Andrzej C. Leszczyński: Europa, Europa

Print Friendly, PDF & Email

2017-03-25. 

Europejskość to cecha wciąż nobilitująca, pozwalająca zachować poczucie dobrego zakorzenienia niezależnie od aktualnego stanu rzeczy. Na jednym z rysunków Andrzeja Mleczki wychudły inteligent w kapeluszu, szarpany przez deszcz i wiatr, podąża wśród śmieci zalegających blokowisko powtarzając sobie: „Należę do obszaru kultury europejskiej. Należę do obszaru kultury europejskiej”.  

Obraz nie całkiem piękny

Niejasna jest etymologia (grecka? asyryjska? semicka?) słowa, które pojawia się w VIII wieku, za czasów Karola Wielkiego. Odnotowano je w kronice bitwy z muzułmanami pod Poitiers w 732 roku. Wtedy Europa – jak chciał Pius II (Eneasz Sylwiusz Piccolomini) – zyskała tożsamość w opozycji do islamu. W pewnym okresie słowo to zostało zastąpione terminami mającymi lepiej oddać istotę średniowiecznego świata – Christianitas, Res Publica Christiana – dzisiaj jednak nikt do nich nie wraca.

Europę, o czym się dziś łatwo zapomina, współtworzyły ludy wschodnie – w znanym micie Zeus porywa Europę, która jest księżniczką fenicką. Zachód to tylko jedna, racjonalna część Europy (Ateny), symbolem jej mistycznego pierwiastka jest Jerozolima. Zbliżony sens ma przeciwstawność religijna: Rzym – Bizancjum.

 Sama nazwa ma sens przynajmniej trojaki – geograficzny („mały przylądek Azji”), historyczny (wspólnota dziejów od Cesarstwa Rzymskiego do totalnych wojen XX wieku), przede wszystkim kulturowy.

Europejska kultura to coś różnego od cywilizacji. Cywilizacja, pisał Władysław Tatarkiewicz, jest horyzontalnym stanem rzeczy, kultura to wertykalny stan ducha. Przeciwstawienie obu tych pojęć widoczne jest najwyraźniej w tradycji niemieckiej. Tomasz Mann w „Rozważaniach człowieka apolitycznego” (1918) pisał o duchowości (Innerlichkeit) jako „wyższej postaci ludzkiego bytowania” (höhere Seinsweise des Menschen). Dzisiaj pod wpływem narracji amerykańskiej upowszechniło się zastępowanie pojęcia kultury pojęciem cywilizacji. Nacechowana wartościująco, cywilizacja przeciwstawiane jest barbarzyństwu, czyli (to pogląd krańcowy) wszystkiemu, co nie jest Zachodem. Dychotomia ta dała o sobie znać zwłaszcza po zamachu na WTC, czego wyrazem była m.in. publicystyka Oriany Fallaci, zaś wśród polskich autorów Agnieszki Kołakowskiej.

Poczucie europejskiej godności, jakim przepełniony jest bohater rysunku Mleczki, wiąże się zapewne z uznaniem wielkości źródeł, z których Europa wyrasta, źródeł symbolizowanych przez Akropol, Kapitol i Golgotę. Antyk jest ziarnem i fundamentem europejskich dziejów. Pisał Jerzy Stempowski w liście do Jerzego Wittlina: „Rozbitkowie po wielkich katastrofach, barbarzyńcy dochodzący do władzy i samotnicy niezgodni ze swym czasem, gdy brali do ręki Homera, odnajdywali ciągłość czasu i łączność z wszystkimi pokoleniami”. Grecja to racjonalizm (logika, filozofia, nauka), teatr, dialog, demokracja. Rzym to prawo (w tym takie zasady, takie jak onus probandi incumbit actori – ciężar dowodu winy spoczywa na oskarżycielu), retoryka. Judaizm to doświadczenie czasu linearnego i nieodwracalnego. Chrześcijaństwo to artykulacja podstawowych intuicji moralnych (Kazanie na Górze), prawa osoby (caritas), uniwersytety, muzyka (chorał, fuga, motet), architektura (katedra i witraż).

Ale Europa to także podboje, misje religijne, rzeź Indian, wyprawy krzyżowe (masakra w Béziers – „Zabijajcie wszystkich, Bóg swoich rozpozna”), stosy Inkwizycji, niewolnictwo, dwudziestowieczne totalizmy, Holokaust. Wszystkie te paskudztwa nie zakłócają dobrego samopoczucia kultury mającej się za lepszą od innych, co widać chociażby w narzucaniu własnych wzorów i standardów politycznych reszcie świata (ONZ). Warto w takim razie pamiętać o tym, co pisał Bronisław Malinowski (1912) – że nie ma kultur „lepszych” i „gorszych”; są różne i wszystkie są dobre, jeśli zaspokajają ludzkie potrzeby (przynależności, bezpieczeństwa, religijne, artystyczne itp.). Podobnie sądził Ryszard Kapuściński. Pytany, czy rzeczywiście gawędziarza z indiańskiej wioski można postawić w jednym szeregu z Szekspirem, mówił: „Ale  Malinowskiemu nie chodziło o porównywanie kultur, o stawianie znaku równości między Szekspirem a plemiennym gawędziarzem. Nie da się ich porównać, ale w ramach swoich kultur spełniają tę samą rolę: zaspokajają duchowe potrzeby człowieka. Na tym polega istota kultury, że zaspokaja wewnętrzne potrzeby człowieka odróżniające nas od świata zewnętrznego”.

Tytułowy prawnik z opowiadania Witolda Gombrowicza pt. „Tancerz mecenasa Kraykowskiego” (z tomu „Bakaj”) nie ma wątpliwości co do swej europejskiej lepszości. Mówi: „Porządek! Europa! – a zwracając się do pań, zauważył: – Trzeba uczyć, niestrudzenie uczyć. Inaczej nie przestaniemy być narodem Zulusów”. Na kulturową pychę Zachodu zwracał uwagę ormiański filozof i mistyk Georgij Gurdżijew: „Większość Europejczyków i Amerykanów sądzi, że [Azja] to jakiś wielki kontynent graniczący z Europą, zamieszkany przez niecywilizowane lub w najlepszym wypadku na wpół cywilizowane skupiska ludzi, którzy znaleźli się tam przypadkowo i zaczęli dziczeć. Ich pojęcia na temat wielkości Azji są mgliste, zawsze gotowi są porównywać ją z krajami europejskimi. Wśród tych »dzikusów« niektóre nauki, na przykład medycyna, astrologia, nauki przyrodnicze itd., osiągnęły poziom doskonałości, na który cywilizacja europejska wzniesie się być może dopiero za kilkaset lat”.

Leon Tarasewicz, polski malarz, wyraża podobne odczucia: „Mieszkałem tam [w Jerozolimie] na Syjonie czterysta metrów od Golgoty, stamtąd widziałem drogę, za drogą była Gehenna, a na horyzoncie gaj oliwny. Tak mnie to poruszało, że przez długi czas nie mogłem logicznie myśleć. Dzięki przebywaniu w takich miejscach nabiera się pokory. Zmienia się sposób patrzenia na wiele rzeczy. Po pobycie w Jerozolimie nie mogłem na przykład spokojnie patrzeć na butnych amerykańskich żołnierzy, którzy z wyższością odnosili się do Irakijczyków. Zapominali, że w dolinach Eufratu i Tygrysu byłe kolebka cywilizacji, gdzie tworzono wyższą matematykę i tak dalej”.

Lekcja Greków

Grecy dali Europie coś, co wydaje mi się dziś szczególnie cenne. Ich zdaniem człowiek może cokolwiek wiedzieć wtedy, gdy ogarnia poznawczo jakąś całość (dlatego naprawdę mądrzy są tylko bogowie, bo wiedzą wszystko). To jednak oznacza, że musi nabrać do niej dystansu (apόstase). W łacinie pojawia się perspektywa (per-spectō – spojrzeć przez coś, rozejrzeć się). Patrzyć z dystansu (w perspektywie), to znaczy: widzieć wyraźnie, czyli wyodrębniać z tła. Taki jest zdaniem Greków wybór, którego nie da się ominąć: albo masz – albo wiesz.

Podobnym śladem szedł Martin Heidegger, gdy odróżniał to, co jest w zasięgu ręki (Zuhanden): codzienne, oswojone, niezauważalne – i to, co budzi ciekawość, potrzebę zrozumienia (Vorhanden). Z jednej strony ślepota wynikająca z utrwalonej przynależności, z drugiej poznawcza uwaga zwrócona ku temu, co staje przed oczami jako przeciwstawność. Jasno wyłożył to Leszek Kołakowski: „Rozumiemy tylko przez kontrast, tylko wtedy, gdy umiemy zrozumieć to, co jest rozumiane nieobecnością, że przedmiot jawi się tylko na tle świata, którym nie jest”.

By wiedzieć – tzn. by zobaczyć rzecz w całości – niezbędny jest dystans czasowy i emocjonalny (dlatego dzieje najnowsze nie mogą być przedmiotem rzetelnej nauki historycznej). Ale i zwyczajny, fizyczny dystans pokazuje coś, czego się wcześniej nie pojmowało. Świadczą o tym wypowiedzi dwojga amerykańskich astronautów, których fragmenty chcę przytoczyć.

Marsha Ivins: „Kiedy okrążasz świat w 90 minut – nie widzisz geopolityki. Nie widzisz granic. Widzisz zielenie, błękity, czerwienie i brązy. Widzisz piasek. Patrzysz na miejsca takie, jak Bliski wschód i myślisz: od tysiącleci ludzie mordowali się o ten spłachetek ziemi – a wygląda tak spokojnie, pięknie. Nie można nie pomyśleć: po co to wszystko? Kiedy patrzysz w przestrzeń, bez ograniczeń ziemskiej atmosfery, widzisz morze gwiazd. Nie są większe, ale jest ich o wiele więcej. I myślisz: jak bardzo nieistotni jesteśmy! Jak małe są nasze wszystkie codzienne utarczki, spory! Chciałabym wysłać naszych polityków w kosmos, razem, na pokładzie jednego pojazdu, […] żeby się mogli przekonać, ile tak naprawdę znaczą czyjeś przekonania, rasa czy wyznanie”.

Edgar Mitchell: „Patrząc na Ziemię z Kosmosu nabywasz natychmiastowej globalnej świadomości, orientacji na ludzi, poczucia głębokiego niezadowolenia ze stanu świata i przymusu, by coś z tym zrobić. Stamtąd międzynarodowa polityka wydaje się tak małostkowa. Chciałoby się złapać jakiegoś polityka za kark, zaciągnąć go tam przez ćwierć miliona mil i powiedzieć: »spójrz na to, sukinsynu«”.

Dystans fizyczny idzie w parze z psychicznym. Czym jest ojczyzna, nikt nie wie lepiej od emigranta – pisała o tym niezliczona ilość autorów (m.in. Adam Mickiewicz, Witold Gombrowicz czy Albert Camus). Poczucie tożsamości indywidualnej bądź narodowej kształtuje się zarówno przez budowanie dystansu do przeszłości, jak i przez odnoszenie się do współczesnego otoczenia. „Ten, kto jest izolowany – to zdanie Jerzego Szackiego – żyje w zamknięciu, żadnej tożsamości mieć nie może. Dopiero wyjście w świat pozwala uświadomić sobie w pełni, kim się jest. Opisuje to pewne mądre angielskie przysłowie: Nie zna Anglii, kto zna tylko Anglię”.

Oto fragment wiersza Ewy Lipskiej:

„Mówię do swego kraju:
wyprowadź się
 wyjedź.
Bądź przez moment cudzoziemcem.
Potem wróć
 i zamieszkaj w sobie.
Przemyśl to wszystko/
jeszcze raz”.

Tak jest: pisząc ten tekst myślę o człowieku nie mającym rzetelnego pojęcia o kraju, którego urojoną wizję chce narzucić dziś jego mieszkańcom. Bo i cóż może on wiedzieć o Polsce, jeśli nigdy jej, choćby na jakiś czas, nie opuszczał. Co może wiedzieć o polszczyźnie, skoro nie zna żadnego obcego języka. Jaka może być jego świadomość dotycząca spraw publicznych i społecznych, gdy nie może przeciwstawić im rodzinnej prywatności. Jaką może mieć polityczną wyobraźnię ktoś, kto ogranicza swe lektury do takich autorów, jak Carl Schmitt. Wreszcie: jaka może być samowiedza kogoś otoczonego przez lepkich klakierów – egocentryka niezdolnego do przyjęcia najprostszych choćby informacji zwrotnych.

Mieszkanie i dom to mniej więcej to samo, co państwo i ojczyzna. Dom, czyli miejsce, które się opuszcza (inaczej stanie się wiezieniem) i do którego się wraca.

Wyjeżdżając za granicę odczuwam nieobecność – czyli szczególną „obecność” – pozostawionej ojczyzny. W takich sytuacjach dobrze rozumiem, dlaczego spotykani za granicą Polacy manifestują (bywa że okropnie) swą polskość, dlaczego malują przed meczami twarze na białe i czerwone barwy itp. Wiem, że chcę i mogę wrócić do kraju. Jednak coraz częściej myślę o tym, że może się to skończyć. Co znaczyłoby, że w podobny sposób będę patrzył na pozostawioną Europę, wiedząc, że powrót do niej nie jest już możliwy.

Andrzej C. Leszczyński

VN:F [1.9.22_1171]
Oceń artykuł
Rating: 10.0/10 (9 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: +14 (from 14 votes)
Andrzej C. Leszczyński: Europa, Europa, 10.0 out of 10 based on 9 ratings

5 komentarzy

  1. Magog 2017-03-25
  2. koraszewski 2017-03-25
  3. Sir Jarek 2017-03-26
  4. Sir Jarek 2017-03-26
  5. Sir Jarek 2017-03-26
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com