Jerzy Łukaszewski: (I Can’t Get No) Satisfaction

2017-01-14.

Fama głosi, że kiedy szefowi wytwórni płytowej “Decca” przedstawiono w początku lat 60. czterech muzyków z propozycją wydania ich płyty, ten bez namysłu odrzucił propozycję.

Szef ponoć osiągnął ledwie pierwszy stopień muzykalności (rozróżniał kiedy grają, a kiedy nie), ale był doskonale zorientowany w trendach rynkowych i wg jego opinii czas chłopców z gitarami już minął. W ten sposób w wytwórni „Decca” nie nagrał swej płyty zespół „The Beatles”.

Co było potem – wiadomo.

Skorzystała z tej wpadki grupa „The Rolling Stones”, bo kiedy niedługo potem pojawili się w studiu, kontrakt był gotowy zanim Keith Richards wyjął gitarę z futerału.

The Beatles. Zmarnować taką okazję, no no no …

Z drugiej strony, nie ma takiego mądrego, który zawsze wyczułby „właściwy moment” na zrobienie czegokolwiek.

Kiedy w 1807 roku Napoleon uzgodnił z carem Aleksandrem powstanie Księstwa Warszawskiego – entuzjazm opanował zaledwie co niektóre koła polityczne polskie. Ogół szlachty opanował rodzaj niechęci i brak wiary, że z tego tworu może wykluć się coś więcej, niż pseudopaństewko ubezwłasnowolnione na wszystkie możliwe sposoby.

Przyczynili się do tego zresztą sami Francuzi gospodarujący w Księstwie jak w zdobytym chlewiku, nadającym się jedynie do obrabowania. Rozmiar rabunków dokonanych przez nich był przeogromny, a kiedy Napoleon rozpoczął pobór polskiego rekruta do francuskiego wojska, nie mówiąc już o wykorzystywaniu sił zbrojnych Księstwa w Hiszpanii, jedynie co więksi wyznawcy nie stracili jeszcze do niego zaufania.

Rząd Księstwa Warszawskiego z królem Saksonii na czele też był dość osobliwy. Trochę przypominał nasze dzisiejsze władze, szczególnie jeśli chodzi o umiejętności i kompetencje.

Na podobnej zasadzie wybrano ministrem wojny ks. Józefa Poniatowskiego, człowieka o złej sławie, hulakę, awanturnika, osobnika kompletnie pozbawionego cech prawdziwego Polaka – patrioty. Przyczyniły się niewątpliwie do tego jego wypowiedzi publiczne w stylu riposty na krytykę Bogusławskiego, iż wspiera francuską sztukę teatralną miast rodzimej:  „Nie czuję się powołanym ani obowiązanym do tego, abym miał być stróżem tradycji i obyczajów krajowych”.

Byle jakie księstwo, byle jacy ludzie …

A jednak na starych pruskich mapach z tamtych czasów widzimy nie Księstwo Warszawskie, nie żadne tam Duché de Varsovie, ale… Polen. Tak to widziało wielu w Europie, co pokazywało, że w tym kadłubowym państewku widzą rzeczywiście Polskę. Rzecz nie bez znaczenia przy ew. rozmowach dyplomatycznych na ten temat.  Oczywiście, jeśli sami Polacy zechcieliby to wykorzystać.

I przyszedł rok 1809 kiedy Austria wojująca z Napoleonem zaatakowała Księstwo Warszawskie, a Poniatowski jako jedyny członek rządu nie uciekł z Warszawy (pozostali pomknęli chyżo do Torunia, potem do Tykocina) i na czele szczupłych sił  stawił czoła nieprzyjacielowi. Nie dawano mu wielkich szans, ale zremisował pod Raszynem, udaremnił austriacki rajd na Toruń, a następnie .. rozpoczął ofensywę.

Tego się po nim nikt nie spodziewał. Tak jak i sukcesów, które zaczęły iść z nim w parze. Zajął Lublin, Sandomierz, w końcu Lwów, wyparł Austriaków z części Galicji, którą natychmiast przyłączył do Księstwa i zorganizował w niej polską administrację.

Ludzie nie wierzyli własnym oczom. To ten sam Poniatowski, który miast łkać gorzko po utracie Ojczyzny  pławił się w rozrywkach Pod Blachą, ulegał sekutnicy – Francuzce, to ten sam?

Doszło do tego, że jego sukcesy zaniepokoiły Rosję. Aleksander na wszelki wypadek wysłał korpus wojska z księciem Golicynem, by powstrzymał ks. Józefa gdyby przyszło mu do głowy zaatakować ziemie zaboru rosyjskiego. Mało tego – Golicyn dostał upoważnienie do ewentualnych negocjacji z Poniatowskim, co też uczynił ustalając z nim strefy wpływów.

Przyczyniło się zapewne do tego ogłoszenie przez ks. Józefa powstania „Rządu Centralnego pod protektoratem Najjaśniejszego Cesarza Francuzów”. Sęk w tym, że Napoleon o niczym takim nie wiedział, na co nie wpadli ministrowie Aleksandra.  Za to Poniatowski wiedział, że Rosjanie nie wiedzą, że on wie, że oni nie wiedzą. Ot, sprytny manewr dyplomatyczny. Na dodatek udany.

Co to oznaczało? Oznaczało uznanie przez Rosję zdobyczy księcia jako przyłączonych do Księstwa Warszawskiego. Metoda faktów dokonanych zaakceptowana przez najgroźniejszego potencjalnego przeciwnika. Strefy wpływów ustalone z Golicynem oznaczały po prostu nowe, uznane przez sąsiada granice.

Teraz dopiero wielu Polaków dostrzegło, że to jest chwila, w której marzenia o niepodległości mogą się spełnić. Jest wódz zwycięski, jest wojsko zdolne pobić Austrię, Rosja czuje się zmuszona do negocjacji z Polakami, Prusy jęczą pod napoleońskim kamaszem – czegóż więcej trzeba? Poniatowski nawet Napoleona potrafił przekonać, że przyjazna Francji Polska stanowić będzie doskonały bufor między Rosją a Prusami i to bez żadnych kosztów ze strony cesarza.

No tak, ale dlaczego akurat Poniatowski ma być zbawcą Ojczyzny, skoro są od niego lepsi? Przynajmniej we własnym mniemaniu.

Zdumiony Napoleon zajęty własnymi sprawami co rusz musiał czytać przywożone z Warszawy donosy na Poniatowskiego. Szczególnie dużo wysyłał ich minister skarbu Matuszewski, który podburzał szlachtę przeciw księciu najstarszym z polskich sposobów. Tłumaczył, że wojsko Księstwa Warszawskiego należy zredukować, bo za dużo kosztuje. I to w chwili gdy to wojsko postawiło Ojczyznę już na progu niepodległości.

Mało tego – szlachta litewska i wołyńska ubrdała sobie, że nie można budować Polski na bazie ustrojowej Księstwa Warszawskiego jako zbyt radykalnej (opartej o Kodeks Napoleona). Twierdzili, że lepsze stosunki panują w… zachodnich guberniach Rosji i te powinny być wzorem.

Książę Czartoryski uważał, że należy obalić Poniatowskiego i podjąć natychmiastowe pertraktacje z Aleksandrem, ogłosić cara królem i trwać z Rosją w unii personalnej, co zapewni wszystkim pełnię szczęścia.

Ministrowie, którzy uprzednio bohatersko uciekli do Tykocina, teraz wrócili i z całą stanowczością zaczęli zwalczać projekty księcia Józefa.  Opozycja sięgnęła nawet armii, w której wielu młodych oficerów dało się przekonać, że najważniejsze to „zniszczyć tyrana” (Napoleona).

Wszystko to (a opowiedziałem w wielkim skrócie) spowodowało, że duża część społeczeństwa, można sądzić, że nawet bardzo duża, pogrążyła się w apatii i niechęci do wszystkiego co działo się na polskiej scenie politycznej. Napoleon, jak każdy dyktator z definicji nieufny stracił w końcu zainteresowanie koncepcją Poniatowskiego i kiedy w końcu ruszył na Moskwę w 1812 odsunął księcia od dowodzenia siłami Księstwa Warszawskiego (zostawiając mu ledwie 1/3) rozdzielając je pomiędzy francuskich dowódców.

O wskrzeszaniu niepodległej Polski nie było już mowy. Przegapiono stosowny moment.

Kiedy współpracownicy  Stanisława Augusta Poniatowskiego pracowali ochoczo nad Konstytucją 3 Maja nie wzięli pod uwagę, że moment na takie innowacje akurat w Polsce był najgorszy z możliwych. Jego bratankowi przytrafił się idealny moment, a jednak go nie wykorzystano.

Tak to bywa. Los, czy coś więcej?

Kiedy dziś patrzę na tryumfującą po chamsku, bez żadnych zahamowań klikę Jarosława K.,  s. Rajmunda, mam wrażenie, że wszystko się powtarza. Przecież jeszcze niedawno w szeregach tej zgrai panował widoczny gołym okiem popłoch, brak koncepcji, nerwowe nieskładne reakcje  i najprawdziwszy strach.

A potem nie umiejący wyczuć ani chwili, ani nastrojów, nie zrażający się gwizdami p. Kijowski zaczął przekonywać ludzi zgromadzonych pod sejmem, że powinni się rozejść, wodzowie partii politycznych zaordynowali strajk okupacyjny nie mając żadnej koncepcji jego przeprowadzenia, ani wariantów postępowania, zaczęły się rozgrywki, który jest ważniejszy (dlaczego Poniatowski?) i skończyło się jak się skończyć musiało.

Kiedy czytam i słucham komentarzy ludu polskiego na temat tej okupacji widzę, że nie zadbano nawet o tak podstawowy przekaz jak ten dotyczący celu owej demonstracji. Ludzie dziś pamiętają śpiewającą panią Muchę i grzebiących w „prywatnych rzeczach” posłów PO. Cel spędzania Świąt i Sylwestra w sejmie jakoś umyka większości potencjalnych wyborców.

Dziś mamy płacz i zgrzytanie zębów – jak powiada Pismo. Posłowie opozycji muszą znosić upokorzenia, których nie szczędzi im obóz rządzący posiadający nieliczne, ale za to istotne atrybuty rycerskie (nie, nie chodzi o herby),  uważają się za ludzi skrzywdzonych – nie zauważając, że sami na to ciężko zapracowali.

Nie ma nic bardziej żałosnego, niż pohukiwania „obrońców demokracji”, którzy najpierw wywołują burzę, a potem zamiast czekać na wielce prawdopodobny błędny ruch przeciwnika wyraźnie pogubionego w zamieszaniu – sami zaczynają starać się o tej burzy zażegnanie. Stara zasada mówi, że broń ładuje się po to, by z niej wystrzelić, inaczej każdy zając w lesie wyśmieje myśliwego. A co bardziej krewki nasika mu na buty.

Moment był i przeminął. Na kolejny przyjdzie nam poczekać długo, bardzo długo.

Podobnie jak w przypadku Księstwa Warszawskiego coraz większą liczbę ludzi ogarnia niewiara, zniechęcenie, a co zaradniejsi zaczynają się po kisielewsku urządzać. Można im się dziwić?

W tej chwili najgenialniejszy plan nie zbierze do kupy takiej liczby ludzi, która mogłaby „przycisnąć” pisowskich bolszewików. A jak to wykazały wypadki kilku ostatnich miesięcy tylko tłum robi na nich wrażenie.

Tak naprawdę jedyna nadzieja w samych rządzących. Oślepieni powodzeniem brną od jednej szkodliwej dla Polski głupoty w drugą, co pomału zaczyna być już odczuwane przez tzw. zwykłych ludzi. Kiedy zacznie to być odczuwalne w większości domów w Polsce, może nadejść kolejny moment do wykorzystania. Niewiarygodna, samoogłupiająca buta rządzących wskazuje, że na pewno nadejdzie. Tylko czy ktoś go wykorzysta?

O ile się nie mylę, nikt nawet nie próbuje stworzyć planu na nadejście właściwej chwili. Podpowiadanie takiego planu politykom mija się z celem, najwyraźniej wstępując do partii otrzymali legitymacje w zamian za pozbycie się uszu.

Gdyby praca szła dwukierunkowo – nastawiona na organizację społecznych protestów i jednocześnie na tworzenie rozwiązań na „dzień po”, może nabrałbym więcej wiary w naszych orłów polityki. Ale nie idzie, a ja nie potrafię odgadnąć dlaczego?

Ktoś wie?

Jerzy Łukaszewski

 

VN:F [1.9.22_1171]
Oceń artykuł
Rating: 10.0/10 (37 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: +63 (from 63 votes)
Jerzy Łukaszewski: (I Can’t Get No) Satisfaction, 10.0 out of 10 based on 37 ratings

10 komentarzy

  1. hazelhard 2017-01-14
    • j.Luk 2017-01-14
  2. J.S. 2017-01-14
    • j.Luk 2017-01-14
  3. slawek 2017-01-14
  4. slawek 2017-01-14
  5. Poltiser 2017-01-15
  6. j.Luk 2017-01-17
  7. Magog 2017-01-21