Rosja 2017. Sto lat później

rosja niedźwiedź2016-11-30.

Ernest Skalski:

Pierwsze zdanie (kursywą) pierwszego z dwóch zamieszczonych niżej materiałów pozwala już tego tekstu dalej nie czytać. Mógłbym go zastąpić anegdotą ze „Szwejka”: przed wojną (I WŚ) planiści wojenni wzięli pod uwagę ilość żołnierzy po wszystkich wojujących stronach, ilość oddanych strzałów, procent trafionych, ilość zabitych i rannych, udział rannych, który wrócą na fronty i tak dalej i dalej. Nie przewidzieli tylko, że kiedy zaczyna się marsz, żołnierze wyrzucają do latryn dwie trzecie nabojów, żeby im się lżej maszerowało.

Mimo to, ten dosyć zawiły tekst warto przeczytać, jeśli się nie chce wierzyć na słowo, że prognozy, w każdym branym pod uwagę wariancie przewidują, iż do 2035 roku, Rosja będzie w dalszym ciągu zależna od ceny ropy i będzie się w skali świata obsuwać na peryferie cywilizacji.

Chyba że… Chyba, że sprawdzi się ta, następna, tu przytoczona prognoza. Polityczna. A wtedy będzie wszystko inaczej: w Rosji, w Europie i w świecie.

W obu tych bardzo konkretnych tekstach o Rosji, dostrzegam coś uniwersalnego, coś co w jakiś sposób pasuje również do Polski. Pan Bóg miałby u mnie plusy dodatnie gdybym mógł stuletnim okiem zobaczyć — i to z powierzchni ziemi! — jak to się do tego 2035 roku rozwinie.


I GOSPODARKA

(Andriej Machonin. „Wiedomostii”, nr 4186 z 20 października 2016 r.)

We wszystkich rosyjskich prognozach ekonomicznych najważniejsze są nikłe szanse na ich urzeczywistnienie. Ekonomiści mogą sobie dostosowywać swoje programy, przedstawiać różne warianty, a potem jakiś typ (Arsen Pawłow, „Motorola”, dowódca oddziału „Sparta”, zginął 16 października w Doniecku) zestrzeli kolejnego boeinga albo Kadyrow zabije amerykańskiego ambasadora, by zrobić Putinowi prezent na urodziny, albo sam Putin odwali coś w rodzaju Krymu i w odpowiedzi odłączają Rosję od, na przykład, SWIFT–a (kod umożliwiający dokonywanie przelewów międzynarodowych) a wszyscy przemądrzali ekonomiści z jękiem wetkną sobie swoje prognozy w tyłki i czym prędzej zaczną produkować nowe.

Nie da się udawać poważnych uczonych w warunkach powszechnego obłędu i bajzlu.

W ZSRR naukowe prognozy gospodarcze też były niemożliwe, ale nie z powodu niestabilności, lecz z braku wiarygodnych danych wyjściowych. Tak więc rosyjscy ekonomiści dawno już powinni byli przekwalifikować się na dozorców.”

Ministerstwo Rozwoju gospodarczego zapowiada kolejne 20 lat stagnacji

Rosja będzie dryfowała w kierunku krajów biednych

Brak słów – taki scenariusz optymistycznej tragedii naszkicowali mistrzowie, którzy prognozę na rok 2017 zmieniali trzy razy na tydzień.

Ministerstwo Rozwoju Gospodarczego przesłało do Ministerstwa Finansów prognozę rozwoju społeczno-gospodarczego do roku 2035. Jak wyjaśnia urzędnik szczebla federalnego, ustawa o planowaniu strategicznym wymaga opracowywania długoterminowych planów w oparciu o prognozę makroekonomiczną. A Ministerstwo Finansów musi przygotować długoterminową prognozę budżetową. To pozwoli określić priorytety wydatków budżetowych, stworzyć programy posiadające zabezpieczenie finansowe – czytamy w napisanym przez Ministerstwo Finansów projekcie Główne kierunki polityki budżetowej na lata 2017–2019.

„Gospodarka narodowa stopniowo przezwycięża stagnację – to obiektywne dane,” podkreślił prezydent Władimir Putin na naradzie poświęconej zagadnieniom ekonomicznym. Według prognozy Ministerstwa Rozwoju Gospodarczego, gospodarka będzie przezwyciężała stagnację przez kolejne dwadzieścia lat, ale jej nie przezwycięży.

Po wyjściu z recesji w 2017 roku, przez najbliższe dwadzieścia lat gospodarka będzie rosła nadzwyczaj wolno – średnio o 2 % rocznie (od 1,7 % do maksymalnie 2,6 %). To w przybliżeniu o 1,5 % wolniej od średnich temp światowych, co oznacza, że Rosja będzie się coraz bardziej przesuwała w stronę krajów biednych. W ciągu dwudziestu lat produkt krajowy brutto uda się zwiększyć zaledwie 1,5 raza. Rzeczywiste dochody ludności będą wzrastały średnio o 1,4 % rocznie i dopiero w 2021 roku osiągną poziom z 2013, przewyższając go w 2035 o niespełna 30 %. Dla porównania, tak samo wzrosły te dochody tylko w latach 2006-2007.

W tymże 2021 roku uda się wreszcie przezwyciężyć następstwa trzyletniego spadku w inwestycjach: wielkość nakładów na inwestycje wróci do poziomu z przedkryzysowego roku 2013, jednak tempo ich wzrostu nadal pozostanie umiarkowane — średnio 3,3 % rocznie. Eksport będzie rósł mniej więcej 2 % rocznie, import – prawie 4 %, bilans handlowy i saldo bilansu obrotów bieżących będą się stopniowo kurczyły, ale prawie do zera spadnie również odpływ kapitału.

Ten wariant prognozy – „bazowy plus” (są tylko trzy warianty) – oparty na założeniu utrzymania się obecnych tendencji i inercji rozwoju, nie jest jeszcze najgorszy. W odróżnieniu od bazowego (konserwatywnego), opiera się na bardziej realistycznej z punktu widzenia Ministerstwa Rozwoju Ekonomicznego trajektorii cen ropy. Będą powoli rosły do 57 USD za baryłkę w 2020 r., 70 USD w 2030 r. i 76,70 USD w 2035. Nie przewiduje się nowych wstrząsów na rynku naftowym w ciągu najbliższych dwudziestu lat.

Kolejną optymistyczną przesłanką tego wariantu jest przesłanka demograficzna. Liczba zatrudnionych w rosyjskiej gospodarce przez najbliższe dwadzieścia lat prawie się nie zmieni: z 66,8 mln w roku 2016 spadnie do 66,6 mln w latach 2026-28, by potem znów wzrosnąć do 68,1 mln w roku 2035 (w bazowym wariancie prognozy makroekonomicznej będzie się zmniejszała sukcesywnie przez wszystkie te lata do 64,4 mln w 2035 r.). W tym scenariuszu warunków rozwoju gospodarki Ministerstwo Rozwoju Gospodarczego przyjęło, że niż demograficzny, którego szczyt przypadnie na rok 2026, zostanie skompensowany przez wzrost aktywności zawodowej i zatrudnienie młodych emerytów oraz napływ 300 000 imigrantów rocznie, przez powrót do Rosji tych, którzy z niej wcześniej wyjechali, napływ wykwalifikowanych zagranicznych specjalistów i dynamicznej młodzieży.

Jeśli przyjąć średni wariant prognozy demograficznej rosyjskiego urzędu statystycznego (Rosstat) i wersję o stabilnym poziomie zatrudnienia, do 2030 roku liczba zatrudnionych w Rosji spadnie o sześć milionów albo o 8 % — mówi Władimir Gimpelson, dyrektor centrum badań rynku pracy w Wyższej Szkole Ekonomii w Moskwie. W obliczeniach uwzględniono napływ 300 000 imigrantów rocznie. Gimpelson sądzi, że poziom zatrudnienia z prognozy Ministerstwa Rozwoju Gospodarczego jest nieosiągalny, nawet przy drastycznym podniesieniu wieku emerytalnego: zatrudnienie spada głównie w młodszych grupach wiekowych.

Prognoza wzrostu gospodarki na 2017 rok została podniesiona na polecenie władz

Prognozę makroekonomiczną podrasowano po to, by budżet dopiął się chociaż na papierze.

Bazowy wariant prognozy (ten gorszy) opiera się na założeniu, że ceny ropy naftowej utrzymają się na poziomie 40 USD za baryłkę w ujęciu realnym przez cały prognozowany okres (w ujęciu nominalnym ropa drożeje mniej więcej o 1 dolara rocznie, do 55 USD za baryłkę w 2035 roku). Samo Ministerstwo Rozwoju Gospodarczego uważa ten wariant za nierealny nawet dla najbliższych trzech lat. Ale planowanie budżetowe wymaga konserwatywnego podejścia, dlatego za podstawę budżetu w latach 2017-2019 przyjęto cenę 40 USD za baryłkę. Jednak podrasowanie na polecenie rządu innych parametrów prognozy pod potrzeby budżetu niezgodnie z logiką ekonomiczną, na której została oparta, sprawia, że wariant ten jest nie tylko małorealistyczny, lecz wręcz niedorzeczny. Gdy zamiast skonstruować budżet w oparciu o prognozę, konstruuje się prognozę w oparciu o pożądane parametry budżetu, to jest to zwykła próba rządzących dopięcia na papierze tego, czego nie da się dopiąć w realnym życiu — podsumował ekspert uczestniczący w dyskusjach budżetowych.

Jednakże ani droższa ropa, ani wyższe zatrudnienie nie pomogą przezwyciężyć stagnacji gospodarczej: w wariancie bazowym średnie roczne tempo wzrostu PKB jest niewiele niższe – 1,8 %. To samo dotyczy wzrostu wydajności pracy (średnio o 2 % rocznie w porównaniu z 2,1 %wariancie „bazowym plus”). Wcześniej podobną prognozę – utrzymującej się do 2030 roku stagnacji z tempem wzrostu PKB 1,5 % rocznie – przedstawiło Ministerstwo Finansów, uściślając, że jest to wariant bez reform strukturalnych i nie podstawowy.

Wariant z reformami to trzeci, docelowy scenariusz prognozy makroekonomicznej Ministerstwa Rozwoju Gospodarczego. Cena ropy jest w nim taka sama, jak w „bazowym plus”, w przybliżeniu takie same są również parametry demograficzne. Ale szybszemu wzrostowi inwestycji wewnętrznych towarzyszy wyższa (w stosunku do dwóch pozostałych wariantów) wydajność pracy i szybszy wzrost dochodów ludności. Rachunek bieżący bilansu płatniczego stopniowo przesuwa się w stronę deficytu w skutek gwałtownego wzrostu importu, co jednak, poczynając 2020 roku, skompensuje napływ czystego kapitału. Już w 2019 roku wzrost gospodarczy przyspiesza do ponad 4 % i odtąd pozostaje wyższy od przeciętnego tempa światowego: średnio 3,6 % rocznie w latach 2016–2035.

Gospodarka rosyjska rośnie, ale na razie tylko na papierze

Opowiada Aleksandra Prokopienko, korespondentka działu ekonomicznego [opozycyjnej] telewizji Dożd’.

Przekroczenie średniego światowego tempa wzrostu osiąga się poprzez przestawienie gospodarki na inwestycyjny model wzrostu – wyjaśnił przedstawiciel Ministerstwa Rozwoju Gospodarczego. Składa się na to wzrost dochodów przedsiębiorstw w następstwie obniżenia ich wydatków, polepszenie się klimatu dla biznesu i wspieranie eksportu innych produktów niż surowce.

Wzrost gospodarczy 3,5 % rocznie to maksymalne długookresowe tempo wzrostu – mówi zastępca prezesa rosyjskiego Banku Gospodarstwa Krajowego (Wnieszekonombanku, VEB), były wiceminister ds. rozwoju gospodarczego odpowiadający za prognozy makroekonomiczne, Andriej Klepacz. „W naszej prognozie stały za tym kroki w kierunku wspierania wzrostu płac w sferze budżetowej i inwestycje w sferę kapitału ludzkiego do poziomów, porównywalnych z krajami Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD), a po 2020 r. – osiągnięcie stałego wzrostowego trendu PKB” — podkreśla. Jego zdaniem recepta na przezwyciężenie stagnacji gospodarczej jest znana: wspieranie wzrostu w długim przedziale czasowym poprzez przesunięcia strukturalne w sferach realnej (inwestycje w infrastrukturę, rozwój technologii) i budżetowej (obniżenie wydatków na ochronę zdrowia i edukację). Ale nie wydaje się, by w tej chwili rząd miał to zadanie w swojej agendzie — kończy.

II POLITYKA

Zmiany zaczną się w 2017 roku

(Walerij Sołowiej o perspektywie politycznej. Rozmawia Wiktoria Wołoszyna, www.gazeta.ru/comments/2016/10.30_)

Walerij Sołowiej — politolog, profesor Moskiewskiego Państwowego Instytutu Stosunków Międzynarodowych MGIMO znany z tego, że potrafi z niezwykłą trafnością przewidzieć posunięcia władzy, wydaje nową książkę, Революtion! Основы революционной борьбы в современную эпоху [Rewolution! Podstawy walki rewolucyjnej w epoce współczesnej]. Wieszczy kardynalne zmiany w Rosji w ciągu najbliższych dwóch lat. O tym, na czym opiera swoje przypuszczenia, dlaczego służby bezpieczeństwa i urzędnicy wcale nie są opoką reżimu i co może być alternatywą dla nowej rosyjskiej rewolucji, opowiedział w wywiadzie dla gazeta.ru.

— W książce, która ukaże się w listopadzie pisze pan, że jeszcze żadna rewolucja nie została przepowiedziana zawczasu. Tym nie mniej dostrzega pan wspólne cechy w wielu tak zwanych kolorowych rewolucjach ostatnich lat, także w krajach Wspólnoty Niepodległych Państw (WNP). Co prawda, nie należy do nich osławiona „ręka departamentu stanu” (USA), jak uczy nas wielki telewizor i jak zdają się wierzyć niektórzy z przywódców naszego państwa. W takim razie, co to za cechy?

— Tak, wiele osób wierzy w „rękę departamentu stanu” i chociaż istniała pewne podstawy dla tej wiary, wpływy Zachodu dotyczą przede wszystkim sposobu życia i kultury. Emigracja zarobkowa z państw WNP – zwłaszcza z położonych geograficznie pomiędzy Rosją i Europą – kieruje się w obie strony: na wchód i na zachód. Ludzie mogą zaobserwować i porównać, gdzie jest lepiej.

Nawet białoruska młodzież jest dzisiaj w znacznie bardziej zorientowana na zachód i w tym sensie przyszłość Białorusi jest przesądzona.

Tak samo Ukraińcy: jeździli tu i tam, przyglądali się i wyciągali wnioski. Weźmy chociażby taki fakt: Ukrainiec może studiować na rosyjskich uczelniach jedynie odpłatnie, podczas gdy w Polsce i w wielu innych krajach Unii Europejskiej może otrzymać grant na studia. Skoro tyle mówiliśmy o tym, że Ukraińcy są bratnim narodem, dlaczego to braterstwo sprowadzało się tylko do tego, jak podzielić pieniądze za tranzyt gazu.

— I w rezultacie trzeba było zamiast „miękką siłą”, posłużyć się brutalną.

— Przy czym bez istotnych powodów. W 2013 roku, kiedy ważyło się, czy Ukraina podpisze układ stowarzyszeniowy z Unią Europejską, Europa faktycznie już z Ukrainy zrezygnowała. Unia miała zbyt wiele problemów z Grecją i innymi „naruszycielami” dyscypliny budżetowej. Obowiązywał pewien milczący podział sfer wpływów. Nie mówiło się o tym głośno, ale uważano za przesądzone, że Ukraina należy do rosyjskiej strefy wpływów. Ukraińska rewolucja była dla europejskich przywódców równie nieprzyjemnym zaskoczeniem jak dla Kremla. Zwłaszcza, kiedy polała się krew i trzeba było zareagować. Zachodni politycy bali się tego jak ognia. Tak więc popularna w niektórych kręgach idea wywrotowej roli Zachodu ma nader niewielki związek z rzeczywistością.

Władzy poszczęściło się z opozycją

— Niepokoje w Rosji w latach 2011–2012 – wszystkie te wielotysięczne demonstracje przeciwko „nieuczciwym wyborom”, akcja Occupy, spacery po bulwarach, i tak dalej – także nie były dziełem amerykańskiego departamentu stanu?

— To był protest moralny najczystszej wody. W Rosji nie było wówczas społeczno–ekonomicznego podłoża dla protestów. Znajdowaliśmy się w trendzie wzrostowym po kryzysie lat 2008–2009. Dochody i poziom życia się podnosiły. W swojej książce piszę, że trzon uczestników pierwszej demonstracji 5 grudnia, bezpośrednio po wyborach, stanowili właśnie obserwatorzy, których straszliwie zabolało, jak władza demonstracyjnie napluła na ich wysiłki przeprowadzenia uczciwych wyborów. Społeczeństwu dosłownie splunięto w twarz. Cóż więc dziwnego, że się zbuntowało? To był protest moralny, który mógł przerodzić się w pełnowartościową rewolucję polityczną.

— Dlaczego się więc nie przerodził?

— W tym konkretnym przypadku główną rolę odegrała słabość samej opozycji. Opozycja okazała się w równym stopniu, co władza nieprzygotowana do masowego zrywu.

— W jaki sposób powinna się była przygotować?

— Trzeba zawczasu pomyśleć, co zrobić, jeśli nagle naród wyjdzie na ulice.

— Ale przecież był pomysł, żeby anulować wybory parlamentarne, uznać je za nieważne, zorganizować nowe.

— Tak, ale nie poszły za tym żadne przemyślane, konsekwentne działania, chociaż władza była gotowa zgodzić się na rozpisanie nowych wyborów do parlamentu po wyborach prezydenckich.

— Pan to wie czy tak przypuszcza?

— Rozważano taki krok. W mojej książce piszę o tym, że przed 10 grudnia 2011 roku władza była poważnie wystraszona protestami i nie wykluczała nawet, że może dojść do szturmu na Kreml. Jednak zachowanie przywódców opozycji pokazało, że boją się niekontrolowanych wystąpień społecznych równie silnie, jak Kreml. Kiedy władza zobaczyła, że na Nowy Rok wszyscy liderzy opozycji wyjechali odpoczywać zagranicę, zrozumiała, że ci ludzie nie są gotowi do poważnej walki. Trzeba się było domagać konkretnych rozwiązań prawnych, a nie tylko deklamować „To my jesteśmy władzą, jeszcze tu wrócimy”. Bardzo lubię powiedzenie Mao Zedonga „Stół sam się nie przesunie, jeśli go nie przesuną”. Jeszcze żaden reżim na świecie nie upadł pod ciężarem własnych błędów i zbrodni. Władza zmienia się, idzie na ustępstwa, tylko jeśli na nią naciskać.

— To znaczy można powiedzieć, że rosyjskiej władzy poszczęściło się z opozycją?

— Władzy poszczęściło się i z opozycją, i z nią samą. Dość szybko otrząsnęła się, doszła do siebie i zaczęła bardzo fachowo przykręcać śrubę.

— Przykręcanie śruby zaczęło się dopiero w maju, pół roku później.

— Zupełnie prawidłowo, mieli pół roku, by ocenić sytuację, przekonać się, że dynamika protestów słabnie. Przykręcenie śruby nagle, gwałtownie, mogłoby spowodować nasilenie się dynamiki protestów – to właśnie wydarzyło się na Ukrainie w 2014 roku, po próbie oczyszczenia Majdanu. W Rosji wszystko zrobiono jak należy, zgodnie z nakazami sztuki.

„W sytuacji kryzysu gwałtownie wzmaga się potrzeba do sprawiedliwości”.

— Pięć lat temu na ulice wyszła klasa średnia. Wyszła, jak pan mówi, z moralnym, a nie ekonomicznym protestem. Od tamtej pory sytuacja gospodarcza katastrofalnie się pogorszyła. Czy nie ma zagrożenia, że jutro na ulice wyjdą zupełnie inni ludzie?

— W stolicach w każdym przypadku trzon protestów będzie stanowiła ta sama klasa średnia. Dlatego, że jest najbardziej aktywna w sensie obywatelskim i politycznym. A teraz także wyraźnie bardziej rozgniewana niż pięć lat temu.

— Dlatego, że zbiedniała?

— Nie tylko dlatego. Ludzi bardzo irytuje ucisk polityczny i kulturalny, te wszystkie niekończące się ograniczenia i prześladowania – nawet jeśli nie uderzają w nich osobiście, a w ich przyjaciół i znajomych. W sytuacji kryzysu gwałtownie wzmaga się potrzeba sprawiedliwości. Ludzie widzą, że sami ledwo już są w stanie spłacać kredyty na iPhony i samochody, a obok ktoś inny ani trochę nie zmienił sposobu życia: nadal kupuje jachty i pławi się w irytującym, bijącym po oczach zbytku.

To, co było do przyjęcia w okresie wzrostu gospodarczego, staje się zupełnie nie do przyjęcia, gdy nadejdzie ciężki kryzys. Niesprawiedliwość zaczyna wkurzać ludzi znacznie bardziej niż przedtem, w tłustych latach.

— Czy potrzeba sprawiedliwości wzmaga się tylko w klasie średniej?

— Wzmaga się u wszystkich. Rzecz w tym, kto i w jaki sposób ją realizuje. Warstwy „niższe” mogą znaleźć ujście w zachowaniach patologicznych – alkoholizmie, drobnym chuligaństwie. Klasa średnia myśli w innych kategoriach – bardziej politycznych i bardziej obywatelskich. I ta klasa średnia jest już w Rosji dostatecznie duża, by stać się żyzną glebą dla przemian. Wszyscy współcześni badacze rewolucji zauważają, że wybuchają one zwykle tam, gdzie uformowała się klasa średnia i gdzie poziom rozwoju gospodarczego nie jest zbyt niski. W Somalii albo w Etiopii szanse na rewolucję są raczej znikome, tam przeważają inne formy protestu.

Nie wierzę, że w Rosji wybuchnie krwawa rewolucja.

— W Rosji słowo „rewolucja” kojarzy się z czymś przerażającym i krwawym – takie jest nasze historyczne doświadczenie. Dlatego już samo to określenie często budzi strach.

— Pięć lat temu Rosja było bliska tak zwanej aksamitnej rewolucji, w czasie której władza najpewniej zachowałaby część stanowisk. Nic by ją nie kosztowało pozwolić na nowe wybory, których, szczerze mówiąc, opozycja nie miała szansy wygrać. Dostałaby swoją frakcję w parlamencie, ale na pewno nie większość. Władza jednak się na to nie zdecydowała, nasza władza nie uznaje przecież kompromisów. I w ten sposób sama doprowadziła do tego, że „poszło na ostro”. Teraz w wypadku rewolucji wydarzenia będą miały znacznie brutalniejszy przebieg.

— Chce pan powiedzieć – krwawy?

— Zgodnie z międzynarodowym doświadczeniem, brutalny przebieg wcale niekoniecznie musi być krwawy. A konkretnie w Rosji już na pewno taki nie będzie. U nas nie ma sił zainteresowanych obroną władzy. Brzmi to paradoksalnie, ale to prawda.

Nasza władza wydaje się granitową skałą, próbuje wszystkich zastraszyć swoją umyślną brutalnością. W rzeczywistości to nie żaden granit, tylko wapień, dziurawy i popękany, który pod naciskiem łatwo może skruszeć.

— No nie wiem… W naszym kraju jest ogromna liczba urzędników i funkcjonariuszy sił bezpieczeństwa.

— To bez znaczenia. Ważna jest nie liczba, lecz motywacja, cele, intencje. W obronie czego miałyby się bić osławione siły bezpieczeństwa? W obronie władzy wąskiej grupki ludzi, w obronie ich jachtów, pałaców, samolotów?

— W obronie własnego koryta.

— Urzędnicy, w każdym razie średniego szczebla, doskonale wiedzą, że jako technokraci, będą potrzebni każdej władzy. Nic szczególnego im nie zagraża. Co więcej, wielu z nich ma negatywny stosunek do obecnej władzy, ponieważ z ich punktu widzenia nie zajmuje się ona rozwijaniem państwa, a czymś zupełnie innym: przede wszystkim wojną, rabunkową eksploatacją zasobów naturalnych, jakimiś dziwnymi projektami PR–owymi, i tak dalej. Jeśli chodzi o siły bezpieczeństwa, to ludzie, postawieni przed wyborem umrzeć za szefa czy ratować własne życie, jeśli nie mają silnej motywacji ideologicznej, będą woleli ratować własną skórę.

Tym bardziej, że żyjemy dziś w świecie, gdzie wszystko dzieje się na widoku, to znaczy cały świat obejrzy bezpośrednią transmisję wydarzeń, tak jak to było w Kijowie. I każdy generał, otrzymawszy rozkaz brutalnego stłumienia buntu, zażąda od dowództwa rozporządzenia na piśmie. Dowództwo nigdy czegoś takiego nie wyda. Bo co mogłoby zrobić w razie wykonania takiego rozkazu?

Z Kijowa można było uciec do Rostowa, Moskwy, Woroneża. A z Moskwy dokąd? Do Pekinu?

Dlatego siły bezpieczeństwa ryzykują bardzo wiele. A przede wszystkim, w imię czego? Związek Radziecki dysponował znacznie potężniejszym aparatem przemocy. Była też Partia Komunistyczna – przy wszystkich swoich wadach, zwarta, spojona kajdanami ideologicznymi, wspólną motywacją. I co się z tym wszystkim stało w sierpniu 1991 roku? Pani i ja widzieliśmy to na własne oczy. Jak to Rozanow powiedział o carskiej Rosji, że w ciągu trzech dni nie zostało po niej śladu, dokładnie tak samo w ciągu trzech dni nie zostało śladu po władzy sowieckiej.

— Ale w takim razie po co ciągle włazić na grabie doprowadzając do tego, że, jak się pan wyraził, „pójdzie na ostro”? Wpuściliby dzisiaj opozycję do parlamentu i chociaż troszkę załagodzili sytuację.

— Po pierwsze uważają, że jest już na to za późno. Po drugie, widać infantylne, dziecinne dążenie do unikania kompromisów, ponieważ z punktu widzenia osób podejmujących decyzje, kompromisy są dowodem słabości. To już kwestia psychologicznego profilu ludzi władzy. Możliwe, że punkt ten ma kluczowe znaczenie dla zrozumienia dynamiki sytuacji. W większości przypadków do rewolucji doprowadza nie opozycja, nie siły zewnętrzne, a sama władza, która nie jest gotowa wyjść na spotkanie społeczeństwu i w porę rozwiązać kwestie sporne.

Współcześni mówili o reformach Mikołaja II „zbyt mało i zbyt późno”. To odwieczne rosyjskie nieszczęście.

Powtórzę jeszcze raz: ani trochę nie wierzę w to, że w Rosji dojdzie do krwawej rewolucji, nie mówiąc już o apokaliptycznych konsekwencjach w rodzaju rozpadu państwa. Nic takiego się nie wydarzy.

Władza przegrywa dzisiaj w płaszczyźnie strategicznej. Jej główna strategia to: wszyscy nasi przeciwnicy są słabi, więc będziemy dalej ich gnębić i czekać, aż problemy same się rozwiążą. W kręgach władzy nie brakuje teoretyków, przekonanych, że uda im się w ten sposób dotrwać do 2030, 2035 roku.

— Pan uważa taką strategie za błędną?

— Jestem skłonny sądzić, że sytuacja polityczna w Rosji kardynalnie się zmieni w ciągu najbliższych dwóch lat. I wygląda na to, że zmiany zaczną się właśnie w 2017 roku. Nie chodzi wcale o magię liczb, o setną rocznicę – to tylko zbieg okoliczności. Istnieją podstawy dla takiej prognozy.

„Znajdujemy się w przededniu kardynalnego zwrotu w masowej świadomości.”

— Jakie? Jeśli opozycja jest słaba i, jak pokazały ostatnie wybory, nie widać nowych twarzy ani nowych idei, dlaczego ma się to zmienić w latach 2017–2018? Przeciwnie, na podstawie opublikowanych niedawno prognoz Ministerstwa Rozwoju Gospodarczego, które obiecuje nam dwadzieścia lat stagnacji, można sądzić, że władza zamierza utrzymać się co najmniej do 2035 roku.

— Kiedy mówimy, że wszystko jest w rękach władzy, nie wolno zapominać, że pozbawiona konkurencji władza obowiązkowo zaczyna popełniać błąd za błędem. Do tego ciśnie ją ogólna sytuacja: kończą się zasoby, narasta niezadowolenie. Co innego, kiedy cierpi się rok albo dwa. Ale kiedy dają pani do zrozumienia, a i sama pani instynktownie czuje, że przyjdzie cierpieć przez całe życie — 20 lat stagnacji, a potem co? — pani percepcja rzeczywistości zaczyna się zmieniać.

I nagle rozumie pani, że nie ma pani już nic do stracenia. Okazuje się, że i tak już pani wszystko straciła. Więc myśli pani: a co mi tam, może zmiany rzeczywiście będą lepsze?

Socjolodzy prowadzący badania jakościowe mówią, że znajdujemy się w przededniu kardynalnego zwrotu w masowej świadomości, niezwykle głębokiego i na ogromną skalę. W kierunku odejścia od lojalności wobec władzy. Podobną sytuację przeżywaliśmy na przełomie lat 80. i 90. ubiegłego wieku, przed rozpadem ZSRR. Dlatego, że rewolucje najpierw odbywają się w głowach. To nawet nie gotowość ludzi do wystąpienia przeciwko władzy. To ich niegotowość do uważania tej władzy za zasługującą na posłuszeństwo i szacunek – nosi to nazwę utraty legitymizacji.

— Pańskie prognozy często się spełniają … Chociaż zbieżność dat – wieszczy pan, że zmiany rozpoczną się w 2017 roku – budzi lęk. Nie chcielibyśmy nowego roku 1917, nowego Lenina, który może przejąć władzę i pchnąć nasz kraj w jakieś kolejne okropieństwo.

— Teoretycznie nie da się tego oczywiście wykluczyć. Jednak nie należy niedoceniać zdrowego rozsądku i powściągliwości naszego społeczeństwa. Nawet społeczeństwa rozgniewanego. Rosjanie mają ogromne doświadczenie negatywne.

Nasz naród bardzo boi się zmian. Trzeba go długo bić po głowie, zanim przyjdzie mu na myśl, że zmiany mogą być lepsze od utrzymania władzy. To po pierwsze. A po drugie – do krwawych ekscesów na wielką skalę dochodzi zwykle tam, gdzie jest dużo młodzieży. Rosja do takich państw z całą pewnością nie należy. Ponadto, jeśli w latach 90., kiedy sytuacja społeczno–gospodarcza była bez porównania gorsza niż teraz, nie wybuchła wojna domowa i do władzy nie dorwali się faszyści, to dzisiaj szanse na taki rozwój wypadków są nieskończenie małe. Ale władza umiejętnie gra tym lękiem. I w kraju, i za granicą. Często zauważam, że prorządowi eksperci wysyłają do swoich zachodnich kolegów w kółko jeden i ten sam komunikat: zdajecie sobie sprawę, że może przyjść człowiek jeszcze gorszy i groźniejszy od Putina? I widzę, jak strona zachodnia zaczyna się zastanawiać. W zawodowym slangu nazywa się to „handlowaniem strachem”.

Efekt Krymu już się wyczerpał

— Kluczowym momentem każdej rewolucji jest dążenie do sprawiedliwości. Jak silne jest ono w dzisiejszej Rosji? Czy Krym je częściowo zaspokoił, czy to dwie różne rzeczy?

— Krym był odpowiedzią na potrzebę utwierdzenia się narodu w poczuciu własnej wartości, dumy narodowej. I tę potrzebę zaspokoił, przy okazji częściowo rekompensując początkową fazę kryzysu. Ale efekt Krymu już się wyczerpał. Już wiosną 2014 roku mówiłem, że wystarczy na półtora roku, na siłę na dwa lata. Efekt ten wyczerpał się już w końcu 2015 roku. Proszę zwrócić uwagę, że w czasie wyborów parlamentarnych w ogóle nie odwoływano się do Krymu. Obecnie ten temat bardzo rzadko pojawia się w dyskusjach, bo dzisiaj już nikogo nie podnieca.

Ludzi interesuje przede wszystkim problematyka społeczna: spadające zarobki, bezrobocie, katastrofalna sytuacja w edukacji i ochronie zdrowia … No tak, Krym nasz – bardzo dobrze, i na tym koniec. Kwestia Krymu nie stała się polityczną cezurą przyszłości.

W wypadku masowych protestów, zobaczymy w tym samych szeregach ludzi wołających „Krym nasz” i tych, którzy mówią „Krym nie jest nasz”. To nie będzie miało dla nich żadnego znaczenia. Dlatego, że w sytuacji ostrego kryzysu polityczne podziały bardzo się uproszczą – jest pani „za” albo „przeciw” obecnej władzy.

— A co ze sławetną 86-procentową większością, która skonsolidowała się wokół władzy dzięki Krymowi?

— Ci, którzy popierają władzę, zawsze siedzą w domach. Władza sama ich tego nauczyła: wszystko, czego się od was wymaga, to żebyście raz na cztery, pięć lat poszli na nas zagłosować. Za to, ci, którzy są przeciw, doskonale wiedzą, że ich los, a także los ich dzieci i wnuków, zależy od tego, co zrobią. Mają motywację. Tak, teraz są zastraszeni. Nie wiedzą, co mają robić.

— W swojej książce pisze pan, że póki elity są scementowane, rewolucje nie wybuchają. Sądząc z tego, co pan mówi, wewnętrzny krąg władzy w Rosji jest scementowany, jak nigdy dotąd.

— W elitach panuje ogromne napięcie. Po pierwsze, związane z zaostrzeniem się walki o podział kurczących się zasobów materialnych. Toczy się o nie zacięty, wilczy bój. Dlatego każdy, kto może, wychodzi z rosyjskiej rezydencji podatkowej. Po drugie, kruszy się wiara w nieomylność wodza. A przede wszystkim, nie widać perspektyw. Elita nie wie, jak wybrnąć z tej sytuacji.

Dlatego, że cała strategia władzy sprowadza się do jednego: zaczekamy.

Na co?

Może wzrosną ceny ropy. Albo w USA nastanie inny prezydent – nieważne kto, po prostu otworzy się okienko możliwości. Albo w Unii Europejskiej wyłoni się grupa rewizjonistycznych państw, sprzeciwiających się sankcjom wobec Rosji. Generalnie, czekają na cud. Ale jedności wewnątrz elity już nie ma. Dlatego, jak tylko pojawi się nacisk od dołu, zaczną się zastanawiać, jak uratować własną skórę, co się z nimi stanie po Putinie. Teraz nie tylko o tym nie mówią, ale nawet boją się myśleć. Tylko na osobności, kiedy są sami, a i to z najwyższą ostrożnością.

Rosja potrzebuje piętnastu – dwudziestu lat spokoju

— Często pan powtarza, że dla kraju najlepiej będzie, jeśli władzę obejmą technokraci, a nie politycy. Tylko skąd ich wziąć, skoro przez ostatnie lata dobór kadr odbywał się na zasadzie lojalności, a nie profesjonalizmu?

— W najwyższej warstwie – tak. Ale niżej, na poziomie wiceministrów i dyrektorów departamentów jest całkiem sporo profesjonalistów i patriotów. Chociaż ogólnie rzecz biorąc, w Rosji nie jest ich zbyt wielu. Ale niemniej są. Strategią rozwoju kraju – w każdym razie gospodarczą, w dziedzinie rozwijania technologii – powinni zajmować się zawodowcy. I nieuchronnie do tego dojdzie. Ogólne zarysy dowolnej politycznej i międzynarodowej strategii Rosji są oczywiste. Rosji potrzeba piętnastu, dwudziestu lat spokoju. Żadnych gorączkowych działań w polityce zagranicznej. Żadnych rozbuchanych projektów PR–owych w kraju. Dlatego, że to do niczego nie prowadzi.

— Mieliśmy piętnaście lat stabilizacji. I co?

— Trzeba uczciwie przyznać, że te piętnaście lat zostało zmarnowane. I to jest straszne. To stanie się kolejną przyczyną gniewu i niezadowolenia obywateli, kiedy nagle do nich dotrze, że rozkwit mają już za sobą. Rozumie pani, żyliśmy, pracowaliśmy i żyło nam się coraz lepiej. Owszem, wiedzieliśmy, że niektórzy żyją sobie zupełnie dobrze, ale i nam się polepszało.

I nagle zdajemy sobie sprawę, że dobrze już było. Że nie czeka nas żadna promienna przyszłość. I zaczyna nas dławić poczucie krzywdy. Nie tylko naszej własnej, ale także dzieci i wnuków. A jednocześnie obok nas żyją ludzie, których jachty wcale nie zrobiły się krótsze. I to wywołuje bardzo silną irytację. I właśnie owo poczucie niesprawiedliwości skłania ludzi do wychodzenia na ulice.

— Mówi pan tak, jakby rewolucja była przesądzona.

— Wcale nie. Po prostu uważam, że dziś jest znacznie bardziej prawdopodobna, niż pięć lat temu. Dziesięć lat temu powiedziałbym, że raczej do niej nie dojdzie. A dzisiaj mówię: dlaczego by nie? Zwłaszcza, że alternatywą jest dwadzieścia lat gnicia. Albo kardynalna zmiana kierunku rozwoju, albo dwadzieścia lat gnicia i wymierania – oto dylemat, przed którym stoi Rosja i my wszyscy.

— Jest jeszcze trzecia droga, o której sam pan wcześniej mówił: w następnych wyborach prezydenckich Putin, z takiego czy innego powodu, nie zgłosi swojej kandydatury, lecz wystawi swojego następcę.

— Tak, ale to też może przynieść rewolucyjne następstwa, doprowadzić do radykalnej zmiany kursu. Atmosfera moralnej, psychologicznej przemocy w kraju tak się zagęściła, że rozładowanie jej stało się po prostu konieczne. Mam nadzieję, że będzie miało mniej lub bardziej racjonalny charakter. Ponieważ naszemu krajowi potrzebna jest normalizacja życia – jako antyteza obecnego zakonserwowania społecznego i moralnego piekła. Muszą obowiązywać normalne wartości moralne. Nawiasem mówiąc, to jest dla Rosji bez porównania ważniejsze od reform gospodarczych. Trzeba będzie odbudować moralno–psychiczne zdrowie społeczeństwa.

Dać społeczeństwu zdrowe punkty odniesienia. Ludzie powinni wiedzieć, że za uczciwą pracę będą otrzymywać zapłatę, która umożliwi im godne życie. Że jeśli dobrze się uczysz i pracujesz, to masz gwarancję, że wespniesz się wyżej na drabinie społecznej. Trzeba obniżyć do akceptowalnego poziomu – chociażby do sławetnych dwóch procent z czasów Kasjanowa – korupcję. Przywrócić normalność. Zwyczajną normalność. A normalność wymaga również, by skończyć z załatwianiem wzajemnych porachunków.

— To à propos dyskusji o konieczności kary za winy i konieczności lustracji?

— Nie tyle lustracji, co przywrócenia instytucji. Sędzia, który raz za razem wydawał niezgodne z prawem i tendencyjne wyroki, w żadnym normalnym kraju nie mógłby dalej pracować w zawodzie. Możliwe są różne warianty, aż do pełnej wymiany korpusu sędziowskiego. Niektóre sprawy wymagają zdecydowanych i szybkich rozwiązań. Inne trzeba będzie rozłożyć na dłuższy czas. W ciągu 15, 20 lat można zmienić kraj do niepoznania. I jego miejsce w świecie również. Przy czym bez nadzwyczajnych środków. Po prostu trzeba przywrócić normalność i stopniowo na wszystko zapracować. Wydaje mi się, że takie idee mogą stać się podstawą rewolucyjnych przeobrażeń. Dlatego że mieszkańcy naszego kraju mają dzisiaj dosyć rozsądku, by nie domagać się odebrania wszystkiego i podzielenia na nowo.

Do druku podał

 Ernest Skalski
VN:F [1.9.22_1171]
Oceń artykuł
Rating: 8.0/10 (6 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: +6 (from 10 votes)
Rosja 2017. Sto lat później, 8.0 out of 10 based on 6 ratings

4 komentarze

  1. hazelhard 2016-11-30
  2. PK 2016-12-01
  3. andrzej Pokonos 2016-12-02
    • PK 2016-12-02