Człowiek który znał więcej liczb

Print Friendly, PDF & Email

2016-12-31.

Listopad. Właśnie kiedy z błyszczącym od chromu pucharem w ręku zmierzałem w stronę wyjścia usłyszałem zza moich pleców kobiecy głos:

– A więc to jest ten nowy mistrz Europy w grze sudoku. Proszę zaczekać.

Odwróciłem się. Za mną stała kobieta w brzoskwiniowym kostiumie. Z twarzy okolonej jasnymi włosami patrzały na mnie niebieskie, kontrastujące z kolorem kostiumu a pełne wyrazu oczy. Prawa ręka kobiety zanurzona była w trzymanej w drugiej ręce czarnej wizytowej torebce.

– Słucham panią – powiedziałem.

Kobieta wyjęła z torebki papierowy kartonik i wrzuciła go do trzymanego przeze mnie pucharu:

– Tylko to – powiedziała i odeszła.

Przez chwilę ścigałem wzrokiem oddalającą się elegancką sylwetkę kobiety. Takie było moje pierwsze spotkanie z Ireną, kobietą piękną. Była piękną przez przyciągające uwagę oczy, uśmiech wydatnych ust, przez widoczną żywotność, promieniującą z niej energię.

 

* * *

 

Kartonik, który wyjąłem z pucharu dopiero wieczorem, w domu, okazał się być wizytówką Ireny. Nieoczekiwanie dla mnie, ta tak elegancko ubrana pani okazała się być naukowcem, szefową pracowni badań myślenia podprogowego w Instytucie Neurologii.

– A niech sobie będzie kimkolwiek, w kostiumie o jakimkolwiek kolorze – pomyślałem drąc wizytówkę na kawałki. – Ale niech nie próbuje obrzucać mnie wizytówkami.

Grudzień. Obecność Ireny na mistrzostwach sudoku nie była przypadkiem. Do jej testów myślenia podprogowego poszukiwała takich ludzi jak ja – ludzi o mózgach tak ostrych jak pamiętane przeze mnie z dzieciństwa czteroskrzydełkowe nożyki w babcinej maszynce do mięsa. Błędem Ireny było to, że decydując się na trik z wizytówką nie wiedziała, że z moim trudnym charakterem brnę przez życie tak jakbym w domowych kapciach przedzierał się przez bagno. Nie ufam nikomu, nie mam przyjaciół, łatwo zyskuję wrogów, a jeśli powiecie, że to nic nowego, że takim właśnie, jak tylko dojdzie do trzydziestki staje się prawie każdy z nas, to nie. Ze mną jest inaczej, ja takim byłem od zawsze, a dowodem na to jest moje, wykonane jeszcze w żłobku, zdjęcie sprzed lat, z żółtą kokardką zawiązaną na mojej prawej rączce. Ta kokardka to było ostrzeżenie że gryzę, że w pobliżu mnie trzeba uważać.

Ale w jednym Irena się nie pomyliła – umysł mam ostry, a co więcj trenowany przez lata. Zresztą nie tylko umysł, bo i ciało. Od czasów gimnazjalnych obcowałem głównie z komputerami i z rękawicami bokserskimi;  Wyobrażałem sobie, że moją wizję świata dzielę ze wspaniałą dwójką: z Andrzejem Gołotą, superczłowiekiem, lada chwila bokserskim mistrzem świata i z Billem Gatesem, potęgą Microsoftu, umysłem tysiąclecia. W liceum szkicowałem wspólne manifesty trzech mocnych superludzi, a po awanturze z wścibskim polonistą postanowiłem ukryć je przed resztą świata. Całą paletę możliwych szyfrów, kluczy prywatnych i publicznych znalazłem w książeczce „Kryptografia dla idiotów”.

To właśnie ta książeczka otworzyła przede mną imponujący świat myślenia abstrakcyjnego. Zanurzyłem się w tym świecie samotnie, a na okrutne żarty moich szkolnych kolegów odpowiadałem pięścią. Nieoczekiwanie, niedługo przed maturą, znalazł się jeden, jedyny jakoś tolerujący mnie, kolega – Janusz. Ta ledwie troszeczkę bliższa znajomość, była dla mnie jakimś przybliżeniem przyjaźni, Januszowi zaś umożliwiła poznanie wielu dotąd mu nieznanych faktów matematycznych. Ale kiedy tylko matura uwolniła go od matematyki natychmiast zniknął z mojego horyzontu.

O tym jak kręte bywają ścieżki którymi wędruje przeznaczenie przekonałem się, kiedy rok temu centrala Banku „Uczciwość i Pewność” skierowała mnie jako głównego informatyka właśnie do tego oddziału Banku, którego dyrektorem był Janusz. A żeby było jeszcze dziwniej, niedługo po wykonanym przez Irenę, a nieudanym triku z pucharem i wizytówką, zaproszony do eleganckiego apartamentu Janusza zastałem tam właśnie ją. Okazało się, że jakimś sposobem dowiedziała się gdzie pracuję, a Janusza znała, bo były mąż Ireny także był bankierem.

W dwa tygodnie po mistrzostwach sudoku siedzieliśmy więc we trójkę – Irena, Janusz i ja – przy stoliku w salonie Janusza.

– Co to może być? – Zapytała Irena kładąc na stolik kartkę papieru z dwoma linijkami zapełnionymi sekwencją liter i cyfr.

– Widzę, że ma pani jeszcze drugą taką – obejrzyjmy od razu obie. – Powiedziałem biorąc kartkę do ręki.

– Za chwilę. Najpierw ta – powiedziała Irena.

– Tej drugiej nie trzeba – powiedziałem odkładając kartkę. – To jest przykładowy kod ściągnięty ze strony 121. książki „Kryptologia pokrótce” profesora Ryszarda Kossowickiego. Zaszyfrowane zdanie brzmi: „Jak kamieniami orne pole na Podhalu, tak błędami postępki ludzkie są usiane”. A zgaduję, że na tym drugim arkusiku ma pani tekst z następnej strony tamtej książki, czyli po rozszyfrowaniu: „Gdyby nasz Pan chciał dać mi gorszy umysł to by to zrobił”. Do zaszyfrowania tego drugiego tekstu użyto dwóch, niezbyt dużych, bo tylko sześćdziesięcioczterobitowych liczb pierwszych.

Janusz zaniósł się śmiechem:

– Irenko, na niego nie ma siły. Widziałaś film o Enigmie? On by Churchillowi te niemieckie szyfry rozwiązywał w pamięci.

Styczeń. Kochankiem Ireny zostałem w miesiąc po tej rozmowie. W tydzień później, szczęśliwie zakochany, zgodziłem się wziąć udział w jej testach. A także dokonałem małej zmiany w moich porannych nawykach.

Dotąd wchodząc rano do bankowego holu odpowiadałem kiwnięciem głową na „Dzień dobry” naszego ochroniarza Staszka i skręcając  w lewo do mojego biura w milczeniu omijałem wiszący na eleganckim wysięgniku duży, wysoki na prawie trzy metry, plakat reklamowy. Roześmiana blondynka z plakatu wychylała się z eleganckiego kabrioletu trzymając w jednym ręku grubą paczkę banknotów, a drugą ręką wskazując wprost na mnie.

Teraz dochodząc do plakatu zatrzymuję się na chwilę i mówię blondynce:

– Cześć mała. Sorry, ale moja partnerka jest ładniejsza – i dopiero wtedy znikam w swoim biurze.

Beztroski, ze światem dookoła mnie pokolorowanym na różowo nie zauważam, że nad bankiem zbierają się chmury. Wezwany do centrali dowiaduję się, że w banku, w tym także w oddziale w którym pracuję, mają miejsce nadużycia i że zostałem członkiem powołanej przez prezesa Task Force (angielskie terminy brzmią dla uszu prezesa bardziej smakowicie).

– Pieniądze wypływają szerokim strumieniem – powiedział kończąc posiedzenie Task Force prezes. – A państwo użyjecie wszystkich swoich umiejętności aby dowiedzieć się jak. Podkreślam, że o utworzeniu Task Force nie informujemy.

Spiesząc do Ireny laboratorium, już spóźniony na umówione badania podprogowe, zastanawiam się nad Januszem. Dlaczego nie został członkiem Task Force? Dlaczego zaprasza Staszka, przecież tylko ochroniarza, do swojego gabinetu. Co też może mu Staszek powiedzieć? Watpię żeby choć raz usłyszał od Staszka coś mądrego.  Kiedy o takich jak Staszek mówi się platfus, to idzie tu nie o płaską stopę, tylko o dwuwymiarowość mózgu. A jeszcze ta niechlujność, niestrzyżona głowa, zaniedbany zarost.

Luty. Z hełmem na głowie, oplątany wijącymi się kablami elektrod patrzałem na mruganie urządzeń analizujących i zapisujących pracę mózgu.

– Mów o kryptologii – przypominała Irena. – Masz te swoje bankowe papiery. Patrz na nie. Czytaj albo mów o kryptologii.

– Dobrze. Liczby trzynaście, czterdzieści jeden i tak dalej, bo ciągną się w nieskończoność, na przykład któraś tam to tysiąc sześćset dziewiętnaście, są liczbami pierwszymi, to znaczy dzielą się tylko przez jeden i przez siebie. Pomnożyć przez siebie dwie dowolne liczby umie czwartoklasista, ale z liczbami pierwszymi po pomnożeniu może zrobić się dziwnie. Jeśli pomnożyć przez siebie dwie bardzo duże liczby pierwsze, to odwrócić działanie – znaleźć te liczby mając dany wynik ich mnożenia jest praktycznie niemożliwe – trzeba na to miliardów godzin pracy komputera.

Przerwałem, chciałem podrapać się w ucho – niestety było zakryte hełmem. Irena przyglądała mi sie z niedowierzaniem:

– Chyba żartujesz.

– Takich liczb używa się w kryptologii. Wystarczy znać taki wynik mnożenia żeby wygenerować klucz publiczny. Ale do klucza prywatnego potrzeba znajomości obu liczb. I na koniec najważniejsze – wiadomość zaszyfrowaną kluczem publicznym, a więc dostępną dla wszystkich, może odczytać tylko właściciel klucza prywatnego. W taki sposób prowadzi się transakcje bankowe.

– To znaczy, że jeżeli ktoś znajdzie te dwie liczby to ma w ręku całą komunikację.

– Tak – próbowałem przesunąć hełm. – a w przypadku banku to ma w ręku dostęp do pieniędzy. Włącznie z ulokowaniem ich, czy ja wiem, na Cyprze, Bahamach, albo w  Maçao.

Marzec. – Dziwne rzeczy dzieją się w twoim umyśle – powiedziała Irena.

Leżeliśmy nadzy, przytuleni do siebie. Moja dłoń przykrywała pierś Ireny a ustami dotykałem wklęsłej przestrzeni nad jej obojczykiem. Powiedziałem:

– Miłość twoje ma imię.

– Dosyć banalne i niegramatyczne – powiedziała chłodno Irena odsuwając się ode mnie. – I już to gdzieś słyszałam.

Trzy dni później kiedy podwoziłem ją do jej domu, Irena powiedziała że jednak nie jesteśmy stworzeni dla siebie.

– Jesteś inny, myślisz inaczej – Irena przyglądała mi się krytycznie. Milczałem.

– Nie chcę być więcej z Tobą – powiedziała.

Z rękami na kierownicy patrzałem przed siebie. Z pobliskiego przystanku odjeżdżał autobus 157, a drugi stojący za nim miał numer 144. Uświadomiłem sobie że muszę zmienić kolejność, że najpierw mam powiedzieć Irenie że to nie tak, że tak nie można, a dopiero potem zrobić to co teraz robię, to znaczy rozpatrzyć informację mojego mózgu, że 157 to liczba pierwsza, poprzednią pierwszą jest 151, następną 163, a 144 to kwadrat liczby 12. Irena otworzyła drzwi samochodu i wysiadła. Kiedy wyszedłem z wozu było już za późno, za Ireną zamknęły się drzwi kamienicy. Usłyszałem klakson stojącej za moim samochodem ciężarówki. Podszedłem do otwartego okna kierowcy i powiedziałem:

– Porzuciła mnie. A przecież bym ją przekonał. Zabrakło mi dziesięciu sekund.

 

* * *

 

W następnych tygodniach chodziłem po alejkach parku, po ulicach, którymi spacerowaliśmy z Ireną. Przeklinałem te zmarnowane dziesięć a może to było piętnaście sekund, ten mój felerny umysł bez przerwy analizujący, procesujący rzeczywistość.

Na spotkaniach Task Force, kiedy prezes mówił o poważnych stratach pieniężnych, o deficycie rachunku bieżącego i o braku rezultatów, ja przypominałem sobie trzy lutowe dni spędzone z Ireną na nartach we Les Deux Alpes. Myślałem o niej szusującej na krechę na lodowcu. O jej uśmiechu przy stoliku w Le Diable au Coeur, o jej ciele, smagłym w ogniu kominka, o jej ustach i jej przyjmujących biodrach.

Przeczytałem gdzieś, że do tak wielkiego słowa jak miłość trzeba nieodmiennie dodawać jakieś mniejsze słowa, takie jak: Nie na zawsze; Tylko przez chwilę; Przez jakiś czas.

Ktokolwiek to napisał miał rację.

Kwiecień. Żadnego kontaktu z Ireną. W banku bez zmian. Pomimo tego, że Task Force zbiera się regularnie co tydzień, rezultatów nie ma. No i teraz, piętnaście minut przed otwarciem banku staję w obliczu, jak to się mówi w amerykańskich serialach, sytuacji. W holu bankowym jest nas trzech – Janusz, Staszek i ja. Janusz trzyma się tak jakoś z boku a Staszek, skądinąd potężny chłop, podchodzi do mnie ze słowami:

– Należy ci się, złodzieju – i próbuje zadać mi cios w szczękę.

W boksie wszystko jest kwestią treningu, refleksu i pewnej dozy siły. Robię unik i tak jak zrobiłby to Andrzej Gołota wyprowadzam klasyczny cios w brzuch Staszka. Staszek zgina się w pół z rękami na słonecznym splocie i jęcząc cofa się pod uśmiechniętą blondynkę z plakatu.  Mój następny cios wyprowadzony od dołu trafia Staszka w czubek nosa. Staszek przykrywa nos ręką. Krople krwi kapiące spod jego dłoni rozpryskują się o kamienną podłogę. Podnosi głowę do góry, widzi wskazującą na niego rękę wciąż uśmiechającej się blondynki. Z oczyma utkwionymi w wydrukowane tłustymi literami przesłanie plakatu: „U nas poczujesz się bezpiecznie” Staszek potrząsa przecząco głową jakby mówiąc:

– Nie, nie, to nieprawda.

Krople krwi wciąż rozpryskują się na podłodze.

Chuchając na złożoną w pięść prawą dłoń mówię krwawiącemu Staszkowi:

– Idź stąd.

Spoglądam na plakatową blondynkę.

– Zostajesz bez ochrony. Pilnuj kasy, bo tu kradną – mamroczę pod nosem.

Odwracam się w stronę Janusza. Nie ma go, zniknął, dochodzi mnie odgłos zamykanych drzwi jego gabinetu. Po chwili słyszę jak Janusz przekręca klucz w zamku.

Maj i czerwiec. – Król sudoku w areszcie. Pierwszorzędny umysł narzędziem przestępstwa. – Tak piszą o mnie tabloidy.

Już prawie dwa miesiące siedzę w areszcie. Sprawa jest rozwojowa i ze względu na możliwość mataczenia prokurator nie zgadza się mnie wypuścić.

W dwa dni po mojej bójce ze Staszkiem w moim oddziale banku wybuchł pożar. Najbardziej ucierpiały serwery danych, a policja szybko ustaliła że było to podpalenie. Jako jednego z pierwszych przesłuchali mnie – serwery to przecież jest moja działka. A wkrótce potem zostałem oskarżony o podpalenie a także o ustawienie słupa – klienta, który prezentując sfałszowane papiery naciągnął bank na pięć milionów złotych.

Jest też rzecz poboczna – oskarżenie o pobicie Staszka. Jest nagranie naszej bójki. Obejrzałem je na przesłuchaniu i wydało mi się że właśnie kiedy Janusz zamykał drzwi swojego gabinetu plakatowa blondynka mrugnęła do mnie tak jakby chciała powiedzieć:

– Teraz widzisz jak to jest. Tylko ja ci zostałam.

Jestem przekonany że całe to oskarżenie to robota Janusza, a moim kandydatem na podpalacza jest Staszek (nawiasem mówiąc ktoś podobny do niego mignął mi przed oczami na korytarzu prokuratury kiedy wracałem z przesłuchania). Intryga Janusza jest dosyć przekonywująca – podpaliłem, bo w serwerach mogły być dowody moich przestępstw, a słupa ukryłem tak, że policja nie potrafi go znaleźć. Prokurator zapewnia mnie że dowody mojej winy prędzej czy później się znajdą. Tłumaczę mu że mataczą ci co są na wolności, nie wymieniając Janusza poddaję w wątpliwość uczciwość bankierów:

– Aby zostać szanowanym bankierem nie trzeba być uczciwym – mówię. – A każdy bankier jest przekonany, że należy mu się dostatnie życie.

Prokurator nie zmienia zdania. A przecież wiem że mam rację, argumentuję że znaczna część danych straconych lokalnie wskutek pożaru znajduje się w chmurze – poza bankiem, na serwerach portali internetowych, że trzeba tymi danymi się zająć. Czego nie mówię, to tego, że moje aresztowanie można wytłumaczyć tylko udziałem Janusza, a pewnie i Staszka w nadużyciach.

Lipiec. Wreszcie po dwóch miesiącach wyszedłem z aresztu. Tak jak się spodziewałem pracy już nie mam. Mój adwokat wystąpił do sądu o odszkodowanie za bezprawne zwolnienie.

W skrzynce pocztowej znajduję zaproszenie na Seminarium „Postępy w Neurologii”. Zgłoszona jest też praca Ireny – jej referat zaplanowany jest na pojutrze na jedenastą rano. Decyduję się iść.

Stoję z tyłu sali konferencyjnej, na podium Irena kończy swój referat:

– Mózg widzi i przetwarza więcej niż to co przedostaje się do naszej świadomości. Okazuje się że zdarzają się procesy podprogowe niewytłumaczalnie szybkie, o których naturze nie wiemy w tej chwili nic. Niektórzy stawiają tu hipotezę procesu kwantowego. Moim zdaniem na takie niczym niepotwierdzone sugestie jest za wcześnie. Dziękuję państwu.

Po krótkiej serii oklasków słuchacze podnoszą się z krzeseł. Wzrok Ireny pada na mnie.

– Jeszcze chwileczkę – mówi. – Z pewnych przyczyn nie zostało dotąd wymienione nazwisko mojego współpracownika. Chcę go teraz zaprosić tu, na podium.

Nie poruszam się. Irena schodzi z podium, prowadzona oczyma słuchaczy przechodzi przez salę, podchodzi do mnie i z ustami przy moim uchu szepcze:

– Kocham i będę kochała.

Z pierwszych rzędów gdzie zebrał się tłumek studentów słyszę szept:

– To ten spec od sudoku.

Irena bierze mnie za ramię i mówi:

– Proszę państwa – oto współautor mojego referatu. Ale… – tu Irena przerwała. – Ale co jest dla mnie najważniejsze to to, że jest to człowiek, którego kocham.

W pierwszych rzędach rozlegają się oklaski, najgorliwiej klaszczą młode studentki.

– No tak – myślę. – To medycyna, zawsze jest tam więcej kobiet.

Po chwili do oklasków dołączają uplasowani wygodniej, bo dalej od podium, a bliżej wyjścia, magistrzy, doktorzy i docenci. Dopiero na końcu, tak od niechcenia, klaszczą zasiadający na podium profesorowie. Oklaski trwają i wreszcie dociera do mnie, że usta Ireny są tuż obok a ja znów, tak jak podczas naszego rozstania tracę kolejne sekundy.

Sierpień. Uczę się żyć z kobietą utalentowaną, kochać kobietę utalentowaną – uczę się krok po kroczku, dzień po dniu. Znów uczę się jej ciała, uczę się jej zachcianek, zapamiętuję, że jest w Łazienkach alejka miłosnych niepowodzeń, dowiaduję się ile arii operowych wart jest nocny śpiew słowika.

Laboratorium Ireny nieco się zmieniło – choć podczas doświadczeń wciąż muszę myśleć o kryptografii, to rzadziej wkładam niewygodny hełm bo znaczną część sygnałów z tych stu miliardów komórek mojego mózgu, Irena zapisuje bezdotykowo.

Obrabiam komputerowo zapisy tego co się dzieje w moim mózgu. I widzę to o czym w swoim referacie mówiła Irena – widzę że zapisane są też procesy zachodzące niemożliwie szybko. Wkrótce znajduję coś więcej. Okazuje się, że te niezwykle szybkie procesy myślowe mają miejsce wtedy kiedy mój mózg podprogowo rozwiązuje problem iloczynu liczb pierwszych i znajduje oba kryptologiczne klucze – publiczny i prywatny.

Nawet Staszek z całą swoją tępotą wiedziałby co należy teraz zrobić. W ciągu trzech dni odnajduję klucze używane przez Janusza a a czwartego dnia resztę danych potrzebnych do wykrycia sprawców nadużyć znajduję na serwerach chmury.

– Pracowałem dla bandy złodziei – mówię tamtego wieczoru Irenie – pieniądze z banku wyprowadzał Janusz kryty przez trzech wspólników – członków bankowej Rady Nadzorczej i wysokiego urzędnika w jednym z ministerstw. O Staszku nie ma nic – za mała płotka, pewnie dostawał gotówkę do ręki.

Podejmujemy z Ireną decyzję: Po pierwsze – prześlemy prokuraturze dowody przestępstwa, po drugie – wyjeżdżamy, bo w kraju może być dla nas za gorąco. Przez chwilę cieszę się wynikłą z naszej decyzji grą słów, bo przecież wybieramy się nie gdzie indziej tylko właśnie do krajów gorących. Irena nie podziela mojej uciechy, natomiast upewnia się że będzie tam można prowadzić operacje bankowe. Mówię jej, że tam właśnie, w krajach gorących takie operacje prowadzi się najłatwiej.

Grudzień. Aruba czyli the Happy Place. Trzy czy cztery wieki temu ulubionym zajęciem Holendrów było kolonizowanie zarówno takich dużych tropikalnych wysp jak Jawa czy Sumatra, jak i mniejszych wysepek takich jak Curaçao czy Manhattan. Teraz, kiedy kolonizowanie wyszło z mody zostało im tylko trochę tych najmniejszych wysepek, jak na przykład Aruba, taka drobinka lądu tuż, tuż przy wybrzeżu kontynentu amerykańskiego. Od Wenezueli dzieli Arubę tylko dziewiętnaście mil morskich, a najlepszym połączeniem z Warszawy jest to przez Amsterdam z jedną tylko przesiadką na amsterdamskim lotnisku Schiphol.

Z innych dawnych zwyczajów pozostała Holendrom umiejętność wyrobu i handlu złotem i diamentami. Wiedzą o tym licznie przylatujący na Arubę turyści, wiemy i my. Przed Sylwestrem który spędzimy właśnie na Arubie w miasteczku Oranjestad, przez kilka dni włóczymy się po wysepce i obficie uzupełniamy biżuterię Ireny. Bo jesteśmy bogaci, bajecznie bogaci  – ukradzione przez szajkę Janusza pieniądze dotąd ulokowane na egzotycznych kontach Bahamów i Seszelli teraz, jako odszkodowanie za utraconą przeze mnie pracę i fałszywe oskarżenia, spoczywają na naszych, równie egzotycznych kontach.

– Przecież obowiązek obywatelski spełniliśmy. Dostarczyliśmy  prokuraturze dowody nadużyć – mówię Irenie.

– Ale czy napewno ich oskarżą? Czy ukarzą tych na samej górze?

– W każdym razie pozbawiliśmy ich pieniędzy – trudniej im będzie kupić sobie niewinność.

Żyjemy z dnia na dzień, nic nie jest rozstrzygnięte – na przykład nie zdecydowaliśmy jeszcze gdzie zamieszkamy. Czy pozostać w Warszawie? Czy to już bezpiecznie? Może na Arubie? Nie, jeżeli nie w Warszawie, to napewno nie na Arubie. Dlaczego? Bo Aruba jest częścią Holandii, a więc częścią Unii Europejskiej, a jak sobie wyobrazimy jakiegoś warszawskiego policjanta czy prokuratora, który dla kariery wyda nakaz aresztowania nas, to w Unii przejdzie to bezboleśnie i szybko. Ale w takim razie może blisko Aruby, na przykład tylko te dziewiętnaście mil morskich dalej – w Wenezueli. Bo w Wenezueli takiego prokuratora nie ma się co bać.

Sylwester. Kiedy piętnaście minut po północy skończyły się noworoczne fajerwerki i wróciliśmy z tarasu restauracji do stolika, przy moim nakryciu leżała duża fotografia – ujęcie plakatu z uśmiechniętą blondynką z  holu mojego byłego banku. Przypominam sobie to jej mrugnięcie podczas przesłuchania w prokuraturze i niezauważalnie dla Ireny odmruguję.

– Czyżby był tutaj oddział banku Uczciwość i Pewność? Spójrz, coś tam pisze na odwrocie – powiedziała Irena.

Odwróciłem zdjęcie:

– Witam serdecznie na Arubie i życzę Szczęśliwego Nowego Roku. Proszę o przysługę. Staszek ochroniarz.

– Musi być tu gdzieś na sali – powiedziałem.

Rozejrzałem się dookoła i przy wejściu do baru zobaczyłem potężną sylwetkę Staszka. Tym razem był zadbany, wyglądał całkiem światowo.

– Czy będzie kolejna runda boksu? Może mu nie dopłacili? – pyta Irena.

Podnoszę się, idę w stronę Staszka:

– Do baru. Ty pierwszy – mówię przez zęby.

Stoimy przy barze.

– Czego chcesz? Pieniędzy? Nie dostaniesz. Ani grosza.

– Nie chcę pieniędzy. Ta robota ochroniarza to była przykrywka. Chodziło o twojego prezesa.

– A mordobicie? Też było na niby?

– Musiałem udawać, a w końcu to ja oberwałem. Ten hak od dołu nie był przyjemny.

Staszek podaje mi niebieską legitymację, z polskim orłem i  wybitym złotymi literami napisem „Służba Ochrony Finansowej”.

– Ja i służba finansowa – mówię. –  Od czasu aresztowania nie mam nic wspólnego z finansami.

– Niektórzy w Warszawie myślą że z finansami może nie, ale z pieniędzmi to tak. Ja bym przez jakiś czas się tam nie pojawiał.

– Przyjechałeś żeby udzielać mi dobrych rad? Czego właściwie chcecie?

Zza moich pleców odezwała się Irena:

– Łatwo zgadnąć. Chcą naszej wiedzy.

Staszek przytaknął głową:

– Tak jest. Na Okęciu załadowane jest w trzech skrzyniach całe oprzyrządowanie z pani laboratorium. I czeka.

– Na co? – Oczy Ireny zabłysły.

– W pewnym poza europejskim kraju zatrzymano skarbnika terorystów. Milczy.

– To niedobrze że milczy.

– Właśnie. Chodzi o prawie miliard dolarów. Dodam że część tych pieniędzy jest ukryta w Polsce. A wy możecie to milczenie przerwać.

– Jak? Nie doszliśmy jeszcze do czytania ludzkich myśli.

Staszek popatrzał na mnie, a po chwili przeniósł wzrok na pierścionki na dłoniach Ireny:

– Moi szefowie mają powody sądzić inaczej. Ja też, bo w ciągu ostatnich trzech dni rachunki pewnej pary turystów u miejscowych jubilerów doszły do pięćdziesięciu tysięcy dolarów.

– Zapytaj swoich szefów dlaczego nie ma wiadomości o skazaniu bankowej czwórki złodziei. Może okazało się, że są niewinni, całkowicie niewinni? A na teraz przekaż swoim szefom, że jak tylko dowiemy się o skazaniu tej czwórki, to samolot ze sprzętem będzie już mógł zapuszczać silniki. Ale przekaż im, że nie wcześniej.

– Na pewno nie wcześniej – potwierdziła Irena.

Andrzej Olas

VN:F [1.9.22_1171]
Oceń artykuł
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: +1 (from 3 votes)