Mikołaj Czuba: Anatomia kryzysu

Obecny kryzys przejawia się na wielu płaszczyznach i stanowi dziś fundamentalne wyzwanie dla polityków i społeczeństw po obu stronach Atlantyku. Dwa procesy, a każdy z nich groźny sam z osobna, od pewnego już czasu sprzęgają się ze sobą i napędzają się. Ich przegląd i dobre zrozumienie, ułatwi sterowanie nimi. Zahamowanie i demontaż tych procesów, likwidacja niebezpiecznego sprzężenia, które pomiędzy nimi występuje, przypieczętują koniec kryzysu, w którym znalazła się nasza cywilizacja.

„Koniec historii”

Jesień Ludów, która nadeszła w 1989 roku, otworzyła nowy rozdział w nowożytnej historii. W tym samym roku Francis Fukuyama napisał słynny esej pt. „Koniec historii”. Zawarł w nim tezę o kończącej się wraz z upadkiem komunizmu historii i przyjęciem przez większość państw liberalnej demokracji z rynkowym porządkiem gospodarczym. Ma to być najdoskonalszy systemem polityczny. Liberalna demokracja zdaniem tego politologa jest zbiorem politycznych instytucji powołanych do obrony uniwersalnych praw.

Wobec śmiałości tych tez artykuł, a później książka (1992) doczekała się równie głośnej polemiki. W 1993 roku Samuel Huntington opublikował w Foreign Affairs esej pt. „Zderzenie cywilizacji”, w którym stwierdził, że różnice kulturowe i podziały religijne doprowadzą do konfliktów zbrojnych pomiędzy cywilizacjami. W ciągu ostatniego dwudziestolecia to wokół tych publikacji potoczy się najwięcej politologicznych dysput i sporów.

10 przykazań prof. Williamsona

Konsensus Waszyngtoński stanowił zbiór dziesięciu zaleceń dla prowadzenia skutecznej polityki gospodarczej w rozwijających się krajach Ameryki Łacińskiej. Sformułował je pod koniec lat osiemdziesiątych profesor John Williamson. Wkrótce stał się one ogólnoświatowym kanonem i znalazł odbicie w unijnych kryteriach konwergencji z Maastricht, a później w Pakcie Stabilności i Wzrostu. Autor zalecał między innymi: stabilizację makroekonomiczną, otwarcie gospodarki na inwestycje zagraniczne i handel, deregulację, prywatyzację oraz ekspansję prywatnej własności i opartych na niej podmiotów gospodarczych kosztem etatyzmu państwowego.

Pomimo wpływu Departamentu skarbu USA na działania podejmowane przez Bank Światowy (BŚ) i Międzynarodowy Fundusz Walutowy (MFW) na podstawie zaleceń sformułowanych w Konsensusie Waszyngtońskim dawały one szansę, choć równocześnie stanowiły wyzwanie, któremu nie wszystkie państwa podołały. Szerzej na ten temat pisze noblista z ekonomii profesor Joseph Stiglitz w książce pt. „Globalizacja”.

Prowadzenie polityki zgodnej z zaleceniami powyższe organizacje międzynarodowe wspierały pożyczkami. Skorzystało z tego wiele państw. Chyba najbardziej Chile.

W Polsce w latach 1990 – 2000 na różnego rodzaju projekty zaangażowano 5 miliardów dolarów bardzo korzystnie oprocentowanych pożyczek. Podkreślić jednak należy, że sukces Konsensusu Waszyngtońskiego miał miejsce tam, gdzie udało się twórczo zaadoptować i nagiąć formułowane dogmatycznie w Waszyngtonie zalecenia, do własnych realiów. W Chinach i Indiach, które tylko do pewnego stopnia otworzyły i sprywatyzowały swoje gospodarki, a zignorowały większość wytycznych, również odnotowano spektakularny wzrost gospodarczy.

Świat otwarty dla korporacji

Suma summarum w ciągu ostatnich dwudziestu paru lat mieliśmy do czynienia z bezprecedensowym otwieraniem gospodarek narodowych w skali całego globu – między innymi dzięki działalności Światowej Organizacji Handlu (ŚOH), ale również właśnie grupy BŚ oraz MFW. Coraz doskonalsze technicznie środki komunikacji ułatwiały szybkie powstanie globalnego rynku dóbr i usług, a przede wszystkim kapitału. Najsilniejszym, najsprawniejszym podmiotom gospodarczym poszerzyły się możliwości ekspansji na otwierające się dla nich nowe rynki. Przywilej ten, szybko zaczęły wykorzystywać korporacje przede wszystkim z USA, a w dalszej kolejności z Japonii i Europy Zachodniej.
Możni i wpływowi tego świata zaczęli kształtować nowy globalny ład. Odbywało się to na spotkaniach Grupy ośmiu najbardziej wpływowych państw świata (G8), Grupy ministrów finansów i prezesów Banków Centralnych dwudziestu największych gospodarek (G20) oraz Banku Światowego i Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Państwa najbardziej rozwinięte zajęły się dostarczaniem dóbr i usług najbardziej wyrafinowanych technicznie i kapitałochłonnych. W efekcie kolejno w USA, Japonii i Europie Zachodniej komputery, samochody były najtańsze. Co więcej, bardzo tani, nisko oprocentowany był kredyt.

W rezultacie, na gospodarcze peryferia: do Azji Ameryki Łacińskiej i Afryki powędrowała znaczna część przemysłu określanego jako praco i energochłonne, czy wytwarzające znaczne ilości zanieczyszczeń. W dłuższej perspektywie musiało to spowodować ubytek miejsc pracy w centrach światowej gospodarki. Te, które w nich pozostały musiały konkurować z nowo powstającymi w państwach rozwijających się.

Nowy ład globalny

Wobec rosnących dochodów najwięksi beneficjenci tworzącego się nowego globalnego ładu poczuli się pewnie. George W. Bush wkrótce po objęciu urzędu prezydenta USA obniżył nawet podatki. Proporcjonalnie najwięcej skorzystali najbogatsi. W tym czasie – w roku 2000 na liście 200 największych aktorów ekonomicznych było już 160 korporacji i 40 państw. Reklama nie była już tylko dźwignią handlu, ale stawała się narzędziem kreującym coraz to nowe potrzeby społeczeństw konsumpcyjnych. Politykę zagraniczną G. W. Busha cechował unilateralizmu, podcinający i tak już wątły międzynarodowy ład oparty na starym, niezreformowanym systemie ONZ.

Z jednej strony mieszkańcy krajów słabo rozwiniętych i wykluczonych z udziału w kształtowaniu się tego nowego ładu mogli poczuć się jeszcze bardziej sfrustrowani. Ich udział w globalnych procesach z różnych względów zaczął się sprowadzać do biernego nawet nie konsumowania, ale podporządkowania się i trwania. Na początku XXI wieku szanse na start i gonienie gospodarczego centrum z różnych względów są bliskie zeru.

Z drugiej strony w krajach gospodarczego centrum coraz wyraźniej rysuje się problem wzmożonego napływu emigrantów z peryferii poszukujących tu swoich życiowych szans i wyobrażających sobie często USA czy Europę jako przysłowiowy raj na ziemi. W USA potomkowie białych emigrantów stają się mniejszością. Świat gospodarczych peryferii na skutek zachowania swoich wzorców kulturowych – większej dzietności imigrantów, ale również spadku płac, a przede wszystkim rosnącego bezrobocia i spadku realnych dochodów zaczyna przenikać do nie tylko tradycyjnie emigranckich USA i Kanady, ale również największych miast starego kontynentu.

Kto jest prawdziwym mocarzem?

Jeszcze pod koniec XX wieku z jedynego supermocarstwa, jakim stały się USA dochodzą wieści o skutecznie przeprowadzonych kampaniach społecznych organizowanych przez amerykańskie organizacje pozarządowe między innymi Amnesty International czy Human Rights Watch. Ich celem jest ukrócenie praktyk niektórych korporacji łamiących prawa pracownicze np. Nike w swoich fabrykach w Azji, czy opłacających armię i policję dla ochrony swoich inwestycji – BP w Kolumbii czy Enron, General Electric w Indiach. Greenpeace w obliczu zamiaru zatopienia zużytej platformy wiertniczej przez Shella przeprowadza udaną akcję bojkotu produktów tej firmy. Skutkuje to zgodną ze standardami utylizacją platformy.

W tym czasie wychodzi na jaw, że państwa działające w pojedynkę mają bardzo ograniczone możliwości kontroli największych podmiotów gospodarczych i bardzo niechętnie egzekwują wobec nich prawo. Korporacje międzynarodowe swobodniej niż kiedykolwiek wcześniej zmieniają swoją siedzibę, a więc i państwo, w którym odprowadzają podatki. Co więcej, to właśnie ilość korporacji zaczęła decydować o sile ekonomicznej państw, a więc o ich zdolnościach militarnych i wadze w stosunkach międzynarodowych. Koordynacja polityk poszczególnych państw na szczeblu międzynarodowym wobec korporacji do dziś stoi w martwym punkcie. Żadne z mocarstw nie jest gotowe poświęcić choćby części swoich przewag. Tym bardziej żadna ekipa rządowa nie mając rozsądnej alternatywy na podorędziu, nie zaryzykuje większych zmian w polityce gospodarczej, która w międzyczasie i de facto stała się międzynarodową. Stawką w niej są dochody budżetowe wypracowane często przez korporacje na terytorium innych państw!

Szok 11 września

Jedenastego września 2001 roku samoloty pasażerskie pilotowane przez terrorystów z Al Kaidy uderzają w wieże Światowego Centrum Handlu (WTC) na Manhattanie – finansowej dzielnicy Nowego Jorku. USA pod prezydenturą G. Busha na krótko odchodzą od zasad unilateralizmu i wypowiadają wojnę terroryzmowi. Zbierają NATO-wskich sojuszników do interwencji w Afganistanie. W 2003 roku rozpoczyna się druga wojna koalicji, głównie USA i Wielkiej Brytanii, a z Europy, Hiszpanii i Polski w Iraku. Można to nazwać działaniami odwetowymi jednak walczyć z terrorem należałoby raczej tak jak z partyzantką – poprzez odcięcie od zaplecza, w tym wypadku ubóstwa materialnego i oświatowego. Niezależnie od pobudek i przyjętego lub nie planu wojny z terroryzmem skutki tych interwencji są raczej mizerne, by nie powiedzieć kontr-produktywne. Należy zakładać, że eskalacja i długotrwały konflikt są na rękę przede wszystkim samym terrorystom z jednej strony, jak i kompleksowi wojskowo przemysłowemu z drugiej.
W tym czasie prezydent G. W. Bush publicznie prezentował naiwną wiarę, że demokrację tak jak roślinę doniczkową można przesadzić na każdy grunt. Chyba nie o samą demokrację jednak chodziło. W krajach, w których interweniowano, szybko powstało wrażenie, że USA i ich sojusznicy przybywają, aby narzucić swoje porządki i swoje systemy wartości. „Odziedziczony” przez prezydenta G. W. Busha po Billu Clintonie względnie stabilny i zrównoważony budżet federalny, wkrótce pod ciężarem dwóch frontów oraz redukcji podatków w 2001 i 2003 roku zaczął generować dług publiczny mierzony w bilionach i deficyt mierzony w miliardach.

Pęknięta bańka mydlana

Pod koniec 2007 roku w USA pękła bańka na rynku nieruchomości. Poprzez kredyty hipoteczne subprime; czyli takie, których udzielano osobom mniej wiarygodnym, o obniżonej zdolności kredytowej szybko, choć na razie po cichu kryzys rozlewa się na cały sektor finansowy, który w USA wytwarza już około 40% PKB!

Nasuwa się oczywiste pytanie o przyczyny tak wielkiego rozdęcia tego sektora oraz jego podejrzanych praktyk. Faktem jest, że w obrocie funkcjonowało i nadal funkcjonuje wiele nowych, skomplikowanych instrumentów finansowych o charakterze spekulacyjnym, które angażują miliardy dolarów. Można na nich nieźle zarobić. Nie bez znaczenia jest „przykład” często z nich korzystających inwestorów z list najbogatszych ludzi świata. George Soros – pogromca Banku Anglii w 1992 roku zaangażował 10 miliardów dolarów, trafnie grając na osłabienie funta szterlinga. W krótkim czasie zarobił około 10% zaangażowanych środków – miliard dolarów. Również strategia inwestycyjna Warrena Buffeta zwanego wyrocznią z Omaha, która polega na nabywaniu dużych pakietów akcji, doskonale poznanych przedsiębiorstw budzi wątpliwości. Trudno uzasadnić nieomylność wielokrotnie podejmowanych przez niego decyzji inwestycyjnych inaczej, niż w oparciu o występujący, trudny do wykrycia przeciek informacji niejawnych i konflikt interesów. Odtąd nigdy nie zabrakło śmiałków, którzy byliby gotowi powtórzyć ich wyczyny.

W lutym 2008 roku republikańska administracja G. W Busha, co do zasady przeciwna ingerencji państwa w gospodarkę uruchamia pakiet stymulacyjny w wysokości 170 miliardów dolarów USA. Wraz z upadkiem banku Lehman Brothers pod koniec lata tego roku na jaw wychodzą rzeczywiste rozmiary kryzysu w sektorze bankowym w USA.

Pod ścianą

Administracja USA staje pod ścianą. Nowoczesna gospodarka USA uzależniona jest od kredytu w nie mniejszym stopniu niż budżet państwa od wpływów z podatków. Zapaść sektora bankowego oznaczałaby nieprzewidywalną w skutkach katastrofę gospodarczą. Republikańska administracja jeszcze w tym samym roku przejęła dwa upadające giganty pożyczkowe Freddie Mac i Fannie Mae, udzieliła pożyczki w wysokości 85 miliardów dolarów ubezpieczeniowemu gigantowi AIG, a następnie wpompowała 55 miliardów dolarów gotówki w system bankowy. Instytucje finansowe wyciągają pierwsze wnioski z prowadzonej przez siebie nieodpowiedzialnej polityki kredytowej ostatnich lat. Ubocznym tego skutkiem jest wstrzymywanie akcji kredytowej i pikowanie indeksów giełdowe w Europie. W ciągu 2008 roku w USA ubywa ponad dwa i pół miliona miejsc pracy. W czasie prezydentury G. W. Busha na skutek wojny z terroryzmem i pierwszego rok walki z kryzysem, dług publiczny rośnie z 5,7 do 10,7 bilionów dolarów.

Jedną z pierwszych ważniejszych decyzji nowo zaprzysiężonego prezydenta B. H. Obamy było podpisanie 787 miliardowego pakietu stymulacyjnego dla gospodarki USA. Co tylko na pewien czas poprawiło nastroje na giełdzie. Ich zadłużenie wynosi dziś 96% PKB, z czego na dług publiczny przypada 65% PKB.

Wariant europejski

W drugiej połowie 2008 roku kryzys przeniósł się do Europy, gdzie zaczął dławić wzrost gospodarczy. Wobec trudnej sytuacji w sektorze bankowym i wstrzymania akcji kredytowej, państwa członkowskie udzieliły bankom wsparcia poprzez gwarancje. Te z państw członkowskich, które mogły sobie na to pozwolić, zareagowały uchwaleniem pakietów stymulacyjnych – liczyły na rozruszanie zwalniających gospodarek. Na starym kontynencie ograniczono doraźne skutki kryzysu kosztem szybkiego wzrost długów publicznych i deficytów budżetowych. Są one o tyle groźne, że po pierwsze będą musiały zostać odpracowane przez starzejące się szybciej niż w USA społeczeństwa. Po drugie poprzez naruszenie fundamentów makroekonomicznych wspólnej waluty określonych w kryteriach konwergencji z Maastricht skutkowały osłabieniem strefy euro. W efekcie kosztem podatnika wzmocniono sektor bankowy i przemysł np.: samochodowy w Niemczech.

Kryzys „braku odpowiedzialności” spowodowany był w znacznej mierze przez sektor finansowy. Jego głównymi przejawami były: kredyty, zwłaszcza konsumpcyjne, udzielane lekką ręką z terminami spłaty dłuższymi niż rozsądne; nowe, coraz bardziej ryzykowne i skomplikowane instrumenty finansowe o charakterze spekulacyjnym, które powiedzmy sobie szczerze, znajdowały licznych nabywców. Rządy w znacznej mierze wzięły na siebie odpowiedzialność za zażegnanie kryzysu w sektorze finansowym. Choć było to mniejsze zło i najlepsze możliwe wyjście z groźnej sytuacji to jednak koszty obsługi i spłaty długów przejętych od instytucji finansowych oraz koszty pakietów stymulacyjnych ostatecznie spadną na podatnika. Ci zaś, przede wszystkim pokolenie wchodzące na rynek pracy doświadczają już globalnej konkurencji i odpływu miejsc pracy do państw rozwijających się.

Kryzys zaufania i społeczne koszty kryzysu

Po kryzysie odpowiedzialności zwykle następuje kryzys zaufania. Wobec kryzysu zadłużeniowego na globalnych rynkach w górę szybko zaczęła piąć się cena złota, a w lecie 2011 gwałtownie zaczęła rosnąć cena franka szwajcarskiego. Szybko okazało się, że nie tylko Portugalia, Włochy, Grecja i Hiszpania, nazywane pogardliwie świniami od pierwszych liter w języku angielskim PIGS, ale cała strefa euro może mieć poważne kłopoty. W związku z utratą wiarygodności zadłużonych państw, koszty obsługi i spłaty zaciągniętych przez nie długów zaczęły gwałtownie rosnąć.

Przerzucanie kosztów kryzysu ma oczywiście swoje granice. 22 sierpnia bieżącego roku na stronie ecfr.eu ukazał się artykuł Hansa Kundnani „Europejskie zderzenie cywilizacji”. Autor opisuje w nim, jak sfrustrowani Niemcy postrzegają mieszkańców zadłużonego południa Europy i w jaki sposób utrudnia to praktyczne rozwiązanie problemów kryzysu zadłużeniowego. Jak zauważa autor, schemat myślowy oszczędni, odpowiedzialni Niemcy kontra nieodpowiedzialni i zadłużeni mieszkańcy południa przesłania fakt, że to niemieckie banki hojnie pożyczały pieniądze zadłużonym krajom. Mają zatem swój udział w wywołaniu kryzysu.

Zarzewi potencjalnych konfliktów i dezintegracji jest dziś w Europie znacznie więcej. Coraz częściej uzewnętrzniana niechęć wobec emigrantów, którzy są niesłusznie oskarżani o dumping płacowy, przywrócenie kontroli na granicach Danii, narodowo konserwatywna konstytucja Węgier, która wejdzie za pół roku w życie i podminuje dobre stosunki z sąsiadami, wyczyny nieszczęsnego, zdezorientowanego Breivika w Norwegii, czy wreszcie anarchia w największych miastach Zjednoczonego Królestwa.
***
Jak pokazała praktyka ostatnich dwudziestu lat, z reguły kapitalizm udawał się lepiej niż demokracja. Kto wie czy kapitalizm wraz z wrodzonym ludziom egoizmem nie wyemancypował się już od swojej kontrolerki. Znacznie trudniej dziś zakwestionować teorię „Zderzenia cywilizacji”, która jak widać może żywić się niedoskonałościami liberalno-demokratycznego ładu. Brak odpowiedzialności skutkuje zwykle brakiem zaufania i może wywoływać konflikt.

Cywilizacja euroatlantycka potrafiła odnaleźć zasoby, rozładować konflikty i odradzić się w nie mniejszych opałach. W październiku 2010 roku francuski emerytowany dyplomata, wcześniej członek ruchu oporu i więzień nazistowskiego obozu koncentracyjnego Stéphane Frédéric Hessel publikuje esej pt. „Buntujcie się”. Nawołuje w nim między innymi do pokojowego powstania przeciwko rażącym nierównościom społecznym, lepszego traktowania nielegalnych imigrantów, odbudowy wolnych mediów…

Ciąg dalszy nastąpi…

Enhanced by Zemanta
VN:F [1.9.22_1171]
Oceń artykuł
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 0 (from 0 votes)