pan Patryk na rację, Trybunał Konstytucyjny mało kogo tu obchodzi, wielu liczy jakie sumy dadzą zasiłki dla bezrobotnych plus dodatki na dzieci, ale okazuje sie, że głównym lękiem jest imigracja, boją się obcych, boją się terroru, boją się destabilizacji. I, jak powiedział mi zaprzyjaźniony sadownik: „Wystarczy, że ktoś z PO powie o potrzebie otwarcia drzwi imigrantom, a PIS-owi przybywa wyborców”.

Jak postrzegana jest krajowa polityka? Przez pryzmat skandali, o których donosi telewizja. Budżet, nowe prawa, partyjne programy, to nie są sprawy, o których ludzie rozmawiają przy piwie. Podczas wyborów ważne są obietnice, nikt się nie zastanawia nad pytaniem, skąd wezmą się pieniądze na ich spełnienie.

Pan Patryk myli Komitet Obrony Demokracji z partią polityczną, nie on jeden i nie jest to wina młodego wieku. Być może trudno jest wyjaśnić, że KOD jest ruchem na rzecz demokratycznej infrastruktury dla partii politycznych oferujących różne programy. Załóżmy że pan Patryk jest fanatykiem piłki ręcznej w moim miasteczku. Idzie do komitetu zajmującego się zarządzaniem tutejszym boiskiem i wygarnia im całą prawdę w oczy. Zupełnie nie interesują was ludzie. Żyjecie sobie wygodnie, a my nie mamy nawet bramek do piłki ręcznej. Przedstawiciel komitetu próbuje wyjaśniać, że komitet stara się pogodzić interesy różnych grup korzystających z boiska, że zadaniem komitetu jest ustalanie reguł porozumiewania się, parlamentarnego rozstrzygania sporów, ustalania grafiku, opłat i innych technicznych szczegółów tak, żeby obiekt był sprawny, zadbany i najlepiej wykorzystywany.

Pan Patryk stwierdza, że nikogo to nie interesuje, że ludzie poświęcają swój czas, są pełni zapału, a nikt o nich nie myśli.

Moglibyśmy tę parodię ciągnąć w nieskończoność, ponieważ pan Patryk wydaje się nie pojmować, że zasady parlamentaryzmu to walka o środowisko, w którym odbywa się polityka, o środowisko, które dopiero umożliwia przedstawianie ludziom programów.

Mateusz Kijowski mówi:

Nie przekształcimy się w partię. Ludzie, którzy tworzą KOD nie chcą by to była partia polityczna. (…) KOD nie planuje własnych list i swoich ludzi na innych listach. Ale nie wiem co może się stać, może nie będę w KOD, różne mogą zdarzyć się rzeczy. KOD jest parasolem i płaszczem porozumienia.

Innymi słowy, KOD nie walczy o władzę, walczy o reguły walki o władzę i o zasady jej sprawowania. Oczywiście wszystko może się zdarzyć, charyzmatyczne postaci z KOD-u mogą się zdecydować na kariery polityczne, w samym KOD-dzie mogą się pojawić pomysły, żeby przekształcić ruch społeczny na rzecz obrony demokracji w opozycyjną partię polityczną. Pan Patryk zastanawia się dlaczego w tym ruchu jest tak mało młodzieży. Krótka odpowiedź brzmi, ponieważ wolność uporządkowana przez  reguły gry wymaga dojrzałości. Dłuższa odpowiedź wymagałaby dyskusji o wolności prowadzącej do ładu, tej wolności, która jest przeciwieństwem anarchii, w której zaradność dominuje nad oczekiwaniami, że przyjdzie dobry władca i da ludziom to, czego pragną.

Organizacja parasolowa oznacza, że spotykają się tu sympatycy różnych partii politycznych, nie tylko sympatycy, ale również politycy, prezentujący często drastycznie odmienne wizje priorytetów, sposobów rozwiązywania społecznych i ekonomicznych problemów, ludzie, którzy spierają się o to, co władza ma zrobić najpierw i jak dzielić publiczny grosz. Zgadzają się w jednej sprawie – będziemy szanować konstytucję i parlamentarne formy prowadzenia sporów. Pan Patryk jeszcze nie wie, że może przeżyć długie życie i nigdy nie znaleźć partii politycznej, którą będzie mógł poprzeć w stu procentach, że głosując, będzie wybierał mniejsze zło, czasem ugrupowanie, które budzi jego sympatię w 50 procentach, by odrzucić to, z którym zgadza się w 30 procentach, ale fundamentalnie nie zgadza się w 20 procentach. Ta trudność zrozumienia czym jest, a czym nie  jest Komitet Obrony Demokracji jest dość powszechna i być może o naturze tego ruchu mówi się za mało i nie dość często, a być może krytycy nie dość uważnie oglądają to, co krytykują.

Znam wiele podobnych wypowiedzi Mateusza Kijowskiego, znacznie obszerniejszych, dokładniej wyjaśniających ideę i ideologię ruchu społecznego pod nazwą Komitet Obrony Demokracji. Powyższy cytat jest z portalu wpolityce.pl, który sympatią do KOD-u i Kijowskiego raczej nie pała, zgoła przeciwnie. Tu raczej nie znajdziemy dobrej woli zrozumienia, o co w tym ruchu chodzi.

Doniesienie, z którego wziąłem wcześniejszy cytat z wypowiedzi Mateusza Kijowskiego dla TOK FM nosi tytuł: „Jeżeli popatrzymy na liczbę ofiar terroryzmu chrześcijańskiego, to okazuje się, że islamski nie jest zagrożeniem” – jest to inny fragment jego wypowiedzi podczas tej samej audycji. Wytłuszczona jest prywatna opinia, która ma (a przynajmniej ja tak to odczytuję) odwrócić uwagę od celów ruchu, któremu Mateusz Kijowski przewodzi i wywołać reakcję niechęci u ludzi obawiających się polityki imigracyjnej.

Mój problem polega na tym, że ja również prawdopodobnie nie zgadzam się w tej kwestii z Mateuszem Kijowskim, który, jak donosi portal wpolityce.pl, podczas tej audycji powiedział:

Kiedy mówimy o terrorystach islamskich to wydaje mi się, że w Polsce tego nie rozumiemy. Jeżeli popatrzymy na liczbę ofiar terroryzmu islamskiego w Polsce i Europie i na liczbę terroryzmu chrześcijańskiego, czy innych wydarzeń to okazuje się, że terroryzm islamski nie jest zagrożeniem. Medialnie to się dobrze sprzedaje, bo można to powiązać z wędrówką ludów. (…) Gdybyśmy mieli zdefiniować o co chodzi w tych zamachach, to chodzi o fundamentalizm, którego się boimy. Boimy się fundamentalizmu islamskiego, chrześcijańskiego, czy fundamentalizmu Erdogana, czy PiS-u.

Mam wrażenie, że Mateusz Kijowski źle to ujmuje, nie mogę wykluczyć, że różnimy się w ocenach. Łatwo mogę sobie wyobrazić, jak w kuchennej rozmowie próbowałbym ustalić, gdzie się zgadzamy, a gdzie się różnimy. Islamski terroryzm jest ruchem totalitarnym takim jak nazizm, komunizm, czy średniowieczne chrześcijaństwo. Dąży do panowania nad światem, ale ofiary islamistycznego terroryzmu, to dziś przede wszystkim muzułmanie. Ich ofiary liczą się w milionach, w Afganistanie, w Pakistanie, w Iraku, Iranie, Jemenie, w Nigerii, Libii, Egipcie i innych krajach afrykańskich. Sunnici mordują szyitów i odwrotnie, różne sekty chcą narzucić swoją wizję wiary innym, nieodmiennie odwołując się do przemocy. Terroryzm muzułmański uderza z całą siłą w mniejszości religijne w krajach zdominowanych przez islam, ofiary wśród tamtejszych chrześcijan, Jazydów, Kurdów i innych liczą się w setkach tysięcy istnień ludzkich. Terror muzułmański skierowany przeciw Żydom pochłonął tysiące ofiar, amerykańskich ofiar jest kilka tysięcy, stosunkowo najmniej jest ofiar wśród Europejczyków, ale twierdzenie, że dziś terror chrześcijański (komunistyczny czy neonazistowski) jest nie mniejszy niż islamistyczny, jest po pierwsze nieprawdziwe, a po drugie jawi się jak nieuświadomione lekceważenie milionów ofiar terroru islamistycznego poza Europą.

Są tu również inne aspekty. Obserwując ten problem przez pryzmat arabskich mediów, dysydentów muzułmańskiego świata, słyszę często, że to Europa nie rozumie zagrożenia ze strony totalitarnych ruchów muzułmańskich, nie wspiera dążeń do reformy islamu, szuka „umiarkowanych fanatyków”, gubi się w swojej polityce pomocy uchodźcom, gdyż ci najbardziej zagrożeni, ludzie tacy jak Jazydzi, czy arabscy chrześcijanie, dysydenci wierzący i niewierzący otrzymują najmniej pomocy, są ignorowani i odrzucani, ponieważ nie podzielają naiwnej wersji prezentacji tego problemu, że muzułmański terroryzm nie ma nic wspólnego z religią.

Innym, ale powiązanym z tym aspektem sprawy jest lęk szarego człowieka, który słyszy każdego dnia o obcinaniu głów, gwałtach, atakach samobójczych, o bestialstwie wobec kobiet i dzieci i zapewnienia, że to mogą być sympatyczni sąsiedzi, że terrorystów jest garstka, że to nie ma żadnego związku z religią i kulturą, że powinniśmy okazać ludzką pomoc uciekinierom.

Oczywiście zgadzamy się, że powinniśmy się bać „fundamentalizmu islamskiego, chrześcijańskiego, czy fundamentalizmu Erdogana, czy PiS-u”. Jednak ten fundamentalizm islamski wymaga poważniejszych studiów, bowiem szary człowiek ma wrażenie, że karmi się go jakąś sentymentalną papką, która ma mało wspólnego z rzeczywistością i moim zdaniem, nie jest to wrażenie pozbawione podstaw.

Nie mogę twierdzić, że wiem, co sądzi Mateusz Kijowski o skomplikowanym problemie wyłącznie na podstawie czterech zdań powiedzianych podczas radiowej audycji. Zapewne byłaby to trudna rozmowa utrzymana w parlamentarnej konwencji. Portal wpolityce.pl chciałby użyć tych czterech zdań dla podważenia autorytetu człowieka stojącego na czele Komitetu Obrony Demokracji, ponieważ obrona demokracji ich gniewa, ponieważ odrzucają ideę parlamentarnych sporów i tego, że różniąc się i z konieczności błądząc, możemy zgadzać się na konstytucyjny ład współżycia w państwie.

Głos pana Patryka jest ciekawy i jest ważny, pokazuje rozmiary czekającej nas pracy, by pokazać związek między wolnością i możliwością spierania się o sprawy, które są dla nas ważne. Skutecznie o naprawie Rzeczpospolitej rozmawiać mogą tylko ludzie wolni, w innym przypadku będą to albo nocne Polaków rozmowy, albo wykonywanie poleceń Prezesa.

Andrzej Koraszewski

 

VN:F [1.9.22_1171]
Oceń artykuł
Rating: 8.9/10 (22 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: +18 (from 20 votes)
Andrzej Koraszewski: Uwagi o rozważaniach o naprawie Rzeczpospolitej, 8.9 out of 10 based on 22 ratings

5 komentarzy

  1. PK 2016-08-02
  2. hazelhard 2016-08-02
    • PK 2016-08-02
  3. koraszewski 2016-08-03
  4. PK 2016-08-07