Krzysztof Łoziński: Sędzia ma sądzić, a Prezes nim rządzić

Print Friendly, PDF & Email

2017-02-15.

W najbliższych dniach ma wejść pod obrady Sejmu skandaliczny projekt ustawy autorstwa Ziobry, który przywróci polityczną dyspozycyjność sądów, jak za czasów PRL. Młodsze pokolenie, które tego szczęścia nie zaznało, zdaje wie kompletnie nie rozumieć, o co chodzi.

Nowelizacja ma spowodować, że większość członków Krajowej Rady Sądownictwa ma być wybierana przez Sejm, czyli w praktyce przez posłów PiS (czytaj: Jarosława Kaczyńskiego) a ustawa ma być podpisywana oraz publikowana prze dwa zdalne długopisy marki Duda i Szydło. Pozwoli to Kaczyńskiemu, Ziobrze, Jakiemu i paru innym, na ręczne sterowanie sądami, wymienianie sędziów na dyspozycyjnych, a nawet na dyktowanie sądom wyroków.

Ponieważ, jak już napisałem, młode pokolenie kompletnie nie kojarzy, co oznacza polityczna dyspozycyjność sądów, postaram się rzecz przybliżyć na przykładach.

Zacznę od drobiazgów.

Nie pamiętam już, w którym to było roku, ale podczas zakończenia ostatniego etapu Wyścigu Pokoju na stadionie w Warszawie, doszło do bijatyki publiczności (wcale nie kiboli) z milicją. Zostałem wówczas ukarany przez Kolegium ds. Wykroczeń karą grzywny za „stał i nie chciał się rozejść”.

Podstawą było zeznanie ZOMO-wca: „Myśmy bili, a oni nie chcieli się rozejść”.

Innym razem, z nieżyjącym już Bogdanem Zalegą, napisaliśmy niecenzuralne słowo na plakacie głoszącym: „Wyborco, czy sprawdziłeś się na liście wyborców?”. Podziemie polityczne wzywało wówczas do bojkotu wyborów (nieuczciwych). Kolegium orzekło: „Stał i się przepychał”. Grzywna, o ile pamiętam, 2000 zł (wówczas niezła pensja).

W stanie wojennym, a właściwie już wisielczym („stanie zawieszenia stanu wojennego”), zostałem skazany przez Sad Rejonowy dla Warszawy Woli na 1,5 roku bezwzględnego więzienia za kierowanie „nielegalnym związkiem”, który miał dokonywać „akcji terrorystycznych na funkcjonariuszach MO, kradzieży urządzeń poligraficznych z państwowych zakładów pracy i innych akcji sabotażowo dywersyjnych”. Uzasadnienie ustne brzmiało: „W czasie rozprawy nie udowodniono czynu karalnego, ale oskarżony działał z dużym natężeniem złej woli. Sąd wziął pod uwagę, że braki w materiale dowodowym wynikają z uporczywej odmowy zeznań oraz arogancji oskarżonego świadków”.

W uzasadnieniu pisemnym ten sam sędzia napisał, że organizacja, za którą mnie skazał „nie istniała”, a w akcie oskarżenia było: „celem działania oskarżonego było przywrócenie swobód demokratycznych”. Wyrok, przypominam, półtora roku kicia.

Nie śmiejcie się młodziki, nie śmiejcie, bo to wcale ni jest śmieszne. PRL wraca szybkimi krokami.

Ale, żeby nie było, iż tylko mnie dotyczyły takie pieszczoty, przypomnę sprawę z Warszawy, z 1977 roku. Posłużę się tu skanami dwóch stron z „Raportu Madryckiego” Komisji Helsińskiej:

 

Ale to jeszcze nie rekord. Mój nieżyjący już przyjaciel Janek Walc (znaliśmy się całe życie, od dziecka, nasi rodzice znali się jeszcze z powstania) opisywał z ramienia obserwatora KOR-u sprawę wiceprokuratora generalnego R., który raczył po pijaku zastrzelić małe dziecko. Pan prokurator R. pojechał na polowanie do leśniczówki. Poprzedniego dnia, w okresie ochronnym, zastrzelił dwa jelenie i ich skóry powiesił na płocie leśniczówki. W nocy pogryzły te skóry psy leśniczego, więc pan R. postanowił psy zastrzelić. Siedział więc od rana ze strzelbą przy ognisku i pił wódkę. Jak zeznał na procesie, wypił parę butelek tego napoju. W pewnym momencie w bramie posesji stanęło małe dziecko, syn leśniczego. Pan R. wziął je za psa i strzelił. Zabił od razu.

Funkcjonariusze milicji stwierdzili w jego krwi pozom alkoholu 0,0%, choć sam oskarżony zeznawał o paru butelkach gorzały. Zeznając zaznaczył z dumą, że ognisko rozpalał zapalniczka marki Ronson (niech chamy wiedzą, że nie byle czym). Wyrok był wręcz symboliczny i o ile pamiętam w zawieszeniu (opisuję z pamięci, wiec nie podaję pełnego nazwiska pan R.).

Przejdźmy do poprzednich rządów PiS-u, gdyż już wtedy upolityczniono prokuraturę, choć nie zdołano na szczęście upolitycznić sądów. Posłużę się dla ilustracji fragmentem tekstu z „Raportu gęgaczy”:

Jedną z metod okłamywania społeczeństwa przez PiS jest wymyślanie nieistniejących afer oraz przedstawianie rzeczy zupełnie normalnych tak, jakby były wielkim skandalem.

26 marca 2011 roku uprawomocnił się wyrok sądu Okręgowego w Warszawie, z którego wynika, iż słynna „inwigilacja prawicy”, którą przez lata straszyło nas PiS jako rzekomą zbrodnią „służb”, w ogóle nie miała miejsca. Co ciekawe, nie jest to jedyny przypadek powiadamiania przez polityków PiS o przestępstwach, do których nigdy nie doszło. Jest to wręcz stała metoda prowadzenia walki politycznej.

Przypomnijmy: Sąd Okręgowy orzekł, że instrukcja nr 0015/92 nie pozwalała na inwigilację prawicy. Orzeczenie to poparł Sąd Apelacyjny. Instrukcja 0015/92 powstała w sierpniu 1992 roku. Jej autorem był Piotr Niemczyk, wówczas dyrektor Biura Analiz i Informacji UOP. Według Jarosława Kaczyńskiego miała umożliwiać inwigilację ugrupowań prawicowych. Na jej podstawie miały również powstać komórki zajmujące się tym zadaniem w każdej z delegatur UOP w Polsce. Instrukcję ujawnił w marcu 1993 r. Jarosław Kaczyński, oskarżając UOP o inwigilację prawicy i rozpętując aferę na całą Polskę („szafa Lesiaka”, rzekome fałszowanie lojalki Kaczyńskiego itp.).

Sąd ocenił zeznania Jarosława Kaczyńskiego i Antoniego Macierewicza w tej sprawie jako „mało wiarygodne”, raczej insynuacje i konfabulacje niż fakty. Z kolei historyk IPN prof. Antoni Dudek zeznał, że: „nie są mu znane żadne fakty i okoliczności, które potwierdzałyby tezę, że na podstawie instrukcji 0015/92 była prowadzona inwigilacja partii prawicowych.” Tak oto słynna „inwigilacja prawicy” poległa w sądzie jak długa.

[…]

Zawiadamianie prokuratury i robienie gigantycznych politycznych awantur na temat zmyślonych przestępstw jest stałą metodą działania tej partii. Tu warto też przypomnieć rzekome zabójstwo pacjenta przez doktora Garlickiego i ogromną liczbę zarzutów korupcyjnych, które nie miały pokrycia w faktach. Zupełnie nieprawdziwe były zarzuty korupcyjne wobec dyrektora szpitala MON przy ul. Szaserów w Warszawie. Rzekomy handel organami przez transplantologów, który nigdy nie miał miejsca. PiS walczył wówczas ze środowiskiem lekarskim i ogólnie inteligencją.

Wcześniej miała miejsce „afera billboardowa”, czyli kłamstwo Jacka Kurskiego na temat rzekomego nielegalnego finansowania PO przez firmy ubezpieczeniowe. Jak wykazało postępowanie prokuratorskie i sądowe, nic takiego nie miało miejsca.

Kolejna sprawa to rzekome pobicie aktorki Anny Cugier-Kotki (ponoć przez bojówkę PO), na które brak jakichkolwiek dowodów, łącznie z tym, że nie stwierdzono śladów obrażeń. Brak świadków, brak obrażeń, brak potwierdzających nagrań monitoringu, a zeznania zainteresowanej nie trzymają się kupy.

Skoro jesteśmy przy pobiciach, to rzekomo jeden z „obrońców krzyża” miał zostać pobity pod krzyżem na Krakowskim Przedmieściu i wskutek tego pobicia umrzeć. Prokuratura sprawę zbadała i stwierdziła, że śmierć nastąpiła z przyczyn naturalnych, a żadnego pobicia nie było.

Przypomnijmy też próby sfabrykowania nieistniejących przestępstw i nawet fałszowania w tym celu dokumentów (afera gruntowa, afera hazardowa, afera Weroniki Marczuk-Pazury, rzekomy dom Jolanty Kwaśniewskiej w Kazimierzu…).

Na początku 2011 roku PiS oskarżyło państwo o rzekomą „inwigilację Lecha i Marii Kaczyńskich”. Prokuratura sprawę zbadała i stwierdziła, że żadnej inwigilacji nie było.

[…]

Niestety nie zawsze fałszywe afery pozostają bez skutków. Fałszywe oskarżenia wobec lekarzy transplantologów spowodowały (czasową, na szczęście) zapaść transplantologii. Co najmniej kilkanaście osób więcej zmarło nie doczekawszy się przeszczepów, bo społeczeństwu wmawiano, że jeden z najlepszych transplantologów bierze łapówki, a inni handlują narządami – wystarczy porównać statystyki zgonów z czasu sprzed afery, po niej i samego jej okresu.

Skutkiem wziętych z sufitu oskarżeń był również najazd ABW na dom Barbary Blidy i jej samobójstwo. Politykom PiS chodziło o to, by uzyskać, jak to nazwali, „wyjście na SLD”.

Kolejną taką aferą była sprawa prof. Jana Widackiego, którego Jarosław Kaczyński, bez żadnych podstaw, nazywał „kwintesencją układu”. PiS starało się znaleźć urojony, nieistniejący w rzeczywistości „układ”, a dyspozycyjna politycznie prokuratura, podległa ministrowi Ziobrze, dostała niezwykłego zapału i na podstawie wysoce niewiarygodnych „dowodów” fałszywie oskarżyła Widackiego. Proces trwał sześć lat i skończył się uniewinnieniem. W międzyczasie działy się istne cuda w stylu IV RP.

Jan Widacki, adwokat, został oskarżony o podżeganie do fałszywych zeznań Sławomira Ratajczyka – kryminalisty siedzącego w więzieniu w Białymstoku. Ratajczyk ni stąd, ni zowąd zeznał, że Widacki nakłaniał go do fałszywych zeznań na korzyść Danielaka („Malizny”). Wcześniej wysyła list do posła Zbigniewa Wassermana, gdzie sugeruje to samo. Dla każdego doświadczonego prokuratora powinno być jasne, że Ratajczyk zwyczajnie kombinuje i nie ma na ten fakt żadnych dowodów. Ale nie prokuratura, która na licznych odprawach słyszała od Kaczyńskiego, że Widacki to „kwintesencja układu” (tak w czasie rozprawy zeznał Janusz Kaczmarek). Następnie Ratajczyka odwiedza w areszcie Dorota Kania – dziennikarka “Gazety Polskiej”. Zostawia mu kopię swojego artykułu. Zeznanie Ratajczyka pokrywa się później z treścią tego tekstu. Ciekawe, że wizyta Kani w areszcie nie jest odnotowana. Mało tego, Kania chwaliła się, że nagrała rozmowę z Ratajczykiem, choć wiadomo, że do aresztu nie wolno wnosić sprzętu nagrywającego. List Ratajczyka wychodzi z oddziału dla niebezpiecznych osadzonych bez żadnego odnotowania w ewidencji. Dociera do Sejmu, również nie odnotowany w żadnej ewidencji. Ratajczyk przyznał później, że w prawdzie on ten list pisał, ale – jak się wyraził – nie on był jego autorem. Zgodnie z jego wersją – list był podyktowany. Tak mówił na rozprawie. Nie wiadomo, jak list dotarł do Wassermana, który jedną kopię dał obrońcom Dochnala, a drugą Dorocie Kani.

Na takich podstawach przez sześć lat ścigano i sądzono uczciwego człowieka, przy okazji oczerniając go w mediach. Sąd nie znalazł żadnych dowodów na prawdziwość oskarżenia. Swoją drogą, istnym kuriozum jest poseł przekazujący list przestępcy obrońcom innego oskarżonego przestępcy i dziennikarce otwarcie związanej z konkretną opcją polityczną.

A teraz przejdźmy do dnia dzisiejszego.

Mamy już dyspozycyjną prokuraturę, a więc umorzono natychmiast śledztwo w sprawie wyprowadzenia z sytemu SKOK-ów ok. 5 miliardów złotych, by nie wykryć sprawców i tego,  gdzie się te pieniądze podziały. Umorzono sprawę nie publikowania wyroków Trybunału Konstytucyjnego z powodu „braku znamion przestępstwa”. Natomiast mamy już zarzuty karne wobec demonstranta spod Sejmu, za to, że machnął kartką przed kamerą TVP.

Wraca nowe, proszę państwa.

A morał z tego wszystkiego taki: Szanowna opozycjo wszelka, zjednoczcie wysiłki, ruszcie tyłki i zdobądźcie się na naprawdę potężny protest, by Prezes znowu miał pełne pampersy, bo w przeciwnym przypadku, za parę miesięcy pobije was policja, a sąd skaże za pobicie policji.

Krzysztof Łoziński

VN:F [1.9.22_1171]
Oceń artykuł
Rating: 10.0/10 (43 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: +55 (from 55 votes)
Krzysztof Łoziński: Sędzia ma sądzić, a Prezes nim rządzić, 10.0 out of 10 based on 43 ratings

23 komentarze

  1. narciarz2 2017-02-15
  2. PIRS 2017-02-15
  3. A. Goryński 2017-02-15
    • j.Luk 2017-02-15
      • Nela 2017-02-16
        • JaWa 2017-02-16
        • j.Luk 2017-02-16
    • otoosh 2017-02-16
  4. slawek 2017-02-16
    • Darek 2017-02-16
      • slawek 2017-02-16
  5. PIRS 2017-02-16
    • JaWa 2017-02-17
  6. jmp eip 2017-02-16
    • slawek 2017-02-16
  7. jmp eip 2017-02-16
  8. Bejka_2015 2017-02-16
  9. narciarz2 2017-02-17
  10. JaWa 2017-02-17
  11. narciarz2 2017-02-18
  12. narciarz2 2017-02-18
  13. narciarz2 2017-02-18
    • JaWa 2017-02-27