Rafał, Churchill i inni

2017-03-05.

Późną jesienią 1941 roku Rafał Kozłowski skończył sześć lat. Któregoś dnia, w połowie Grudnia cała rodzina, to jest mama, Rafał i Maciek, siedziała w kuchni w mieszkaniu przy ulicy Madalińskiego w Warszawie.

Musiało być już po siódmej wieczorem, bo nie było światła elektrycznego. Tej jesieni Niemcy zadecydowali, że elektryczność będzie wyłączana o siódmej, a godzina policyjna będzie zaczynała się o dziewiątej. Rafałowi wydawało się to głupie, bo jak można sprawdzić czy już jest godzina policyjna, kiedy wszędzie jest ciemno.

– Lepiej żeby wyłączali elektryczność o dziewiątej. Wtedy każdy by wiedział że już nie wolno chodzić po ulicy, i Niemcy nie musieliby nikogo rozstrzeliwać – przekonywał Rafał mamę.

Mama Rafała poczerwieniała, przełknęła, zastanowiła się i powiedziała że jak Rafał dorośnie to będzie lepiej pewne rzeczy wiedział.

Jedynym oświetleniem kuchni był palnik gazowy. Trzy miesiące wcześniej mama Rafała odkryła, że wyjmując ruchome części palnika, można powiększyć wysokość płomienia gazu, a także jego jaskrawość. W kuchni było ciemnawo, cienie układały się na ścianach w fantastyczne wzory. Było fajnie, można było mówić o duchach. Rafał dziwił się że sąsiadce z tego samego piętra, pani Morawskiej, nie podobało się takie oświetlenie:

– Pani Zofio, czuję dziwny zapach. Te spaliny są niezdrowe. Dzieci się zatrują.

– Pani chyba nie chce zrozumieć, że to jest najbardziej wydajne rozwiązanie – odpowiadała mama Rafała – zarazem ogrzewanie i oświetlenie. To nie może być aż tak bardzo niezdrowe. A poza tym palimy tylko jeden palnik.

– Idż przynieś chleb i marmoladę z lodówki – powiedziała Rafałowi mama. Lodówka stojąca w jadalnym i wyłączona z kontaktu służyła jako spiżarka. Niewiele było w niej do trzymania.

Pogrążone w ciemnościach mieszkanie kojarzyło się Rafałowi z niedostępną dżunglą. W drodze powrotnej Rafał wcielił się w Robinsona Crusoe na myśliwskiej wyprawie w głąb bezludnej wyspy. Powrót z łupami polowania – bochenkiem czarnego chleba w jednej a marmoladą w papierze w drugiej ręce – był trudny. Rafał ostrożnie posuwał się do przodu, przebiegając w myśli czyhające zasadzki. Najpierw było sześć krzeseł, zwykle stojących przy stole, ale niekiedy zdradziecko wysuwających podstępne, ludożercze mackonogi nawet na pół metra od stołu.  O stole nie wolno było zapomnieć – czaiła się tam, srebrzysta w ciągu dnia, tuba gramofonu, próbująca wessać lub co najmniej ukąsić nieostrożnego podróżnika. Z poprzedniego spotkania z tubą Rafał wyniósł rozbity nos a  środkowa partia tuby łatwo widoczną szramę. Stojąca obok gramofonu maszynka do robienia papierosów była równie niebezpieczna. Spadając ze stołu maszynka atakowała dotkliwie palce u nóg, szczególnie paznokcie. Dalej wzdłuż ściany, w rogu pokoju był piec, z dużymi brązowymi kaflami. Kafle pieca miały dziwny wzór. Kiedyś mama powiedziała że to wzór flamandzki i że to są stylizowane tulipany. Taki czy inny, Rafałowi wzór się nie podobał. Dzień póżniej, gdy o cztery lata starszy brat Rafała, Maciek narzekał na dziury w butach Rafał powiedział o butach że są stylizowane. Dostał za to blachę w czoło.

Więc dalej był piec. Piec miał zwyczaj zdradliwie stawać na drodze tam gdzie się można go było najmniej spodziewać. Był zawsze zimny. Czasem mama ukrywała w  popielniku konspiracyjne gazetki, choć częściej chowała je do innego pieca, w służbówce. Następne były drzwi. Rafał nie zdążył wyliczyć sobie drzwiowych niebezpieczeństw gdy – stało się – zawadził o maszynkę do papierosów. Maszynka spadając uderzyła Rafała w rękę z marmoladą. Plusnęła rozpryskująca się o podłogę brunatna masa. Rafał odskoczył do tyłu. Tu dopadła go noga krzesła uderzając poniżej kolan i rzucając go na czworaki. Robinson Crusoe stawiał czoła gorszym przeciwnościom – pomyślał Rafał – ale nigdy się nie załamał.

Mama i Maciek czekali w kuchni. Otworzyły się drzwi i po chwili, tyłem, na trzech łapach wmaszerował Rafał. Czwarta łapa, to znaczy ręka, trzymała chleb natomiast w zębach Rafała tkwił papier od marmolady. Rafał zatrzymał się i wymamrotał do drzwi:

– Marmara mupa.

Mama zawsze była dumna ze swojego opanowania. Zwykła mówić – żadnej paniki – tylko analiza, analiza, analiza. Zapytała:

– Chcesz powiedzieć że upadła ci marmolada ?

Rafał potakująco kiwnął głową. Dolna krawędź papieru dotknęła podłogi i przylgnęła do niej. Rafał szarpnął głową, papier napiął się jak cięciwa. Rafał szarpnął powtórnie, papier oderwał się od podłogi, zakreślił łuk i wylądował całą powierzchnią na twarzy Rafała. Rafał zapominając o trzymanym chlebie, sięgnął ręką do twarzy i pisnął boleśnie, gdy chleb uderzył go w nos.

– Synku – powiedziała łagodnie mama – chodź tutaj.

Delikatnie oderwała papier od twarzy Rafała.

– To co będziemy jedli ? – zapytał Maciek.

– Na kolację pozostał nam tylko chleb – i tak nie lubicie marmolady, bo tam nie ma ani cukru, ani śliwek, tylko buraki.

– A nie możemy zjeść co innego ?

– Nie, na dzisiaj nie mamy nic więcej. Nie było nic więcej na kartki. Ale za to przeczytam Wam rozdział z „W Pustyni i w Puszczy”.

– Za to dostaniesz w łeb. a w dodatku masz marmoladę w uchu – powiedział Maciek.

* * *

Kilka miesięcy wcześniej mama Rafała znalazła pracę w fabryce cukierków. Kiedy mama zawijała cukierki w papierki, Rafał zostawał pod opieką pani Morawskiej.  Pani Morawska byla gruba, jąkała się i zawsze wiedziała lepiej w co Rafał powinien się bawić. Tego dnia Rafał miał oglądać katalog dywanów perskich, dywanów, które przed wojną sprzedawał jej mąż.

– Ppopatrz – mówiła pani Morawska – jakie piękne wzory. Tto jest lew a tutaj jest kwiat.

Rafał nie widział żadnego lwa. Kwiat jeśli był, to krzywy i miał idiotyczne liście. W życiu Rafała było dużo nudnych rzeczy, takich jak oglądanie katalogu, a mało zabawek. Zabawki skończyły się zeszłej zimy, kiedy to mama wymieniła je u chłopów na jedzenie. Najbardziej żałował Rafał konia na biegunach. Wydawało mu się zresztą że koń na biegunach nie był na wsi na miejscu. Prawdziwe konie napewno by go nie lubiły i kopały. Rafał wzdrygał się na myśl o kopnięciu przez prawdziwego ogromnego konia. Poza koniem Rafał żałował także hełmu strażackiego i trąbki.

Rafał ze znudzeniem przewracał strony katalogu i słuchał jak pani Morawska rozmawia z sąsiadką z trzeciego piętra.

– Oni mieli wsssszystkie pieniądze w kkakkao.

Rafał wiedział że pani Morawska mówi o jego rodzinie, bo od początku wojny mama ciągle narzekała na kakao. Początkowo nie dziwiło go to, bo nie lubił kakao, a szczególnie kożuchów z mleka. Póżniej mama zaczęła mieszać kakao z pieniędzmi, i tego już Rafał nie mógł zrozumieć. Wreszcie kiedyś mama dostała list z kakao i wtedy okazało sie że kakao to była Komunalna Kasa Oszczędności.

– Tttrzymali tam wszystkie pieniądze, bo dyrektor KKO był przyjacielem jej męża. Całą gotówkę wwwziął jej mąż na wojnę. – Ciągnęła dalej pani Morawska – Kiedy kończyło się oblężenie Warszawy, dzień przed wejściem Niemców KKO wypłacało wszystkie oszczędności. Tylko że trzeba się było tam dostać. Dyrektora nie było, bo też poszedł na wojnę, a gdzie tam się kobiecie dopchać do kasy w takiej panice. A Niemcy jak tylko weszli, to zamknęli kasy i zaraz potem wymienili pieniądze. Mąż nie wrócił z wojny. A teraz to co wolno wziąć miesiecznie to pięćdziesiat nowych złotych.  Tyle co dwa bochenki chleba.

Rafał chciał zrobić papierowy samolot. Wprawdzie nie wiedział jeszcze dokładnie jak złożyć kartkę papieru, aby wyszedł kadłub samolotu ale postanowił spróbować. Papieru było pod dostatkiem – niektóre wzory dywanów w katalogu były tak bardzo brzydkie, że z pewnością nie powinny wogóle tu być. Rafał wybrał taką stronę, wydarł ją i próbował złożyć, tak jak składał Maciek. Nie wychodziło, więc wydarł następną stronę. Przy wydzieraniu trzeciej strony zastała go pani Morawska.

– Nic…, nic…, nic… – zacinała się pani Morawska. Chyba chce powiedzieć że nic się nie stało – pomyślał Rafał.

– Nicpoń, nicpotem – eksplodowała pani Morawska – idż do kuchni i nie wychodż dopóki cię nie zawołam.

Przez uchylone drzwi Rafał słyszał jak pani Morawska mówi do sąsiadki:

– Jego naprawdę trudno lubić. Jeszcze z tymi krostami, z tymi cieniutkimi rączkami. Ja wiem, że to szkorbut, krzywica i niedożywienie.

Połowę stołu kuchennego zajmowała stolnica ze stożkiem białej mąki na środku. Rafał dotknął palcem wierzchołka. Strużka mąki zsunęła się w dół wzdłuż powierzchni stożka. Rafał zanurzył całą dłoń w mąkę. Mąka była miękka, ustępowała łagodnie pod palcami Rafała.

Pani Morawska ciągnęła:

– Wwwie pani, czasem tak mi go żal, ale jest tak brzydki i odpychający, jeszcze w tych ubraniach po starszym bracie. A w dodatku jeszcze taki przemądrzały.

Podłoga wokół stołu pokryła się cienką warstwą mąki. Każde delikatne tupnięcie Rafała zostatwiało na podłodze precyzyjny ślad buta.

Pani Morawska ciągnęła dalej:

– Mmmiałam o nim taki straszny sen. Sniło mi się że ma suchoty. To wydawało mi się logiczne, przecież on się garbi jak suchotnik. Sniło mi się że widziałam go takiego malusieńkiego, bladego w łóżeczku i już nic nie mogło mu pomóc.

Rafał nie chciał słuchać dalej. Postanowił uciec. Pójdzie na ulicę, będzie chodził wyprostowany, bez żadnego garbienia się. Kiedy będzie po godzinie policyjnej, złapią go Niemcy. Kiedy będą go rozstrzeliwać on krzyknie do wszystkich:

– To wina pani Morawskiej. Ją trzeba rozstrzelać.

Tupał coraz mocniej, wiotkie obłoki mąki unosiły się w powietrzu. Przez mgłę ukazały się w drzwiach sylwetki pani Morawskiej z sąsiadką.

– Bboże ppprzenajświętszy. Mmoje klussski zmar… zmar…

– Pani kłamie, ja się nie garbię – krzyknął Rafał.

Pani Morawska zastygła z otworzonymi ustami:

– Oon wsszystko ssłyszał. Dddlaczego jja tyle paplę ?

Pani Morawska otoczyła Rafała ramionami.

– Dziecko, jjja tylko żartowałam. Nie wwwierz w to co mówiłam.

Rafał nie bardzo chciał uwierzyć pani Morawskiej. Poza tym nie chciał być tak blisko niej. Sam nie wiedział dlaczego pomyślał:

– Jak by ją chcieli rozstrzelać, to powiem żeby tego nie robili. I powiem pani Morawskiej – mmoże pppani iść dddo dddooo… dddommmu.

* * *

Zwykle Rafał budził się pierwszy. Kiedy mama i Maciek spali dalej, Rafał leżał w łóżku nudząc się. Nad łóżkiem wisiała przywieziona z przedwojennych wakacji w Zakopanem pomalowana jaskrawymi kolorami góralska płaskorzeżba Morskiego Oka. Jezioro miało kolor niebieski. Z pobytu w Zakopanem mieli ponadto, Maciek i Rafał, każdy po ciupadze. Ciupaga Rafała leżała teraz koło lóżka. Rafał sięgnął po nią, rozważając czy można ją zaliczyć do zabawek. Byłaby to wtedy jedyna zabawka Rafała. Mama bez wątpienia uważała że jest to zabawka, bo często, kiedy Rafał próbował się z mamą bawić, mówiła

– Teraz nie mam czasu. Idż pobaw się ciupagą.

Były dwa możliwe sposoby używania ciupagi. Ciupagą można było walczyć, i jedynym dostępnym partnerem do walki był Maciek. Ale Maciek był cztery lata starszy, wiedział jak walczyć, i mówił że jest Janosikiem. W pierwszej walce tak uderzył Rafała w plecy, że Rafał mie mógł się wyprostować co najmniej przez godzinę. Drugim sposobem było walenie ciupagą w przypadkowo wybrane przedmioty. Jednak kiedy Rafał bawił się waląc ciupagą w stół to dostał od mamy burę bo narobił szczerb.

Rafał przyglądał się ciupadze próbując zgadnąć co jeszcze można nią robić. Zauważył że wyciągając rękę może ciupagą dosięgnąć obrazu. Delikatnie puknął ciupagą w jezioro. O dziwo – w jeziorze ukazała się mała brązowa rybka, a z obrazu sfrunął malutki płatek farby. Następne puknięcie wykreowało drugą rybkę. Rafałowi odpowiadała znakomicie rola kierownika jeziora. Leniwie mnożył stado ryb i myślał o bajkach. Poprzedniego wieczora mama opowiedziała mu bajkę o dzielnym królewiczu. Królewicz spełnił trzy życzenia króla i w nagrodę ożenił się z królewną. Na końcu bajki było huczne wesele. Mama zapytała:

– Jest bal w ogromnej, pięknie udekorowanej sali, oświetlonej pięknymi żyrandolami. Pełno tam ludzi, są rycerze, paziowie, szlachta. Czy podobałoby Ci się tam ?

– Pewnie. Każdy chciałby być królewiczem – powiedział Rafał.

– Miałbyś wtedy piękny kapelusz z piórami i błyszczący kaftan. Czy widzisz tam siebie ?

Rafał zastanowił się.

– Nie, nie widzę. Tam jest dla mnie za ładnie.

Mama Rafała posmutniała. Kiedy mama odeszła, Rafał postanowił opowiedzieć jakąś bajkę sobie samemu. Rano mógłby powtórzyć ją mamie, co na pewno by ją rozweseliło. Na bohatera bajki wybrał czarodzieja. Niestety akcja szybko zatrzymała się, kiedy czarodziej nie potrafił wyczarować jedzenia i zabawek a Rafał nie umiał go do tego przekonać. Zasnął więc nie dopełniwszy swego celu. Teraz, rano, zastanawiał się dlaczego nie umiał namówić czarodzieja do spełniania dobrych uczynków. Może to dlatego, że czarodziej byl niedobrym człowiekiem. Wszyscy naokoło mówili, że pełno jest niedobrych ludzi.

Maciek obudził się, kiedy Rafał wypełnił już rybkami dolną część jeziora.

– Daj, teraz ja – powiedział i brutalnie zabrał protestującemu Rafałowi ciupagę. Toteż, gdy po chwili Maciek obrywał od nieuczesanej jeszcze mamy burę za zniszczenie obrazu a także za cyniczne zwalanie winy na Rafała, Rafał uważał to za słuszne i sprawiedliwe.

* * *

Było jedno interesujące zajęcie – pisanie na maszynie. Rafał przepisywał z Bajek Andersena i innych dziecinnych książek. Robił to pierwszej wojennej zimy i chyba nauczył się w ten sposób trochę czytać, choć nie był tego tak całkiem pewien, bo dużo tekstów znał na pamięć. Ponieważ taśma maszyny była dwukolorowa – u góry czerwona a na dole czarna, Rafał mógł pisać ważniejsze części tekstu na czerwono. To zadowalało jego poczucie estetyki.

Przed wojną i aż do wiosny 1940 roku, obok maszyny do pisania, maszynki do papierosów i telefonu stało w biurze radio. Na wiosnę 1940 roku zabrali je Niemcy. Przyszli wieczorem, przed siódmą, bo światło jeszcze było. Było dwóch Niemców w cywilu, jeden w mundurze, z karabinem, i do tego tłumacz, o którym mama póżniej mówiła – „ten czeski tłumacz”. Kiedyś pani Morawska zapytała:

– Skąd pani wie, że to byl Czech ?

– Jestem o tym przekonana. Nie lubię Czechów za Zaolzie.

– Ostatnim razem to myśmy im wzięli Zaolzie, a nie oni nam – zauważyła pani Morawska.

Niemcy, po natarczywym dobijaniu się, wtargnęli do mieszkania, gdy tylko mama otworzyła drzwi. Wyższy z cywilów sprawdził coś w cienkiej książeczce i zapytał:

– Wo ist Felix Kozlowski? ?

– Gdzie jest Feliks Kozłowski ? – przetłumaczył Czech. Cywil sprawdził w książeczce i powiedział_

– Kapitan Felix Kozłowski ? Redaktor Felix Kozłowski ?

Maciek trącił Rafała w plecy i szepnął;

– Oni są z Gestapo.

Mama Rafała, jąkając się, powiedziała że we Wrześniu 1939 roku ojciec był na froncie wschodnim i dostał się do niewoli u bolszewików. Jest w obozie jenieckim w Kozielsku, koło Smoleńska.

– Rafał, przynieś pocztówki od tatusia – powiedziała. Dwie pocztówki od ojca, wyproszone od mamy, Rafał trzymał w swojej szufladzie. Były niecodzienne, inne niż te od rodziny z Lublina, czy Krakowa. Na tych ostatnich Rafał mógł łatwo przeczytać na znaczku „General Governement”. Te od ojca miały jakieś dziwne litery, których nigdzie indziej Rafał nie widzial.

Mama Rafała trzęsącymi się rękami pokazała Niemcom pocztówki. Uznawszy że ojca Rafała nie ma, Niemcy stracili zainteresowanie i ze znudzeniem rozglądali się po pokoju. Oczy wyższego Niemca wędrowały przez półki biblioteki i zatrzymały się na maszynie do pisania. Ożywił się i powiedział coś do Czecha.

– Herr Unterkomissar postanowił że zostanie zrobiona rewizja – przetłumaczył Czech.

W biurze znaleźli radio.

– Proszę panów – powiedziała mama Rafała – ja od wojny nie włączam radia, bo nie mam pieniędzy na elektryczność.

Czech powiedział że sprawa jest poważna. Herr Reichsminister Dr. Frank przywiązuje ogromną wagę do wykonywania zarządzeń władz niemieckich w Generalnej Gubernii. Herr ReichsMinister uważa że porządek prawny jest najważniejszy.

– Dla tych, którzy tak jak pani i ja, wiedzą że Dr. Frank jest prawnikiem, jest jasne, że jego opinia jest skutkiem zarówno decyzji naszego Fuhrera, jak i zawodowej preferencji samego Dr. Franka – ciągnął dalej Czech.

Mama Rafała była coraz bardziej zaniepokojona

– Proszę pana, bardzo proszę, niech pan coś zrobi. To radio nie działa, mąż przed wyjazdem na wojnę poprawiał coś w nim i wyjął wszystkie lampy – Tu mama otworzyła szufladę, do której nie wolno było Rafałowi zaglądać, a w której leżały błyszczące lampy radiowe.

Czech zastanawiał się przez chwilę.

– Herr Unterkomissar – tu Czech pokazał głową na wyższego Niemca, który właśnie uruchomił mechanizm przełączania taśmy z czarnej na czerwoną i leniwie stukał w klawisze maszyny do pisania, rujnując ostatnie dzieło Rafała – jest bardzo uczulony na przestrzeganie prawa. Zachodzi tu jednak pytanie, czy rzeczywiście posiada pani radio, czy też jest to stek starych nieużywanych części radiowych. Spróbuję zapytać Herr Unterkomissar co on o tym myśli.

Tu Czech wdał się w rozmowę z wysokim Niemcem. Pokazał na radio, wyjęte lampy i  na mamę, Rafała i Maćka. Niemiec machnął ręką i wziął pod pachę radio. Powiedział coś do Czecha. Czech podniósł sztywne pudło maszyny do pisania załadował maszynę do pudła i podał Niemcowi do drugiej ręki. Czech zwrócił się do mamy Rafała:

– Herr Unterkomissar zdecydował że nieużywane części radiowe będą skonfiskowane.

Drugi Niemiec rozejrzał się dookoła i podniósł ze stołu gramofon. Czech sięgnął po niebieski metalowy syfon który sam robił wodę sodową. Wyraźnie zbierali się do odejścia. Żołnierz nerwowo rozglądał się dookoła, próbując znaleźć coś ruchomego.

– Proszę pana – zaprotestowała mama – Dlaczego panowie zabierają nasze rzeczy? Co ja powiem mężowi jak wróci ?

Niższy Niemiec zrozumiał bez tłumaczenia, spłoszył się, odstawił gramofon i sięgnął po trzymany przez Czecha syfon. Czech ociągając się oddał go Niemcowi. Mama zaczęła głośno wyrzekać. Wyższy Niemiec wydawał się wahać. Spojrzał na trzymane w ręku pudło z maszyną do pisania i powiedział coś ostro do Czecha. Czech zwrócił się do mamy:

– Proszę pani, Herr Unterkomissar mówi że w każdej chwili może panią aresztować. A za posiadanie radia grozi kara śmierci.

Mama załamała ręce. Czech powiedział

– No to do widzenia – spojrzał na swoje puste ręce i sięgnął po płyty gramofonowe. Mama przełknęła – To jednak pan też ?

– Proszę pani – powiedział Czech – Zrobiłem pani przysługę. Oni mogli panią rozstrzelać. A to tylko płyty. Ach te wasze polskie kabarety. Lubię Ordonkę, Zimińską.

Zrezygnowana mama powiedziała – Nie mam teraz kabaretów w głowie.

Niemcy byli już w korytarzu, żołnierz otwierał drzwi. Rafał musiał coś zrobić. Nie mógł dopuścić do utraty maszyny do pisania, a nie można było liczyć na pomoc mamy. Gdyby mógł odwrócić na króciutki moment uwagę Niemców, może udałoby mu się schować maszynę. Powiedział do tłumacza:

– Panowie nie zrewidowali służbówki, a tam jest jeszcze dużo rzeczy.

Służbówka miała oddzielne wejście z klatki schodowej.

Maciek zasyczał: – gazetki, durniu. Mama zzieleniała. Rafał o chwilę za późno uświadomił sobie, że w piecu w służbówce są ostatnie gazetki. Czech powiódł oczyma po wyraźnie zszokowanej mamie, przestraszonym Maćku i speszonym Rafale. Powiedział

– Niech pani jeszcze raz wytłumaczy dzieciom co to jest wojna – i wyszedł za Niemcami.

* * *

W ten to sposób Rafał stracił maszynę do pisania. Strata nie była dotkliwa w lecie, kiedy było dużo zabaw na podwórku. Teraz, kiedy zaczynała się zima Rafał odczuwał ją dotkliwie. Może dlatego, a może z innych przyczyn, Rafał zainteresował się polityką. Wiedział już kim jest Hitler, a kim Churchill, wiedział też, że ostatnio Niemcy napadli na swoich dotąd serdecznych przyjaciół – bolszewików. Wiedział że Niemcy są żli; jak mówiła pani Morawska, gdyby rewizja zastała ojca w domu, to już byłby rozstrzelany, jak inni aresztowani. Bolszewicy też chyba byli żli – trzymali ojca w niewoli i nie pozwalali mu pisać listów do domu. Zima mijała głodno i nudno.

Pewnego dnia na wiosnę mama otworzyła list z Lublina i powiedziała:

– Jedziemy na wieś…. To znaczy do Lublina – wujostwo mają folwark, który leży w granicach miasta – objaśniła widząc niezrozumienie w oczach Rafała.

Już pierwszego dnia w Lublinie ciocia powiedziała:

– Trzeba Rafała trochę odżywić. Musi być silny żeby pracować przy żniwach.

– Jajecznicą na boczku ? – ucieszył się Rafał.

– No, nie codziennie, śniadanie będzie na zmianę – jajecznica i płatki owsiane. Dziś wieczorem przy kąpieli obejrzymy ciebie i zobaczymy co ci brakuje. Wtedy będziemy wiedzieli co trzeba zrobić.

Rafał nie miał ochoty na oględziny, wiedział że nie wypadną one dobrze. Był chyba jeszcze chudszy, niż wtedy. kiedy podsłuchał panią Morawską, a krosty wcale nie znikły. Wprawdzie próbował zawsze chodzić wyprostowany, ale co będzie jak ciocia powie – Rafał się garbi. Albo kiedy powie – suchoty. Wtedy nie ma już ratunku.

Oględziny nie wypadły jednak najgorzej. Ciocia nie mówiła nic o garbieniu się, o krostach powiedziała, że damy sobie z nimi radę później. Wujek powiedział że Rafał ma prawą rękę silniejszą niż lewą, ale że temu też się zaradzi. Pokazał Rafałowi swoje muskuły i objaśnił, że to od ciągnięcia wody ze studni. – Powinieneś spróbować, jak twoje muskuły się rozwiną, kiedy będziesz ciągnął wodę – powiedział. Po kąpieli Rafał chciał ść_ ciągnąć wodę, ale wujek powiedział że może to zrobić rano.

Króliki były w klatkach wzdłuż ściany stajni. Niektóre były szare, z kłapczastymi uszami, inne były czarne, ale najpiękniejsze były angory, białe, z czerwonymi oczyma i prawie przezroczystymi uszami, w których przeświecały delikatne żyłki. Rafał spędzał przy klatkach długie godziny. W końcu wuj powiedział:

– Ten duży angora moze być twój, pod warunkiem, że znajdziesz dla niego dobre imię i będziesz się nim opiekował.

– Nazwę go Churchill.

Wujek pomyślał chwilę:

– Czy wiesz co to jest konspiracja i co to jest pseudonim?

– Konspiracja jest przeciwko Niemcom, którzy są żli, i nikt nie powinien mówić o konspiracji przy obcych. Pseudonim to jest co używa sie w konspiracji, zamiast prawdziwego nazwiska, żeby Niemcy nie wiedzieli.

Wujek powiedział, że widzi, że Rafał zna się na konspiracji. Wobec tego Churchill będzie pseudonimem królika. Jak królik ma pseudonim, to nie musi mieć nazwiska, bo przy obcych może być poprostu królikiem.

– Jak będzie rewizja, to ja schowam Churchilla w stodole – powiedział Rafał.

Mijały letnie miesiące, zaczęły się żniwa, prowadzone przy gorliwej pomocy Rafała. Ciocia co tydzień ważyła Rafała na dużej gospodarskiej wadze, aby sprawdzić czy przybywa mu wagi. Rafał natomiast, choć nie zawsze było to łatwe, ważył Churchilla, żeby sprawdzi_ćczy dobrze się nim opiekuje. Obu waga przybywała. W środku lata krosty Rafała znikły.

W polityce Rafal nauczył się nowego nazwiska. Ciocia z wujkiem często rozmawiali o generale Sikorskim, co był w Londynie, ale dowodził polskimi armiami w Rosji, Afryce i Anglii.

– Boję się, że ta wojna nigdy się nie skończy – mówiła ciocia.

– Niemcy są na krawędzi. To ich ostatni wysiłek, rozpędzili sie za daleko. Amerykanie wygrali wielką bitwę morską u wyspy Midway i odtąd będą panowali na Pacyfiku. Wojsko polskie wychodzi z Rosji i wróci do kraju z Zachodu, razem z Rafała ojcem – pocieszał ciocię wujek.

Aż któregoś wieczoru Rafał znów spróbował opowiedzieć sobie bajkę o czarodzieju. Był to wieczór po dobrym dniu. Tego dnia po raz pierwszy Rafał wyciągnął dziesięć wiader wody ze studni, i wujek powiedział, że takie coś, to jemu samemu rzadko się udaje. Czarodziej Rafała miał elegancki cylinder, był w dobrym humorze i już, już był blisko żeby zrobić dobry uczynek. Wciąż jeszcze czegoś mu brakowało. Rafal głowił się co to mogło być. I raptem zrozumiał. Każdy czarodziej musi mieć w swoim kapeluszu królika.

Churchill był dokładnie tym, co było potrzebne. Teraz czary były łatwe. Czerodziej zamienił złego smoka w kłębek dymu, a zbója Madeja, który byl podobny do wysokiego Niemca przywiązał do madejowego łoża. Po nakarmieniu siedmiu głodnych braci, czarodziej zatarł ręce i powiedział:

– Komu jeszcze potrzeba dobrych uczynków ?

Rafałowi podobała się ta bajka. Muszę pamiętać żeby opowiedzieć ją mamie, kiedy wrócą do Warszawy. Może do tego czasu wojna już się skończy, pomyślał i zasnął.

Andrzej Olas

VN:F [1.9.22_1171]
Oceń artykuł
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: +1 (from 1 vote)