Andrzej Markowski-Wedelstett: Kariera niejedno ma imię

Print Friendly, PDF & Email

eu-languages2016-12-06.

Potocznie się mówi, że ktoś robi karierę. Znaczy to, że szybko się pnie po szczeblach coraz wyższych stanowisk w działalności naukowej, społecznej bądź zawodowej. Zdobywa powodzenie w życiu, sytuuje się w dobrej pozycji życiowej.

Jedni dochodzą sukcesu kształtując swoje możliwości wiedzą, umiejętnościami rzetelnej pracy, bezinteresownością, altruizmem… Dla innych kariera sama w sobie jest celem w życiu, powodowana sprytem, oportunizmem, często jest dyktowana kompleksami, chęcią zdobycia rozgłosu lub  wyższej od innych kondycji materialnej. Generalnie myśląc o pojęciu kariera przypisujemy je najczęściej sposobowi sytuowania się bliźniego w uwarunkowaniach społecznych. W polskich determinacjach moralno-socjologicznych, opartych głównie na tradycji religii katolickiej, poza zawiścią admirację osoby robiącej karierę spotyka się nadzwyczaj rzadko… Może dlatego, że pojęcie to zasymilowaliśmy z języka francuskiego nie usiłując należycie go zrozumieć. Słowo carrière znaczy bowiem najszybszy bieg u… zwierząt czworonożnych.

Nie chcę jednak poruszać tematu wyścigów zwierzęcych. W dobie istnienia narodowej instytucji stojącej na straży czystości języka polskiego chcę tutaj tknąć niebywałej kariery jednego krótkiego słowa, trójgłoskowego zaledwie dźwięku: dla. I nie z punktu naukowca, jakiegoś magisterka gramatyka czy językoznawcy. Nikim takim nie jestem.

Naukę języka polskiego w sensie szkolarskim zakończyłem w dawnym ogólniaku lat pięćdziesiątych XX w. Uczniem w zakresie tej wiedzy byłem raczej miernym jeśli chodzi o znajomość nomenklatury i wszelakich fachowych definicji gramatycznych. Głównymi moimi nauczycielami techniki posługiwania się językiem ojczystym były książki znakomitych autorów, doskonałych tłumaczy, profesjonalnych redaktorów i korektorów (poruszając się w dzisiejszej dobie trudno w to uwierzyć, ale kiedyś tacy byli), mistrzów nie tylko słowa, ale i ducha. Podręczniki ówczesne, nieciekawe, służyły uczniom, jak sama ich nazwa wskazuje, za ewentualną podręczną pomoc. Tym, nie specjalnie zainteresowanych wkuwaniem formułek, wystarczały słowa nauczycieli, którzy umieli tak mówić o zawiłościach gramatyki, że co w nich ważne, do dzisiaj się pamięta. Ale przede wszystkim czytanie książek…

One także nauczyły mnie interpunkcji.  Dzisiejsze teksty pod tym względem powodują powstawanie włosów na głowie. Czytając lub słuchając, często nie wiadomo czy to on zabił, czy jego zabili… Do czego potrzebna w późniejszym życiu inżyniera, muzyka, grafika taka czy inna definicja gramatyczna? Ważne, by umiał dobrze liczyć, komponować, malować i – oczywiście – poprawnie pisać i mówić, zrozumiale, logicznie, pojęciowo jednoznacznie itp.

W latach 40. i 50. XX w. mieszkałem na terenie Śląska opolskiego jako przyjezdny ze środka Polski. Miałem wielu kolegów Ślązaków, którzy – bywało – na lekcjach w „ogólniaku” trącali śląską gwarą, ale choć archaiczna, była to godka zrozumiała, gramatycznie bez zarzutu i nikt z tych przyjezdnych ze środka Polski nikogo nie wytykał palcem z tego powodu. W latach 1957, 1958, w rejon, gdzie mieszkałem, z terenu dawnego ZSRR przyjechało kilka tysięcy repatriantów. W szkole zjawili się nowi koledzy, którzy posługiwali się mocno zrusyfikowaną, śpiewną, kresową polszczyzną. Coś jednak, nasze uszy, tych ze środka Polski i Ślązaków, w ich słownictwie szczególnie uderzyło. Mianowicie gęstość stosowania trógłoskowego dźwięku dla. Przyniósł dla Józka, dał dla Zosi kanapkę, przekażę dla państwa zaproszenia, wręczono dla nich nagrody, zorganizowali dla dzieci imprezę, przepisał dla chorego receptę… Itp., itp… My, ze środka Polski mówiliśmy: przyniósł Józkowi, dał Zosi kanapkę, wręczono (np.) im nagrody, zorganizowali dzieciom imprezę… Koledzy Ślązacy, ciągle jeszcze w tamtym czasie zatrącający gwarą, co najwyżej mówili zorganizowali dzieciom impreza. Pamiętam, że nauczyciele, nie tylko poloniści, zaczęli u kolegów ze wschodu nadmiar tego dla mocno tępić. My, ze środka Polski i koledzy Ślązacy, jak to głupawe jeszcze dorostki zaczęliśmy repatrianckie koleżeństwo „przezywać”. Nazwaliśmy ich, przez to dla, kacapami…

No, brzydko, przyznaję. Jeszcze przed maturą wyrośliśmy z tego sposobu dyskryminowania bliźnich.

Minęło kilka dziesiątków lat. Tamci „kacapy”, młodsi, znakomicie się spolonizowali, starsi — w większości odeszli. Odeszło też pokolenie moich nauczycieli (wielu z nich pamiętało XIX w. i chodziło do szkół rosyjskich  lub z językiem niemieckim), opuścili nas profesorowie Doroszewscy, znakomici znawcy polszczyzny, literaci styliści, tłumacze nie tylko słowa, ale i translatorzy ducha, z prawdziwego powołania redaktorzy, korektorzy…

I nagle, w tzw. wolnej już Polsce, gdzie nareszcie jesteśmy sami u siebie, zauważyłem, usłyszałem setki i tysiące nowych „kacapów”. Tym razem nie wstydzę się używać tego epitetu. Ich liczba wprost proporcjonalnie rośnie w ośrodkach przekazu informacji i instytucjach prześcigających się w głoszeniu swoich uczuć hurra-patriotycznych, narodowych. Im jednostka głośniej, kwieciściej, wyraziściej obrazuje swoje przywiązanie do ojczyzny, zwłaszcza na klęcznikach przed ołtarzami, szczególnie w kontrze do bliźnich Rosjan, tym więcej w mowie stosuje rusycyzmów, zapominając, że Polacy swój język mają.

Przykładem może być posługiwanie się potocznie słowem sowiety we wszystkich odmianach. Tu użyłem z oczywistych powodów małej litery. Dla nieznających rosyjskiego dodam, że w przekładzie na język polski słowo sowiet znaczy tyle co rada. Tego może nie wiedzieć dzisiejszy uczeń, nawet pan Andrzej Duda, ale np. panowie Antoni Macierewicz, czy Jarosław Kaczyński przez wiele lat byli torturowani nauką rosyjskiego i fakt, że nie znają polskiego znaczenia tego rosyjskiego słowa kiepsko świadczy o ich umiejętności posługiwania się mową ojczystą. Pal sześć jednak sympatię niektórych polskich „patriotów” do nacji rosyjskiej. Uszy zaczynają dopiero puchnąć i nie tylko ręce opadają, gdy się słyszy osobę, obecnie zatrudnioną na stanowisku prezydenta kraju, głoszącą w patetycznym przekazie, że coś tam nie da się wykonać w półtorej roku… Albo wypowiadającego ten sam błędny zwrot znanego skądinąd dziennikarza, jednocześnie dyplomowanego… polonisty bądź historyka i czynnego nauczyciela, także autora podręczników szkolnych…

No i gremialnie we własnym, wolnym domu, od dwudziestu mniej więcej lat, znowu robi niebywałą karierę słowo dla! Wśród dziennikarzy, mówiących i piszących, wśród polityków, pracowników nauki, lekarzy, przedsiębiorców, sklepikarzy…

A co mnie już wyjątkowo zasmuca: wśród nauczycieli, od stopnia podstawowego po akademicki, także usiłujących mienić się literatami… Wszędzie pełno „kacapów”! Skąd się oni biorą? Przecież wszyscy, jakich słyszy się w TV, w radiu, na wiecach, konferencjach, naradach… są posiadaczami dyplomów takich, czy innych akademii, tytułów naukowych, nadanych przez również kształconych ponoć nauczycieli. Czy wykształconych?

Wiem, że jak wszystko w przyrodzie i polszczyzna poddaje się ewolucji. Ewolucja kojarzy się jednak z postępem. Jeżeli coś kapcanieje, znaczy że ulega degradacji, patologii. Tak się w przyrodzie też zdarza. Zwykle z patologią się walczy. Dlaczego nie  przeciwstawia się chorobom polszczyzny? Zgoda. Języki coraz szybciej się mieszają, skracają, ulegają symbolom, poddają się kurczącemu się czasowi. Ale są, uznaliśmy je, przyjęliśmy określone zasady. Wszechogarniające fuszerstwo jednak rozczapierza nad naszą mową i piórami niechlujne macki. Zasady topi się w arogancji, świadomie, albo z głupoty, co nie zwalnia od odpowiedzialności. Po co więc przyszli dziennikarze, politycy, rzesze dyplomantów tracą czas na wkuwanie reguł i definicji gramatyczno-językowych w szkołach, skoro później, nawet jako ukończeni poloniści nie potrafią według rzekomo wyuczonych zasad i reguł mówić i pisać poprawnie?

Uszy puchną, jak w polskich mediach, w szkolnych salach, akcentuje się polskie słowa. Matematyka?! Przyszliście?! Geofizyka?!… Panoramiczny?!… A kto z mówiących publicznie słyszał o  stosowaniu akcentowania najważniejszego słowa w zdaniu? Albo o przestankowaniu,  właściwej interpunkcji w piśmie?…  Tak, aby jednoznacznie było wiadomo, no właśnie, czy on zabił, czy to jego zabili?

Jak jest to możliwe, że np. w radiowo-telewizyjnych poradnikach językowych strażnicy poprawnej polszczyzny sami wszem głoszą, że należy stosować formułę, albo: polecają książkę, albo: radzą trzymać w ręku

Albo: wokół w mediach słychać i wprost nie daje się czytać:  marnuje się dużo jedzenia Rozumiem, że „dziennikarze” tym terminem zastępują w różnych kontekstach kilkanaście właściwych pojęć, z których wymienię kilka tylko: jadło pokarm, pożywienie, artykuły lub produkty żywnościowe względnie spożywcze, strawa, żywność, wiktuały… Wszak, jak pamiętam, jedzenie, to była czynność, a ręka należała do rodzaju żeńskiego, nie do nijakiego. Ten rąk?

Ubóstwo słowne, lekceważenie najważniejszego narzędzia komunikacji? Jeżeli historia języka znajduje usprawiedliwienie dla formy trzymam w ręku niechaj poloniści, edukując, uzasadniają i tłumaczą zasadność, konieczność, zgodę lub ich brak na stosowanie takich i podobnych zwrotów. Jeżeli sami posiadają taką wiedzę.

Ostatnio rozprzestrzenia się w mediach nowa moda: kilkukrotnie, kilkukrotność, a nawet… kilkunaście… I nie słychać w tym temacie strażników poprawnej polszczyzny. Nawet tych trzech najpopularniejszych (nie myślę tutaj o ich dziełach książkowych, bezsprzecznie znakomitych. Ale kto je czyta?)…

Czasem spekuluję, że około roku 1270 wielka szkoda się nam trafiła, kiedy to niejaki rycerz Boguchwał zapisał kilka dziwnych, jak na tamte czasy w naszej ziemi, słów: Day, ut ia pobrusa, a ti poziwai…

Gdyby nie to odkrycie, pisalibyśmy i mówili po niemiecku lub po czesku. I wtedy mielibyśmy zupełnie inne problemy…

Andrzej Markowski-Wedelstett

 

VN:F [1.9.22_1171]
Oceń artykuł
Rating: 9.9/10 (7 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: +11 (from 11 votes)
Andrzej Markowski-Wedelstett: Kariera niejedno ma imię, 9.9 out of 10 based on 7 ratings

5 komentarzy

  1. PIRS 2016-12-07
  2. Stary outsider 2016-12-07
  3. Mr E 2016-12-07
  4. otoosh 2016-12-07
  5. ZbigT 2016-12-08