Ernest Skalski: Znajomość

Print Friendly, PDF & Email

2017-03-13.

Znałem obie panie,

Kadr z „Powidoków”

…bohaterki filmów „Powidoki” i „Sztuka kochania”. Nika Strzemińska, córka wybitnych artystów, rzeźbiarki Katarzyny Kobro i malarza Władysława Strzemińskiego w filmie ma lat 15 -16, między śmiercią matki, 1951 i ojca, 1952, a ja ją poznałem już jako lekarza psychiatrę, z długą praktyką lekarza okrętowego. Pamiętam ją jako osobę wysoką. Może, dojrzewając, bardzo urosła, a może Wajda obsadził w jej roli niską Bronisławę Zamachowską nie przejmując się brakiem podobieństwa. W filmie Nika jest rezolutną panienką. Ja ją pamiętam jako nienazbyt elokwentną. Może się zmieniła z wiekiem, a może Wajdzie pasowało to co pokazał. To przecież nie jest film dokumentalny.

Nikę i jej męża (chyba mu było Ryś, rozeszli się potem) poznałem dzięki przyjaciółce z lat okupacji mojej matki. Ola Jackiewicz, była to dość ekscentryczna pani, mieszkająca przed wojną w Łodzi, obracająca się w tamtejszym środowisku artystycznym.

Znała Strzemińskiego i Kobro. Miała jej rzeźbę. Bardzo, powiedziałbym, schematyczna, jakby ciosana, figura nagiej kobiety, siedzącej, z głową wtuloną w objęte rękoma kolana. Rozmiar pasujący do stolika, na którym stała. Trudne do zapomnienia i teraz od razu rozpoznałem tę rzeźbę w Internecie.

Strzemiński i Kobro nie byli popularyzowani w latach pięćdziesiątych. Słabo wówczas zorientowany w historii sztuki, od Oli dowiedziałem się o ich istnieniu. Poznałem też dramatyczna historię ich związku. I to sprawiło, że poznawszy Nikę, krępowałem się pytać ją o rodziców. Nie wiedziałem, że jest również pisarką, że zajmuje się propagowaniem sztuki rodziców. W latach siedemdziesiątych awangarda była już w modzie.

Bywała od czasu do czasu w nas u domu. Niekiedy z mężem. Zastanawiało mnie co robił lekarz psychiatra na statkach. Odpowiadała, że w takim izolowanym środowisku psychiatra jest bardziej potrzebny niż ktokolwiek inny. A na zatrucia i urazy wystarczyłaby pielęgniarka. A poza tym, był to dla niej w tamtych czasach, praktycznie jedyny sposób aby obejrzeć kawał świata.

I tyle o Nice.

Czarna księga

Sytuacja wyjściowa. W drugiej połowie lat siedemdziesiątych dyrektorem wydawnictwa „Iskry” był mój kolega z młodszego roku na studiach, Łukasz Szymański. Michalina Wisłocka złożyła była w tym wydawnictwie maszynopis „Sztuki kochania”. Wydawnictwo przyjęło książkę, ale jej długo nie wydawało. Ja byłem wówczas kierownikiem działu społecznego w tygodniku „Kultura”.

Michalina Wisłocka

Znałem Wisłocką. Parokrotnie byłem u niej, w niewielkim mieszkanku na skraju Starego Miasta, z plecami Kilińskiego. Poznała mnie z nią Marta Wesołowska, popularna w latach siedemdziesiątych dziennikarka „Polityki”. Mówiła, że można się od niej dowiedzieć wielu ciekawych rzeczy o społeczeństwie i jego obyczajach, w tym seksualnych. I że napisała ona książkę, która nie może się przebić do druku. O zalegającym maszynopisie mówiła też sama pani Michalina, wyjaśniając, że to nie jest o obyczajach, ale o seksie.

Nie pamiętam po latach czy ja się w sprawie tej książki zwracałem do Łukasza czy też on do mnie. A chciał, aby w „Kulturze” ukazał się tekst ostro krytykujący jego wydawnictwo za to, że tak długo przetrzymuje tak bardzo potrzebną książkę. Liczył, że może powołanie się przezeń na interwencję prasy wzmocni w jakimś stopniu jego starania u decydentów. Oczywiście, mógł na mnie liczyć w tej sprawie. Co znaczyło, że muszę sam to napisać.

W moim niewielkim dziale przyszłe sławy reportażu nie były skore do brania się za teksty interwencyjne. To, że dla zaczynającej tam karierę Teresy Torańskiej, do jej śmierci pozostawałem kierowniczkiem pokazuje, że zwierzchność nie była traktowana zbyt poważnie i przy zadanym temacie mogłem liczyć tylko na siebie. Wnioskuję więc, że napisałem tekst, o który mnie proszono, w sprawie na której mi zależało, ale samego pisania nie pamiętam.

W Bibliotece Narodowej nie ma zszywek „Kultury”. Na mikrofilmie, w spisie treści z roku 1978, w którym ukazała się „Sztuka kochania” jest piętnaście moich tytułów. Dwadzieścia cztery w roku 1977, w którym też mogłem to napisać. Większość tytułów jest enigmatyczna i nie mówi mi o czym pisałem. Mogła się pod nimi mieścić dowolna treść. A przeglądanie mikrofilmów wydało mi się zbyt mozolne. Tym bardziej, że napisany artykuł mógł zostać zdjęty przez cenzurę i żaden ślad by po tym nie został.

Skrytykowanie wydawnictwa w tygodniku z takim tytułem mieściło się w zakresie gierkowskiego liberalizmu, ale tu była kwestia specjalna, którą cenzura znała, a ja się dowiedziałem o niej od Szymańskiego.

Główny Urząd Kontroli Prasy, Publikacji i Wydawnictw kierował się szczegółowymi zapisami; czego nie wolno i gdzie nie wolno. Swobodę wypowiedzi stopniowano między hermetycznym naukowym kwartalnikiem o niewielkim nakładzie i popularną popołudniówką. Ale same te zapisy były tajne. Cenzor nie powoływał się na nie zdejmując materiał. Autorzy i redaktorzy orientowali się z grubsza co może przejść a co nie, lecz obowiązkowe posyłanie wszystkiego do cenzury często zawierało w sobie ryzyko, że materiał polegnie.

W roku 1977, Tomasz Strzyżewski, który zatrudnił się w krakowskiej delegaturze cenzury przemycił do Szwecji te zapisy i Eugeniusz Smolar opublikował je w londyńskim Aneksie, jako Czarną Księgę Cenzury. Sprawa zrobiła się głośna w środowisku. Interwencje wybitnych ludzi kultury i redaktora naczelnego „Polityki”, Mieczysława Rakowskiego doprowadziły do skreślenia ponad dwóch trzecich zapisów, ale zasada pracy cenzury zmieniła się nieco dopiero w wyniku Sierpnia1980.

Cenzura była urzędem państwowym, lecz jej faktyczną władzą zwierzchnią był bezpośrednio Komitet Centralny PZPR, konkretnie Biuro, a później Wydział Prasy. Tam cenzura posyłała materiały, co do których nie wiedziała jak się do nich ustosunkować, czy takie, które zdejmowała, lecz uważała, że władza, jaką była partia, chciałaby się zapoznać z omawianą tam sprawą,

Bywało i tak, że w redakcji wiadomo było, iż tekst raczej padnie, lecz chciano w ten pokrętny sposób zapoznać z omawianym problemem najwyższe czynniki. Nieraz po takiej konfiskacie autor bywał proszony do KC na rozmowę wyjaśniającą, by powiedział coś więcej o sprawie i aby ewentualnie ustalić taki wariant materiału, który można opublikować. Może jeszcze zdążę opisać kiedyś taką rozmowę, ale teraz odbieglibyśmy od pani Michaliny.

Jej książka nie zawierała niczego zakazanego wedle ówczesnych kryteriów, w tym, nie była też niedopuszczalną pornografią. Ukazywały się publikacje o seksie, między innymi popularne, ale „Sztuka…” Wisłockiej nie mieściła się w żadnej konwencji. Zwalniając ją, cenzor niczego by nie naruszał, ale wolał nie słyszeć: „A po co żeście, towarzyszu, to świństwo puścili?”

Naczalstwo cenzury zapewne przeczytało maszynopis z wypiekami, ale też wolało uniknąć tego pytania. To samo powtórzyło się na szczeblu wydziału w KC i poproszono o opinię na najwyższym szczeblu. Towarzysze z Biura Politycznego i Sekretariatu skwapliwie wyciągnęli ręce po rajcowną lekturę i poczuli, że są w pułapce. Nie mieli już żadnej „góry”, którą by mogli obarczyć ta sprawą. Bali się ośmieszyć zakazem druku, bo niby dlaczego, a każdy się krępował poprzeć druk takiego zberezieństwa, bo co sobie towarzysze pomyślą o nim. I o tym, że zajmuje się czymś takim najwyższa instancja w państwie.

To nie były moje domysły. Jeśli ktoś zostawał dyrektorem dużego prestiżowego wydawnictwa to wiadomo było, że ma kontakty w KC, bo to stanowisko mieściło się w nomenklaturze tamtejszego Wydziału Kultury, jeśli nawet nie Sekretariatu. Relacja Łukasza, który śledził los dużych pieniędzy dla swojej firmy, związanych z tą książką, była więc wiarygodna. Pokazane w filmie perypetie Wisłockiej są uprawnione artystycznie i może – choć wątpię – mogły mieć miejsce, lecz nie musiały. Si non e vero, e bene trovato.

Decyzji Sekretariatu KC w sprawie „Sztuki kochania” nie było. Władza partyjnych instancji nad państwowym urzędem była realna lecz nieformalna. Ktoś komuś musiał tam na wyżynach coś powiedzieć, ktoś musiał zadzwonić do cenzury. Ta już mogła oficjalnie przystawić stempel.

„Przyjaźń, pomoc i przykład ZSRR”

Aleksandra Kołłontaj

Ponieważ nawet nie chce mi się sprawdzać czy mój artykuł ukazał się w druku, a tym bardziej, czy ewentualnie zdjęty powędrował do KC, nie przypisuję sobie żadnej zasługi. Nawet żaby, podstawiającej nogę gdy kują konia. Po prostu film mi przypomniał jak wyglądała liberalna epoka późnego Gierka, Europejczyka bądź co bądź. Za surowego Gomułki nikt by chyba nie podjął próby publikacji czegoś takiego, a za Bieruta bałby się coś takiego napisać. Realny socjalizm ewoluował, jeśli chodzi o stosunek do seksu, a wzorcem był, oczywiście Związek Radziecki.

Wzorzec był zmienny. Dekadencki luz w sferach artystowskich funkcjonował w carskiej Rosji jeszcze do wojny światowej. Wojnom; światowej i domowej towarzyszyło naturalne rozluźnienie obyczajów, a inteligencka elita rewolucyjna z zapałem lansowała rewolucję obyczajową. Jak obalać ancien regime, to obalać! Seks to jak wypicie szklanki wody – głosiła Aleksandra Kołłontaj, kobieta – dyplomata, ambasador w Sztokholmie, ideolog w Moskwie.

Lenin, przykładnie żyjący w trójkącie, z żoną Nadieżdą Krupską i kochanką Inessą Armand, mitygował propagatorów wolnej miłości, w tym – z imienia, nazwiska – swoją kochankę. Za moich czasów w ZSRR (1952 -1958) co krok napotykałem wypowiedź Iljicza, że w miłości uczestniczą dwoje, ale pojawia się trzecie… Z antykoncepcją musiało być słabo.

Swoboda obyczajowa kończyła się wraz ze wszelką swobodą. Do aparatu szeroko rozumianej władzy napływały masowo kadry pochodzenia wiejskiego. Chłopstwo – wiadomo; jurne lecz pruderyjne, a stłamszona inteligencka elita rewolucyjna w większości nie przeżyła roku 1937.

Totalitarny reżim przenika i opanowuje życie osobiste poddanych, kontrolując tak istotną dziedzinę jak seks. Religie mogą się powoływać na swoją interpretację transcendentnych nakazów, władza programowo świecka musiała się nagimnastykować. Cała wszechstronna sfera kultury, wychowania, była wyprana z seksu, erotyki. Miłość, w filmie, piosence, literaturze, owszem, albo taka zalotna, niewinna, albo dramatyczna, przeważnie związana z perypetiami wojennymi.

Wszyscy wiedzą skąd dzieci się biorą, to po co się tym zajmować.

To się zaczęło zmieniać po XX Zjeździe KPZR. Zdążyłem zaobserwować początek tych zmian. O wiele więcej widziałem wcześniej, kiedy obowiązywał gorset obyczajowy, niespójny z życiem seksualnym Kraju Rad. To wszystko teraz wydaje mi się znaczące i ciekawe. Jeśli zacznę realizować swój zamiar przygotowania wspomnień, zamieszczę ten fragment w Studiu Opinii. Dziś mogę zdradzić tytuł całości; „Bajzel”.

W Polsce realnego socjalizmu miały miejsce procesy podobne do tych w ZSRR. Pruderyjna mentalność dominowała i u nas, na wsi i na robotniczym Śląsku , a z tych grup społecznych rekrutowali się towarzysze, którzy musieli coś zrobić ze „Sztuką kochania”.

Ich socjalistyczna moralność wywodziła się z ich lat dziecinnych i młodzieńczych. Pochodzili z bogobojnych rodzin, w których chłopcy bywali ministrantami, a dziewczęta sypały płatki na procesjach Bożego Ciała. Symbioza z socjalistyczną moralnością nie była skomplikowana. Już za Polski Ludowej, na drzwiach kościołów, obok ogłoszeń parafialnych, widniały krótkie omówienia filmów, aktualnie wyświetlanych w kinach. Nieodmiennie dobrą opinią cieszyły się filmy radzieckie, wyprane z seksu i erotyki.

Przejęcie przez PRL eklezjalnej pedagogiki wymagało więc jedynie zmiany uzasadnienia. Już więc nie szóste przykazanie, rozciągnięte z cudzołóstwa na wszelkie zachowania erotyczne, lecz słuszne skądinąd, poczucie odpowiedzialności i miłość. Wielkie uczucie dwojga ludzi – stanu wolnego, bo rodzina wiadomo… – mogło w publikacjach świeckich moralistów pełnić rolę sakramentu małżeństwa. Usprawiedliwiać seks.

Ars amandi

Wisłocką to bardzo irytowało. Z kilku rozmów pamiętam, że nie rozdzielała seksu od miłości, lecz nie uważała, że seks jest dopuszczalny tylko jako ukoronowanie tejże. A jeśli miłość zaczyna się od seksu? Powoływała się na swoją długoletnią praktykę lekarską i na bardzo różne sytuacje, z którymi się stykała.

Nie była dobrego zdania o kolegach lekarzach i publicystach obyczajowych, a nie przebierała w słowach. Starym onanistą był znany polityk i zarazem autorytet moralny. Śliniący się erotoman – gadułka to literat i działacz polityczny, powołujący się na swoją erotyczną biografię. Ten chociaż nie umoralniał. O zdobywającym popularność seksuologu i popularyzatorze mówiła, że wykorzystuje pacjentki, co miało nie być rzadkością, również w ginekologii.

O sobie mówiła, że jest przede wszystkim lekarzem ginekologiem i stąd czerpie wszechstronną wiedzę o ludziach, a w tym dopiero o seksie. Bo to część integralna człowieka, jego organizmu i fizjologii, a nie wydzielony obszar, zależny od kultury i wychowania. Z rozmów z nią wynikało, że w seksuologii dostrzegała dominację podejścia psychologicznego przy niedocenieniu czysto biologicznego, lekarskiego punktu widzenia.

Są ludzie, którzy mają wrodzony talent do, powiedzmy, muzyki i są antytalenty. To samo z różnymi dziedzinami sportu, zręcznością manualną oraz z jej brakiem. Podobnie z libido, które też jest cechą osobniczą. Jedni maja je duże, inni jakby go praktycznie nie mają. A przeważają, jak wszędzie, stany pośrednie. Jeśli się dobiorą ludzie ze zbliżonym poziomem libido, to mają udane pożycie, choć mogą się zdarzać różne okoliczności, a z czasem mogą nastąpić zmiany.

Jako skrajny przypadek niedoboru przedstawiała sytuację, w której rodzice oddają do klasztoru córkę z wysokim poziomem libido. Dramat nieunikniony. Osoba z nawet niewysokim poziomem libido, wychowana i obracająca się w atmosferze nasyconej erotyzmem, dopasowuje się do niej i przy odpowiednim partnerze może liczyć na satysfakcjonujące pożycie. A odpowiedni to partner niezbyt różniący się temperamentem, przy czym oboje powinni wykazać się chęcią i pewną sprawnością w tym zakresie. I tu jest pole dla seksuologii.

Wszelkie poradnictwo nie jest jednakże w stanie – uważała pani doktor – pomóc skutecznie parom z krańcowo odmiennym temperamentem. I nie pamiętam już czy to ona sformułowała, czy z tego omówienia jakoś logicznie wynikała jej niechęć do moralistów, dopuszczających seks dopiero na wysokim poziomie zakochania, kiedy naturalne niedopasowanie stać się może nieszczęściem.

O ślubie, jakimkolwiek, jako o przepustce do seksu nawet nie było rozmowy.

Ernest Skalski

VN:F [1.9.22_1171]
Oceń artykuł
Rating: 9.9/10 (14 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: +19 (from 21 votes)
Ernest Skalski: Znajomość, 9.9 out of 10 based on 14 ratings

Jedna odpowiedź

  1. j.Luk 2017-03-14