Andrzej Olas: List Polecony

Print Friendly, PDF & Email

2016-08-11.

Jadąc do Magdy, do Braunschweigu, zatrzymałem się w Berlinie, aby zwiedzić odbudowany Reichstag. Pod portretem Adenauera przypomniałem sobie o liście mamy, kiedy to w latach pięćdziesiątych mama napisała do papieża; był to wtedy chyba Pius któryś tam. Prosiła go, aby zgodził się zostać Komisarzem Dobrej Woli; kiedy tylko się zgodzi, mama podejmowała się napisać do marszałka Stalina, prezydenta Eisenhowera, premiera Churchilla i może generała de Gaulle’a (nie pełnił on wtedy funkcji rządowych, ale mama liczyła się z jego ogromnym autorytetem), aby wzięli udział w tej komisji i rozwiązali problemy świata. Wykluczyła kandydaturę odwetowca Adenauera i zaznaczyła, że pisze do papieża choć jest niewierząca, że wstrzymywała się z przygotowanym od dawna listem aż do końca kadencji prezydenta Trumana – czołowego podżegacza wojennego, i że marszałek Stalin miał rację mówiąc, że pokój może być utrzymany, jeżeli narody wezmą sprawę pokoju w swoje ręce. Niosąc ten list na pocztę, aby nadać go jako polecony, przepełniony byłem wewnętrznym protestem. Liczba pojedyncza mamy kłóciła się z liczbą mnogą narodów świata. Na poczcie, stojąc w kolejce, postanowiłem, że nigdy więcej listów poleconych wysyłać nie będę.

olas

Trudno mi dokładnie powiedzieć jak to poszło z listem dalej – czy mamę wezwali, czy też ktoś przyniósł list z powrotem – w każdym razie zobaczyłem później tę kopertę (a dla elegancji mama naruszyła, jeszcze przedwojenny, zapas materiałów piśmiennych), otwartą, z nieskasowanymi znaczkami, z nalepką Polecony, i z napisanym czerwonym ołówkiem, energicznie podkreślonym tekstem: więcej takich listów nie pisać. W ten sposób Adenauer nigdy się o wykluczeniu przez mamę nie dowiedział i pewnie stąd na portrecie wydawał się być zupełnie z siebie zadowolonym. A o papierowym krzyku rozpaczy mamy nikt się nie dowiedział; ja sam, wówczas nastolatek, nie rozumiałem jej ciężkiego brzemienia – brzemienia sieroctwa , dwóch wojen, wdowieństwa i rzezi powstańczej Warszawy. I z tymi myślami dojechałem do Braunschweigu.

– Scheisse, scheisse, scheisse. Ten Halt jest Schweinehunde – rzucony przez Magdę list wylądował na kuchennym kontuarze pomiędzy salcesonem brunszwickim i miską kartoflanej sałaty.

– Wyczerpujesz mój zasób niemieckiego. Zostało mi tylko Hände Hoch, Raus i Nur Für Deutsche – powiedziałem podnosząc list – kto to jest ten Halt ?

– Herr Halt jest intendentem szkół tutaj, w Braunschweigu. Lubi mówić Nein.

– O co chodzi ?

Magda wskazała nożem na krojony salceson:

– To miasto jest jak ten salceson. Są Polacy, Niemcy z byłej NRD, Turcy, Arabowie, Włosi. Ale to co trzyma to wszystko, ta otoczka, to są miejscowi Niemcy – trzymają władzę, tak jak to gówniane, niejadalne pokrycie trzyma razem cały salceson. Z ich ramienia Herr Halt pilnuje szkół. Dla niego jestem brudną Polką, a mój mąż jakimś wasser–polakiem – synem pookupacyjnego bezpaństwowca.

– Łajdak. Żeby on tylko wiedział – wróciłem myślami do powojennych lat w Głuchowie. Wcześniej czy później będę musiał zrelacjonować Magdzie to co wiem o wydarzeniu z tamtych lat – wiedziałem o tym ja, i wiedziała o tym ona. Wolałem aby nastąpiło to jak najpóźniej – dobrze, że za godzinę wyruszałem z powrotem do Polski.

– Poprzednik Herr Halta nie pozwolił na naukę polskiego mojemu synowi, choć walczyłam jak lwica – dziabnięta z furią połówka salcesonu wylądowała na podłodze – a teraz Herr Holt zabrania polskiego mojemu wnukowi – dla niego polski jest dla untermeschen. W Polsce niemiecki jest nauczany w normalnym trybie, tutaj nie ma o tym mowy – ładna mi Unia Europejska i dwudzieste pierwsze stulecie. Powiedziałam mu co o nim myślę, a ten bęcwał pozwał mnie do sądu.

Magda wskazała nożem na leżący na kontuarze list:

– Każą mi zapłacić grzywnę 300 euro – albo mogę to odsiedzieć.

– Te kanapki zrób mi lepiej z serem – powiedziałem, podnosząc z ziemi salceson – znaczy, że robisz tutaj za męczennicę, za Emilię Plater.

– Emilia Plater miała szablę – dziabnięty po raz drugi salceson znów wylądował na podłodze – a ja mam tylko ten salceson i tę miskę z sałatą – Magda rąbnęła miską o podłogę. W zgodności z prawami ruchu i prawem grawitacji szczątki miski i jej zawartość wkrótce spoczęły na podłodze; reszta wszechświata pozostała niewzruszona.

– Żebyś tylko nie skończyła w chatce leśnika – pomyślałem.

Minęło pół roku od mojej wizyty w Braunschweigu. W godzinę po przyjeździe do Głuchowa, województwo Wrocławskie, zatrzymaliśmy się z Magdą na górnym mostku przy ulicy Sienkiewicza. W biegnącym wzdłuż ulicy potoku kąpał się szkielet podwozia czterokołowego wózka dziecinnego z brakującym lewym tylnym kołem i uczepioną do szkieletu reklamówką Lidla. Wózek wydawał się być z dynastii nie późniejszej niż AWS, podczas gdy reklamówka była PiSowska lub PO–owska. Z oddali patrzały na nas, milcząc, Góry Sowie.

Tamtego dnia, na mostku mieliśmy przed sobą imponującą ruinę zakładu Della, za Niemców fabryki Schreibera. Frontowa ściana zakładu ziała nieregularną dziurą. Okrąg opisany na dziurze mierzyłby kilkanaście metrów. Nad dziurą niepewnie zwisała popękana struktura dachu. Mógł to być 155 mm pocisk, ale biorąc wiekowo, dziura była pokojowa i postkomunistyczna. Byliśmy w najbardziej dotkniętej przemianami części Polski.

– To gdzieś w tej okolicy się to wszystko dla mnie zaczęło. Znajdźmy jakieś ślady, spróbujmy się czegoś dowiedzieć – powiedziała Magda.

Jak to się dla niej zaczęło wiedziałem więcej, niż powiedziałem jej w drodze do Głuchowa. Niedługo po wojnie (drugiej, światowej), będąc wtedy uczniem piątej klasy, właśnie w tym Głuchowie, dokładnie szóstego listopada przepowiadałem sobie w łóżku, na chwilę przed zaśnięciem, referat, który miałem wygłosić następnego dnia:

– Trzydziestą rocznicę Wielkiej Rewolucji Październikowej czcimy więc jako nasze święto, święto pionierów na naszych Ziemiach Odzyskanych, które wyzwolił generalissimus towarzysz Stalin.  Prezydent Bierut powiedział nam, że nasze miejsce jest tutaj. Nie będziemy więcej ciemiężyć narodów zachodniej Ukrainy i Białorusi. Na imperialistyczne Bizonie i Trizonie, klasa robotnicza Francji, zjednoczona wokół sekretarza Komunistycznej Partii Francji towarzysza Maurice’a Thoreza odpowiada „Ami go home”….

– Byle się nie zająknąć, jak będę czytał – myślałem – teraz będą salwy dział Aurory i pałac Zimowy.

Z sypialni wujostwa dochodziła cicha rozmowa.

– To ta Niemka z sąsiedztwa, ta co ją wywożą z transportem do Niemiec. Była robotnicą u Schreibera. Nie chce wziąć dziewczynki. Zgwałcił ją jakiś Kałmuk i urodziła – mówiła ciotka – nie ruszaj mnie, nie mam dziś ochoty.

W szmerze pościeli słyszałem dalej:

– No dobrze, ale przyrzekasz, że ją weźmiemy.

Z sypialni dochodził rytmiczny skrzyp łóżka. Dosyć niejasno odczułem podniecenie (w końcu miałem tylko jedenaście lat). Następnego ranka mój referat zaciął się na salwach Aurory, a parę dni później w rodzinie pojawiła się Magda.

Z tej zimy pamiętałem jeszcze powożoną przez parobka wujostwa karetę, karetę którą zajechaliśmy na pasterkę. Po pasterce kozioł, stojącej zwykle w stodole karety, stał się miejscem, skąd dowodziłem wojskami Napoleona pod Jeną, a na skórzanych siedzeniach karety spędziłem niejedną chwilę czytając Trylogię i Karola Maya. Kareta stała się moją wyspą szczęścia.

– Rewolucja srewolucja, a tak eleganckiej karety nigdy więcej nie widziałem – wymamrotałem, wciąż myślami w przeszłości.

– Co ty gadasz – Magda przyglądała mi się podejrzliwie.

– To może być tamten dom, ciotka mówiła o sąsiedztwie – powiedziałem, wskazując na brązowy budynek. W uchylonych drzwiach wejściowych krzątała się starsza kobieta.

– Wciąż zastanawiam się, jaką przed tą adopcją miałam narodowość – powiedziała Magda, kiedy, w parę minut później, odchodziliśmy z Magdą od drzwi staruchy – może ta starucha miała rację nazywając mnie szwabskim bękartem. Może i teraz dobry prawnik dowiódłby, że nie należy mi się żadna narodowość. Przedtem jeszcze wnuk tej starej, jako dobry patriota, przyłożyłby mi kijem bejsbolowym.

– Jej chodziło o dom – przerwałem – a nuż pokażesz jakiś papier i powiesz wynocha, stara. Słucha pewnie radia Maryja, a wnuki wysyła na pielgrzymkę do Częstochowy. Mnie nazwała folksdojczem, a przecież nie wyglądam.

– Mnie w ogóle nie powinno być. Zbrodnia towarzyszyła mojemu poczęciu. Nie znam ani Niemki, która mnie urodziła, ani ojca Kałmuka. Niemcy w Braunschweigu mówią o mnie brudna Polka. Czuję się Polką, a w Polsce wyzywają mnie od hitlerówy. Ciekawe, jak by mnie nazwali u ojca w Kałmucji. Uprawiają tam słonecznik i kukurydzę, więc pewnie najłagodniej powiedzieliby: spadaj dziwko w kukurydzę gryźć pestki.

Milczałem. Nie miałem nic do zaproponowania, brakowało nawet marzeń, brakowało kozła i skórzanego siedzenia karety.

– Patrzę na te ruiny dookoła i zastanawiam się czy nie lepiej by było nie wypędzać stąd Niemców, tylko brać od nich pieniądze. Po co ja tu przyjechałam? Gdzie ja mam się podziać? Gdzie ja mam się podziać? Napisz mi, proszę, list do premierów, prezydentów i kanclerzy tego świata z jednym, jedynym pytaniem – gdzie Magda ma się podziać? Słyszysz? Ja chcę tego listu.

– Napiszę. I wyślę go jako polecony.

Pisane w roku 2005.

VN:F [1.9.22_1171]
Oceń artykuł
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: +1 (from 1 vote)