WaszeR Londyński: 365 dni – najdłuższy okres beatyfikacji

londyn2016-11-18.
  • I wyszła w przededniu cała w pąsach. I oznajmiła to, czego wszyscy od dawna z podnieceniem się domyślali, a co czekało tylko oficjalnego potwierdzenia: to był dobry okres, obfity w dobro, oczyszczający a niebolesny. Dobry, no bo jakiż inny miał być, skoro dobrozmianowy?

  • I wszyscy odetchnęli, i wypuścili nadmiar CO2 z płuc, i twardo opadli na miękkie relaksacyjne kanapy lub też odwrotnie.

  • I zaraz strzeliły gdzieniegdzie korki w skrzynkach bezpieczników przeciążone iluminacją mieszkań nadmiernym entuzjazmem. I rozlało się zapienienie w kielichy goryczy. I bąbelki uniosły wysoko powieki zdziwieniem, i uderzyły do głów błogim pytaniem: czy ja to śnię?

Wyszła w przededniu, pewna siebie, z beatyfikacyjną laudacją. Widać było, że kwitnąca, że wreszcie baba na schwał. Że przekwitanie jeszcze daleko za siódmą miedzą. A taka była ostatnio słabiutka…

*
— No i co, kumo, podeptała ten roczek?
— A gdzie tam, pani, słabowite to jakieś się chowa, cały czas jeszcze na pasku.
*
Dosyć zasobna wieś pogodna, wieś spokojna. Nowoczesna i gospodarna jak na to miejsce i te czasy. Są co prawda jeszcze tu i ówdzie niewygodne wygódki za stodołami, ale skanalizowana, a budynki w większości murowane. Obejścia na ogół do obejścia suchą i nieubabraną stopą, gdyż utwardzone i pozbawione śladów inwentarza. W tej wsi rodzina jakich wiele w kraju. Wielodzietna. Pięćsetuchną uratowana w samą porę, może więc teraz bez problemu kontemplować życie rodzinne i bez poniewierki dojazdów do roboty ogarniać gospodarkę. Tej jest nie za wiele, rozproszonej, w paru nieodległych miejscach, z kawałkiem lasu. Sprzedać tego nie można, drzew wyciąć — dubelt, no bo ojcowizna — świętość narodowa, a na lesie Unia jakąś ekologiczną łapę trzyma. Żeby chociaż kornik się rzucił — powiadają w gminie — to by kwity na wycinkę dało radę, a tak… Jest gdzieś w jakiejś puszczy, gadają, ale jak go tu przytargać? Kornik nie szyszka przecie, co to z każdej opresji się wywinie i fasonu nie traci. Delikatne stworzonko.

Rodzina jakich wiele. Żarłoczna i rozbisurmaniona czereda nie czująca od dawna bata nad sobą. Ale czemu to się dziwić, kiedy ojciec drętwy, matka wiecznie cierpiąca, a chrzestny spod Uroczyska w roli nadopiekuna tylko mojta i mąci.

Z chłopaków najstarszy trochę harcerzykowaty, do wojaczki by się rwał. Zuch z organizacyjnym zacięciem i urodzony lawirant. Stopniowo zaczyna domem dyrygować. I gdyby miał paru pachołków, to kto wie… Młodszy, też nie w ciemię bity, taki śliski inteligencik-prawniczek w okularkach. Żre się już z najstarszym o byle co, głównie kto ma kim i czym rządzić. Ale oba – chłopy na schwał! Najmłodszy najmniej udany. Plącze się po bożym świecie tu i tam. Był parę razy na zarobku zagranicą, ale niesporo mu szło. Języka nie zna, obyczajów nie obczaja, więc co i rusz gdzieś go wyśmiali, skądś go pogonili. Ale uparty chociaż i na siłę się pakuje. Średni chrzestnego, co to we wsi sołtysuje, ma w gminie szwagra i obiecał, że może mu jaką robotę załatwi, niechby się nie marnował po obcych kątach. Póki co na zapomogach z opieki siedzi.
Dziewuchy jeszcze głupie, ale już się roją i poszeptują po kątach dziwy jakieś niestworzone. A to, że do gimnazjum już niedługo nie będą chodzić. A to, że apteki słabo w środki zaopatrzone i lada dzień już dzień po w ogóle nie będzie można kupić. A przerywanie, to już tylko rozsady na wiosnę. Co im w tych głowach?! Że w niedzielę to już całkiem będzie przechlapane, bo wszystko ma być — no jakże to tak! — zamknięte. Oprócz kościoła. A tam, oczywiście, księdzu Grzybkowi trzeba będzie sypnąć na tacę, bo wielebny — człek uczynny i grzeczny — pierwszy „pochwalony…” mówi, nie czeka, jak te inne. A jak pięknie każe na pogrzebach… „Świętej pamięci Brat nasz — prawi — wyjednuje w tej chwili dla nas łaski u Pana Boga. Okażmy i my w Jego imieniu łaskę Kościołowi Chrystusowemu w modlitwie i datkach”. No i ludziska dają, nawet wdowie grosze. No bo nie? Księżulo nieopatrznie rozbuchał kościółek rozbudową. Opatrzność nad tym czuwa, bo i blacha miedziana na pół dachu już jest, ale kasy wciąż mało i mało.

Tak po prawdzie, to nie ma kto domowych w garści trzymać. Matka jeszcze pewnie by porządziła, gdyby nie te z woli boskiej miesięcznice. W nocy jedynie wychodzi obrządzić, żeby jej światło dzienne nie raziło. Do kościoła lata, a jakże, by tam na kolanach przed świętym obrazem, w półsennej kadzidlanej zadumie słowem bożym się uraczyć wśród najwyższej władzy gminnej. Trochę ta władza ciśnie podatkami i opłatami, trochę w oczy kłuje nieporządek to tu, to tam, ale przecie ludzkie, katolickie ma oblicze – tak jest wszędzie. I pojednana i uduchowiona wraca matka do tej swojej ciemnicy z zapuszczonymi kotarami cierpiąc dalej w bezsilnym milczeniu.
Wieś to spokojna. Gospodarna i patriotyczna, co by nie mówić – zawsze na wybory chodzi głosując na tych, co dobrze o dobrych dla ludzi zmianach mówią. A te przecież widać gołym okiem: na skwerku przed kościołem drugi pomnik stanął obok papieskiego, za unijne zresztą częściowo pieniądze na przedsiębiorczość, żeby gminnej kasy zbytnio nie obciążać. To i ludziska wiedzą, że nowoczesność i gospodarność, i dobrze się dzieje.

*
365 dni… Rocznica okrągła z mnóstwem kantów. Najdłuższy okres nowoczesnej gospodyni.

WaszeR Londyński
VN:F [1.9.22_1171]
Oceń artykuł
Rating: 10.0/10 (4 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: +6 (from 6 votes)
WaszeR Londyński: 365 dni - najdłuższy okres beatyfikacji, 10.0 out of 10 based on 4 ratings