Jerzy Łukaszewski: Dla Elizy

Print Friendly, PDF & Email

2017-04-27.

Nie, proszę się nie obawiać, nie będzie tu wynurzeń na tematy muzyczne, które jako ignorant i jednoczenie miłośnik chłonę wprawdzie chętnie, ale na ich tworzenie mnie nie stać.

Chodzi o panią Orzeszkową, której chętnie bym dedykował wszystko co piszę, a w stosunku do której szacunek miesza się w podziwem w zależności od tego, jaki jej tekst ostatnio czytam.

Onegdaj na łamach SO wspominałem o niej w artykule „Być kobietą”, w którym omawiałem m.in. najmądrzejszy tekst na temat emancypacji kobiet jaki w życiu udało mi się przeczytać („Kilka słów o kobiecie” – 1873), a który w większości swych tez pozostaje aktualny do dziś.

Jego aktualność nie jest, niestety, oskarżeniem tylko i wyłącznie świata mężczyzn, z którym borykać się muszą współczesne kobiety. Ich dotyczy w równym stopniu.

Pisząc tamten artykuł nie przypuszczałem, że przyjdzie mi prowadzić wykłady z historii kobiety. Dziś kiedy rok akademicki zbliża się powoli ku końcowi mogę stwierdzić, że jako debiutanci (słuchacze debiutowali w tym temacie tak samo jak ja) przeżyliśmy coś w rodzaju przygody poznawczej otwierającej nam razem oczy na wiele spraw, które widziane pod tym kątem „stworzyły” zupełnie inny horyzont i – jak to bywa w takich chwilach – zmieniły w wielu przypadkach nasze widzenie spraw od zawsze uznanych za oczywiste.

Kiedy Orzeszkowa pisała swoją książkę ruch emancypacji kobiet był już na dobre rozbudzony, a ściślej – rozbudzony po okresie kilkudziesięciu lat snu, w który był zapadł w epoce napoleońskiej. Ta bowiem tłamsząc wiele zdobyczy Rewolucji Francuskiej także w tym temacie zawróciła z drogi budowy nowoczesnego, przystosowanego do nowych realiów życia społeczeństwa.

Samo w sobie jest to dla większości słuchaczy pewnym odkryciem, ponieważ na ogół tę właśnie epokę uważa się za świt prawdziwej europejskiej nowoczesności.

Jak się okazuje – nie we wszystkim. Emancypacja kobiet z epoką napoleońską przegrała.

Ale – aby przegrać trzeba grać.

Kiedy „grała”?

Tą chwilą, krótką ale niezwykłą,  była Rewolucja Francuska, słusznie zwana Wielką, bo chyba żadna rewolucja w historii nie próbowała zmienić świata na taką skalę.

I jeszcze jedna uwaga. Kiedy poruszamy na wykładach temat „rola i pozycja społeczna kobiety …” itd. zawsze przypominam, że należałoby sprecyzować: jakiej kobiety?

Niezależnie od epoki historycznej pozycja kobiety zależała głównie od środowiska, w którym żyła. Inna była w przypadku kobiety z gminu, inna arystokratki. Ich warunki życia były różne, a to one ZAWSZE i WSZĘDZIE decydują o roli poszczególnych osób w społecznej strukturze.

Starożytne Ateny uznawały za nieprzyzwoitość poruszanie się kobiety po ulicy, ale przecież właśnie na tej ulicy większość kramów i innych punktów usługowych prowadziły kobiety. Wszystkie uważano za nieprzyzwoite? Oczywiście, że nie. Te poglądy dotyczyły pań z grona elit greckich, a nie tych,  które pracowały na swe i rodziny utrzymanie.

Większość poglądów na temat kobiet, łącznie z najbardziej drastycznymi i z wypiekami na licach powtarzanymi przez współczesne feministki była poglądami pojedynczych osób i dotyczyła określonej grupy kobiet.

W średniowieczu, w którym – na co podaje się przykłady ojców Kościoła – poglądy na temat kobiet były ponoć tak straszne, same panie odgrywały znaczącą rolę tak wśród gminu, jak i w kołach elit społecznych i jakoś nikogo to nie dziwiło. Od przeorysz napominających papieży i wymuszających na nich rozmaite decyzje po „miasto kobiet” czyli Brugię – nie widać w nich zalecanej (podobno) uległości i poddaństwa. Z gdańskimi brygidkami przegrał nawet wielki mistrz krzyżacki Konrad von Jungingen (chodziło o prawa własności pewnej wsi).  Prowadziły biznesy na własną rękę, decydowały i kształcie rodziny (małżeństwa dzieci), no i praw miały zdecydowanie więcej, niż panie żyjące w czasach zwanych „oświeceniem” kiedy to zostały sprowadzone do roli ozdoby, kwiatka, by nie rzec gorzej – broszki.

To światli filozofowie i pisarze oświeceniowi potrafili mówić, że „największą zaletą kobiety jest brak zdolności rozumnego myślenia”. Bardzo to „oświecone”, prawda?

Rok 1789 i czas tuż przed nim był szczególny. Także z tego względu, że pozwalał zobaczyć, iż niezmienność struktur społecznych i ról poszczególnych ich elementów w czasie zmieniających się warunków życia zaczyna działać autodestruktywnie na cały system.

Dotyczyło to także kobiet, przede wszystkim z nizin społecznych, wtłoczonych w schemat „dbania o wykarmienie rodziny”, przygotowanie posiłku, inaczej mówiąc – domowej sprzątaczki i kucharki.

Kobieta miała podać wracającemu do domu mężczyźnie posiłek.  A co kiedy nie było go z czego przyrządzić? Ona nie negowała ciążącego na niej „obowiązku”. Wręcz przeciwnie – chciała go wypełnić, ale nie było jej dane z powodów od niej niezależnych.

Po chwilach smutku, żalu i łez przyszedł czas na gniew.

Jeśli istniejący system nie pozwala im wykarmić rodziny to trzeba go zmienić!

Rewolucja Francuska w dużej mierze była rewolucją ulicy, nie tylko paryskiej. A tą ulica rządziły kobiety. One prowadziły kramy, publiczne pralnie i inne przybytki. One na tej ulicy były stale, znały ją najlepiej, nadawały jej kształt i koloryt. Lepiej, niż kto inny diagnozowały problemy i szukały racjonalnych, acz czasami dość radykalnych rozwiązań. Głowy piekarzy nadziane na piki za ukrywanie zapasów mąki należały właśnie do takich „rozwiązań” i bardzo, bardzo często były dziełem pań.

Rewolucja Francuska z punktu widzenia historii kobiet była rzeczywiście rewolucją, jakiej świat jeszcze nie widział. To wówczas doszło do jasnego i precyzyjnego sformułowania „damskich” postulatów kiedy ogłoszono termin zebrania się Stanów Generalnych. Dziś rzadko docenia się ten fakt, moim zdaniem popełnia się wielki błąd, bo nigdy dotąd pozycja społeczna kobiet nie była po pierwsze przedmiotem dyskusji publicznej, a nie dywagacji filozofów i innych mędrców, a to jest znacząca jakościowo zmiana w świadomości ludzi, a po drugie nie było dotąd przypadków zorganizowanego przedstawiania kobiecych żądań co – niezależnie od ostatecznego efektu – było nie dającą się już później wymazać z pamięci nowością natury politycznej.

Można było być przeciwnikiem stawianych przez panie żądań, ale nie można już było udawać, że się o nich nie wie. To naprawdę rewolucja.

Także same postulaty świadczyły, że coś w modelu społecznym pękło, że coś się zmieniło, że świat staje się inny.

Wydany jako osobna broszura spis pt. „Skargi kobiet” na pierwszym miejscu – bardzo to znamienne – stawiał żądanie równego dostępu do edukacji. Miało to znaczenie dla wszystkich, nie tylko samych kobiet. Nabierająca właśnie rozpędu rewolucja przemysłowa potrzebowała coraz więcej kadr umiejących coś ponad „przynieś, podaj, pozamiataj”. Ponieważ wiele dziedzin nowoczesnego przemysłu stawiało na zatrudnianie kobiet, ich żądnie dostępu do edukacji miało znaczenie dla możliwości rozwojowych całego społeczeństwa.

Panie żądały także zaprzestania „handlu rodzinnego”  poprzez ustawowe zniesienie posagów, które niejednokrotnie decydowały o takim czy innym małżeństwie. To one zwróciły uwagę, że w małżeństwie istnieje także (a może przede wszystkim) człowiek jako istota rozumna i czująca, a nie tylko interes ekonomiczny rodu.

Postulat prawa do dziedziczenia był francuski, ponieważ w wielu ówczesnych krajach (w tym w Polsce) panie takie prawo posiadały.

Żądały także równych kar dla kobiet i mężczyzn za zdradę małżeńską. Dotąd niewierną żonę mąż mógł zamknąć w klasztorze. Teraz panie zażądały tego w stosunku do niewiernych mężów.

Gdyby chcieć być złośliwym, można byłoby pofantazjować na temat składu ówczesnych klasztorów, ale przecież złośliwy być nie chcę.

„Skargi kobiet” zostały odrzucone, podobnie jak ich żądanie reprezentacji Stanach Generalnych, ale to już nie miało znaczenia.

Stało się – postulaty zostały wyartykułowane, spisane, podane do publicznej wiadomości – zaistniały w publicznym obiegu. Realizacja – jak zawsze – była kwestią odpowiedniego momentu, ale one już były!

Po raz pierwszy w historii!

O rozsądku, a wręcz mądrości kobiet świadczy to, że po odrzuceniu ich żądań nie „strzeliły focha”, nie obraziły się na świat i mężczyzn, ale wręcz przeciwnie – postanowiły brać udział w rewolucji, być częścią tego ruchu, z którego miał narodzić się lepszy świat. Z punktu widzenia taktyki – mistrzostwo godne polecania i naśladowania.

To one ruszyły na Wersal kiedy Ludwik XVI nie chciał podpisać Deklaracji Praw Człowieka i Obywatela, ruszyły by „zabić austriacką dziwkę”. Maria Antonina uszła z życiem w przeciwieństwie do kilku wersalskich strażników.

Ludwik nie miał wyjścia – musiał udzielić audiencji „kucharkom i wieśniaczkom” i wysłuchać ich skarg. Wielu francuskich historyków właśnie tę chwilę uznaje za koniec francuskiego absolutyzmu.

Nawiasem mówiąc, Maria Antonina proponująca biedakom, by w razie braku chleba jedli ciastka, jest jakże żałosnym świadectwem na ogląd rzeczywistości tzw. elit społecznych i to w dobie tzw. oświecenia.

Kobiety nie ukrywały zawodu, kiedy okazało się, że sławna po dziś dzień Deklaracja Praw Człowieka i Obywatela (jakoś większości z nas umyka fakt, że szybko zmieniona na Deklarację Praw i Obowiązków Człowieka i Obywatela) ich nie dotyczy.  Wprawdzie nigdzie nie jest to wyróżnione w tekście Deklaracji, ale Zgromadzenie Narodowe poproszone o interpretację, tak właśnie odpowiedziało.

To był prawdziwy zgrzyt w machinie rewolucji. Kobieta, która była obecna wszędzie, także w walce orężnej jak panna de Mericourt, nagle okazała się obywatelem drugiej kategorii. Powstało nawet określenie „obywatel pasywny”.

Trudno jednak zatrzymać rozpędzoną lokomotywę.

Niemal natychmiast znalazła się kobieta, która postanowiła „wziąć sprawy we własne ręce”.

Była to pisarka, pani Olimpia Gouges, która zredagowała dokument o nazwie Deklaracja Praw Kobiety i Obywatelki, w której na początku napisała „Kobieta rodzi się i pozostaje wolna i równa w prawach mężczyźnie”.

Nikt nigdy przedtem tak precyzyjnie nie zredagował celów walki kobiet o swoje prawa. Prawa, które – jak już to wspomniałem –  miały fundamentalne znaczenie dla całego społeczeństwa i mogły pozytywnie wpłynąć na jego dalsze dzieje, co nie zostało właściwie docenione przez ojców Rewolucji.

Pani Gouges logicznie wywodziła, że „skoro zgodnie z prawem kobieta może zawisnąć na szubienicy, winna mieć również prawo stanąć na mównicy”.

Deklaracja zawierała także projekt cywilnej umowy małżeńskiej – czegoś takiego dotąd we Francji nie było. Prawo z 1787 roku o ślubach cywilnych dotyczyło jedynie niekatolików.

Olimpia de Gouges została zgilotynowana, ale nie za swe poglądy na prawa kobiet, ale –  jak wielu przed nią i po niej – za ostrą krytykę Robiesperre’a, któremu zarzucała dążenie do dyktatury.

Takich przykładów działań kobiet w czasie Wielkiej Rewolucji można podawać dziesiątki.

Dlaczego więc ostatecznie przegrały?

Powodów było wiele. Jednym z nich zapewne było to, że pomimo swej rewolucyjności wielu z wodzów mentalnie tkwiło w epoce minionej i pojmowało rewolucję jedynie jako walkę o konkretne interesy grup społecznych na „tu i teraz” nie dostrzegając wielu problemów niezbędnych do rozwiązania „na jutro”.

Drugim był fakt, że zarówno postulaty pod adresem Stanów Generalnych jak i Deklaracja Praw Kobiet zwyczajnie wyprzedzały w wielu punktach swoją epokę i były formułowane trochę „na wyrost” co zazwyczaj jest trudne do przyjęcia przez tzw. ogół społeczeństwa.  Bywało, że na zwolenniczki Deklaracji napadały zbrojne gromady kobiet – jakobinek. To też trzeba gwoli sprawiedliwości odnotować.

Punktem zwrotnym było zamordowanie przez Charlottę Corday Marata w 1793 roku.

Ten fakt wykorzystali ci wszyscy, którzy nie zgadzali się na rozszerzenie praw kobiet, ponieważ jako incydent wielce nośny społecznie nadawał się do ich celów jak małym który.

Sprawa kobiet po kilku latach rewolucji wyraźnie przygasła.

Ma to jednak znaczenie nie takie wielkie jeśli się weźmie pod uwagę, że z umysłów ludzkich trudno wymazuje się coś co raz tam się znalazło.

Nie ulegało dla nikogo wątpliwości, że ta sprawa odżyje jeśli tylko znajdzie się właściwy moment.

Rozpędzona w nieprawdopodobny sposób  rewolucja przemysłowa i podążające jej śladem zmiany w umysłowości ludzi wyraźnie wskazywały, że ten moment nadejdzie.

I nadszedł.

Warto jednak czasem wspomnieć tę „damską” część Rewolucji Francuskiej, której symbolem stała się z czasem Marianna w czapce frygijskiej.

Nie przypadkiem i nie bezpodstawnie.

Jerzy Łukaszewski

VN:F [1.9.22_1171]
Oceń artykuł
Rating: 10.0/10 (14 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: +22 (from 24 votes)
Jerzy Łukaszewski: Dla Elizy, 10.0 out of 10 based on 14 ratings

Jedna odpowiedź

  1. Magog 2017-05-04