Apteka pod Opatrznością, cz. 1

Rozdział I, w którym Tomaszek opowiada o drodze do szkoły o Januszu i o poruczniku.

aptekaDo szkoły był kawałek drogi – z Szustra do Narbuta. Jeżeli szedłem do szkoły sam, a nie z Januszem, to chodziłem skrótem przez ruinę domu przy Różanej. Poprzez klatkę schodową z której pozostała wisząca pajęczyna metalowej balustrady i przez zniszczoną framugę drzwi wchodziłem do parterowego mieszkania numer jeden. Zatrzymywałem się na chwilę w środkowym pokoju – podobały mi się jego ściany wyklejone ciemnobrazową tapetą z kremowymi, przypominającymi atakujące kobry, wzorami. Potem wyskakiwałem przez rozwalony pociskiem otwór okna sypialni i zaraz skręcałem w Kazimierzowską. Tam, niedaleko za rogiem, z trzypiętrowego domu został tylko front – pionowa, wysoka aż do trzeciego piętra i niczym niepodparta fasada, ze zwisającym nad rozbitym oknem wystawowym pogiętym, blaszanym szyldem apteki pod Opatrznością. Reszta domu leżała w gruzach. Wzdłuż fasady wykonany szerokim pędzlem napis obwieszczał: „Niebezpieczeństwo”. Przechodząc obok fasady zaklepywałem litery „N” i „o” – pierwszą i ostatnią literę ostrzeżenia. Kiedy przy silniejszym wietrze fasada jakby się chwiała, zaklepywałem litery bardzo ostrożnie, a odchodząc od fasady czułem się odważniejszy niż zwykle. Za fasadą mijałem podziurawiony kulami okrągły słup ogłoszeniowy, na którym od miesiąca wisiał plakat „30 czerwca 1946 – referendum ludowe. Warszawa głosuje 3 x Tak”. Przedtem plakat też zaklepywałem; teraz przestałem, bo do referendum było już tylko kilka dni, a potem plakat i tak ktoś zerwie, więc po co się wysilać.

Janusz nie chciał chodzić na skróty. Dlatego często, pomimo że mieszkał u nas, szliśmy do szkoły oddzielnie – on ulicami, a ja przez ruinę.

Czasem w drodze do szkoły dołączał do mnie porucznik, który mieszkał w willi dokładnie naprzeciw apteki pod Opatrznością. Porucznik chodził do tej samej piątej klasy co ja, a nazywaliśmy go porucznikiem dlatego, że kiedyś przyszedł do szkoły z przypiętą do swetra oficerską gwiazdką. Jego ojciec był ubekiem i Janusz mówił, że ta gwiazdka była od munduru ojca. Mówiliśmy w klasie, że ubeckie gwiazdki można łatwo rozpoznać, bo mają po wewnętrzej stronie litery UB. Porucznik zaprzeczał, że to nieprawda, że gwiazdka żadnych liter nie ma, ale obejrzeć jej nie dał. Twierdził, że tę gwiazdkę dał mu sam towarzysz minister UB, kiedy przyjechał do ojca. Mówił, że minister jeździ czarnym samochodem Citroën. To może była prawda, bo raz czy dwa widziałem czarnego Citroëna przed willą porucznika.

Zwykle porucznik doganiał mnie tuż za ruiną, na rogu Kazimierzowskiej i Narbuta. Stał tam kwadratowy gmach, w którym w czasie okupacji mieściły się koszary SS. Teraz kwaterował tam Korpus Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Za gmachem, w stronę więzienia mokotowskiego, więźniowie budowali wzdłuż Kazimierzowskiej czteropiętrowe domy. Janusz mówił, że to będą mieszkania dla ubeków i że Korpus Bezpieczeństwa to też sami ubecy. Ale ja tam nie dochodziłem, bo szkoła była bliżej, już na Narbuta.

Jak powiedziałem mamie o tej ubeckiej gwiazdce porucznika i o tym, że często idąc do szkoły spotykam porucznika, to mama przeprowadziła ze mną poważną rozmowę. Tak powiedziała: „Tomaszku, czas na poważną rozmowę”. Rozmowa była o ubekach i o ukrywaniu się. Że ubecy szukają ludzi, którzy się ukrywają, i że gdybym wiedział o kimś kto się ukrywa, to mam nikomu, ale to nikomu nic nie mówić – a już nigdy porucznikowi mimo, że on nie jest dorosły. Bo tych ukrywających się ubecy wsadzają do więzienia, a ojciec porucznika jest ubekiem. Powiedziała jeszcze, że jakby ojciec był tutaj, to powiedziałby mi to samo.

Ta rozmowa była jeszcze przedtem, zanim pan Piotr Ostrowski – stryj Janusza – zaczął się ukrywać.

No ale wracam do porucznika. Był wyższy ode mnie, szczupły i był opryskliwy. Na dużej przerwie często zajadał się czekoladą – taką w ogromnych płatach – czekoladą z paczek UNRRA – i ciągle był chudy. Czekoladę jadł sam, nie częstował nikogo, bo też nie miał przyjaciół. Chodził szybko, i tylko wtedy mogłem go dogonić, kiedy idąc trenował wykopy pustą puszką po krwawej kiszce. Ta willa w której porucznik mieszkał, to przed wojną była własnością stryja Janusza – pana Piotra Ostrowskiego i Janusz mówił, że ubek – ojciec porucznika – ukradł jego stryjowi willę.

Rozdział II, w którym dowiadujemy się gdzie kto mieszkał przedtem i teraz.

Bo to było tak. Pan Piotr Ostrowski wprowadził się do swojej willi na Kazimierzowskiej tuż przed wojną. W kampanii wrześniowej walczył nad Narwią, a w miesiąc po kapitulacji Warszawy przedostał się przez Słowację na zachód. Wtedy do willi sprowadziła się szwagierka pana Ostrowskiego – mama Janusza z Januszem. Sama, bez męża, bo jej mąż – ojciec Janusza – nie wrócił, tak jak i mój ojciec, z wojny. Potem okazało się, że mąż pani Ostrowskiej zginął w bitwie nad Bzurą, a w dwa miesiące później willę zarekwirował – to znaczy wyrzucił z willi panią Ostrowską z Januszem – jakiś Niemiec. Pani Ostrowska z Januszem wprowadziła się do nas, bo państwo Ostrowscy byli naszymi przyjaciółmi, jeszcze sprzed wojny.

Pewnie ze względu na tego Niemca to niemieckie Vernichtungskommando, które po powstaniu paliło i burzyło Mokotów tej willi nie podpaliło. Ale kiedy weszli Rosjanie i jeszcze zanim pani Ostrowska wróciła do Warszawy, do ocalałej willi wprowadził się ten ubek – ojciec porucznika. I znów Janusz i pani Ostrowska zamieszkali u nas. Także pan Piotr Ostrowski – stryj Janusza – jak wrócił z zachodu, to też u nas mieszkał, dopóki nie zaczął się ukrywać.

Nasza willa stała na Szustra. Obie wille – nasza i ta pana Ostrowskiego na Kazimierzowskiej były identyczne, bo obie budował jednocześnie mój ojciec – architekt. Z naszą willą, jak mówiła mama, mieliśmy szczęście w nieszczęściu – bo wprawdzie Niemcy ją podpalili, ale spalił się tylko parter, i choć  schody na piętro i całe piętro ocalały, to taka do połowy spalona willa ubeków nie interesowała. Na odbudowę parteru nie było pieniędzy, mieszkaliśmy więc na piętrze – mama ze mną w jednym pokoju, a w drugim pokoju Janusz z mamą. A jak u nas mieszkał, to pan Piotr Ostrowski spał na polowym łóżku w kuchni.

O ubeku mama i pan Ostrowski mówili funkcjonariusz. Jeszcze zanim zaczął się ukrywać, to pan Ostrowski poszedł do ubeka upomnieć się o willę. Widziałem jak razem stali na podwórku – mały pan Ostrowski i wysoki, tęgi ubek. Ubek nachylił się nad panem Ostrowskim i powiedział, że hipotekę ma w dupie, a księgą wieczystą to się teraz wszyscy w UB podcierają. Pan Ostrowski wyprostował się jak struna i odpowiedział, że podetrzeć się to można tym waszym referendum, co je sfałszujecie. Wiedziałem o czym mówił, bo mama też kiedyś powiedziała, że oni po to referendum zorganizowali, żeby je sfałszować. Powiedziała, że referendum to największe kłamstwo roku 1946.

Tydzień temu na ścianie naszej willi żołnierze z koszar wymalowali napis „3 x Tak niemcom nie w smak”. To ostatnie słowo „smak” było bardzo małe, dlatego, że skończyła im się ściana. A 3 x tak było dlatego, że w referendum trzeba było odpowiedzieć na trzy pytania.

Pomyślałem wtedy, że gdyby do referendum dodać czwarte pytanie – o tym czy należy zwrócić willę panu Ostrowskiemu, to wszyscy głosowaliby że tak i sprawa byłaby załatwiona. Bo oczywiście byłem za panem Ostrowskim.

Pan Ostrowski przed wojną grał w drużynie młodzików Polonii a dopóki nie zaczął się ukrywać, to był trenerem naszej drużyny. W czasie wojny walczył na zachodzie u generała Maczka, był dowódcą czołgu, a to, że był mały było dla niego dobre, bo do czołgów biorą małych. Ale to, że ubek był taki duży trochę mnie przestraszało.

Rozdział III w którym Tomaszek opowiada o piłce nożnej i Tajemniczej Wyspie.

Po szkole cała nasza drużyna piłkarska zebrała się na parterze naszej willi, w wypalonym salonie. Siedzieliśmy na ustawionych w słupki cegłach. Trochę piekło mnie w gardle, bo co kto ruszył nogą, to w powietrze wzbijał się kłąb kurzu z warstwy leżącego na podłodze parteru tynku. Janusz – był kapitanem drużyny – jak zwykle bawił się swoim granatem. Z jajowatego kształtu granatu wystawał czerwony zapalnik. Ten czerwony kolor – kolor niebezpieczeństwa – niepokoił mnie, bo to musiało znaczyć, że jest to granat bojowy.

Miesiąc wcześniej, po tym jak Polonia Warszawa zdobyła mistrzostwo Polski roku 1946, postanowiłem, że będę taki jak Szczepaniak z Polonii. Szczepaniak grał na obronie, ale potrafił strzelić karnego. Był kapitanem drużyny a czasem strzelał i gola w polu. Poprawiłem się na cegłach i powiedziałem, że chcę zostać kapitanem drużyny.

– Kapitanem jestem ja – powiedział Janusz.

– Ale ja kiwam lepiej i dlatego powinienem być kapitanem. Pan Ostrowski zawsze mówił, że mam talent – powiedziałem – przez moją obronę nikt nie przechodzi.

Janusz zaczął bawić się odbezpieczającą granat nakrętką zapalnika. Przypatrywaliśmy się jego rękom. Najmłodszy z nas, ten co był bramkarzem, głośno przełknął i powiedział:

– Niech już tak zostanie. Janusz jest dobrym kapitanem.

– Porucznik chce zapisać się do drużyny – powiedziałem, bo myślałem sobie, że jak bym wprowadził porucznika do drużyny, to łatwo bym go przekonał, że to ja powinienem być kapitanem. A porucznik naprawdę byłby dobrym nabytkiem dla drużyny. Szybki, wysoki; w myślach ustawiałem go na pomocy, na lewym skrzydle. Przy rzutach rożnych, jak nie gralibyśmy trzy kornery karny, to byłby pierwszy do główki.

– Ten syn ubeka? Ten co się obżera UNRRowską czekoladą? – Ty zawsze masz głupie pomysły – powiedział Janusz.

Wieczorem powiedziałem mamie, że chcę zostać kapitanem drużyny, i że nie udało mi się wciągnąć porucznika do drużyny. Mama trochę się zachmurzyła i zapytała czy przyjąłbym do drużyny syna esesmana. Kiedy powiedziałem, że nie, ale esesman jest niemcem, a ubek Polakiem, odrzekła, że żeby być ubekiem trzeba być złym człowiekiem. Powiedziała żebym to przemyślał. A dodała jeszcze, że na dodatek ubek kradnie paczki UNRRA – jakżeby inaczej miał w garażu całą ścianę zastawioną paczkami.

Myślałem nad tym i w domu i szkole. Zrozumiałem, że porucznik nie ma przyjaciół nie tylko dlatego, że sam żre czekoladę, ale też dlatego że jest synem ubeka. Pomyślałem, że to dobrze, że nie powiedziałem porucznikowi o naszym odkryciu. Bo odkryliśmy, że w domu z tapetą można wejść po balustradzie na pierwsze piętro i że to jest fajna kryjówka.

Później myślałem o samym ubeku. Miesiąc przedtem czytałem Tajemniczą Wyspę Vernego. I ubek zaczął dla mnie wyglądać tak jak nieszczęsny bosman ze statku Britannia, którego kapitan Britannii za popełnienie zbrodni wysadził na bezludnej wyspie. Bosman też był duży i napadł na Harberta i o mało go nie zabił. Ale po wielu miesiącach, dzięki temu że pan Cyrus Smith walczył o jego duszę, zmienił się. Wyobrażałem sobie, że ubek też może się zmienić i któregoś dnia wypuści wszystkich tych co się ukrywali, a których złapał i trzymał w więzieniu. Oczywiście wtedy byłoby inaczej – porucznik wszedłby do drużyny a ja zostałbym kapitanem.

Ale następnego dnia zacząłem mieć co do tego pomysłu wątpliwości. Najpierw dlatego, że bosman z Britannii zmienił się dopiero po wielu miesiącach, a przedtem był bardzo smutny i pozostawał w otępieniu. Natomiast ubek wcale nie był otępiały, a jak kłócił się z panem Ostrowskim, to bałem się, że się pobiją. A rano słyszałem jak ubek krzyczał na porucznika i porucznik przyszedł do szkoły ze śliwą pod prawym okiem. Ale najważniejsze było to, że mama rozmawiając z panią Ostrowską powiedziała, że żeby wygrać referendum ubecy przeprowadzają masowe aresztowania, a pani Ostrowska powiedziała że boi się, że znajdą i aresztują pana Piotra Ostrowskiego. Nie chciałem, żeby aresztowali pana Ostrowskiego, nawet gdybym miał nie zostać kapitanem, chociaż na pewno byłbym lepszym kapitanem niż Janusz. Pani Ostrowska powiedziała jeszcze, że ci nasi mężczyźni albo już nie żyją, albo są w więzieniach. Zastanowiłem się nad tym i pomyślałem, że ma rację.

Andrzej Olas

VN:F [1.9.22_1171]
Oceń artykuł
Rating: 10.0/10 (1 vote cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: +1 (from 1 vote)
Apteka pod Opatrznością, cz. 1, 10.0 out of 10 based on 1 rating