Zapiski na gorąco

Jak idolem biednych i pomijanych może być miliarder? To coś, co zawsze zastanawiało mnie w politycznym pejzażu Ukrainy. A jednak – ten sam model mamy dzisiaj w polityce naszego sąsiada i bliskiego sojusznika. Jak ludzie, którym nie starcza na zakupy i rachunki, mogą popierać i wierzyć komuś, kto lata własnym samolotem i ma złote klamki w luksusowym apartamencie przy 5th Avenue, komuś, kto dzięki manipulacjom swoich suto opłacanych księgowych nie płaci ani centa podatków, podczas gdy oni muszą z tych ochłapów, które mają, wydzierać jeszcze haracz dla IRS? Komuś, kto nie płacił za zlecone prace ich wykonawcom, kto mając takią fortunę bankrutował “strategicznie”?

zapiski na goraco ciemnyW czwartek świat oglądał toasty wznoszone przez Rosjan i radość, jaką w Moskwie wzbudziła wygrana Trumpa. Nie tylko zresztą tam. Radość dyktatorów sama w sobie powinna zapalać czerwone światła alarmowe. A radość Putina, wydawałoby się, powinna budzić obawy wśród Polaków na całym świecie, bo przecież wiemy znakomicie czego spodziewać się można po obecnym władcy Rosji. Nie mogą, a przynajmniej nie powinny, nie niepokoić pozytywne opinie prezydenta elekta nie tylko o Putinie, ale o masakrze na placu Tiananmen… Już w czwartek pojawiły się oficjalne doniesienia z Moskwy, że w czasie kampanii wyborczej miały miejsce regularne kontakty między Kremlem a sztabem wyborczym Trumpa.

Nie zapominajmy NIGDY tego, co zostało powiedziane, słów, które padały podczas drogi prezydenta elekta do Białego Domu. Nie zwalajmy na media – mądrzy ludzie zawsze czytają tzw. materiały źródłowe, a nie ich opracowania. Dlatego nauczyciele kazali czytać lektury, a nie bryki, a historycy studiują dokumenty, a nie opracowania innych historyków. Jeśli to co mówił nie powoduje gęsiej skórki, to już nie wiem, co może ją wywołać. Wypowiedzi pełne nienawiści i lekceważenia, skierowane nie tylko do swojej konkurentki, ale do wielu grup obywateli swojego własnego kraju, a także do jego prawomocnie (i to dwukrotnie) wybranego prezydenta, do sił zbrojnych. Kraj w ruinie to przecież obelga wobec wszystkich, którzy o ten kraj dbali i starali się go zreformować, mimo nieustannych walk z wiecznie wszystko negującym Kongresem. Kłamstw były dziesiątki, a prawdy, jak sprawdzono, około 25-30 procent. A jednak – widocznie nie był to problem dla tylu wyborców…

Już wiemy, że te ostatnie wybory w USA mają dwa różne wyniki – jeden wynikający z systemu, a drugi będący wyrazem faktycznej woli Amerykanów. I od razu zastrzeżenie bo już widzę jak rzucają się na mnie ci, którzy nie rozumieją argumentu – NIE KWESTIONUJĘ LEGALNOŚCI CZY PRAWOMOCNOŚCI obowiązującego w Stanach systemu (byłoby to idiotyzmem, a po drugie nie mam do tego prawa). Oczywiście, wyniki wyboru Donalda Trumpa na prezydenta nie mogą być kwestionowane. Chodzi o coś zupełnie innego – że po raz zaledwie piąty w historii tego kraju kandydat, który miał przewagę w głosowaniu bezpośrednim, czyli którego chciało więcej Amerykanów – o 2 miliony więcej!!!), nie jest tym, który został mianowany do sprawowania sterów państwa przez odziedziczony po Ojcach Założycielach relikt przeszłości, jakim jest Electoral College. Nic to nie zmienia, poza tym, że wskazuje na wyjątkowość tych wyborów oraz na to, że system jest wyraźnie daleki od doskonałości. Jego zmiana to niezwykle skomplikowany proces, który nie powiódł się w 1969 roku. W obliczu działania tego systemu hasło “Liczy się każdy głos” traci znaczenie. Sam Donald Trump w 2012 roku nazwał ten system “a disaster for democracy”. Te uwagi nie mają nic wspólnego z wynikiem wyborów – tak samo niepokojący byłby to fakt, gdyby było na odwrót – gdyby Hillary Clinton została wybrana przez system elektorski, a Trump wygrałby tzw. “popular vote”.

Każde wybory są ciężką, wykańczającą i emocjonalną grą. Jedna strona musi przegrać. Czasami, choć rzadko, bywa, że wynik jest zaskoczeniem dla wszystkich, dla obu stron. Mało kto pamięta aż takie zaskoczenie, jakie przeżyły obie strony we wtorek o świcie. Obie strony zachowały się jednak niezwykle kulturalnie – mowa zwycięska Trumpa była bardzo różna od tego, co słyszeliśmy przez całą kampanię, a wystąpienia senator Clinton i prezydenta Obamy pokazały po raz kolejny klasę i kulturę tych polityków. Ich komunikat do społeczeństwa: czas skoncentrować się na tym, co może być dobre dla Ameryki, stanąć za nowym prezydentem, aby pomóc mu odnieść sukces bo ten sukces jest w interesie wspólnego kraju – dobra najwyższego.

Inaczej jednak widzą to się wyborcy, bo ich nie obowiązują zasady dyplomacji. Masowe demonstracje i protesty to nie drobiazg. Dziesiątki tysięcy protestujących (tu nikt na szczęście nie mówi, że to “garstka odsuniętych od żłobu”) to novum na scenie amerykańskiej. Te emocje nie wygasną szybko. Ludzie zapamiętają wszystko, co zostało powiedziane i trudno dziwić się wszystkim “innym” Amerykanom – mniejszościom etnicznym, religijnym, seksualnym, obyczajowym, ludziom o innych kolorach skóry i innych poglądach na świat – że boją się o swój los i o swoje miejsce w kraju, który szczyci się swoją otwartością i różnorodnością.

Mamy nie tylko prawo, ale i obowiązek analizować w szczegółach to co stało się w USA w poniedziałek, rozbierając na czynniki pierwsze wszystko, co działo się przez każdy dzień kampanii. Dlaczego? Dlatego, aby zrozumieć z jakim światem mamy do czynienia i uświadomić sobie, że nie jest to już świat ideałów, gdzie liczą się wartości wyższe takie jak wzajemny szacunek, tolerancja, empatia, czy bezinteresowność w imię dobra. To świat, którym rządzi strach, wrogość do innych, niechęć do dzielenia się i pomagania innym. Ja i moje podwórko to sprawa numer jeden. Od innych trzeba się odgrodzić, przeciwko nim uzbroić, bo a nuż wejdą na to moje podwórko i czegoś będą chcieć.

Czy na końcu rządów człowieka, który mówił to, czego nie wolno zapomnieć, ten wspaniały kraj nareszcie będzie w stanie zapewnić swoim obywatelom dostęp do służby zdrowia bez zagrożenia bankructwem, kobietom urlopy macierzyńskie i opiekę nad dziećmi, na którą będzie je stać, równą płacę za tę samą pracę niezależnie od płci? Na razie wybrany przez biednych i zapomnianych, sfrustrowanych i wściekłych prezydent deklaruje odwołanie wszystkich reform, jakie przeprowadził na siłę, mimo kłód rzucanych pod nogi, jego poprzednik. No cóż, 10 milionów Amerykanów, tych właśnie z dołu drabiny społecznej, utraci dostęp do opieki medycznej, który, może nieidealnie, ale zapewnił im system Obamacare.

Zobaczymy, czy miliarder Trump przez cały czas swojej prezydentury, o tajnikach i mechanizmach której nie ma zielonego pojęcia, będzie pamiętał o żyjącym w skleconej z desek szopie w Appalachach “hillbilly’m” albo o samotnej afroamerykańskiej matce wychowującej trójkę dzieci gdzieś na rozpadającej się farmie w Georgii.

Malgorzata P. Bonikowska

Gazeta_logo