Andrzej C. Leszczyński: Do wymiany

2017-05-15.

Coraz częściej w komentarzach pojawiają się wątki związane z wiekiem polityków i czasem trwania ich publicznej aktywności. Opatrzyli się, powielają zgrane schematy, nie kreślą żadnych nowych perspektyw, samą swą obecnością utrwalają niezmienny od lat stan rzeczy. Nadają się do wymiany.

Stąd właśnie — z potrzeby uwolnienia się od postaci zasiedziałych na swych stanowiskach (i to niezależnie od ich faktycznych dokonań) — biorą się takie absurdy, jak wybór Andrzeja Dudy na stanowisko prezydenta Polski.

Duda łączy obydwie cechy: młodość i nowość. Czasem wystarczy jedna. Emmanuel Macron jest młody (choć nie nowy), Donald Trump przeciwnie — nowy (choć nie młody).

Spotkanie? Raczej wojna.

Niedawno (6 maja) wziąłem udział w dyskusyjnym panelu, zorganizowanym w Europejskim Centrum Solidarności przez Gdański Ośrodek Pomocy Psychologicznej („Racławicka”). Urzekł mnie jego tytuł: „Marzyciele i mędrcy – spotkanie pokoleń”.

Przygotowując się do tamtej debaty przeglądałem zachowane wycinki z gazet, notatki, sięgnąłem też po wydany ponad dziesięć lat temu, zredagowany przez Piotra Nowaka zbiór kilkunastu esejów zatytułowany „Wojna pokoleń” (Pruszyński i S–ka, 2006). Można w nim znaleźć poruszające wypowiedzi na temat starości, m.in. Barbary Skargi, Marii Janion i Jerzego Szackiego (szkic pt. „Lewa strona gobelinu”). Zarysowane są też – i one dominują w tekstach — psychospołeczne warunki starcia „młodych” czterdziestolatków i „starych” sześćdziesięciolatków.

Wiadomo, że kategoria pokolenia ma charakter czysto konwencjonalny (tylko pokolenia w rodzinie są faktem biologicznym), dlatego socjologowie o orientacji nominalistycznej uznają ją za nazwę pustą. Pojęcie to obejmuje zbiór określony przez podobny wiek i wspólne doświadczenia (im silniejsze są to doświadczenia, tym silniejsza więź pokoleniowa). Przykładami powyższej konwencji są określenia takie, jak pokolenie Kolumbów, Jana Pawła II, Solidarności, Marca` 68 („czapki studenckiej”, o której pisał przed laty Marcin Wolski) czy, odnoszące się do dzisiejszych czasów, pokolenie obojętnych. Gertruda Stein w rozmowie z Hemingwayem mówiła o straconym pokoleniu (lost generation) pisarzy amerykańskich dojrzewających w czasie I wojny światowej.

Zygmunt Bauman pojęcie pokolenia wiąże z określoną, budującą tożsamość („my”) i wykluczającą („wy”) ideologią. Z tego też względu pojęcie to budzi w nim odczucia nacechowane nieufnością i niechęcią. Łatwo podzielać te odczucia widząc np. dzisiejsze manifestacje pokolenia spajanego ideologią faszystowską.

W „Wojnie pokoleń” agresywność „młodych” (czterdziestolatków) tłumaczona jest brakiem wspólnotowego, utrwalającego tożsamość doświadczenia: podobną mają tylko datę urodzin. Byli za młodzi, by walczyć z komuną, więc brak ten nadrabiają teraz w walce z pokoleniem wczorajszych bohaterów opozycji. Nie o nich też w ostateczności chodzi, stanowią jedynie pretekst do przezwyciężenia kompleksów wynikających z nie uczestniczenia w aktach wyzwoleńczych. Można nawet znaleźć w książce metaforę odwołującą się do seksualnej sprawności, jaką starsi mieli („Im stawał, nam nie” — P. Nowak).

Tym bardziej są ekspansywni, że czują za sobą obecność kolejnego pokoleniowego kandydata – dwudziestokilkulatków, którym nie chodzi już zupełnie o patriotyczne powinności, lecz tylko o stanowiska i finansową pozycję. „Wojna pokoleniowa – pisze Piotr Nowak – wojna przeciwko dyktaturze starości z jednej strony, oraz przeciwko chciwości młodych z drugiej, okazuje się w rezultacie porażką obu zwaśnionych stron. Czy można jej zatem uniknąć albo sprawić przynajmniej, by suma rewolucyjnych wypadków dala na koniec bezkrwawy wynik? Nie, nie można”.

Kombatanctwo

Wojna pokoleniowa jest zderzeniem gerontokracji i pajdokracji. Zagrożeni są „starzy” (gérōn), którzy już choćby z powodów obronnych odnajdują w sobie i wzmacniają cechy o charakterze kombatanckim. Kombatant broni tradycji, którą zmitologizował jako pierwotny, trwały ład. Odmawia więc prawa do istnienia wszystkiemu co współczesne i żywe, bo jest świadectwem zrujnowania tamtego ładu. Strojąc się w mentorskie szaty nie przepuści żadnej okazji, by ukazać marność dzisiejszego pokolenia i świata, jaki urządziło. Wytyka wykolejenie się ludzkości, upadek obyczajów, zanik wiary, honoru, prawdziwego patriotyzmu itp.

Mówię teraz o starości psychicznej, przede wszystkim mentalnej, która nie zawsze idzie w parze z wiekiem metrykalnym. Tyczy to zresztą także młodości. Młody psychicznie jest ten, kto niezależnie od swych lat kieruje się tzw. przyszłościową perspektywa czasową (future time perspective). Jest niespełniony, potrafi marzyć, odczuwa brak. Nie godzi się to, co paskudne, jest zdolny do buntu. Potrafi doznawać chwili i cieszyć się nią po dionizyjsku – tak, jak młody osiemdziesięciolatek, Aleksy Zorba z powieści Nikosa Kazandzakisa.

Natomiast mentalna starość jest zapatrzeniem się w to, co minione. To nieustanna reaktualizacja czasu przeszłego dokonanego. Pokazują ten stan w czystej postaci bohaterowie „Krzeseł” Eugéne Ioneski, Stary i Stara. Ionesco daje swej sztuce podtytuł „Tragifarsa” — i takie też jest kombatanctwo: śmiesznie napuszone, niezłomne, paternalistyczne, pewne swego.

Właśnie, pewność! Kombatant wtedy jest najbardziej żenujący, gdy nie traci nic z pewności i z dziecinnym uporem obstaje przy swoim. A przecież mądrość, jaką zazwyczaj wiąże się ze dojrzałością (starością), jest właśnie uwolnieniem się od pewności. Człowiek mądry potrafi się uczyć. Niezapomniany prof. Vetulani mówił, że głupi może nauczyć się czegoś od mądrego; mądry nauczy się od każdego. Leszek Kołakowski (odbierając doktorat honoris causa na Uniwersytecie Łódzkim) mówił, że gdy się ma lat dwadzieścia czy dwadzieścia jeden, zazwyczaj jest się wszechwiedzącym. I dodał: ja też byłem wszechwiedzący, dopiero potem stopniowo i powoli głupiałem.

Wisława Szymborska (o sobie kilkunastoletniej):

„Tak mocno się różnimy,
tak całkiem o czym innym myślimy, mówimy.
Ona wie mało –
za to z uporem godnym lepszej sprawy.
Ja wiem o wiele więcej –
za to nie na pewno. […]”

Ojcobójcy

Powyższym określeniem posłużył się Piotr Gruszczyński w tytule swej książki („Ojcobójcy. Młodsi zdolniejsi w teatrze polskim”), opisującej dorobek pokolenia reżyserów debiutujących w latach dziewięćdziesiątych XX wieku. Określenie to można odnieść do wielu innych dziedzin kultury. Dość wspomnieć o pokoleniowych antagonizmach między „starymi” (Tuwim, Słonimski, Lechoń) Skamandrytami i „młodymi” poetami „Sztuki i Narodu” (Bojarski, Trzebiński Gajcy). Nie byle jaki znawca „SiN”, Jerzy Schwakopf, pisał o „młodych”, że z jednaj strony uznawali skamandryckie dwudziestolecie za epokę zamkniętą i skompromitowaną, „a jednocześnie z dość dziecinną niekonsekwencją nawet nie ukrywali, jak bardzo zależy im na uznaniu i sankcji starszego pokolenia artystów”.

Co zaś tyczy teatru — ponad sto lat temu pisał Adam Asnyk („W loży”), że „gdzieś przepadły dawne dramata”; że na współczesnej mu scenie pozostali już tylko nędzni komedianci, którzy grają równie nędzne farsy godne gawiedzi ulicznej. W taki właśnie sposób przejawia się kombatanckie zdegustowanie rzeczywistością kształtowaną przez szukającą swego wyrazu młodość. Pora umierać, mówią zdegustowani, „Guciu, myśmy już byli” (Kalina Jędrusik do Holoubka).

Można oczywiście znaleźć wiele przykładów tandety wychodzącej spod ręki teatralnego narybku, co jakoś przeczyłoby tezie o „młodszych zdolniejszych”. Przecież jednak trudno zatrzymać dokonująca się od zawsze pokoleniową wymianę. Jak pisał poeta, bezsilne będą gniewy, próżny będzie żal – „świat pójdzie swoją drogą”. Rozumiał to dobrze Zygmunt Hübner, gdy prosił („Modlitwa”): „Daj, abym znalazł w sobie wyrozumiałość i tolerancję i dzięki nim pogodził się z tym, że racje następnych pokoleń nie muszą być fałszywe z tej jedynie przyczyny, że ja ich nie podzielam”.

Rozumie to też znany literaturoznawca, prof. Tadeusz Sławek (71 lat), mówiący w jednym z wywiadów o konieczności zrobienia miejsca przyszłości, dzieciom i wnukom, które już idą. I choć nie mają jeszcze głosu – trzeba go już usłyszeć. „Dramat Polski bierze się stąd, że jedno ugrupowanie wypełnia sobą »dzisiaj« i zmierza do tego, by wypełnić sobą bez reszty »jutro«. Tymczasem przyszłość musi przyjść, musimy jej zrobić miejsce na jej, a nie na naszych warunkach. Nasze warunki na ogół są beznadziejne”.

Rzeczywiście, beznadziejne, zwłaszcza wtedy, gdy odwołują się do dziewiętnastowiecznych wyobrażeń, jak ma to miejsce w  przypadku PiS–owskiego wizjonera, nie dostrzegającego, że świat „poszedł swoją drogą”. Chcę mu zadedykować dawny wiersz Antoniego Słonimskiego pt. „Toast”:

„Przekręciła się z hukiem scena obrotowa,
Już nową grają sztukę, a oto wśród tłumu
Błąka się aktor, który nie zmienił kostiumu
I z dawnej sztuki stare przypomina słowa.
Głuchy, ślepy, nie bacząc, że wszystko się zmienia,
Samotny i w scenicznym potrącany tłumie,
Tragiczne jakieś gesty czyni bez znaczenia
I rzuca słowa, których już nikt nie rozumie.
[…]”.
TKM wiecznie żywy

Zdaniem prof. Jana Zielonki (University of Oxford) wyjście z zapaści autorytarnej musi się wiązać z pojawieniem się nowych aktorów na scenie politycznej. Dotychczasowi gracze – Zielonka wymienia Hilary Clinton, Jeana-Claude`a Junckera i Grzegorza Schetynę — nic już nie mogą zrobić, gdyż utracili wiarygodność. (Pomijam teraz sensowność zestawienia ze sobą Clinton i Schetyny).

Grzegorz Sroczyński („Wyborcza”) podobne oczekiwania zawęża do polskiej lewicy. Sugeruje delikatnie: „W zasadzie mój postulat sprowadza się do tego, żeby dawna lewica poszła na emeryturę i przestała się pokazywać. Byłby to piękny patriotyczny gest służący obronie demokracji”.

Stanisław Skarżyński (Oko.press) wbija szpilkę Wojciechowi Maziarskiemu, uosabiającemu pokolenie zużyte, lecz wciąż pełne planów. „Rozumiem, że każdy lubi czasy swojej młodości, że wtedy było najfajniej. […] Czy wam, Maziarski et consortes, naprawdę chodzi to, żeby jak najdłużej wytrzymać na scenie? Bo wszystko na to wskazuje”. Maziarski et consortes to zdaniem Skarżyńskiego grupa rekonstrukcyjna, która śpiewa Jacka Kleyffa i „ojczyznę wolną racz nam wrócić, Panie” – ludzie wciąż funkcjonujący publicznie dzięki zdobytym pieniądzom, nowoczesnej medycynie i wymuszonej przez nich emigracji młodych.

Kręci się karuzela obelg, podejrzeń, nienawistnych emocji i chłodnych kalkulacji. Dla aspirantów prawicowych bardzo poręczna jest frazeologia religijna i narodowo-moralna. Ze szczególnym upodobaniem posługują się nią ci wszyscy, którzy niczego nie robili trzy dekady wcześniej i pozostali niepokalani pod każdym względem. Sami czyści, domagają się czystek po to, by zrobić dla siebie miejsce w przestrzeni politycznej, gospodarczej, medialnej, kulturalnej – wszędzie tam, gdzie pokolenie kombatanckie pozajmowało stanowiska. Walczą o kasę, mówiąc że o Polskę. Trafnie zauważył La Rochefoucauld, że łatwiej wydać się godnym urzędów, których się nie posiada, niż tych, które się piastuje. Pamiętam do dziś opinię Klausa Bachmana piszącego – chyba w miesięczniku „Press” — że cała polska lustracja to po prostu przejaw ataku wyżu demograficznego na rynek pracy, do władz i urzędów.

Przeczytałem właśnie w „Plusie–Minusie” felieton Jana Maciejewskiego. Najpierw przypomina rozróżnienie, jakiego dokonał Stanisław Mackiewicz, jakby nie patrzeć — punkt odniesienia dla prawicowego dziennikarstwa. Rozróżnienie dotyczy prawdy — i koniunkturalnego jej interpretowania. Maciejewski stwierdza rzecz mało odkrywczą, że w tzw. niepokornym dziennikarstwie („antysalonie”) nie o prawdę chodzi, ale o władzę, co lapidarnie wyraził przytoczony przez autora Marcin Wolski: „Zasady są jasne, wygrała ta partia i morda w kubeł”.

No i wszystko jasne.

Andrzej C. Leszczyński

VN:F [1.9.22_1171]
Oceń artykuł
Rating: 10.0/10 (4 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: +6 (from 6 votes)
Andrzej C. Leszczyński: Do wymiany, 10.0 out of 10 based on 4 ratings