Andrzej Koraszewski: Nauka dla świata pracy

kaczor-wizyta2016-12-03.

Przepraszam za ten tytuł, ale ponad 60 lat temu popłakałem się ze śmiechu patrząc w Poznaniu na ciężarówkę z napisem „Gęsi dla świata pracy”. Był to samochód dostawczy jakiejś spółdzielni rolniczej. Żyliśmy w świecie przyjaznym dla świata pracy, gospodarka oparta była na „Kapitale”, a wiedzę zdobywało się po znajomości, jako że dobra, socjalistyczna, zmiana, karmiła w szkołach firmową mieszanką, z której część była treściwa, a część zgoła odwrotnie.

Stałem na ulicy Grunwaldzkiej, kawałek dalej były tereny Targów Poznańskich, gdzie  można było obejrzeć imponującą wystawę o Ameryce. Przed wejściem straszył tekturowy Wuj Sam, a w środku prezentowano wiedzę o cierpiących bezkresną nędzę Amerykanach, zaś z głośnika wydobywał się odstraszający slogan „Reklama jest dźwignią handlu”. Zwiedzając tę wystawę z ogromną ciekawością przyglądałem się twarzom osób oglądających eksponaty i podsłuchiwałem komentarze. Był to już czas odwilży i najwyraźniej strach zaczynał puszczać, bo ludzie nie ukrywali sceptycyzmu, jak również pozwalali sobie na jakieś ciche, zdecydowanie antypaństwowe chichoty.

Żyjemy w czasach nowych obietnic dla świata pracy i obawy przed planowaną reformą systemu oświaty wydają się być niepozbawione podstaw. Zdobywanie wiedzy po znajomości może być teraz nieco łatwiejsze, co nie oznacza, że nie będzie żadnych szkód, zgoła przeciwnie, należy się liczyć z tym, że młode pokolenie otrzyma naukę dla świata pracy dostarczaną, jeśli nie od poczęcia, to od pierwszej okazji.

Kto wie, może w tej sytuacji odrzucenie obowiązku szkolnego dla sześciolatków jest jeśli nie zbawienne, to  łagodzące. Rodzice już się mobilizują, ale jak zwykle,  tylko ci bardziej świadomi, porzucając na pastwę dobrej (oświatowej) zmiany przyszłość narodu, czyli dzieci rodziców oczekujących, że państwo dostarczy ich dzieciom pełnej strawy duchowej, wiedzy patriotycznej i zawodowej, gwarantującej niezdolność ucieczki na Zachód, nawet gdyby tam nas jeszcze chcieli. W tej sytuacji możemy podejrzewać, że będzie ojczyzna miała gospodarkę opartą na wiedzy jaka się zdarzy.

Samochód dostarczający gęsi dla świata pracy widziałem tylko raz i do dziś nie jestem pewien, czy on mi się aby nie  przywidział, a wiedzy szukałem częściej w książkach popularnonaukowych niż w podręcznikach, bo z jakiegoś powodu autorzy podręczników nie wciągali. Nie mogę wykluczyć, że jest to stanowczy wymóg stawiany autorom podręczników, że muszą umieć pisać tak nudno jak to tylko możliwe, zaś konkursy wygrywają ci, którzy osiągają na tym polu mistrzostwo.

Nie pozostawało nic innego jak samodzielne poszukiwanie autorów, którym nikt nigdy i pod żadnym pozorem nie powierzyłby napisania podręcznika. Było trochę dobrych książek popularnonaukowych, ale jak na moje potrzeby zdecydowanie zbyt mało. Prawdziwe Eldorado zaczęło się, kiedy już byłem dorosły i mieszkałem daleko od socjalistycznej ojczyzny.

To wtedy, w latach 70. ubiegłego stulecia, pojawiła się cała generacja autorów twierdzących, że nie ma niczego takiego jak książki popularnonaukowe, że książki naukowe mogą być pisane językiem zrozumiałym dla szerokiej publiczności, i że naukowcy powinni nauczyć się pisać.

Nagle pojawiły się naukowe bestsellery. Wydawcy zwietrzyli duże pieniądze, zdawać się mogło, że pojawiło się nowe, zdumiewające oświecenie. Księgarnie eksponowały naukowe książki na najbardziej widocznych miejscach, mówiło się o nich w telewizji w popularnych programach, głośni autorzy naukowych książek stawali się celebrytami.

To dziwne zjawisko trwało prawie ćwierć wieku i naiwni mogli się łudzić, że oto narodził sie trwały popyt, a popyt będzie rodził coraz większą podaż, wpływając również na ospałe umysły reformatorów masowej oświaty.

Kontratak przyszedł z dwóch, może z trzech, a może nawet i z czterech stron. Faktem jest, że te naukowe bestsellery w dziedzinie fizyki, astronomii, biologii i innych pisane były nieodmiennie przez nie tylko świetnych naukowców, ale i zagorzałych humanistów (mających nierzadko znacznie głębszą wiedzę filozoficzną od dyplomowanych znawców), sceptyków i ateistów. Ta paskudna mieszanka świetnie podanej wiedzy ścisłej oraz filozoficznej budziła niekłamaną irytację królewiąt nauki, czyli socjologów, politologów, teologów i temu podobnych. Z porośniętych pajęczyną pieczar wiedzy absurdalnie nieścisłej wychynęła potwora postmodernizmu, sącząca jad wiary w wyższość nieścisłości nad ścisłością, narracji nad rzeczywistością i pseudonauki nad nauką. Modne bzdury wylały się szeroką rzeką do mediów dla świata pracy.

Początkowo nikt nie wpadał w panikę, wydawcy nadal zamawiali książki u dobrze piszących naukowców, gazety biły się o najlepszych korespondentów naukowych. Po pierwszych latach transformacji podczas wizyt do Polski zauważyłem drobną zmianę, Eksponowane wcześniej półki z literaturą naukową, zastąpiły półki z literaturą religijną. Myślałem, że to tylko efekt Papieża-Polaka, ale niestety byliśmy w czołówce światowego trendu. Niebawem polscy wydawcy mieli zacząć tracić zainteresowanie przekładami literatury naukowej. Ten towar najpierw przestał przynosić duże zyski, a potem zaczął być deficytowy.

Postmoderniści w sojuszu z religijnymi dawali odpór, a Internet dopełniał zniszczenia papierowej książki. Nic to. Nowy, cyfrowy świat zaczął ujawniać swoje wspaniałe i swoje upiorne strony. Daje szanse tworzenia małych i dużych społeczności, znosi granice, ułatwia dostęp do wiedzy. Dobra i ciekawie podana nauka nigdy nie była tak powszechnie dostępna. Internet zdominowany jest jednak przez wiedzę dla świata pracy i korzystanie z jego wspaniałych stron wymaga przewodników. Społeczności są niszczone przez jego otwartość i zalew ścieków. Pseudonauka, religia, wszelkie formy przesądów i irracjonalizmu nigdy nie miały tak doskonałego medium.  Nowa, cyfrowa cywilizacja wydaje się być cywilizacją chaosu, bez map i przewodników.

Solidna masowa oświata ucząca sztuki uczenia się, mogłaby w połączeniu z Internetem przyspieszyć rozwój społeczny. To marzenie jest absurdalne, bowiem dobra zmiana jest wszechobecna. Jedyną szansą wydaje się być tworzenie enklaw racjonalizmu, sceptycyzmu, fascynacji nauką. Najwspanialsze narzędzie świata pozostanie głównie w łapach demagogów i oszołomów, jest globalną tablicą ścienną, na której każdy wiesza sobie co chce i kiedy chce  (na szczęście nie zawsze gdzie chce).

Mam wrażenie, że samochód z napisem „Gęsi dla świata pracy” powrócił na nasze ulice, że wróciła również wystawa „Ameryka, Ameryka” próbująca przekonać nas, że mieszkamy w najcudowniejszym, miejscu na ziemi, mam wrażenie, że grozi nam bardzo zła reforma systemu oświaty, systemu który wcześniej nie był dobry pod żadnym względem, a sztuki poruszania się w chaosie cyfrowego świata dzieci uczyły się same.

Dalej będą się tej sztuki uczyć same, ale czy uciekając od nauki dla świata pracy znajdą ułatwienia i drogowskazy docierania do nauki dla ciekawych?

Zapewne nie zdążę się już doczekać odpowiedzi na to pytanie. Zaniepokojeni rodzice wydają się zdawać sobie sprawę z tego, że ich dzieci będą jeszcze bardziej narażone na naukę dla świata pracy, ale nie wiem czy wiedzą, że poszukiwanie antidotum mogłoby być skuteczne nie tylko dla ich pociech.

Andrzej Koraszewski 

VN:F [1.9.22_1171]
Oceń artykuł
Rating: 10.0/10 (8 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: +14 (from 18 votes)
Andrzej Koraszewski: Nauka dla świata pracy, 10.0 out of 10 based on 8 ratings

17 komentarzy

  1. j.Luk 2016-12-03
    • Brentano 2016-12-05
  2. PIRS 2016-12-03
    • BM 2016-12-03
      • wejszyc 2016-12-03
      • Mr E 2016-12-04
        • wejszyc 2016-12-04
        • BM 2016-12-06
  3. koraszewski 2016-12-03
  4. SAWA 2016-12-04
  5. Konteksty 2016-12-05
  6. PIRS 2016-12-05
    • koraszewski 2016-12-05
      • Woziwoda 2016-12-05
        • koraszewski 2016-12-06
    • Konteksty 2016-12-06
  7. Konteksty 2016-12-05