WaszeR Londyński: Okrajana Ukraina

londyn most2016-11-24.

Ziemie traktowane obecnie jako ukraińskie od zawsze jak tort dzielono. Konsumenci sami sobie przeważnie rozdawali według zasług mniejsze lub większe porcje, albo krojczy, jeśli silny i zdecydowany się objawił, mógł przydzielić kąsek po uważaniu. Takie to miejsce na mapie, taki los siłami Kosmosu ofiarowany.

Przebudzenie się w sercach i umysłach pragnienia o samostanowieniu było tylko kwestią czasu, bo też i takie zakodowane duchy wybudzały się, z nieraz wielowiekowego letargu, w różnych częściach globu jako jeden z trendów w dziejach rozwoju ludzkości. A w pewnym sensie pechem lub szczęściem było to, że najbardziej spektakularne zaistniały w drugiej połowie burzliwego XX wieku oraz na przełomie tysiącleci. Wtedy to podziały i pączkowania uaktywniły się na bez mała wszystkich kontynentach, z regresem tu i ówdzie po niedługim czasie w postaci chęci powrotu do wielkopaństwowości i mocarstwowości. I związanymi z tym (od)ruchami. Samostijna Ukraina, głodzona i dziesiątkowana w przeszłości za niepokorność i próby stanięcia na własnych nogach, niewielkie tu miała szanse i nadal ich nie ma, jako współczesne europejskie państwo, w ustalonym przez siebie kształcie. W takiej kompanii?

Gdzie jednym ponownie zamarzyła się Wielka Rosja, a realizację tego zaczęli — nomen omen — od okrajania ukraińskiego południa i wschodu, mając dalszą chrapkę, nawet na republiki nadbałtyckie; innym zapachniała odbudowa umykającej żandarmskiej mocarstwowości; jeszcze innym, z łezką w oku tęskniącym za imperium niezachodzącego słońca, jego comeback; którym to marzycielom z kolei drudzy zechcieli umownym żółcieniem swej cery słońce ekonomicznego status quo przyćmić. I towarzystwie tych nowych, co to im się akurat świeżo ubzdurała światowa pro boska i pro ludzka religia. Nawet gospodarniejszy sąsiad przebąkuje maniakalnie głosami nielicznych na szczęście wichrzycieli coś o bezkresnych Kresach. No a tu jak na złość na zabawną odwyrtkę: Chińczycy krok po kroku formalnie kolonizują południowo-wschodnią Syberię; wielorasowe i wielokulturowe, a także ultra rasistowskie USA zalewa latynoska fala, głownie Meksykanów; byłe imperium, jak nadepnięta purchawka, dobrexitowuje do wielkości i znaczenia wyspiarskiego państewka; a na owych wojujących nawiedzonych, a przy okazji i na niewinnych — słusznie czy niesłusznie — bomby lecą, że aż strach. Polska i tak na razie wychodzi obronną ręką – oprócz pisowskich ciemności prowadzących do zapaści, nachodzą nas „jedynie” niczym nieuzasadnione segregacyjne fobie.

W późnych latach 80. i dalej, do mojego rodzinnego grójeckiego zagłębia sadowniczego zaczęli przybywać na bandos Ukraińcy. Ludzie pracowici i niewymagający. Niektórzy zaczepiali się u gospodarzy na dłużej, inni tylko w okresie żniw owocowych. Robili od świtu do zmierzchu za 15 ówczesnych złotych dziennie plus micha zupy z wkładką lub 20 bez posiłku. Żywili się byle czym najtańszym, mieszkali jak popadło, często na kupie w naprędce przystosowanych pomieszczeniach gospodarczych. Zdarzali się szczęśliwcy traktowani po ludzku. W owym czasie polski najemny zaczynał nabierać ochoty do wysiłku, gdy usłyszał leniwym uchem pięć dych. Filozofia tak niskiej stawki była prosta: za złotówki kupowali dolary, te wymieniali na hrywny. Z tej środkowoeuropejskiej kombinacji wychodziły dla machera niemalże wory pieniędzy. W opowiadanym mi przypadku powracający z uciułanym groszem wysiadał z pociągu 50 km. od docelowej stacji, by dalej polami, lasami, bowiem trzymająca na mecie dyżurną łapę mafia wyłuskiwała szczęśliwych naiwnych.

Witalij jest w Londynie już kilka lat. Po prostu — przyjechał i cichaczem został. Sprowadził żonę. Bezdzietni. Ona sprząta kilka dni w tygodniu, on pełną gębą budowlaniec. Bystry do tego i zaradny. Komunikatywny w stosunku do miejscowych, gadający po polsku, samodzielny, jeśli chodzi o sprawy zawodowe. Koleżeński i honorowy. Zaczepił się u polaczków-cwaniaczków, takich drobnych wyzyskiwaczy i obiecał im pracę, więc nie daje się skusić przejściem do lepszych warunków. Ale kontaktów i propozycji nie odrzuca pracując siedem dni w tygodniu, nierzadko po godzinach, przemieszczając się z jednej budowy i firmy do drugiej, by wykonać jakieś na gwałt zadania. Rozchwytywany, bo dobry, rzetelny i pracowity. Rozbiórkowe akcesoria budowlane odpowiedniej jeszcze jakości, a tu często nowe, nieużywane jeszcze rzeczy przy zmianie właściciela lądują do demontażu, wysyła znajomym okrężnym transportem do siebie, do Stanisławowa, gdyż tam, po powrocie, będzie montował z tego własną przyszłość.

Znajomy Witalija, Wadim, pod czterdziestkę, jest tu zaledwie od kilku dni. Dwa lata na ukraińskim bezrobociu. Przyjechał sam. Druga żona i dwuletnia córeczka, oraz dzieci z pierwszego małżeństwa w krajowej biedzie. Dziesięć lat przepracował w jakimś państwowym motoryzacyjnym przedsiębiorstwie. Firma ostatecznie padła, kiedy to przedsiębiorcze kierownictwo, nabiwszy sobie kabzy pobranymi kredytami i dotacjami, pyknęło dymkiem z wypasionych bryk ujeżdżając w kierunku podmiejskich daczy i ekskluzywnych sraczy. Nie ma zbyt wiele do stracenia. Niczego też nie ma ze sobą i niczego nie potrafi. Angielskiego ni śladu, polski ledwo liźnięty. Wylądował u rzetelnego Polaka, gdzie indziej nie miałby najmniejszych szans. Jak będzie robota, mówi, to trochę posiedzi, jak nie, wyjedzie. Zawalidroga na budowie. Facet specjalnej troski. Mówisz mu: zrób to, odwraca się i robi co innego. Albo nie słyszy, nie rozumiejąc. Szef wpada wieczorkiem i poleca: zrób kawę dla wszystkich. On grzecznie odpowiada: nie trzeba, dziękuję. Ale stara się. Kupa śmiechu i sporo życzliwości wokół, bo niejeden podobne występy zaliczył w prapoczątkach. Sympatii pełno, ale nie filantropii. Nie załapie w krótkim czasie, wróci, skąd przybył. Czerstwe człowieczeństwo. W tej akurat enklawie.

Muszą chłopaki uważać, gdyż dopiero co nakryto międzynarodową szajkę przemytników ich rodaków na Wyspy, posypały się aresztowania w kilku krajach. Polski udział w tym znaczny, łącznie z doskonale podrobionymi dowodami tożsamości. Muszą uważać na złe uszy, złe oczy i takież języki.

Mądrzy ludzie proponują nam trwały sąsiedzki sojusz z Ukrainą, pomimo historycznych bolesnych odcisków. To dla wspólnego dobra i bezpieczeństwa. Gdzieś tam w wyraźnym tle tego trudnego sąsiedztwa jest eksterminacyjny Wołyń, gdzieś czystki etniczne Akcji „Wisła” z ukraińską i łemkowską tragedią, wraz z równolegle przeprowadzoną na Ukraińcach po radzieckiej stronie Akcją „Z”. I cicha prawda o tamtych ponurych czasach, które jednakowo były „dobre” i dla Cichych, i dla Ponurych. Żywa pamięć już prawie wymarła. Pozostało pamiętanie przechowywane i przekazywane, częstokroć ubrązowiane lub odbrązowiane, nafaszerowane emocjami wszelkich odcieni. A to przecież robota dla rzetelnych historyków opierających się na niefałszowanych dokumentach, nie dla osesków ssących już kilkadziesiąt lat zatrute mleko — lub interpretacyjnych maniaków. I oto wstaje taki pusty łeb z grubo po wojnie pompowanym zepsutym powietrzem czerepem, z którego i tak już ono dawno zeszło, oraz podobnej kondycji polska pani poseł, i na jakichś niezależnych towarzyskich lub oficjalnych, ale w każdym przypadku publicznych sabatach wygłaszają swoje durnoty-miernoty. Aż wstyd przed światem! I z tego wstydu chęć flagowo samo-się-spalenia.

WaszeR Londyński

VN:F [1.9.22_1171]
Oceń artykuł
Rating: 10.0/10 (2 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: +3 (from 5 votes)
WaszeR Londyński: Okrajana Ukraina, 10.0 out of 10 based on 2 ratings