OSTATNI DZIEŃ LUTEGO

2016-11-13.motor

Piotr był pierwszy do drzwi, ten drugi – wysoki student ubrany w brązową kurtkę spóźnił się o jakieś dwa kroki, więc to Piotr nacisnął klamkę i otworzył potężne drzwi. Aula była pełna, inauguracyjny wykład dla pierwszego roku wydziału zgromadził prawie wszystkich ze stu pięćdziesięciu przyjętych studentów. Na  podium audytorium siedziało kilkunastu starszych panów, musiało to być ciało profesorskie wydziału, a wykład prowadził szczupły pan ubrany w profesorską togę.

Piotr był już w połowie dystansu do pierwszego rzędu siedzeń kiedy usłyszał:

– Proszę pana.

Piotr odwrócił się w stronę podium. Oczy szczupłego pana w todze zwrócone były na niego:

– Tak mówię właśnie do pana. Dzień dobry.

– Dzień dobry – odpowiedział zaskoczony Piotr.

–  Jak pana nazwisko?

Piotr był zaskoczony, po chwili wahania odpowiedział:

– Piotr Wisłocki.

– Miło mi pana poznać.

Przez audytorium przetoczyła się fala śmiechu. Kątem oka Piotr dostrzegł ubranego w brązową kurtkę studenta skradającego się do tylnych rzędów audytorium:

– Udało mu się – pomyślał.

Szczupły pan zszedł z podium, podszedł do Piotra, uścisnął mu dłoń i powiedział:

– Nazywam się Michał Krzewicki, jestem dziekanem tego wydziału.

Odwrócił się w stronę podium i powiedział:

– Panowie profesorowie przedstawiam Wam pana Piotra Wisłockiego.

Piotr ukłonił się w stronę podium.

– Przedstawię teraz pana pańskim przyszłym kolegom. Proszę panów – pan Piotr Wisłocki.

Zaczerwieniony, z błyszczącą od potu twarzą, czując wilgotne plamy potu pod koszulą Piotr odwrócił się i ukłonił się w stronę amfiteatralnie zabudowanych rzędów siedzeń.

– Jeszcze jedno pytanie, panie Piotrze. Co pan chciałby robić po studiach?

– Projektować elektrowozy.

– Cieszy mnie to, bo tego właśnie tutaj uczymy. A teraz panie Piotrze, proszę usiąść tu, w pierwszym rzędzie. I proszę zapamiętać, że punktualność jest niezbędnym atrybutem inżyniera.

 

* * *

 

W taki to sposób, w październiku roku tysiąc dziewięćset pięćdziesiątego trzeciego zaczęły się politechniczne studia Piotra.

Po wykładzie podszedł do Piotra student w brązowej kurtce. Był wyższy od Piotra o pół głowy, miał twarz spaloną słońcem.

– Jesteśmy w tej samej grupie – ja też jestem na W. Nazywam się Waranek. Zbyszek.

– Powinienem ciebie przepuścić do tych drzwi – powiedział Piotr.

– Powinieneś. Ale nie przepuściłeś – odpowiedział uśmiechając się Zbyszek Waranek.

Jeszcze tego samego dnia okazało się, że licząca dwadzieścia osób grupa studencka grupa ma już starostę i organizatora Związku Młodzieży Polskiej, że będą codzienne prasówki, będzie gazetka ścienna i będzie sprawdzanie obecności. Było więc tak samo reżimowo, obco i nieprzyjemnie jak w znienawidzonej przez Piotra szkole średniej. Nie tak wyobrażał sobie studia. Niezadowolony, wspominając wcześniejsze upokorzenie przez dziekana i dziekański „atrybut inżyniera” Piotr wsiadł w trolejbus numer 55 i wrócił do domu.

Następny dzień zaczął się odbywającymi się w grupach ćwiczeniami z analizy. Piotr przyszedł dziesięć minut za wcześnie i usadowił się z tyłu sali. Już po rozpoczęciu ćwiczeń, spóźniony tak jak poprzedniego dnia dołączył do niego Zbyszek Waranek.

Po ćwiczeniach starosta sprawdził listę, zaznaczył nieobecnych, po czym przypomniał o zawiadomieniu dziekanatu o sobotnim wyjeździe na wykopki, a także o tym, że za tydzień odbędzie się zebranie Związku Młodzieży Polskiej całego pierwszego roku.

– Zapisuj także spóźnienia – powiedział staroście organizator ZMP. – Na przykład tego – wskazał ręką na Zbyszka.

– Sam wiem co mam robić – odpowiedział niechętnie starosta.

Piotr spojrzał na Zbyszka. Ten milczał, wzruszył tylko ramionami.

– Kolejny komsomolec, kolejny mały führer – pomyślał o organizatorze Piotr. – Znałem takich w szkole.

– Jeszcze chcę powiedzieć o zebraniu – komsomolec musiał się wygadać – zebranie roku zajmie się zagadnieniami organizacyjnymi, są pewne sprawy, jak na przykład dyscyplina, i musimy je sobie natychmiast wyjaśnić. A przypominam jeszcze raz, że w sobotę jedziemy na wykopki w Państwowym Gospodarstwie Rolnym. Zbiórka pod gmachem starej kreślarni o godz 7 rano. Nie muszę przypominać znaczenia gospodarczego jak i politycznego naszej obecności. Kraj potrzebuje ziemniaków.

– Myśmy już w mojego ojca gospodarstwie wykopali – powiedział Piotrowi Zbyszek – a te ziemniaki co on mówi że mamy wykopać to już zdążyły zgnić – przecież cały czas pada.

– A więc Zbyszek jest ze wsi. Chyba jest trochę starszy ode mnie, w każdym razie wygląda poważniej – pomyślał Piotr.

– Pojedziesz na wykopki? – zapytał.

– Nie. Kopać tę zgniliznę? Mam co innego do roboty.

Wracając do domu Piotr zastanawiał się jak Zbyszek to robi? Przecież nic w ogóle nie notuje, nosi ze sobą tylko jeden gruby zeszyt, którego nigdy nie otwiera. Jak może cały ten materiał od razu zapamiętać?

– Ja bez notatek nie dam sobie rady – pomyślał.

W domu radio podało, że w Pafawagu zakończono budowę pierwszego polskiego elektrowozu EP02.

– Rzucić te studia i pojechać do Pafawagu. Robić coś konkretnego, skonstruować EP03  i nie słyszeć więcej o atrybucie inżyniera – pomyślał Piotr.

Trzeci dzień studiów przeszedł Piotrowi bez problemów, natomiast czwarty zaczął się niefortunnie. Zaspał, był spóźniony, w trolejbusie był tłok, nieogolony mężczyzna w berecie nie zdążył wysiąść na poprzednim przystanku i głośno kłócił się z kierowcą, a po następnych dwóch przystankach nastąpiło kolejne opóźnienie kiedy pałąk trolejbusu zsunął się z linii zasilającej. Wychodząc z trolejbusu zauważył kilkadziesiąt metrów przed sobą znajomą sylwetkę Zbyszka Waranka.

– Zbyszek – krzyknął. – Zbyszek.

Waranek szedł dalej. Piotr przyspieszył kroku, kiedy był już bliżej Waranka jeszcze raz krzyknął:

– Zbyszek.

I tym razem Zbyszek nie zareagował. Piotr dogonił go dopiero przy wejściu do Gmachu Głównego:

– Wołałem, ale nie słyszałeś – powiedział.

– Później ci coś powiem. A teraz spieszmy się, bo późno – odpowiedział Waranek.

Do sali wykładowej weszli niezauważeni przez profesora, ale zobaczył ich organizator ZMP.

– Znów ten komsomolec. Będzie się czepiał – pomyślał Piotr.

Po wykładzie Zbyszek  zwrócił się do Piotra:

– Muszę ci coś powiedzieć. Odejdźmy na bok.

Zniżył głos do szeptu:

– Ja nie jestem Zbyszek, tylko Maciek. Zbyszek to mój młodszy brat.

– To po co…? – zaczął Piotr.

– Zbyszek jest w domu, w Kliczowej. Przyjedzie jutro. A ja go zastępuję, żeby go nie wyrzucili. Bo po trzech dniach nieobecności wyrzucają.

– A co ty robisz w Warszawie?

– Jestem na medycynie. Na drugim roku, do Politechniki niedaleko. Jesteśmy podobni, więc jutro wezmą go za mnie.

– Wezmą albo nie wezmą – Piotr miał wątpliwości.

– Chodzi o to, żebyś potwierdzał, że jutrzejszy on to dzisiejszy ja.

– No a ten organizator ZMP? Ten komsomolec?

– No właśnie, z nim może być kłopot.

Piotr zastanawiał się. Medyk, brat, Kliczowa, gdzie do cholery może być Kliczowa?

– A czemu brata nie ma?

– Właśnie – Maciek wahał się, po chwili powiedział:

– Ojciec gospodarzy, ale jest też kowalem. W lesie koło Kliczowa stoi rozbity niemiecki czołg – tygrys. Ojciec ze Zbyszkiem chcą wyjąć z niego silnik.  Pewnie będzie do traktora.

– Silnik z czołgu do traktora? Przecież to ponad sześćset koni. Człowieku, to bzdura.

– Wiesz, ja się na tym nie znam. Chyba przetną go na pół. A to kupa roboty.

– Czołg na pół?

– No nie, silnik. Ale czołgu też muszą sporo pociąć, żeby wydostać silnik.

Prawdziwy Zbyszek Waranek pojawił się następnego dnia, ściśle mówiąc na przystanku trolejbusowym na którym wysiadał Piotr pojawili się obaj – i Zbyszek i Maciek.

– Jak czołg? – zapytał Piotr.

Zbyszek chciał odpowiedzieć, ale wyprzedził go Maciek:

– Trochę już jest zrobione.

Piotr przyjrzał się  Zbyszkowi – był jeszcze o pół głowy wyższy od Maćka, i choć do Maćka podobny, to jednak potężniej zbudowany.

– No to chodźmy – powiedział zwracając się do Zbyszka – po drodze powiem ci na kogo uważać, jest taki jeden komsomolec – organizator ZMP. Podobny jesteś, powinno się udać, tylko ten twój wzrost.

– Do zobaczenia – powiedział Maciek odchodząc – powodzenia na wydziale.

Poranny wykład Piotr ze Zbyszkiem odbębnili bez problemu. Problem pojawił się w godzinę później na korytarzu przed salą gdzie miały się odbyć ćwiczenia z analizy. Wtedy to na przystojnym Zbyszku zawiesiło się oko Basi jedynej w naszej grupie dziewczyny, akurat rozmawiającej z komsomolcem. Powiedziała:

– Przepraszam. – Odwróciła się i podeszła do Zbyszka:

– Byłeś w innej grupie? Jak masz na imię? – zapytała.

– Śmiała dziewczyna. A mnie się o imię nie spytała – pomyślał stojący obok Piotr.

Na ćwiczeniach Basia usiadła obok Zbyszka.

Po ćwiczeniach do Zbyszka podszedł komsomolec:

– Ty jesteś Waranek?

– Tak. A bo co?

– Wczoraj był tu ktoś inny, nie ty. Był niższy. Trzeba będzie to zbadać. – Komsomolec rozglądał się za starostą.

Zbyszek wyprostowany na całą długość górował nad komsomolcem o półtorej głowy:

– Jestem z wiejskich biedniaków i chodzę w mojej jedynej parze dziurawych, przemoczonych butów. A jak tylko mogę je zdjąć, to je zdejmuję i nie obchodzi mnie czy bez nich jestem wyższy czy niższy.

– Władzę ludową też to nie obchodzi – wtrącił Piotr. Komsomolec spojrzał nieprzyjaźnie na Piotra. Po chwili mijając się z podchodzącą do Zbyszka i Piotra Basią odwrócił się i odszedł.

– Poszło dobrze – pomyślał Piotr. – Choć Zbyszka buty wcale nie wyglądają na dziurawe.

– Jak masz na imię? – spytała Piotra Basia. – Dołącz do mnie i Zbyszka, siadajmy razem na wykładach – łatwiej będzie wymieniać notatki.

Zbyszek popatrzył na Piotra i potakująco kiwnął głową.

 

* * *

 

Jest co odbudowywać – powiedział Maciek wyglądając z okna kuchni, w której  mieszkał Piotr – a ten budynek tam koło przystanku trolejbusu, jedyny nietknięty wśród tej kupy gruzów to co to?

– To były koszary SS. Tknięty to on jest – powstańcy atakowali go trzy razy – z bliska zobaczysz na ścianach pełno śladów po pociskach.

– Zdobyli?

– Nie.

Warszawy do odbudowywania było dużo, a w tym dużo mieściło się też pomieszczenie na piątym piętrze jednej ze śródmiejskich kamienic na ulicy Pięknej. Z przedwojennego trzypokojowego mieszkania pozostała tylko kuchnia z wygódką, szczęśliwie obie z działającą kanalizacją. Klatkę schodową i resztę mieszkania zdmuchnęła na samym początku wojny niemiecka bomba. Do zrujnowanej kuchni prowadziły niczym nieosłonięte drewniane schody. Z odkrytego podestu piątego piętra można było zobaczyć krzątających się przy budowie Pałacu Kultury Rusków.

W tym pomieszczeniu, sam, tylko ze swymi marzeniami o karierze inżynierskiej, mieszkał Piotr.

Poza łóżkiem i małym stolikiem innego umeblowania nie było, za krzesła służyły rzucane na podłogę koce. Dekoracja kuchni też była skąpa, dwie fotografie rodzinne, a na honorowym miejscu, nad kuchennym zlewem przypięta była wycięta z Przekroju fotografia elektrowozu EP02.

Nie później niż w dwa tygodnie po inauguracji roku akademickiego Zbyszek i Basia stali się regularnymi gośćmi w Piotra kuchni. W kilka dni później dołączył Maciek, a wkrótce potem pokazały się też Maćka koleżanki z Akademii Medycznej. Okazało się, że wiele z nich interesowało się techniką, a Piotr chętnie dzielił się z nimi swoją wiedzą o elektrowozie EP02. Szczególnie zainteresowana techniką była niewysoka blondynka Zosia. Zdarzało się, że kiedy tylko pozwalała pogoda, Piotr zapraszał Zosię na podest i we dwoje, blisko siebie, kontemplowali oświetlone księżycem widoki zburzonej Warszawy. Ułatwiała im to pożyczona Piotrowi przez Maćka niemiecka lornetka. Maciek mówił o niej że pochodzi ze zniszczonego koło Kliczowej tygrysa.

Specjałem Piotrowej kuchni była herbata Ulung – sypana do musztardówki wprost z tekturowego prostokątnego pudełka i zalewana wrzątkiem. Stosowana dawka – ćwierć opakowania na szklankę według Maćka podnosiła ciśnienie skurczowe krwi o czterdzieści milimetrów słupka rtęci. Pierwszy pocałunek Piotra i Zosi zdarzył się właśnie przy parzeniu herbaty Ulung, kiedy to Piotr podzielił się z Zosią wiadomością że w Pafawagu projektuje się nowoczesny elektrowóz E06. Podczas całkowicie niewinnego z tej okazji uścisku usta ich spotkały się w sposób dla obojga niewytłumaczalny.

Wiecie co – powiedział pewnego listopadowego dnia Piotr dmuchając na musztardówkę z herbatą – na Święta pojechałbym z wami do Kliczowej obejrzeć ten silnik od Tygrysa. Popracowałbym przy nim. Ręce mnie swędzą do jakiejś inżynierskiej roboty.

Maciek wymienił spojrzenia ze Zbyszkiem:

– Powiem ci prawdę. Zbyszek został we wsi dłużej, nie z powodu czołgu, tylko dlatego, że groziło nam rozkułaczenie gospodarstwa.

– To dlaczego tak nie powiedziałeś?

– Nie wszystko można tak od razu powiedzieć. Teraz mogę.

Piotr zastanawiał się przez chwilę:

– To znaczy, że żadne z was wiejskie biedniaki. To co? Zabrali ojcowiznę?

– Nie. Sekretarz gromadzkiej rady narodowej się przestraszył. Ojca i Zbyszka, a jeszcze był do tego szwagier.

– Zaraz, zaraz, to znaczy, że ja chodzę z kułakiem – zachichotała Basia.

– Każdy teraz jest kimś innym niż się przedstawia – powiedział Zbyszek. – Taka rzeczywistość.

– No tak, na przykład ja. Będę inżynierem, a ręki na jakiejkolwiek inżynierskiej robocie jeszcze nie położyłem – powiedział Piotr.

– No wiesz ten czołg tam jest, ale to jest jak praca w składnicy złomu. Chcesz samemu coś zrobić to już lepiej weź urlop z Politechniki i idź do prawdziwej fabryki.

– Może i tak zrobię. Tym bardziej, że potrzeba mi pieniędzy – administracja kamienicy zbiera na fundusz remontowy. Muszę mieć czym płacić.

Skończył się pierwszy semestr Piotra studiów, zaczęły się całonocne szpitalne praktyki Zosi i wreszcie nadeszła wiosna. Kose oko dozorczyni nie przeszkadzało zakochanym cieszyć się nocną bliskością i wspólnymi śniadaniami na oblanym słońcem podeście. Natomiast mama Zosi obawiała się że tak częste zarywanie nocy na dyżurach może odbić się na Zosi zdrowiu.

W maju, akurat podczas wyprawianych przez Piotra imienin Zosi pojawił się na Pięknej milicjant:

– Stąd podgląda się prace na budowie Pałacu Kultury i Nauki. Kto obserwuje?

– Wszyscy – odpowiedział wymachując lornetką Zbyszek. – Ja, ta pani, ten pan i tamten – wszyscy cieszymy się widząc jak szybko rośnie w górę podarunek radzieckich towarzyszy.

– Proszę pokazać – milicjant przyłożył lornetkę do oczu i przez chwilę patrzał na budujący się Pałac. Odjął lornetkę od oczu, obejrzał ją i  powiedział:

– To jest lornetka poniemiecka. Jako taka jest własnością państwa.

Zbyszek podniósł się na całą wysokość:

– Tę lornetkę otrzymał w uznaniu zasług podczas akcji bojowych mój ojciec – członek oddziału Gwardii Ludowej, pseudonim Sęp.

Milicjant bez słowa położył lornetkę na stoliku i wyszedł. Zosia powiedziała:

– Mój ojciec jest kolejarzem. Mówi, że największymi specjalistami od szabru na ziemiach odzyskanych byli milicjanci.

– Powiedz coś o Sępie – powiedział Piotr.

– Ani Gwardii Ludowej ani Sępa u nas nie było. Była Armia Krajowa.

 

* * *

 

W czerwcu Piotr  obok fotografii elektrowozu EP02 i wycinku z gazety o projekcie elektrowozu E03 przypiął do ściany brudnopis podania o urlop dziekański, a we wrześniu spinaczem dołączył niewielki skrawek papieru – zaświadczenie dziekanatu o udzieleniu mu urlopu dziekańskiego do 30.09.1955.

Warszawska Fabryka Motocykli produkowała dokładnie to co jej nazwa sugerowała – motocykle WFM zaopatrzone w dwusuwowy silnik spalinowy o pojemności 125 centymetrów sześciennych. O pierwszeństwo na polskich drogach produkt fabryki konkurował z chłopskim wozem konnym wyposażonym w rozlatujące się ze zużycia opony samochodowe.

Izba Pomiarów Warszawskiej Fabryki Motocykli mieściła się w małym parterowym budyneczku w pobliżu strzeżonej przez Straż Przemysłową portierni. Zadaniem Izby Pomiarów było mierzyć. Mierzyło się nie tylko produkt końcowy fabryki, ale także podzespoły motocykla, jego pojedyńcze części  i wszystko co było do produkcji potrzebne, a co należało dla jakości i trwałości motocykla WFM 125 zmierzyć.

Kierownikiem  Izby Pomiarów był sympatyczny blondyn ze starannie pielęgnowanym wąsikiem. W południe słonecznego wrześniowego dnia, trzymając w palcach papierosa Sport, przyglądał się badawczo Piotrowi:

– To twierdzenie sinusów pan umie?

– a przez sinα równa się b przez sinβ równa się c przez sinγ.

– A to drugie…?

– Też, twierdzenie cosinusów też umiem.

Tegoż dnia urlopowany ze studiów Piotr został pracownikiem Izby Pomiarów. Zastanawiał się ilu też z jego przyszłych współpracowników wie jak wygląda twierdzenie cosinusów w przestrzeni unitarnej.

– Co pan tu widzi panie Piotrze? – zapytał kierownik Izby.

– Jest to panie kierowniku rama motocykla WFM. Rama jest podwójna, spawana, zamknięta. Zbudowana z ceowników tłoczonych z blachy stalowej.

Piotr znany był w fabryce jako zainteresowany różnymi technologiami. Poprzedniego dnia spędził kilka godzin właśnie na spawalni. Teraz patrząc na ramę motocykla zastanawiał się czy może to być właśnie jedna z tych, które wczoraj zespawał.

Ceowniki obarczone były tolerancjami, w procesie spawania, choć odbywało się ono w sztywnym przyrządzie powstawały napięcia wewnętrzne. W efekcie wymiary wyprodukowanej ramy różniły się od wymiarów nominalnych. Zadaniem Piotra było sprawdzić czy niedokładność wymiarów ramy mieści się w dopuszczalnych granicach. A do tego potrzebna była trygonometria – należało obliczyć niektóre kąty między elementami ramy.

Mijały miesiące, Piotr poznawał coraz to nowe technologie, a wiosną roku tysiąc dziewięćset pięćdziesiątego piątego w fabryce zaroiło się od plotek:

– Indie. Nowy rynek – polskie motocykle w Indiach. Nasz produkt. Zmodernizowany. Przecież zrobiliśmy już ponad sto tysięcy motocykli. Kupować przyjechało dwudziestu Hindusów, podoba im się. Na Targowej widziano pięciu z nich na wuefemkach, a jeden to był w turbanie. Między bliskimi przyjaciółmi szeptało się, że nawet Wolna Europa o tym mówiła.

Tak naprawdę to Hindusów było tylko dwóch. Właśnie weszli do Izby Pomiarów i przyglądali się jak Piotr, z papierami rozłożonymi na rajzbrecie przewraca strony tablic trygonometrycznych obliczając kąt nachylenia widelca motocykla.

Ten niższy Hindus wziął z rajzbretu czystą kartkę papieru i eleganckim długopisem narysował trójkąt. Wskazując na jeden z jego kątów powiedział:

– Alfa.

Piotr kiwnął głową:

– Yes.

Następnego dnia rano kiedy Piotr przechodził przez portiernię stojący tam strażnik powiedział do kolegi:

– To ten, co rozmawiał z Hindusem. Umie po angielsku.

Kończyło się lato, a to znaczyło że za miesiąc skończy się urlop dziekański Piotra. Cieszyła go perspektywa powrotu na uczelnię, ale martwiły go pieniądze – nie będzie wolnej gotówki w kieszeni, nie będzie z czego płacić na fundusz remontowy mieszkania.

Czwórka przyjaciół siedziała na podeście piątego piętra. Patrząc na Pragę, na właśnie zbudowany stadion dziesięciolecia Zbyszek zwrócił się do Piotra:

– No to masz widok na reprezentacyjny stadion. A z tyłu reprezentacyjny pałac.

– Wolałbym normalną klatkę schodową. Już raz Zosia przejechała się na oblodzonym stopniu i gdyby nie ta jedna poprzeczna deska znalazłaby się pięć pięter niżej na podwórkowym betonie.

Zbyszek powiedział:

– Kiedy wrócisz w październiku nie poznasz wydziału. Znieśli listy obecności, starostów już też właściwie nie ma. Rozluźniło się – dziekan Krzewicki wziął działaczy ZMP za mordę – wszyscy się dziwią, że mu się to udało. A jeszcze miał wykład o nowościach – o komputerach – maszynach co same liczą.

Piotr zastanowił się:

– Tylko że ja nie mam jak wrócić. – Piotr podniósł w górę palec wskazujący:

– Po pierwsze muszę zostać w fabryce – muszę zarabiać. Mój szef się zgadza, mógłbym dalej pracować na drugiej zmianie a rano chodzić na uczelnię.

Podnosząc do góry drugi palec Piotr mówił dalej:

– Ale po drugie, dział kadr fabryki żąda  kolejnego zaświadczenia o urlopie dziekańskim – co najmniej do lutego przyszłego roku. Szef mówi, że kadry mają rację, że on chce mieć przyszłego inżyniera a nie odrzut ze studiów. Mówi że po lutym mogę przejść na pół etatu i dalej studiować.

Z trzecim palcem w górze kontynuował:

– Jakby nie to wiszące w kuchni zaświadczenie  to mógłbym dalej się uczyć i pracować tak jak teraz na drugiej zmianie. Pewnie ze dwa egzaminy bym oblał, ale później bym to nadrobił. Ale tam wyraźnie pisze 30.09.55. A dziekanat urlopów nie przedłuża.

– Więcej optymizmu, jesteś nadzieją naszego ludowego państwa. Myśl o tym, że Nowa Huta już produkuje – powiedział Zbyszek.

Zosia siedziała zamyślona.

W tydzień później, na swoje urodziny Piotr dostał prezent. W opakowanym czerwonym papierem pudełeczku leżało jego zaświadczenie o urlopie dziekańskim.

– Nawet nie zauważyłem że znikło ze ściany – powiedział. – A teraz wróciło i widzę że jest poprawione.

Przerwał i spojrzał na Zosię:

– Zamiast dziewiątki jest dwójka czyli zniknął wrzesień a pojawił się luty. I rok jest inny – 1956. Poprawione bardzo ładnie, precyzyjnie, maszynopisanie równo w linii, mimo że robiła to ręka medyczki – mówił oglądając zaświadczenie.

Dyskusja nad wykorzystaniem zaświadczenia, przerwana w połowie wysłuchaniem wiadomości nadawanych przez Wolną Europę trwała do późnej nocy. Zgodnie postanowiono, że w tych okolicznościach cel uświęca środki. Następnego dnia Piotra zaświadczenie trafiło do fabrycznych kadr.

Miesiące które nadeszły były dla Piotra ciężkie – rano Politechnika, od popołudnia praca. Któregoś grudniowego dnia w odległym końcu korytarza budynku biurowego fabryki zobaczył sylwetkę która wydała mu się znajoma.

– Podobny do komsomolca. Cóż on teraz może porabiać?

Spytany o komsomolca Zbyszek uśmiechnął się:

– Ze studiami już skończył. Brak talentu czyli tępak. Właśnie miałem ci o tym powiedzieć. On ma wujka na Pradze – partyjnego. Pewnie też tępy, ale ma chody i mu coś załatwił. W jakiejś fabryce.

– Nie w jakiejś tylko w mojej – powiedział Piotr z niezadowoleniem. – Nie podoba mi się to.

Okazało się, że partyjny wujek załatwił dzielnemu komsomolcowi pracę w fabrycznym dziale kadr. A jako doświadczony aktywista, komsomolec niemal od razu został członkiem zarządu ZMP na dzielnicę Praga.

Minął spędzony z Zosią Sylwester, skończył się pracowity styczeń. Któregoś poniedziałku pani Kasia z dziekanatu powiedziała Piotrowi, że ma następnego dnia stawić się u dziekana.

Dziekan w milczeniu przekładał jakieś papierki. Wreszcie podniósł wzrok na Piotra:

– Proszę pana – powiedział – to już ponad dwa lata od czasu, kiedy poznaliśmy się na inauguracji. Jak przeszedł panu rok urlopu dziekańskiego?

– Pracowicie, panie dziekanie. W Warszawskiej Fabryce Motocykli.

– No, w międzyczasie mieliśmy tu w lecie Światowy Festiwal Młodzieży. Mówi pan po rosyjsku?

– Trochę mówię.

– A po angielsku? Na festiwalu był to język przydatny.

– Też trochę.

– Może się uda. Może nie zapyta czy teraz pracuję. Wystrzegaj się czasu teraźniejszego – mówił sobie Piotr.

– No właśnie – angielski – ciągnął dalej dziekan. – Mam tu notatkę, że używa pan języka angielskiego w podejrzanych celach.

Piotr zdziwił się:

– Panie dziekanie, zupełnie nie wiem o co chodzi.

– No dobrze, mnie samemu wydaje mi się to trochę komiczne, podobno rozmawiał pan z jakimś Hindusem ukrywającym swój wygląd w turbanie. Ale zapytam o co innego. Czy prawdą jest, jak twierdzi dział kadr fabryki motocykli, że pan tam dalej pracuje?

Piotr zdrętwiał. Ten cholerny komsomolec. Musiał donieść, taka jego zetempowska natura.

– Tak, panie dziekanie – pracuję w Izbie Pomiarów.

– Ciekawe, ciekawe. Ale uczęszcza pan też na zajęcia. Przecież widzę pana na moim wykładzie.

– Tak. W fabryce pracuję na drugiej zmianie.

Dziekan przypatrywał się Piotrowi, zastanawiał się, gmerał w papierach. W końcu powiedział:

– Proszę pana. Złamał pan regulamin studiów. Powiem panu tak: Ma pan jeszcze szansę: musi pan zdać wszystkie egzaminy powyżej trójki. W przeciwnym razie usuwam pana ze studiów. I skończą się pańskie marzenia o budowaniu elektrowozów.

Piotr wyszedł z dziekanatu mokry od potu. Miał tylko jedno pocieszenie: Komsomolcowi nie udało się dostarczyć dziekanatowi sfałszowanego zaświadczenia.

 

* * *

 

Trwała ciężka dla Piotra lutowa sesja egzaminacyjna. Uczył się zarywając noce, w pracy przysypiał nad rajzbretem. Wreszcie został mu ostatni egzamin – egzamin który miał zdawać u dziekana. Egzamin odbywał się w biurze dziekanatu. Kiedy dziekan z otwartym Piotra indeksem zastanawiał się nad stopniem aby wreszcie wpisać czwórkę, Piotr mógł sobie powiedzieć, że zdał nie dzięki szczęśliwym pytaniom, ale dzięki dobremu przygotowaniu.

Tuż za drzwiami dziekanatu Piotr, jakby nie wierząc swojemu sukcesowi, jeszcze raz zajrzał do indeksu. Coś było tam źle. Zawrócił do dziekanatu:

– Panie dziekanie, tu jest niewłaściwa data – 30 luty. Takiego dnia przecież nie ma.

Dziekan trzymając w ręku indeks zastanawiał się, w końcu zwrócił się do sekretarki:

– Pani Kasiu – 30 luty. Ja już dzisiaj taką datę widziałem. A pani?

– Nie panie dziekanie, całe życie pamiętam o krótkim lutym – pechowo urodziłam się 29 lutego.

– Czego on chce z tym 30 lutym – pomyślał Piotr patrząc jak dziekan wpisuje właściwą datę – nieprzeciętni ludzie też się mylą i już.

W kuchni na piątym piętrze domu przy ulicy Pięknej z dwiema butelkami wina Mistella czekali na Piotra przyjaciele. Piotr wpadł zdyszany po pokonaniu schodów i z triumfującą miną podał indeks Zosi. Zosia otworzyła indeks. Jeszcze zanim odnalazła wpis dziekańskiego egzaminu, wypadło z indeksu coś, co tkwiło między jego ostatnimi stronami. Było to owo pół roku temu podrobione, a teraz przedarte na pół zaświadczenie o urlopie dziekańskim. Pod przekreśloną czerwonym ołówkiem datą 30.02.1956 i ogromnym znakiem zapytania znajdowała się prawidłowa data 30.09.1955 i inicjały MK.

Wszyscy patrzyli na Zosię.

– Trzydziesty luty. Nie dwudziesty ósmy ani dwudziesty dziewiąty, tylko akurat trzydziesty. Ja się zabiję – jęknęła Zosia. – Kto wymyślił taki głupi kalendarz? A kto to jest MK?

– Kalendarz wymyślił papież Grzegorz. A MK to Michał Krzewicki. Nasz dziekan – odpowiedział Zbyszek.

– A przecież powiedział mi, że nic nie wie o trzydziestym lutym – powiedział Piotr.

– Właśnie. Na twoje szczęście. Tak powiedział i jeszcze dodał inicjały. A wiesz po co? – Po to żebyś o tym twoim trzydziestym lutym pamiętał do końca życia  – odpowiedział Zbyszek.

 

VN:F [1.9.22_1171]
Oceń artykuł
Rating: 10.0/10 (3 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: +3 (from 5 votes)
OSTATNI DZIEŃ LUTEGO, 10.0 out of 10 based on 3 ratings