Paweł J. Dąbrowski: Jak oddzielić ziarna od plew?

Print Friendly, PDF & Email

management 1 …Czyli proste narzędzia dla budowania społeczeństwa obywatelskiego

We wcześniejszym tekście pt. „Durnokracja” pisałem o tym, że

straszliwie spłyciliśmy istotę demokracji.  A może po prostu daliśmy sobie wmówić, że istotą demokracji są wybory.  I mamy wybory, owo „święto demokracji”, gdzie rozmaici kandydaci, odpicowani na potęgę, wdzięczą się do nas z setek bilbordów, przekonują nas do najrozmaitszych bajerów, których wartości nie jesteśmy w stanie ocenić, a potem.. robią co chcą, przez cztery lata – do następnych wyborów.  Gorzej, że gdy poszczególne partie „dają” to, czy owo – to „ciemny lud to kupuje” i się cieszy…”

Kluczowe pytanie brzmi: „Jak to zmieniać”?

Byłem niedawno w Lublinie  na spotkaniu ruchu, będącego nadzieją polskiej demokracji.  Wśród wielu wypowiedzi utkwiła mi jedna – dość typowa. Jej autor,  zapewne profesor prawa, dopominał się o szacunek dla prawa, szacunek dla procedur. Niby słusznie, ale…

Jak zwykły człowiek ma mieć w Polsce szacunek dla prawa, jeśli w jego majestacie można zniszczyć dobrą firmę (przypadek Kluski nie był jedynym), jeśli pozwala ono na przejmowanie kamienic na podstawie nader wątpliwych dokumentów, a nie chroni ono wiekowych mieszkańców przed brutalnymi szykanami „czyścicieli”? Jak obywatel ma mieć szacunek dla procedur, jeśli prosty proces ciągnie się latami, jeśli – mimo wielu ostrzeżeń – nie zablokowano afery „Amber Gold”? Jeśli sprawa ta jest „w toku procesu sądowego” już czwarty rok? A tak dla porównania – sprawa Madoffa, o nieporównanie większej wartości trwała przed sądem w Nowym Yorku zaledwie cztery miesiące..

Musimy odrzucić złudzenie, że wychodząc do ludzi z pięknymi hasłami i najsłuszniejszymi nawet ideami uda nam się zmobilizować większość wyborców, by zawrócić Polskę z równi pochyłej, po której zjeżdża w kierunku nacjonalistyczno-populistycznej dyktatury. (No, nie będę pisał „narodowo-socjalistycznej”, by nie być posądzonym o łatwe aluzje.)

Wielkie ruchy demokratyczne nie zwyciężały przez abstrakcyjne hasła wolności, ale przez integrowanie społeczeństwa wobec prostych, konkretnych spraw które bolą zwykłego obywatela.

Kamieniem, który ruszył lawinę zmiatającą brytyjską dominację, przynoszącą wolność obywatelom kolonii w Ameryce był protest przeciwko podatkowi na herbatę; wspaniały ruch wolności Indii miał swój początek w walce o zniesienie podatku solnego, a „wypadki poznańskie” – jak i te następne – zaczęły się od protestów przeciwko podwyżkom..

Podobnie, jeśli KOD nie chce stać się inteligenckim klubem dyskusyjnym powinien „wziąć na warsztat” konkretne problemy szarego człowieka, powinien dać nadzieję, wizję i pokazać drogę.

Zajmując się bardzo praktyczną stroną tego zagadnienia warto zadać sobie parę pytań.. Na przykład:

  1. Dlaczego w takich krajach, jak Hiszpania i Grecja, budowane są ogromnym kosztem nieużyteczne obiekty olimpijskie, drogi czy lotniska?
  2. Czy w Polsce jest inaczej???
  3. Czy, jako obywatele mamy choć skromne wyobrażenie o tym, czy nasze pieniądze są sensownie wydawane?

Jako podpowiedź dam cztery przykłady:

  • Drobna operacja (moja własna), która w Polsce wymagała dwutygodniowego pobytu w szpitalu („dla obserwacji”) została w Melbourne zrealizowana w dwóch półgodzinnych wizytach, przy koszcie wynoszącym zaledwie 100 dolarów australijskich;
  • Ryszard Florek (twórca Fakro, jednej z największych światowych firm produkujących okna dachowe) twierdzi, że „gdyby nie paraliżujące przepisy mógłby podwoić zatrudnienie”;
  • Innowacyjny przedsiębiorca przenosi firmę do Londynu „bo tam jest łatwiej”
  • Mamy niskie płace pielęgniarek, a remont mieszkania dyrektora CZD kosztował milion zł…

Nie tak dawno przedstawiciele rządzącej koalicji dali popisówkę, pod nazwą „audytu”.  Niewątpliwie hucpą nad hucpami było wyciąganie sprawy „Amber Gold” i przypisywanie winy za nią byłej koalicji…  Spójrzmy na to w kontekście afery SKOK-ów, która to, o nieporównanie większej skali, została skrzętnie ukryta.. A główna osoba, winna wyprowadzenia (co najmniej) kilkunastu milionów złotych do Luksemburga z fundacji, która miała służyć budowie polskiego, społecznego kapitału, a  której nie można nazwać złodziejem, jedynie ze względu na zawiłości prawnicze, została nagrodzona stanowiskiem przewodniczącego senackiej komisji finansów…

Rzecz jednak w tym, że oprócz zarzutów dętych, czy wręcz absurdalnych sporo jest  — niestety – w pełni uzasadnionych.

Państwo Polskie – jak poniekąd trafnie ktoś powiedział – „istnieje tylko teoretycznie”. Tak naprawdę, to nasz system społeczno-gospodarczy (gdy odnosić go do zachodnich standardów) jest głęboko dysfunkcjonalny.

Ruch społeczny, który ma ambicję zmieniania Polski na lepsze, musi zacząć takie dysfunkcjonalności identyfikować i eliminować.  Podobnie powinna postępować każda partia, która chce coś dobrego dla kraju zrobić. Ale…

Niestety, wygląda na to, że wszystkie obecne partie raczej są zainteresowane utrzymywaniem chaosu, bałaganu i niedoinformowania by zachować – lub uzyskać, czy odzyskać dostęp do rozmaitych korzyści dla swoich działaczy i popleczników.

Demokracja – ale i nie tylko polska – jest ofiarą najazdu „czterech jeźdźców apokalipsy” niszczących jej fundamenty.  A oto oni:

  • Marnotrawstwo
  • Korupcja
  • Niedoinformowanie – „durnowatość” społeczeństwa
  • Brak cywilnej odwagi, by tym patologiom się przeciwstawiać.

Pozwolę sobie podać przykłady z mojej dziedziny (rozwoju przedsiębiorczości i innowacyjności), ale czego się tylko w Polsce dotknąłem wszędzie wyłaziły podobne „kwiatki”.

Dotacje dla przedsiębiorstw

System, w którym dzięki urzędniczej decyzji ktoś może otrzymać majątek znacznie przekraczający to, co znaczna część Polaków zdoła zaoszczędzić w ciągu kilku lat, czy nawet całego życia jest nie tylko niesprawiedliwy, ale też korupcjogenny i marnotrawny.

Przede wszystkim jednak ma on szalenie szkodliwy wpływ na samą przedsiębiorczość, na innowacyjność.  Szaleńczo skomplikowany system  – już to z natury biurokracji, już to dla stworzenia pozorów praworządności – spowodował rozbudowanie ogromnego aparatu urzędniczego i para-urzędniczego, t.j. wielkiej rzeszy „fundacji” i „doradców” zajmujących się (z jednej strony) rozdawnictwem owych grantów, a z drugiej – za biegami o ich pozyskiwanie.  Wg. Rzeczypospolitej ok. 200 tysięcy osób żyje z dystrybuowania środków unijnych. To przecież „odessanie” z machiny gospodarczej ogromnej liczby zdolnych ludzi na zajmowanie się działalnością o nader wątpliwej, a per-saldo szkodliwej (w skali kraju i Unii) działalności  W jednym z niewielu dobrze działających ośrodków innowacji (oczywiście, są też takie, nawet na „Ścianie Wschodniej” ) usłyszałem – dlaczego przedsiębiorca miałby pakować się w trud i kłopoty robienia prawdziwych innowacji, jeśli „odpowiednio zabiegając” może dostać dotację na kilkaset tysięcy czy kilka milionów?

Na innym spotkaniu zabrał głos młody chłopak, który skończył kierunek „zarządzanie innowacjami”: „u nas wykładowca zachęcał do brania dotacji, mówiąc, że musimy utrzymać firmę tylko przez rok, a potem, jak nie wyjdzie to przecież zostaną nam sprzęty..”  jaka to niby ma być zachęta do prawdziwej innowacyjności?

Przecież nie jest tak całkiem źle – obruszy się ktoś. Rzeczywiście – można wskazać całą masę dobrych przykładów. Tak samo, jak można wskazać całą masę przykładów dla obrony socjalizmu – Osiedle za Żelazną Bramą, Trasę Łazienkowską czy odbudowany Zamek Królewski.  Rzecz w tym, że powinniśmy spojrzeć na całość i zrobić rzetelny bilans. A nie wypada on dobrze (niech mi uważniejsi czytelnicy SO wybaczą powtórzenie)   – Polska systematycznie spada w rankingach innowacyjności:

  • 2013: według „EU Innovation Scoreboard 2013” Polska spadła z pozycji piątej, na czwartą.. od końca.
  • 2015: Rankingu Global Innovation Index 2015, Polska wylądowała na 46. pozycji, spadając o jedno miejsce w porównaniu z zeszłym rokiem. Wyprzedza nas 26 państw Unii Europejskiej, a słabiej wypada tylko Rumunia (!).

Niestety, w ostatnim „rozdaniu” środków unijnych bezzwrotne dotacje stanowiły 90% finansowania „przedsiębiorczości i innowacyjności”. A przecież – nawet przyjmując, że obiecujące firmy wymagają wsparcia – te same pozytywne efekty można by osiągnąć zamieniając dotacje na pożyczki lub udział kapitałowy Państwa Polskiego w udanych przedsięwzięciach. Co było by w tym złego?

Bo przecież musi, musi być w tym „coś złego” bo ŻADNA, ALE TO ŻADNA z kluczowych sił politycznych nie krytykuje tego kosztownego, a szkodliwego mechanizmu.

Dajmy tylko jeszcze jeden przykład – w jednym ze wschodnich województw ustosunkowany architekt otrzymał dotację-darowiznę na budowę hotelu w ramach programu „Rozwoju Obszarów Wiejskich”.  „Hotelik” pozorował działalność (dla spełnienia wymogów programu) przez dwa lata, a potem zamienił się w piękną willę Pana Architekta, gdzie przyjmuje on zaprzyjaźnionych urzędników i dostojników..

Inkubatory

Inkubatory są nieefektywne.

Studium Fundacji Kauffmana, dotyczące 29 amerykańskich  inkubatorów przyniosły pożałowania godne wyniki.  Ponad 45% z nich nie dało ani jednego absolwenta, który przeszedłby do fazy pozyskiwania finansowania. Wyniki były zbyt kiepskie, żeby dawało się je sensownie analizować.

Podobne wyniki dały badania europejskie.

Tymczasem w Polsce przeznaczono ogromne pieniądze na wypasione biurowce, funkcjonujących jako „inkubatory przedsiębiorczości”. Gdy weźmie się „pod lupę” ich finansowanie, to wygląda ono z grubsza tak:

– 40% idzie na utrzymanie zarządu i biurokracji,

– 40%, będących wartością budynku przechodzi na własność organizacji (zwykle fundacji) – rzeczywistego beneficjenta tej zabawy,

– a jedynie 20% jest przeznaczone na rzeczywiste, choć nie koniecznie efektywne działania związane z przedsiębiorczością i innowacjami.

wykres

Więcej na ten temat było tu.

Jeszcze za władzy PO/PSL, list w tej sprawie, odnoszący się do budowy konkretnego inkubatora w Lublinie wysłałem w do Prezydenta miasta, do radnych i posłów wszystkich partii, do dziennikarzy i działaczy kluczowych organizacji pracodawców, a także do kilkunastu osób z całego kraju, które mogłyby by być tym zjawiskiem zainteresowane..

Otrzymałem odpowiedź od czterech (4!) osób: od dwóch posłów – po jednym z PO i PiS oba w tonie „życie jest ciężkie, a ja nic nie mogę zrobić”, jeden od osoby kierującej stowarzyszeniem biznesu w Lublinie i drugiej kierującej inicjatywą kilkunastu liczących się przedsiębiorców (może coś jeszcze z tego wyjdzie, jest jeszcze cień nadziei). Problem jednak w tym, że niezależne inicjatywy nie mają pieniędzy na szerszą kampanię informacyjną, a dla osób prowadzących własne firmy zadzieranie z machiną urzędniczo-partyjną może mieć najprzeróżniejsze, niekorzystne konsekwencje… Zwłaszcza teraz…

Jaką drogą pójść?

Fakt, wspieranie innowacyjności nie jest łatwe – w Australii podjęto próbę oceny  wsparcia dla współpracy pomiędzy nauką i biznesem przez stworzenie w roku 1991 Cooperative Research Centres (CRS). „Przez 11 lat swojej działalności wiele spośród 123 ośrodków zniknęło bez śladu, pośród opowieści o bezsensownych kłótniach, arogancji i ignorancji związanej z procesem komercjalizacji”.

Nie znaczy to jednak, że nie jest to możliwe. Są dobre, inspirujące przykłady:

  • – „Fenomen Cambridge” – trzydzieści lat temu Cambridge było:
    • prowincjonalnym miastem (100 tys. dusz)
    • Siedzibą dla (jedynie) 20 firm high-tech,
    • jednym z najuboższych regionów Anglii
  • Obecnie:
    • 40 000 ludzi jest zatrudnionych w 1500 firmach high-tech,
    • Jest to siedziba 70 firm giełdowych
    • Jest to jeden z najbogatszych regionów

– w programie Enterprise Facilitation (Australia, Kanada, US, UK), stworzonym przez Ernesto Sirolli

  • Po pięciu latach od utworzenia przeżywalność firm wynosi ponad niż 80%,
  • Średni koszt wsparcia dla utworzenia jednego miejsca pracy to.. 3 000 dolarów (!),
  • Średni koszt realizacji programu (działa on w małych miasteczkach) w pierwszym roku to 75,000 dolarów;
  • Na stronie internetowej Sirolli.com znaleźć możemy wymienione z nazwy hrabstwa wraz z liczbą stworzonych i uratowanych miejsc pracy.

Jak widać można, można przecież to zrobić dobrze..

Przyznam, że ta sprawa – wspierania rozwoju przedsiębiorczości i innowacyjności – ma dla mnie wymiar osobisty.  Siedem lat temu wróciłem do Polski po 13 latach pobytu w Australii, z nadzieją przeniesienia tu najlepszych doświadczeń..  Jednym z nich była właśnie bardzo efektywna sieć aniołów biznesu, a że pracowałem tam – między innymi – jakiś czas jako broker finansowy, miałem okazję pomóc w sfinansowaniu trzech projektów biznesowych wśród Polonii australijskiej. A przy okazji zrozumieć i docenić rynkowe mechanizmy gospodarcze.   Stąd moje bardzo ostre spojrzenie na szalenie kosztowny, marnotrawny i dysfunkcjonalny system dotacji.

Tym większa była moja frustracja, że obserwowałem powszechny nieomal zachwyt dla absurdalnej idei promowania przedsiębiorczości za pomocą rządowego rozdawania pieniędzy…

Przyznam jednak, że długo nie mogłem zrozumieć przyczyn oporu przed – chociażby – podjęciem rzetelnej dyskusji na ten temat…

Z artykułem pokazującym negatywne konsekwencje rozdawnictwa pieniędzy na mocy urzędniczych decyzji tłukłem się po różnych redakcjach ze trzy lata… Bez skutku.  Dopiero w „Studio Opinii” znalazło się na to miejsce… Potem jakoś się ruszyło – po dość przypadkowej rozmowie w TOK FM ukazał się całostronicowy wywiad w „Dzienniku Gazecie Prawnej” i… nic. Zupełny brak zainteresowania.

Jeszcze kilka sytuacji…

Żeby przebić się z tematem szkodliwości dotacji podjąłem się zorganizowania Światowego Tygodnia Przedsiębiorczości dla PKPP „Lewiatan”.  W ramach ŚTP  zorganizowaliśmy na SGH panel dyskusyjny na temat „Jak rozwijać przedsiębiorczość w Polsce”.  Ale… Zaproszona do udziału w niej pani wiceprezes PARP zawiadomiła nas SMS-em, już po rozpoczęciu spotkania, że „popsuł jej się w drodze samochód”.  Zapewne był też strajk taksówek (choć media na ten temat nic nie podawały).

Dzięki zorganizowaniu „Debaty Oxfordzkiej” w ramach ŚTP na salonach Warszawskiej Giełdy miałem okazję dotrzeć do prezydenckiego ministra – odpowiedzialnego za ten obszar – który zaszczycił debatę.  Po zapoznaniu się z analizą stwierdził on: „ale wie Pan, zawsze ktoś na tym zarobi”. Fajnie, nie?

Gdy wszedł program budowy inkubatorów przedsiębiorczości w Polsce wschodniej miałem rozmowę z liderem jednego ze stowarzyszeń przedsiębiorców, z którym wcześniej wielokrotnie rozmawiałem na temat strategii rozwoju regionu. I usłyszałem „wiem, że to trwonienie pieniędzy, ale jak my tego nie zrobimy, to zrobi to ktoś inny”.

Jakiś czas później uczestniczyłem w regionalnej konferencji dotyczącej nowej transzy dystrybucji środków unijnych. Tam w obecności ponad dwustu osób ekspert firmy „doradzającej w pozyskiwaniu środków unijnych” mówił w imieniu Urzędu Marszałkowskiego „to przecież chyba dobrze, że Urząd będzie mógł nagradzać firmy za innowacyjność!”   I cóż – nikt z tam obecnych nie zaprotestował, nikt nie powiedział, że to najgorsza formuła etatyzmu, że to zaprzeczenie istoty gospodarki rynkowej. Bo niby kto miał protestować? Urzędnicy, którzy umacniali swą pozycję, władzę i wpływy dzięki dystrybucji ogromnych pieniędzy?  „Konsultanci” załatwiający tłuste dotacje? Czy przedsiębiorcy, którzy mieli nadzieję dopchać się do rogu obfitości unijnych dotacji?

Narzędzia dla lepszej zmiany

Musimy edukować społeczeństwo, ale promowanie szczytnych haseł „Wolność, Równość, Demokracja” musi być uzupełnione o praktyczne narzędzia ułatwiające zrozumienie tego co się wokół nas dzieje.  Tylko tak budowanie ruchu obywatelskiego na rzecz lepszej zmiany będzie możliwe.

Są takie narzędzia, narzędzia  proste jak konstrukcja cepa.

Narzędzia te mają swoje źródło w  koncepcji „Zarządzania przez cele” i są mocno wykorzystywane w systemie Budżetu Zadaniowego.  Ale dla praktycznej edukacji ekonomicznej (i społecznej) szerokich rzesz obywateli nie ma potrzeby wchodzenia w te metody.

A po prostu.. Powinniśmy pytać – w każdym przypadku –  nie tylko „na co poszły pieniądze”.  Nie wystarczy bowiem powiedzieć „wydaliśmy 26 mln zł na rozwój przedsiębiorczości” (na ochronę zdrowia, budownictwo czy cokolwiek innego).

Potrzeba większej precyzji co do efektywności wydatków!

Powinniśmy pytać:

  • Na co dokładnie idą pieniądze (jak wyżej, w przypadku inkubatorów)
  • Musimy pytać o wskaźniki wydajnościowe ile nas kosztuje (np.):
    • Stworzenie jednego miejsca pracy czy
    • Przeprowadzenie szkolenia, administracja autobusów czy ich naprawa dziury w ulicy..

Taka zupełnie prosta analiza może dać szokujące, ale i otwierające oczy rezultaty.  Na przykład, w polskich programach „business angels” (zachęcających doświadczonych przedsiębiorców do inwestowania w nowe firmy) doprowadzenie do jednej inwestycji kosztowało ok. 1 000 000 zł. (!!!). Nie, to nie jest wartość inwestycji, ale same „koszty transakcyjne” po stronie instytucji odgrywających rolę mediatora w tym procesie…  Dajmy dla porównania, że doskonale funkcjonujący portal australijski dostał jedynie dotację w wysokości 5 000 dolarów (na opracowanie podręcznika), a amerykańskie sieci same finansują swoje działanie…

Oczywiście, nie zawsze „taniej” znaczy „lepiej”.  Ale daje orientację co do sensowności wydatków; na przykład wtedy, gdy brak jest przesłanek co do różnic w jakości, a dwudniowe szkolenie językowe w jednym miejscu kosztuje 3,500 zł, a w drugim 800…

Niezwykle istotnym problemem dla oceny efektywności wszelkich działań jest uwzględnienie wszystkich kosztów. Na przykład – co z tego, że dotacja wielkości 200 000 zł, umożliwiła utworzenie trzech miejsc pracy, jeśli zorientujemy się, że dla przyznania tej dotacji trzeba było wydać 1,5 mln zł na utrzymanie urzędniczego aparatu? Wtedy nasz rachunek zaczyna wyglądać zupełnie inaczej..

Drugim cennym wskaźnikiem efektywności działań, jest czas trwania: czy to procesu sądowego, czy uzyskania zezwolenia.

Oczywiście – powyższe wskaźniki będą mówiły nam jedynie o „wydajności” działań. Problem w tym, że możemy bardzo dzielnie, bardzo sprawnie i szybko maszerować w złym kierunku…

Dlatego też potrzebujemy wskaźników pokazujących efektywność naszych działań, np.:

  • ile (dzięki naszym programom) stworzono miejsc pracy?
  • jak długo się one utrzymały (np. ile % firm i miejsc pracy przetrwało okres bezpośredniego wsparcia finansowego)?
  • jaki jest poziom płac generowanych przez nasze programy?

Oczywiście, ten system myślenia może – i powinien – być zastosowany w KAŻDEJ dziedzinie.  Np., na podstawie dostępnych informacji można ocenić, że rządowe programy mieszkaniowe są koszmarnie nieefektywne.  Za ogromne pieniądze (wydane na urzędników i dobrze „umocowane” firmy) dostajemy mieszania niewiele tańsze (a czasem droższe) od tego, co oferuje rynek.  Tymczasem niezależne spółdzielcze inicjatywy budowlane pozwalają na redukcję kosztów mieszkania nawet o jedną trzecią (!). (Patologie takie to – oczywiście – nie jest wyłączna polska specjalność, ani krajów mniej zaawansowanych, jeśli chodzi o kapitał społeczny. Nawet w Australii obserwowałem podobne zjawiska.)

Czy znaczy to, że rynek powinien rządzić wszędzie? Nie, wcale nie.  Najbardziej rynkowy amerykański system lecznictwa (bo raczej nie „ochrony zdrowia”), jest znacznie mniej efektywny niż prospołeczne systemy europejskie, kanadyjski czy australijski.

Potrzebna jest rzetelna, głęboka analiza zarówno bieżących działań, jak i długofalowych konsekwencji.  Często bowiem na pierwszy rzut oka nie jest widać długofalowych efektów, gdy więc decyzje podejmowane są „na czuja’ rezultaty mogą być mało przyjemne.  Tak na przykład było z programem melioracji, który wbrew pochodzeniu słowa nie oznaczał „ulepszania stosunków wodnych, a sprowadzony został do osuszania. A w rezultacie (choć i inne czynniki tu zadziałały) mamy ogromne problemy z brakiem wody..

Podobnej natury szkody zaistniały w programach przedsiębiorczości.

W wielkim entuzjazmie wspierania młodych i przedsiębiorczych wylano dziecko z kąpielą, ignorując fakt, że to osoby dojrzałe mają największy potencjał tworzenia solidnych, innowacyjnych firm.

Skutkiem nachalnej propagandy stworzono wrażenie, że osoby dojrzałe nie mają specjalnie czego szukać w tym obszarze i mamy dość przykre efekty; mamy istotny spadek aktywności osób „50+ lat”

  • w 2004 r. założyły one 18,1% firm,
  • a w 2007 r. już tylko 12,3%.

A tym czasem badania pokazują, że (w normalnych warunkach) najwięcej firm hi-tech zakładają osoby w wieku 35-45 lat, ich firmy rzadziej padają i zatrudniają więcej osób.

***

Przed zakończeniem jeszcze jedna sytuacja – całkiem niedawna.  Prowadzałem swoją mamę na regularne zabiegi fizjoterapeutyczne.  Mama, która jest urokliwą rozmówczynią, zaprzyjaźniła się z całą obsługą, tak że po zakończeniu zabiegów miała już zaklepaną wizytę u lekarza-specjalisty.  Gdy jednak poszedłem do okienka dokonać formalnej rezerwacji, przypomniano mi, że musi ona mieć skierowanie od lekarza rodzinnego.  Ale po co?  – próbowałem się dopytać. Przecież jest oczywiste, że po serii zabiegów specjalista musi ją ponownie zobaczyć, by ocenić efekty terapii.

Wie Pan – powiedziała sympatyczna recepcjonistka – wiem, że to nie ma sensu, ale takie mamy procedury..

A co Pani o tym myśli? – dociekałem dalej..

Oj… ja tam wolę o tym wcale nie myśleć..

No właśnie – nie zbudujemy społeczeństwa obywatelskiego, dopóki każdy obywatel, każdy pracownik nie będzie szukał sposobów na to, by jego firma, jego zakład pracy lepiej funkcjonował. I miał głos, w który inni będą się wsłuchiwać.  Tylko tak, przez autentyczne, praktyczne budowanie podmiotowości możemy przełamać durnowatość szerokich mas (czasem własną) i zerwać z roszczeniowym myśleniem, gdzie za 500 zł „władza” dostanie przyzwolenie na budowanie dyktatury.

Musimy:

  • Wymuszać „evidence based policy”
  • Organizować szereg debat odnoszących się do konkretnych uwarunkowań działalności rządowej i samorządowej
  • Stworzyć bank danych „benchmarków” dla porównywania efektywności wydawania pieniędzy..

Polskę można zmieniać, można zmienić. Nie z dzisiaj na jutro, to potrwa… Ale można.

Jak ktoś pięknie powiedział:

Jeśli nie my, to kto? Jeśli nie teraz, to kiedy?

A istniejące, rozproszone i zdemoralizowane partie opozycji, poddane społecznej presji KOD-erów, albo się zreformują, i zaczną się naprawdę zajmować pracą nad lepszą przyszłością, albo powinny odejść w niebyt…

Polska scena polityczna wymaga zdecydowanego przewietrzenia i stworzenia autentycznego ruchu obywatelskiego.  Zajęcie się uporządkowaniem spraw trapiących zwykłych obywateli jest warunkiem i może być sposobem na zaistnienie takowego.

Czego sobie, i Wam życzę…

Paweł J. Dąbrowski

 

VN:F [1.9.22_1171]
Oceń artykuł
Rating: 9.7/10 (16 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: +29 (from 29 votes)
Paweł J. Dąbrowski: Jak oddzielić ziarna od plew?, 9.7 out of 10 based on 16 ratings

3 komentarze

  1. andrzej Pokonos 2016-08-10
  2. PK 2016-08-10
  3. Manveru 2016-08-11