Anna Grzeszczuk-Gałązka: „Toaleta męska, czyli Piękny Pan z Telewizji”

2017-05-07.

Anna Grzeszuk-Gałązka, absolwentka Wydziału Historii UW i moja koleżanka z Instytutu Dziennikarstwa UW – pracowała w TVP w czasach propagandy sukcesu i w czasach przełomu – tj. w dobie tworzenia nowych mediów.

Współtworzyła i prowadziła m.in. program „100 pytań do…” – pierwszy show publicystyczny z udziałem dziennikarzy i osób publicznych. Trzykrotnie otrzymała nagrodę prezesa TVP, a wraz z zespołem – „Złoty Ekran” od tygodnika „Film”.

Wszystko to pięknie opisała w swojej smakowitej książce, którą gorąco polecam. Magiczny świat telewizji, oglądany od wewnątrz – mówiąc najdelikatniej, jak tylko można – traci wiele ze swojej magii.

Polecam, jako próbkę jej stylu, „100 pytań do…” Lecha Wałęsy. Jest wrzesień 1989 r. Tylko co powstał „pierwszy niekomunistyczny rząd” Tadeusza Mazowieckiego, a sam Wałęsa jest na szczycie swojej popularności…

Sławomir Popowski

 

Wrzesień 1989 roku

  • 1 września – w wypadku samochodowym w USA zginął Kazimierz Deyna.
  • 7 września – rozwiązano ZOMO – Zmotoryzowane Odwody Milicji Obywatelskiej.
  • 12 września – sejm udzielił wotum zaufania rządowi Tadeusza Mazowieckiego, pierwszego niekomunistycznego premierapowojennej Polski.
  • 29 września – seryjny morderca Mariusz Trynkiewicz czterokrotnie skazany przez sąd na karę śmierci. Wyroku nie wykonano.
  • Średnia pensja wynosiła 206 758 złotych. Wystarczała na 17 kg schabu wieprzowego, 17 butelek wódki albo jedną dziesiątą 21-calowego kolorowego telewizora.

Wrzesień 1989 – 100 pytań do…Lecha Wałęsy

Gdańska Telewizja była poruszona. Na korytarzach sopockiej filii

TVP odnalazłam coś na kształt zesztywnienia w stawach. Ogólny stan zapalny. Ludzie wypatrywali Wałęsy jak świętego, lecz i z jakimś rodzajem skulenia w sobie. Wałęsa był dla tutejszej władzy człowiekiem zapowietrzonym i mimo, że mieli go pod nosem, pojawiał się tu po raz pierwszy. A on podjechał limuzyną. Jak na zaślubiny.

Przewodniczący Wałęsa idzie korytarzem. Oklaski. Ludzie wzdłuż ścian. Za Wałęsą Piotr Nowina-Konopka z twarzą ascety, błyskami w oczach i zły jak pieprz. Zakonnik klubu Wałęsy, jego rzecznik prasowy.To on w miejsce pryncypała pobrzękuje medalami i jest nastroszony. Piotr Nowina-Konopka nie był byle kim i chciałabym mieć go po swojej stronie, ale w danym momencie humory doktora mam w nosie. Za Wałęsą idą też niechętni nagraniu dziennikarze z otoczenia przewodniczącego. Idzie Andrzej Drzycimski, późniejszy rzecznik prasowy prezydenta Lecha Wałęsy, człowiek do końca mu oddany i wierny.

Lech Wałęsa wchodzi do studia z Matką Boską w klapie ubrania. Znaczy Matka Boska wchodzi tu razem z Wałęsą.

Witam się z panem przewodniczącym. Kamery czuwają, gotowe ruszyć.

 Lech Wałęsa (jeszcze kameralnie): Słuchajcie, ja śpię, chciałbym nie spać, musicie mnie obudzić. Powtórzę to, co mówiłem przy wejściu, że to kiepski program. Słuchajcie, ja jestem bezczelnie szczery. Mówili, że nie powinienem się na to zgodzić. Mówili, panie Wałęsa…

Anna Grzeszczuk-Gałązka: Dzień dobry, panie przewodniczący. Co prawda pana poprzednikiem był Krzysztof Penderecki, ale prawda, to nie Wałęsa.

L. W.: Pani mnie nie porównuje z takimi osobami jak Penderecki.

Dlatego, ja mówię, w swojej klasie. W swojej klasie, jako robotnik, jestem dobrym elektrykiem. Dobrym elektrykiem jestem, proszę pani i chcę program też mieć dobry. Oczywiście żartuję. Program nie zależy ode mnie. Jak będziecie kiepscy, to ja będę próbował naprawić to. A jak będziecie dobrzy, no to ja będę się starał wam dorównać. I tak to będzie wyglądało.

Dziennikarze usadzają się. Jeszcze zamieszanie, przypinanie mikroportów do klap. Wyrównanie świateł.

L.W: Kawę mam już. Dobrze. Tylko słuchajcie… Ja jestem człowiekiem walczącym. Jak przyjdę i będziecie mnie tu głaskać, klaskać, no to zanudzimy ludzi. A to jest w niedzielę puszczone, kiedy ludzie kiepski obiad zjedzą, kiedy są wściekli na wszystko i jeszcze ja będę kiepsko gadał. To jak to będzie wyglądało? I dlatego ja do was mówię, żebyście po prostu obudzili się razem ze mną. Żebyśmy powiedzieli tym ludziom, którzy mają  kiepsko, że…

A.G.-G.: Pan mnie już wystarczająco napuścił w naszej wstępnej rozmowie i ja później napuściłam wszystkich tu obecnych. Tak że nie będziemy panu pobłażać i nie zagłaszczemy pana na śmierć. No tak…Ten program nie miał jeszcze tylu dziennikarzy. To jest jakiś komplement pod pana adresem.

L.W.: Na koniec zobaczymy.

A.G.-G.: OK. Zaczynamy.

Historia z kaczką

Dwa tygodnie temu jechałem z Sulęczyna. Ja bardzo lubię czarninę z kaczki. I  upatrzyłem sobie kaczkę. Jadąc. Zatrzymałem sięi mowię: ja tę kaczkę kupię. Ale miałem pecha. Patrzyłem, gdzie one poszły, do gospodarza. Pytam się tej pani: „Proszę panią, pięć tysięcy daję za kaczkę”. A ona mowi: „Nie”. „Dziesięć tysięcy daję za nią”. „Nie”. „Dwadzieścia daję”. Już się wkurzam, bo ktoś powie, proszę państwa,

wygłupia się, miliony ma? Nie. Tylko chciałem kaczkę i jednocześnie spróbować, w jakim momencie ta kobieta się złamie. Dojechaliśmy chyba do pięćdziesięciu tysięcy. To jak za konia. I ona mowi, że nie. Ja mówię: „Proszę panią!”, mnie to zastanowiło, że ona musi być albo niepoważna, albo coś. Ona mówi tak: „Proszę pana, czym pan więcej mi daje, tym pan mi robi większy kłopot… Bo ja dostaję pieniądze, mam dużo pieniędzy i nic za to nie mogę kupić. Kiełbasy nie kupię, bo nie trafię na nią, czegoś innego nie kupię, bo nie ma. To niech ta kaczka mi żyje, to ja jak będę głodna, to sobie zabiję ją”.

Jakiś czas dalej

Henryk Maziejuk, „Perspektywy”: Warto wrócić do tej kaczki, za którą się pan uganiał. Ponieważ pan przy okazji powiedział świętą rację, jeśli chodzi o chłopów. Czy pan wie o tym wierszyku, który krąży wśród tych stojących za kiełbasą w sklepach? „Jest Wałęsa, a nie ma mięsa”.

– No i fajnie. No i pięknie. A Wałęsa mowi: nie będzie! Bo z Ameryki nie przyślą tak dużo. A jak nie ma mięsa, no to u rolnika jest, tylko nie chce sprzedać.

H.M.: A jeśli nie ma?

– Zaraz, zaraz. Jest. Bo ta kaczka była.

H.M.: Jedna.

Nie, nie jedna. Całe sztuki. Tylko że ta kobieta… powiedziała: „Czym więcej pan mi daje, tym większy kłopot pan mi sprawia”. I ona ma rację. (…) Ale będziemy rozsądniejsi (…) włożymy tę kaczkę do komputera i powiemy: no przecież słuchaj, człowieku, no przecież

nie możesz brać tyle, jak za konia (…). Bo ja ci podniosę za traktor i maszynę. Życie to kompromis, a więc wciąż kompromis, kompromis. Gdyby nie kompromis, to ja bym dwadzieścia lat nie był w małżeństwie.

Mniej więcej 40 minut później rozegrała się na boku krótka scenka. Ktoś od tyłu wręcza karteczkę: „Proszę kończyć, szef jest zmęczony”. Piotr Nowina-Konopka. Lech Wałęsa wyglądał jednak tak, jakby się właśnie rozkręcał.

A.G.-G.: Panie przewodniczący! Dostałam karteczkę od pana Piotra Nowiny-Konopki, żeby kończyć, bo jest pan zmęczony. Jest pan faktycznie zmęczony?

L.W. : Ale co też pani! Idziemy dalej!

 Plac Powstańców 1972–1976

Do barku w gmachu TVP na Placu Powstańców można było wejść po schodach, w dół z ulicy, lub od strony redakcyjnych pokoi zjechać zabytkową windą. Dostęp do telewizji był w latach 70. daleko łatwiejszy niż dzisiaj. Żadnej elektroniki, barierek. Jakiś strażnik się tam, bez zaangażowania w swoją powinność, szwendał. W niczym nie przypominał dzisiejszych ochroniarzy. Wyglądał raczej jak cieć broniący skupu odpadów metalowych.

Atrakcyjny brunet z wyrazistym profilem wysiadł z metalowej klatki i minąwszy bufetową Jadzię, podszedł do przysadzistej kobiety w średnim wieku, która wyczekiwała go u podnóża schodów. Do Andrzeja Kozery, ówczesnego prezentera „Dziennika TV” i „Wieczoru z Dziennikiem” przyjeżdżała wielbicielka z odległego zakątka kraju. Szurnięta troszkę pani, za każdym razem wyznawała redaktorowi swój podziw i uznanie: „Kocham pana, panie redaktorze!” – sama widziałam i słyszałam w piwnicznym holu obok baru. Może to było uczucie do jego fachowości, miłość do środka masowej wyobraźni gorące zwłaszcza w tych miejscach Polski, gdzie telewizor spadł dopiero co z księżyca. Lecz także coś z zadurzenia szesnastolatki. Uwikłania kobiecego serca w wizerunek atrakcyjnego kruczowłosego gwiazdora – leciutko łysiejącego, tyle co nic.

Andrzej Kozera wydawał się zażenowany. Ale kto z nas nie lubi być kochanym. Kochanie się w gwiazdach, niegdyś zarezerwowane dla filmu, z czasem przeszło też na telewizję.

Trzeba wiedzieć, że dzisiejsze uczucia mają całkiem inny wymiar niż te wczorajsze. Kobieta z prowincji miała wobec Andrzeja Kozery rodzaj nabożeństwa. Przyjeżdżała do Wielkiego Prezentera rozmodlona i zastanawiałam się, czy kiedyś nie pocałuje go aby w rękę. To było pokorne uwielbienie z rodzaju tych, którym cieszy się ojciec Rydzyk. Całkiem innej maści niż, dajmy na to, wzdechy do Marcina Prokopa.

Krążąca między panią Jadzią a redakcją „Dziennika”, zawieszona w pustej przestrzeni, miała industrialny charakter. Stanowiła centrum, wokół którego owijały się redakcje i studia. W metalowej konstrukcji, ze sterczącymi na zewnątrz żebrami, woziła ludzi i sprzęt.

Kamery i magnetofony, tyczki mikrofonów i oświetlenie ekip wracających ze zdjęć lub podążających w drugą stronę na plan. Operatorów filmowych i dźwiękowców. Na przykład jednego naszego kolegę, fachowca fonii, z utajoną łysiną od spodu, a na wierzchu czaszki z peruką. Strasznie mu ta peruka dawała w kość, zwłaszcza w upały, ale nie potrafił się jej pozbyć. Przewieszony przez ramię magnetofon, w ręku kable i ta swędząca, spocona makówka, na którą już brakuje paluchów do drapania. Męska próżność w konflikcie z udręką tupeciku, który się czasem przekrzywiał. Chyba nie doczekał w telewizji czasów, kiedy gładka męska glaca weszła na salony. I choć koledzy radzili – „stary, odpuść sobie”, nigdy ze swojej przykrywki nie zrezygnował. Prawdziwa konspira. Gdyby kiedyś peruczka naszego kolegi spadła w przytomności osób jej nieświadomych, to zwiałby z telewizji raz na zawsze. Tak był wewnętrznie od niej uzależniony. Ale wiecie państwo, telewizja to obraz!

Żelazny wyciąg woził też wygłodniałych redaktorów i całą resztę głodomorów do pani Jadzi.

Kultowa postać telewizyjnej gastronomii, piersiasta i dupiasta jak na bufetową przystało, Jadzia, ognista brunetka, z tych brunetek w odcieniu szuwaksu, ze wszystkimi się kolegowała. Każdemu mówiła po imieniu i najczęściej też ordynowała rodzaj menu na talerz klienta. „Rysiu, zjedz tę resztę sałatki”, mówiła do Ryśka Janowskiego, operatora, nakładając porcję, „bo się do jutra zepsuje”. „Ania, weź jeszcze pasztetówki, jakoś kiepsko dzisiaj schodzi”. Jak tu było odmówić królowej Jadzi.

W barku telewizyjnym spotykał się cały światek. Pamiętam Jolę Fajkowską, bardzo śliczną i młodziutką, kiedy, jako nowa siła dziennikarska popijała drobnymi łyczkami kawę w towarzystwie Wojciecha Reszczyńskiego. Na brzeżku krzesła siedziała, z dystansem wobec starszego kolegi. Myślę, że redaktor trochę się w Joli kochał, sadząc po rozmodlonym spojrzeniu. Jako filar „Dziennika TVP” oddany był wtedy redaktor Reszczyński  socjalizmowi.

Telewizyjne bufety, jak i charakteryzatornie, to był magiel towarzyski, gdzie się wymieniało plotki, też i pracowało, przyjmowało gości. Na Placu Powstańców bufet był jeden. Tu się stołowała Redakcja Sportu i Turystyki jeszcze przed przenosinami do obiektu na Woronicza, kiedy to informacja ogólnopolska i stołeczna rozrosła się, pochłaniając cały budynek. Tomek Hopfer, Janek Ciszewski, Tadeusz Olszański i reszta wcinała garmażerkę czarnej Jadzi obok ludzi z „Dziennika”. Bufet na Placu Powstańców leżał jakby u pięt całego budynku.

Ponieważ wszystkie roślinki ciągną pokarm z ziemi, także i redaktorskie żołądki zasilane były z piwnicy klasycznym PRL-owskim zestawem, ze śledzikiem, kaszanką i kiszonym ogórkiem. We wczesnych czasach telewizji można też było nabyć trunek. Na kieliszki, rzecz jasna. Ale to się skończyło, kiedy któryś z redaktorów osunął się pod krzesło w studiu. Ja już tego pięknego momentu nie doświadczyłam.

Obok żelaznej windy zawijały się szerokie schody. Niektórzy miast mechaniki wybierali siłę mięśni i stopnie, po których wlekli się w ciężkich chwilach.

Pewnego wieczoru główne wydanie prowadził Witold Stefanowicz. Szedł felieton filmowy, a te, jak wiadomo, w „Dzienniku” miały swoją wagę propagandową. Po obrazkach z Polski wskakuje na ekran redaktor Stefanowicz, kwitując dziennikarski news potężnym beknięciem, po czym wydusza z siebie kolejną informację. Trzeba było nieszczęśnika widzieć! Upudrowana twarz nad grdyką, jakby jeszcze o ton bledsza, kołujące w obłędnym tańcu oczy i spazm przelatujący przez fizys a dobrnąć do końca programu musiał – gęba w gębę z pierwszym sekretarzem KC, który jak amen w pacierzu siedzi razem z resztą Polski przed telewizorem. Beknięcie w „Dzienniku” to nie jest takie sobie zwykłe beknięcie. W każdym razie nie w latach 70. i 80. w PRL-u. Zawsze jest straszne, gdziekolwiek i kiedykolwiek poza Mongolią.

Roztrzęsiony redaktor S., rezygnując z jazdy windą, pełzł markotny w górę, do gabinetu nadredaktora Stanisława Cześnina, czyli naczelnego „Dziennika Telewizyjnego” i jakby tego było mało, dyrektora generalnego do spraw politycznych Telewizji Polskiej człowieka duszą i sercem po stronie aparatu PZPR, który ponoć jeszcze przez słuchawki w studiu recenzował prezentera szpetnymi inwektywami.

Stefanowicz zniknął na jakiś czas z ekranu. Przesiedział na zapleczu wizji do momentu, kiedy echo beknięcia wybrzmiało. „Dziennik” wkrótce znów pokaże jego niezłomne oblicze.

Okrutnie było się śmiać z nieszczęścia człowieka. Ale wsypy w „Dzienniku” były zawsze witane rodzajem przyjemnej satysfakcji. „Dziennik” był dla wielu pożądanym i nobilitującym miejscem pracy; my tu z „Dziennika Telewizyjnego”. A jakoś smrodliwym. I to jeszcze grubo przed stanem wojennym. Do „Wieczoru z Dziennikiem” przylepiły się z czasem, nadawane zaraz po nim, indoktrynacje wygłaszane przez kogoś nadesłanego z aparatu partyjnego. Dziesięciominutowe pogaduszki na temat: co należy myśleć o życiu. Były wyjątkowo obrzydliwe.

Jak nieświeże danie u Jadzi.

I jeszcze jedno wspomnienie – fragment kończącego książkę wywiadu z Lechem Wałęsą:

Anna Grzeszczuk – Gałązka – Skąd u Pana, panie Prezydencie, te wąsy? Czy są wyrazem pomysłu na urodę?

Lech Wałęsa – Nie. Nie. Wyrosły podczas strajku. Nie było wtedy czasu golić się. W ogóle nie było głowy na łazienkę i inne luksusy. A ja się lubię wymoczyć w wannie. Jeszcze za prezydentury, wstawałem wcześnie rano, a zawsze wstawałem świtem, pamiętam, że z kwadransem rolniczym, który nadawali w radiu o 5.00, a więc wstawałem i wchodziłem na godzinę do ciepłej wody, żeby sobie poleżeć. Później to zarzuciłem, bo taka kąpiel osłabia człowieka. Rozleniwia. A tu o tej porze trzeba mieć sprawny umysł. Wylegiwanie w wannie przeniosłem na wieczór. Potem się dobrze śpi.

Ilustrująca książkę Aleksandra Siekierko ujęła to tak:

 

VN:F [1.9.22_1171]
Oceń artykuł
Rating: 10.0/10 (7 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: +10 (from 10 votes)
Anna Grzeszczuk-Gałązka: „Toaleta męska, czyli Piękny Pan z Telewizji”, 10.0 out of 10 based on 7 ratings

Jedna odpowiedź

  1. Magog 2017-05-08