Andrzej C. Leszczyński: Nadzór

2017-04-06.

Nie ma już chyba żadnej dziedziny, której nie objęłyby pisowskie porządki. Samorządom, sądom czy placówkom kulturalnym wskazano właściwe miejsca w państwowej strukturze. Jednak największe wrażenie w całym tym centralistycznym szaleństwie zrobiła na mnie zapowiedź skupienia organizacji pozarządowych w Narodowym Centrum Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego. Narodowe centrum i społeczeństwo obywatelska – trzeba niebywałego cynizmu, by łączyć te pojęcia.   

W sobie, dla siebie

 Podczas studiów marksizm podawano nam w dwóch postaciach, jako materializm dialektyczny („diamat”) i materializm historyczny („istmat”). W tym drugim sporo miejsca poświęcano klasom społecznym, wyróżnianym poprzez stosunek do środków produkcji (klasa posiadaczy i klasa robotnicza). Wiązało się z tym rozróżnienie klas „w sobie” i klas „dla siebie”, widoczne np. w „Osiemnastym brumaire’a Ludwika Bonaparte” Karola Marksa. Pierwsze były zbiorami ludzi pozbawionych świadomości pozwalającej zobaczyć ich rzeczywiste miejsce w historii. Drugie obejmowały grupy już świadome swego położenia, interesów ekonomicznych i celów politycznych.

Jan Malanowski („Polscy robotnicy”, 1981) opisywał relacje pomiędzy klasą robotniczą i wyłonioną przez nią partią robotniczą (PZPR). Zgodnie z leninowskimi kanonami klasa robotnicza „wykształca formę świadomości, zwaną świadomością polityczną; w efekcie narodzin tej świadomości tworzy się instytucja życia zbiorowego, formułująca interesy klasy w postaci partii. Partia ta reprezentuje całą klasę, tworzy teorię klasy i partii, tworzy program działania i jest niezbędnym czynnikiem obalania starego i tworzenia nowego systemu społecznego”. Mówiąc krócej i po ludzku: partia „wie lepiej i umie więcej”. Partia formułuje program ideologiczny, który aplikowany jest z zewnątrz biernemu konsumentowi, czyli klasie robotniczej. Jest bowiem wciąż klasą „w sobie”, niezdolną do zastąpienia partyjnego aparatu.

Na pytanie, czy rzeczywiście robotnicy nie potrafią wyłonić z siebie własnej, świadomej swych celów reprezentacji, Malanowski odpowiedział krótko i zaskakująco: potrafią, właśnie to zrobili.  „Spontanicznie powstały MKS-y, szybko zorganizowała się Krajowa Komisja Porozumiewawcza, a to wykazało, jak wielkie zdolności tkwią w klasie robotniczej i jak szybko jest w stanie ona organizować się, działać, reagować i tworzyć plany działania”. Oto klasa „w sobie” w 1980 roku stała się klasą „dla siebie”, potrafiącą się obyć bez strażników doktryny, czyli tzw. aparatu. Co o tym sądził i co zrobił sam aparat, wiadomo.

W czasie strajków w 1988 roku prowadziłem w Stoczni tzw. wykłady wspierające. Organizował je, chyba razem z Piotrem Nowiną-Konopką, Lech Kaczyński (na swoich wykładach wprowadzając robotników w zawiłości prawa pracy). Gdy spytał mnie przy jakiejś okazji, jakie problemy poruszam, odpowiedziałem, że związane z Platonem. Świetnie, pochwalił mnie, trzeba pokazywać źródła państwa totalitarnego. Gdy usłyszał, że mówię o platońskiej koncepcji miłości, lekko oniemiał, pokiwał głową i mruknął coś o lekkoduchach zajmujących się sprawami nikomu niepotrzebnymi. – To dla nich nie jest ważne – rzucił na koniec. A ja podczas spotkań czułem, że jest bardzo ważne.

Ciemny lud

Klasa w sobie to „ciemny lud”, który kupi wszystko, co mu się podsunie pod nos. Umiłowany przedmiot troski każdej władzy autorytarnej. Nie uczestniczący w kulturze, zwłaszcza w tym jej obszarze, jakim jest kultura symboliczna (humanistyczna). Degradacja kultury –  widoczna właściwie we wszystkich tzw. społeczeństwach nowoczesnych, ulegających tandetnym wzorom popkultury wraz z jej elektronicznymi gadżetami – w Polsce osiągnęła stan wyjątkowy. Nie ma co ukrywać, przeciętny Polak zasłużenie mieści się w pojęciu ciemnego ludu, jest ciemny jak tabaka w rogu. Nie czyta książek, lecz wpatruje się w ekranik smartfona. Nie chodzi do teatru, lecz rechocze przy telewizyjnych kabaretach. Nie zagląda do Biblii, lecz polega na niedzielnych pouczeniach proboszcza. Polskiego papieża ma za wzór niepokalany, co nie znaczy, by poznał i przemyślał którąkolwiek z jego encyklik. Żałosny jest stan kultury najprostszej, osobistej. Ciemny lud swą nieporadność pokrywa tym, co najprostsze, agresywnym, knajackim językiem.

Podczas niedawnego pobytu w Gołdapi doznałem wstrząsu, słysząc brutalne wulgaryzmy wypowiadane z cudownym miejscowym zaśpiewem. Nie chodzi mi nawet o pospolitych lumpów, którzy bluzgają na okrągło – tych można wszędzie spotkać. Mówię teraz o zwyczajnych ludziach, takich jak kierowca autobusu czy sprzedawca w sklepie. Ich wulgaryzmy wypowiadane były bez emocji, nie wyrażały właściwie niczego. Słowo „kurwa” zastępowało zwrot „proszę ciebie”, „wyobraź sobie”, „nie wiem, czy uwierzysz”, „jeśli pozwolisz” itp. – Może by, kurwa, drobniejsze znalazł (on, czyli ja) – uprzejmym tonem poprosił kierowca busa, któremu wręczyłem dwudziestozłotowy banknot. „Kurwa” jest, jak zauważył Jacek Bocheński, najczęściej używanym dziś słowem Polaków. „To słowo jest przejawem naszej bezsilności językowej, lecz i życiowej. Wypowiadamy je, gdy nie potrafimy czegoś wyrazić, chcemy jedynie dać znać, że jest to ważne, a my jesteśmy pobudzeni. I na tym się kończy, bo prawdę mówiąc, nie rozumiemy, co to takiego, i nie wiemy, co począć”. Jeśli Bocheński ma rację, w Gołdapi obcowałem z dzisiejszą polszczyzną w jej krystalicznej postaci.

Zdaniem wybitnego tłumacza Ireneusza Kani, młodzi Polacy posługują się językiem przygnębiająco ubogim, w swych strukturach składniowych i gramatycznych zredukowanym do minimum. Pełno w nim wytartych klisz, błędów gramatycznych oraz zapożyczeń i kalek z angielszczyzny – równie zresztą prymitywnej jak polszczyzna tych młodych ludzi. Mocno zmitologizowana jest rzekomo powszechna dziś wśród młodych znajomość angielskiego. Kania dostrzega nieuchronność narastającej dychotomii: z jednej strony ukształtowani przez obrazkową popkulturę ludzie masowi – z drugiej wąska elita wykształcona na słowie drukowanym.

Masy, jak to masy (zwłaszcza gdy ciemne) – nie sprawiają władzy kłopotu. Pewnie dlatego Kościół nie zachęcał chłopów do nauki czytania przydatnego do lektury Pisma Świętego. Samodzielna lektury Biblii była zresztą w katolicyzmie zakazana. Grzegorz IX widział w niej inspirację szatana, zaś Leon XIII  tłumaczenia Biblii na języki ojczyste umieszczał  na indeksie ksiąg zakazanych (Index librorum prohibitorum). Utrzymywanie w ciemnocie nie jest zresztą specjalnością Kościoła. To samo można powiedzieć o władzy politycznej – zarówno PO, jak i PiS – która stara się karmić świadomość suwerena jak najmniej wyszukanymi potrawami.

 Co innego elita intelektualna. To ona – określana w PiS jako skorumpowana, postkomunistyczna szumowina – uznawana jest przez tę partię za głównego wroga. Terminem, którego dozorca szczerze nie cierpi, jest słowo „obywatel” (choć posługuje się nim z powodów perswazyjnych, np. w planowanym Narodowym Centrum). Obywatel, czyli zaprzeczenie poddanego. Pełnoprawny mieszkaniec kraju, w którym czuje się jak u siebie, w domu. Zaangażowany, troszczący się o dobro wspólne i aktywny w sprawach publicznych. Społeczność obywatelska zdolna jest do samoorganizacji i stanowienia (oraz osiągania) celów niezależnie od władzy państwowej. Rzeczywiście, trudno wymagać od dozorcy, by chciał to tolerować.

Nadzorcy

 Na nadzorze – przybierającym różne nazwy (opieka, kontrola, pomoc, dozór, monitoring, troska, wychowanie, doglądanie, duszpasterstwo itp.) – opiera się wszelkie życie społeczne w znanej nam postaci. Trudno byłoby zliczyć formalne i nieformalne przykłady takiego podporządkowania – tylko w ostatnich tygodniach doglądano u nas takich spraw, jak zapłodnienie metodą in vitro, prawo do zgromadzeń, związki homoseksualne czy dostępność pigułki antykoncepcyjnej „dzień po”. Ukształtowały się instytucje oraz grupy społeczne, przyznające sobie prawa nadzorcze i diagnostyczne. Ot, choćby terapeuci i nauczyciele życia, którzy – z nielicznymi wyjątkami, do których należał Tomas Szasz – wskazują swą niezbędność potencjalnym klientom. W ten sposób poradnie, które powinny dążyć do samolikwidacji, uczynienia się zbędnymi, nieustannie zwiększają zakres swej działalności.  John Holt jeden z rozdziałów swej książki pt. „Escape from Childhood” poświęca pomaganiu  i „pomagaczom” („On »help« and »helpers«”). Pisze: „Człowiek, który pracą swego życia uczynił pomaganie innym, nieodzownie potrzebuje ludzi, którym jego pomoc będzie potrzebna. Pomagacz żyje dzięki bezradności i wytwarza bezradność, jaka jest mu potrzebna. Zło zawodów polegających na pomaganiu, jak nauczanie, psychiatria i praca społeczna leży w tym, że z reguły przyciągają one ludzi, którzy chcą być Bogiem […]. Można być Bogiem tylko wtedy, jeśli zrobi się z innych ludzi swych poddanych […]”. I nieco dalej: „Nie ma istoty bardziej bezbronnej, będącej ofiarą w pełniejszym sensie tego słowa, niż człowiek, który nie może wybrać swoich opiekunów, zmienić ich, albo od nich uciec”.

Szczególną rolę w dozorowaniu przyznał sobie Kościół. Społecznością „w sobie” jest dla niego ogół wiernych, czyli laikat. Średniowieczna łacina określała laików jako ludzi świeckich, nie należących do stanu duchownego, zatem „gorszych” (stąd laik jako synonim kogoś niekompetentnego). Wiernym należy się pomoc połączona z kontrolą.

Spytałem kiedyś znajomego obdarzonego cierpkim poczuciem humoru księdza, co by było, gdyby wierni stali się ludem „dla siebie”, gdyby na przykład świadomie przestali grzeszyć. Milczał dłuższą chwilę, po czym powiedział, żebym go nie straszył. Zastanowiła mnie niedawna wypowiedź jezuity (i dobrego poety), Wacława Oszajcy („Akcent” 4,2016). Łączy on cechy jak dla mnie nieprzystające do siebie, a może nawet wykluczające się. Nie lubi słowa „kapłan”, bo tylko Jezus Chrystus jest kapłanem (co więc z kapłaństwem powszechnym?), woli skromne „duchowny”. Słychać jednak w tej skromności wywyższenie, jakąś lepszą „duchowość”. Duchowni to zdaniem Oszajcy „starsi Kościoła”. Sprawują władzę, przewodniczą –  a jednocześnie są sługami („powołani do obsługi”). Mówi: „Przewodniczenie w Kościele polega nie na wydawaniu rozkazów ani nawet nie na sądzeniu i skazywaniu lub karaniu, ale na służbie”. Jacques Maritain również określał przedstawicieli kleru mianem personelu kościelnego. Jednak liberie noszone przez ten personel bardziej przypominają szaty cesarskie niż strój roboczy. Słychać też ton odmienny od tego, jaki przystoi personelowi. Dziwna dialektyka.

Prof. Tomasz Polak (znakomity wywiad w „Znaku” 3,2017) mówi o łączeniu chrześcijaństwa (i Chrystusa „Króla”) z władzą jako wynaturzeniu pierwotnej idei galilejskiego ruchu. Mówi rzeczy mocne: „Zamysł Jezusa dotyczył odnowy rdzenia żydowskiego spotkania z Bogiem. Skierowany był do ludzi, którzy tego wówczas gorąco pragnęli. Okazało się jednak, że dotarł także do tych, którzy zapragnęli czegoś więcej. Powiem to w uproszczeniu – zapragnęli, by odnowione żydowskie spotkanie z Bogiem stało się nowym religijnym imperium. To oni przekształcili wewnątrzreligijny żydowski ruch odnowy w religię, która z impulsu Jezusa korzysta już tylko jako ze specyficznego dla siebie kontrapunktu, lub mocniej: usprawiedliwienia swoich perwersji”. Niczego też nie zmieni, dodaje, widoczna dziś w Kościele krytyka sakralizacji władzy. „Gdyby była konsekwentna, doprowadziłaby do samozakwestionowania i samolikwidacji Kościoła. Dlatego właśnie konsekwentna nie będzie”.

Antoni, czyli nadzorca rewolucyjny

 Prof. Antoni Dudek, pytany o Antoniego Macierewicza, odmówił mu co prawda genialności, lecz uznał za polityka z powodzeniem łączącego dwie cechy: skuteczność i radykalizm. Zdaniem Dudka minister Macierewicz dotyka granicy paranoi politycznej, ale jej nie przekracza. Owszem, zdaje się działać na szkodę polskiej racji stanu, taki jest jednak koszt przyjętej przez niego idealistycznej logiki: budowanie nowej epoki oznacza konieczność odrzucenia dotychczasowych dokonań i zaczynanie od zera. „Dlatego przetargi na nowe uzbrojenie dla regularnych jednostek WP mają dla niego drugorzędne znaczenie. Prawdziwym celem jest uzbrojenie i wyposażenie własnej armii, Wojsk Obrony Terytorialnej”.

Zaczynać od zera chce rewolucjonista, znużony trwałą degrengoladą i powtarzającymi się zapaściami świata. Sądzi, że trzeba wreszcie przebudować rzeczywistość na tyle radykalnie, by uniknąć tamtych powtórek. Odrzuci jako utrwalające chorobę postulaty mówiące o sensie zmian ewolucyjnych. Choćby takie, jakie można znaleźć u Leszka Kołakowskiego, który pisał, że „jest rzeczą niebezpieczną lekceważyć zmiany cząstkowe, które są możliwe wewnątrz tego systemu. Jeżeli zajmujemy stanowisko streszczające się w haśle »wszystko lub nic«, to w gruncie rzeczy skazujemy się na to, że będziemy po stronie nic”.

I rzeczywiście, zostaje „nic”. Rewolucja stanowi początek urzeczywistniania wizji świata może nie całkiem, ale prawie doskonałego. Doskonałość wiąże się z takimi określeniami, jak „niebo” czy „raj”. Prace Jerzego Szackiego (m.in. „Kontrrewolucyjne paradoksy. Wizje świata francuskich antagonistów Wielkiej Rewolucji 1795-1815”) ukazują tożsamość dążących ku „niebu” rewolucjonistów i chcących odzyskać „raj” kontrrewolucjonistów. Problem w tym, że raj już był (to stan bezpowrotnie utracony), a niebo jest gdzie indziej. Friedrich Hölderlin zauważył, że nic pewniej nie czyni z ziemi piekła, niż chęć, żeby uczynić z niej niebo.

Badania Bronisława Baczki poświęcone francuskiemu Oświeceniu i tamtejszej rewolucji (a jest ona, jak wskazywał, trwałym źródłem także współczesnych idei i zamysłów politycznych) przynoszą obraz rewolucyjnego poszukiwania ładu, od którego sam ten ruch oddala. Rewolucja staje się punktem, który dzieli czas na „przed” i „po”. Przeszłość ma stać się niebytem (Leszek Kołakowski pisał, że konsekwentny rewolucjonista winien dążyć do zniszczenia kultury, która zawsze uobecnia czas miniony). Postępująca negacja kolejnych sfer dotychczasowego życia w sposób nieuchronny prowadzi do pogłębiającego się kryzysu społecznego, stając się jego sprawczym elementem.

W ten sposób wszystko się powtarza w gorszych niż dotąd, bywa że groteskowych okolicznościach. Co miało być nowe, okazuje się tandetną repetycją, farsą, o jakiej pisał Karol Marks w „Osiemnastym brumaire’a…” . Gdy Antoni Macierewicz w imię walki z komunizmem pozbywa się kadry dowódczej WP, przejmuje komunistyczne narzędzia walki (prawda, Józef rozstrzeliwał, Antoni tylko zwalnia). Jest bolszewikiem wykrzykującym antybolszewickie frazesy (zostało mu widać coś z młodzieńczej fascynacji Che Guevarą). A skoro nie przekracza, jak chce Antoni Dudek, granicy paranoi, trudno sądzić, by nie miał tego świadomości. By serio sądził, że jego hasła i slogany zdolne są zasłonić i unieważnić coś, co dotyczy realnych, psujących rzeczywistość czynów i faktów. To zaś oznacza, że nie jest takim rewolucjonistą, za jakiego chciałby może uchodzić. Nie chodzi mu o poprawiony stan świata, ale o świat – mniejsza o to, w jakim stanie – poddany jego władzy. A ponieważ o to samo chodzi Jarosławowi Kaczyńskiemu, można by cieszyć się na pisobójcze starcie.

Jednak nie potrafię.

Andrzej C. Leszczyński

VN:F [1.9.22_1171]
Oceń artykuł
Rating: 9.9/10 (27 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: +38 (from 40 votes)
Andrzej C. Leszczyński: Nadzór, 9.9 out of 10 based on 27 ratings

10 komentarzy

  1. Docent 2017-04-06
  2. otoosh 2017-04-06
    • And.Lejman 2017-04-07
  3. Mr E 2017-04-07
    • acleszcz 2017-04-07
  4. Zbyszek123 2017-04-07
  5. Magog 2017-04-07
    • wb40 2017-04-08
      • wb40 2017-04-08
      • Magog 2017-04-13