Andrzej Koraszewski: My chcemy boga, w książce, w szkole…

Ksiądz profesor Józef Tischner powiedział kiedyś, że dialog w Kościele to dialog dupy z kijem. Dosadnie powiedział, ale Tischner umiał być dosadny. Było to  w czasach, gdy ksiądz (doktor) Tadeusz Rydzyk już marzył o karierze księdza Marka, ale jeszcze nie śniło mu się, że autorzy podręczników szkolnych mogą go pytać o zdanie.

(Gdyby koś pytał, kto zacz ten ksiądz Marek, to odpowiadam – pijaczyna, nieuk i oszust, który zdobył serce szlacheckiego narodu polskiego i był inspiracją Konfederacji Barskiej, której głównym celem było zatrzymanie reform stanisławowskich, a osobliwie pomysłu opodatkowania Kościoła i szlachty, by zdobyć środki na nowoczesną armię.)

Zaprzyjaźnieni nauczyciele martwią się nie tylko o to, czy po wspaniałych reformach miłościwie nam panujących pisokratów będą nadal mieli pracę, ale przede wszystkim, o to, jak będzie wyglądała szkoła po tej narodowej-katolickiej rewolucji. Pocieszam ich czasem, że chodziłem do szkoły w czasach stalinowskich, w których byli nauczyciele znajdujący sposób, żeby powiedzieć więcej niż tylko to, czego oczekiwały od nich władze szkolne. Marna to pociecha, zaś porównanie z czasami stalinowskimi może się wydać niestosowne, ale jeszcze na początku transformacji wspomniany wyżej Józef Tischner zastanawiał się, czy nie ma jakiejś analogii między marksistowskim uwielbieniem dla klasy robotniczej, a uwielbieniem niektórych chrześcijan dla „narodu”?

Korzystając z łaski nauki i postępu technicznego (łaski wiary nie posiadam), łapię się często na tym, że dzięki Internetowi, siedząc w dobrzyńskim zaścianku, uważniej oglądam wydarzenia w odległych krajach, niż w moim własnym, a patrząc na własny, zastanawiam się, czy aby nie idzie drogą, którą poszły cudze.

Ot taka Turcja, która przez chwilę wydawała się być na drodze do przyspieszonego rozwoju gospodarczego, a z czasem może i wiodącej do demokracji. Zastanawia się człowiek, czy jeden człowiek zmienił bieg historii, czy też gdyby nie było tego, to byłby inny? W polityce, podobnie jak w nauce, jednostka znaczy wiele, ale okoliczności lekceważyć nie należy. Jeśli idzie o tę Turcję,  to trudno powiedzieć, co by było gdyby, wiemy że pojawił się na scenie Recep Tayyip Erdoğan, wcześniej burmistrz Stambułu, od 2003 roku premier, a od 2014 prezydent, który pewnego dnia oznajmił: „Meczety są naszymi koszarami, kopuły naszymi hełmami, minarety naszymi bagnetami a wierni naszymi żołnierzami…”, co, jak się wydaje,  było wyraźniejszym sformułowaniem jego credo niż jego inne powiedzenia i co doskonale odzwierciedla kierunek tureckiej narodowej-muzułmańskiej rewolucji.

Erdoğan zaczął ostrożnie, od głębokich czystek w wojsku, potem czyścił sądy, policję, urzędy państwowe i media. Myśląc o przyszłości ani na chwilę nie tracił z oka szkolnictwa, które gorąco pragnął zmienić z instytucji oświatowej w instytucję narodową.

Jak pisał niedawno turecki dziennikarz opozycyjny Burak Bekdil:

„W 2013 r. rząd ówczesnego premiera Erdoğana postanowił, że lekcje ‘religii’ mają być  obowiązkowe od czwartej klasy wzwyż. Według tureckiego programu na lekcjach religii uczy się niemal wyłącznie zalet islamu sunnickiego, a uczniowie nie-muzułmańscy i alewiccy także muszą na nie chodzić.”

Dwa lata temu Erdoğan chwalił się publicznie, że od czasu dojścia do władzy jego rządu w 2003 r. liczba uczniów w szkołach imamów podniosła się z zaledwie 6 tysięcy do 1,2 miliona.

Obecna reforma tureckiej oświaty zmierza do utrwalenia w młodym pokoleniu „islamskiego podejścia”, co ma oznaczać taką przebudowę programów szkolnych, iżby lepiej odzwierciedlały chwałę Allaha, chwałę islamskiego oręża, jak również chwałę islamskiej nauki, bo za dużo jest w programach tych Newtonów i Einsteinów.

Jak to będzie wyglądało w praktyce, to trudno powiedzieć, ale sam prezydent Erdoğan mówił niedawno o odkryciu Ameryki przez muzułmanów i o tym, że Kolumb widział meczety na Kubie.

Głośno reklamowanym zmianom programowym, zmierzającym do wychowania pokolenia głęboko wierzących Turków, towarzyszą zmiany dyskretne, a więc pospieszne usuwanie z podręczników wszelkich wzmianek o uczonych i artystach zaklasyfikowanych do niewiernych lub niepokornych.

„Organisation for Economic Co-operation and Development (OECD) stwierdziła, że liczba tureckich 15-latków, którzy nie osiągnęli wyniku przeciętnego na teście PISA, jest trzykrotnie wyższa niż liczba uczniów poniżej przeciętnej w krajach odnoszących większe sukcesy –pisze Burak Bekdil – Około 31,2% uczniów tureckich poniżej 15 roku życia osiągnęło gorsze wyniki w matematyce, naukach ścisłych i w czytaniu. W odróżnieniu od tego tylko 10% uczniów w krajach blisko czołówki osiągnęło wyniki gorsze od spodziewanych w matematyce, naukach ścisłych i czytaniu. Między 2012 a 2016 rokiem Turcja spadła z 43 miejsca w naukach ścisłych na 52. i z 41. miejsca w czytaniu na 50.”

Prawdziwe efekty takich narodowych-religijnych rewolucji widoczne są po dziesięcioleciach, dla Erdoğana ważne jest jednak jedno, żeby Turcy byli bardziej pobożni. Nie tylko pobożni, ale również dumni, dzielni, gotowi do walki z niewiernymi, którzy nas nie szanują i obrażają.

Spory o to, czy szkoła ma uczyć, czy przygotowywać do dzielności w pobożności, mają długą historię. Z dzieciństwa pamiętam pełne przejęcia pienia – „My chcemy Boga w książce, w szkole…”. Znacznie później dowiedziałem się, że pieśń jest francuska, napisana prawie półtora wieku temu, na użytek pielgrzymów zmierzających do Lourdes i (zapewne) w reakcji na wypieranie ze szkół religii przez naukę. Pieśń głosi, że chcemy miłości bożej dźwigać pęta, że chcemy być poddanymi, że Bóg ma być w troskach rodziców i w dziatek snach. Krótko rzecz biorąc, Kościół katolicki nie zamierzał godzić się na pokojowy rozdział państwa i religii.

W półtora wieku później, jak mówił Tadeusz Mazowiecki, polscy biskupi nadal nie rozumieją zasad demokracji. Oczywiście to dążenie do wszechobecności indoktrynacji religijnej jest często owijane w bawełnę. Kiedy Katolicka Agencja Informacyjna polemizuje z „mitami” o religii w szkole, wśród dziesięciu „mitów” wymienionych przez autora KAI brak centralnego „mitu” o tym, że indoktrynacja religijna wpaja poczucie wyższości moralnej i pogardy dla Innego, że religie monoteistyczne traktują o byciu wybranym przez Boga i że ta indoktrynacja może być w ostrym konflikcie z wychowaniem obywatelskim, które implikuje pluralizm światopoglądowy i tolerancję.

Oczywiście pluralizm światopoglądowy i tolerancja nie są negowane otwarcie, ale w praktyce szkolnej katechezy sprawy nie przedstawiają się tak różowo. Autor tych „10 mitów” jest prawdopodobnie tego świadomy, bo na przykład jego Mit 7 głosi: „Religia dyskryminuje dzieci z rodzin innych wyznań.”

Na co odpowiada: „Nieprawda. Świadectwa nie zawierają informacji, czy uczeń uczęszczał na religię czy etykę i jakiego jest wyznania.”

Trudno o wątpliwości, że autor jest w pełni świadomy tego, że robi unik, że media dostarczały dziesiątków przykładów sytuacji, w których ta dyskryminacja jest oczywista. Zdaje sobie również sprawę z zasadności zarzutu o braku przygotowania katechetów do pracy w szkole (mit 10) ale wyjaśnia, że przecież muszą posiadać imienne skierowanie do konkretnej placówki wystawione przez biskupa diecezjalnego i mieć przygotowanie teologiczne oraz pedagogiczne.

Diabeł jak wiadomo tkwi w szczegółach, o tych diabelskich szczegółach najlepiej opowiada ksiądz Natanek. Na pytanie, jak wielu Natanków mamy w szkołach, nie mamy solidnej, opartej na badaniach, odpowiedzi, natomiast jest wystarczająco dużo informacji anegdotycznych, wskazujących na potrzebę takich badań. Same skargi dzieci i rodziców (nawet jeśli dostają się do prasy) nie są jeszcze wystarczającym dowodem nagannych działań katechetów, brak zainteresowania tymi skargami ze strony władz państwowych jest sygnałem wskazującym na przyzwolenie na to, by katecheci o poglądach zbliżonych do poglądów księdza Natanka, czy księdza Międlara prowadzili działalność wychowawczą w szkołach państwowych.

Tu pojawia się ciekawy element sporu, czy szkoła powinna być świecka? Autor artykułu w KAI postulat, by szkoła państwowa była świecka, określa jako mit (6)

„MIT 6. Szkoła, by być świecka, musi być pozbawiona jakichkolwiek oznak religii. 

Nieprawda. Szkoła nie ma być świecka, ma być publiczna – odpowiadać wartościom wyznawanym przez członków społeczeństwa.

Religia w szkole jest nieobowiązkowa, coraz częściej uczniowie decydują się na etykę – i mają do tego prawo. Gdyby w danej szkole żaden rodzic i żaden uczeń nie zdecydował się na lekcje religii, to wówczas nikt by za nią nie płacił, nikt nie musiałby jej organizować.”

Autor (znów prawdopodobnie świadomie), zmienia cały sens idei szkoły świeckiej jako miejsca wolnego od jakiejkolwiek indoktrynacji ideologicznej. Wydaje się również (podobnie jak prezydent Erdoğan) nie pojmować, iż demokracja nie tylko nie oznacza dyktatu większości, ale zakłada ochronę mniejszości i wychowanie do akceptacji tych mniejszości. Tak, szkoła państwowa powinna być pozbawiona jakichkolwiek oznak religijnych na znak równości wszystkich obywateli państwa niezależnie od ich światopoglądu. (Brak symboli religijnych w szkole nie oznacza dyskryminacji dominującej religii, ani żadnej innej religii, a edukacja religijna nie musi odbywać się na terenie szkoły.)

Rewolucja narodowo-katolicka w oświacie wydaje się prowadzić do istotnych zmian programowych, które znajdą odbicie w podręcznikach i to nie tylko w podręcznikach do nauki religii katolickiej, ale również języka polskiego, historii i innych.

Oczywiście nie wiemy jak daleko zajdzie ta rewolucja, ani jak długo będzie trwała. Mamy dopiero poważne przesłanki do tego, aby się obawiać dalszej inwazji religii w oświacie.

Czy mamy narzędzia pozwalające na analizę programów i zawartości podręczników szkolnych pod kątem ich kolizji z wartościami demokracji konstytucyjnej? Być może pewnych wzorów mogą tu dostarczyć różne raporty (w tym raporty ONZ) poświęcone podręcznikom w krajach muzułmańskich.

Jak pisał niedawno, Alberto M. Fernandez, (były dyplomata amerykański, a obecnie wiceprzewodniczący MEMRI):

„Problem nietolerancyjnej, pełnej supremacji i przemocy zawartości podręczników szkolnych w świecie muzułmańskim – od Afryki Północnej do Pakistanu – budził niepokój już od dziesiątków lat, na długo przed powstaniem Państwa Islamskiego. Kampanie na rzecz zmiany toksycznych treści podręczników w Pakistanie i Arabii Saudyjskiej wzbudziły silne zainteresowanie rządu USA. Problem jest jednak znacznie ogólniejszy i istniał na długo przed powstaniem mediów społecznościowych, które ułatwiły najnowszą falę mobilizacji dżihadystów. Sprawa nadal stanowi przedmiot niepokoju polityków; nieujawnione badanie Departamentu Stanu USA z 2013 r. dotyczące podręczników saudyjskich zostało upublicznione dopiero w 2016 r. dzięki Freedom of Information Act.”

Fernandez przypomina (opublikowane również po polsku) omówienie badań podręczników używanych w pakistańskich szkołach państwowych. Raport z badań Instytutu Polityki Zrównoważonego Rozwoju w Islamabadzie stwierdzał we wnioskach m.in. :

i) Narodowy Program Edukacyjny Wczesnego Dzieciństwa na 2002 r. wymaga jako cel: “Pielęgnowanie w dzieciach poczucia tożsamości islamskiej i dumy z bycia Pakistańczykiem”. Nie ma słowa o tym, że ma to być robione tylko wśród uczniów muzułmańskich.
ii) Dla uczniów klas IV i V program języka urdu wymaga: “Wśród uczniów ma zostać stworzone uczucie, że są członkami narodu muzułmańskiego. Dlatego, zgodnie z tradycją islamską, muszą być prawdomównymi, uczciwymi, patriotycznymi i poświęcającymi swoje życie mudżahedinami (dżanbaz mudżahid)”; „Kształcić i szkolić przyszłe pokolenia Pakistanu na prawdziwych, praktykujących muzułmanów”; „Rozwijać poczucie dumy z bycia muzułmaninem i Pakistańczykiem”; „[Wpoić] wiedzę, że kultura narodowa nie jest kulturą lokalną i zwyczajami lokalnymi, ale że oznacza kulturę zasad, które są wyłożone przez islam”.
iii) Lekcja „Nasz kraj” dla klasy II stwierdza: “Naszym krajem jest Pakistan. Żyjemy w naszym kraju. Pakistan jest krajem islamskim. Tutaj żyją muzułmanie. Muzułmanie wierzą w jedność Allaha. Dokonują dobrych uczynków…” Książka dla klasy 6 uczy: “Kim jestem? Jestem muzułmaninem. Jestem Pakistańczykiem. Kocham mój kraj i kocham mój naród”; “Wiesz, że jesteś muzułmaninem i twoją religią jest islam”.

To tylko przykład analizy. Pakistańska publicystka, Zubeida Mustafa, po opublikowaniu  tego niezmiernie krytycznego i naszpikowanego konkretnymi przykładami raportu pisała, że te podręczniki “gloryfikują wojnę, ‘odczłowieczają’ nie-muzułmanów, przyjmują jednowymiarowe spojrzenie na rzeczywistość, wypaczają historię i stereotypizują kobiety”.

Alberto M Fernandez zastanawia się czy nadejdzie jakaś reakcja, czy odosobnione głosy muzułmańskich liberałów wykroczą poza badania i pojedyncze artykuły w mediach. Islamizacja oświaty w wielu krajach zaszła bardzo daleko i nieodmiennie zaczynała się nie od podręczników, a od czystki w kadrze nauczycielskiej.

„Jest dobrze wiadomo, że islamistom udało się zamienić przeszłość w broń – pisze Fernandez w zakończeniu swojego artykułu –  Pytanie teraz brzmi, czy liberalni muzułmanie potrafią zrobić to samo i, co ważniejsze, czy otrzymają przestrzeń polityczną i bazę pedagogiczną, by zastosować ją w praktyce w sposób, który będzie posuwał do przodu tolerancję i oświecenie, ale będzie równocześnie zachowywał szacunek do faktów historycznych. Ostatecznie, agitprop ani ‘fałszowanie historii’, nawet w najlepszych intencjach, nie będzie wystarczająco dobre, by ostać się dociekaniom.”

Religia i historia wiele razy była już narzędziem walki politycznej, a szkoła polem bitwy o umysły. Oczywiście możemy mieć nadzieję, że narodowo-katolicka reforma polskiej oświaty przyniesie efekty odwrotne od zamierzonych. Przywołajmy raz jeszcze księdza Tischnera, który wiele razy powtarzał: „nie widziałem nikogo, kto stracił wiarę, czytając Marksa, za to widziałem wielu, którzy stracili ją przez kontakt z księżmi”. Nie sądzę jednak, aby powinna nas uspakajać nadzieja, że rząd Towarzystwa Rydzykowego raczej dzieci i młodzież zniechęci niż zachęci do narodowego katolicyzmu.

Nie jestem jednak taki mądry, żebym umiał powiedzieć, co należy zrobić w obliczu obecnego zagrożenia polskiej oświaty. Warto wygrać kolejne wybory, więc jeśli dożyję, to z pewnością nie będę głosował na PiS, warto uważnie obserwować i monitorować wszystko to, co się w oświacie dzieje, mam również nadzieję, że nauczyciele będą umieli się przeciwstawiać tym tendencjom w swojej codziennej pracy.

A zakończę jeszcze jednym cytatem Tischnera, bo aczkolwiek nie zgadzałem się z nim na temat wiary, ale w wielu innych sprawach nawet bardzo:

„Zaw­sze uważałem, że pier­wszym za­daniem szkoły jest uczyć, nie wycho­wywać, i spierałem się na ten te­mat z wielo­ma nau­czy­ciela­mi. Byłem zda­nia, że wychowuje się pop­rzez ucze­nie. Gdy­bym miał wy­bierać między dob­rym nauczycielem a dob­rym wycho­wawcą, wyb­rałbym nauczyciela.”

 Andrzej Koraszewski
VN:F [1.9.22_1171]
Oceń artykuł
Rating: 10.0/10 (11 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: +15 (from 15 votes)
Andrzej Koraszewski: My chcemy boga, w książce, w szkole..., 10.0 out of 10 based on 11 ratings

2 komentarze

  1. wejszyc 2017-03-27
  2. Therese Kosowski 2017-03-30